Strona główna / Biografie, wspomnienia / Pan od poezji

Aktualności

30.09.2022

Spotkanie z Tanyą Valko i Igorem Kaczmarczykiem w Warszawie

W czwartek 6 października o godz. 19:00 zapraszamy do PROM-u Kultury Saska Kępa (ul. Brukselska 23, Warszawa) na spotkanie z Tanyą Valko, autorką książki "Arabskie opowieści. Historie prawdziwe" oraz Igorem Kaczmarczykiem, autorem książki "Islamskie fatum".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nieszczęście w szczęściu Olga Rudnicka
  2. Gra w ludzi Eva Minge
  3. Skradzione lato Grażyna Jeromin-Gałuszka

Pan od poezji

Joanna Siedlecka

Elżbieta Isakiewicz

Niestety, piszę także wiersze

Zbigniew Herbert był babiarzem. Niemal na pewno nie należał do AK, a do końca życia utrzymywał, że odwrotnie. Po wódce przemieniał się w aroganta i awanturnika, a pił dużo i palił jak smok. W dodatku nie chodził w niedzielę do kościoła. Straszne - orzekną zapewne różne świętoszki, a niejednym usunie się grunt spod nóg. Potworne - oburzą się recenzenci cudzych sumień, a niejedni zapewne dostaną spazmów, którym towarzyszyć będą omdlenia. Na Joannę Siedlecką, autorkę książki zawierającej te fakty, już sypią się gromy jak mogła, jak śmiała odbrązowić bohatera polskiej prawicy. A moim zdaniem są to opinie niemądre.

"Pan od poezji" Siedleckiej to książka dokumentalna - zbiór kilkudziesięciu relacji osób, które Herberta znały (także bliskich), przeplatanych fotografiami, nieznanymi przeważnie, z prywatnych archiwów i różnymi dokumentami, w tym listami. Wszystko poukładane tak, by całość ułożyła się w opowieść biograficzną od dzieciństwa Herberta we Lwowie, poprzez Kraków, Toruń, Sopot po Warszawę, z przerwami na podróże, czasem kilkuletnie m.in. do Paryża i Ameryki.
To właściwie nie biografia, tylko patchwork (szachownica, zlepek) - zastrzegła autorka we wstępie. Ale z tego zlepka wyłania się kawał historii Polski, historii, której pół wieku zabrał PRL. Tworząca tło do prywatnej biografii Herberta, przekazana we wspomnieniach ludzi, którzy udzielili Siedleckiej głosu, naszpikowana arcyciekawymi faktami (co potrafi szczególnie docenić ktoś, kto tak jak ja, pamięta PRL dopiero od Gierka) historia odgrywa w tej książce decydującą rolę - jest kluczem do rozumienia Herberta. Bo w tamtej rzeczywistości pod sowieckim systemem przyszło mu przeżyć prawie całe życie.

Poeta Herbert i rzeczywistość PRL to dwa przenikające się i walczące ze sobą światy. Siedlecka pokazuje, jak brały się ze sobą za bary.

NAUCZYCIELE

Pazur 'ósemki'

Czym był system sowiecki dla ludzi, którzy wychowali się w duchu Polski przedwojennej, zaznali normalnego życia i wolności - można sobie trochę wyobrazić, kiedy patrzy się na umieszczone w książce fotografie profesorów najlepszego lwowskiego gimnazjum im. Kazimierza Wielkiego, słynnej 'ósemki'. Do tej właśnie szkoły chodził Zbigniew Herbert, rocznik 1924, syn dobrze sytuowanego rejenta, gdyż trafiały tu dzieci lepszego towarzystwa.

Jest mu czego zazdrościć, bo tamci przedwojenni profesorowie jeden w jeden to stuprocentowi inteligenci, eleganccy, pod krawatami, w białych koszulach, pełni godności panowie - przyzwoicie opłacana kadra z tytułami profesorów, docentów, doktorów, autorzy licznych i ważnych dla całych pokoleń podręczników.

Uczyłem w 'ósemce' tylko dwa lata - mówi w książce Józef Słotwiński, rocznik 1908, nauczyciel polskiego, później reżyser filmowy, twórca teatru TVP i telewizyjnej 'Kobry' - (...) i pamiętam do dziś, jaki byłem dumny i zaszczycony, gdy jako młodego, zdolnego i obiecującego polonistę z doktoratem u Kleinera, Kuratorium awansowało mnie do 'ósemki'.

Pan od niemieckiego, prof. Jan Zakrzewski, absolwent uniwersytetu w Heidebergu kazał powtarzać swoim uczniom chóralnie: Głupota jest największą i najbardziej zaraźliwą chorobą na świecie. Jest wielka jak wszechświat. Prof. Kazimierz Brończyk nie tylko uczył literatury, ale jako znany wówczas dramaturg prowadził szkolny teatr, gdzie wystawiano 'Kordiana', 'Warszawiankę', 'Księcia Niezłomnego'. Pan Filip Kmita od religii (który został księdzem po tym, jak podczas I wojny światowej stracił żonę i dziecko) wieczorami nakładał krótszą sutannę, wstępował do Teliczkowej na małe co nieco, potem szedł na miasto, na korso ulicy Akademickiej, gdzie spacerował z uczniami i - pod rękę - z byłymi uczennicami z Królowej Jadwigi, nigdy jednak nie przekraczając dobrych obyczajów. Gdy zaś w klasie ktoś za bardzo rozrabiał, kazał mu wychodzić, nabrać wody w usta i dopiero wtedy wracać.

Dyrektora Alfreda Hodboda - pisze Siedlecka - widywano w 'ósemce' przeważnie tylko na mszach i szkolnych uroczystościach w sali gimnastycznej, gdzie często gościli recytujący poezję aktorzy. Pewnego razu, gdy aktorka miała zapowiedzieć wiersz 'Do prostego człowieka' Tuwima ze słynnym wersem 'Rżnij karabinem w bruk!', jeden z uczniów, jak się okazało endek z przekonań, zawołał: 'Nie chcemy komunisty!'. Skończyło się na tym, że dyrektor rozmawiał z nim i jego rodzicami, a aktorkę trzeba było przeprosić.

Ta szkoła była szczególna jeszcze pod innym względem. To tutaj w 1911 roku narodziło się polskie harcerstwo. Pierwszą Lwowską Drużynę Skautowską im. Tadeusza Kościuszki założył słynny druh Andrzej Małkowski. I to właśnie 'Jedynka' stała się kuźnią Lwowskich Orląt - jej harcerze walczyli i ginęli w 1914 w Legionach, w 1918 w obronie Lwowa, a w 1920 w wojnie z bolszewikami.

Ale choć Zbigniew Herbert do harcerstwa nie należał, a gdy do Lwowa weszli Sowieci i wielu jego kolegów poległo w walce z nimi, on zniknął, tłumacząc potem, że tatuś go wywiózł na wieś - to wszyscy bez wyjątku wzrastali w atmosferze kultu Lwowskich Orląt, bez przesady patriotyzm mieli w genach.

Nie śmieliśmy buntować się wprost, wyrażaliśmy to jednak inaczej - wspomina w 'Panu od poezji' Jerzy Barański. Na przykład potłukli gipsowe odlewy Stalinów, którymi Sowieci ozdobili m.in. pracownię przyrodniczą 'ósemki'.

Ostentacyjnie modliliśmy się na początku i końcu zajęć, stając tyłem do Stalinów i Mołotowów (a także za namową cichutkiego dotąd jak myszka Zbysia Herberta tyłem do Stalinów ustawili klasowe ławki), których odwracaliśmy nosami do ściany, żeby nie świdrowali nas wzrokiem - relacjonuje inny ówczesny uczeń, Adam Trojanowski - z tym, że nie przy nauczycielach, nie chcąc ich narażać. Przymykali zresztą oczy, stara kadra była po naszej stronie.

Nowa kadra nastała wraz z nowymi przedmiotami takimi jak historia Związku Radzieckiego czy rozkładanie i składanie karabinu - a symbolizował ją nauczyciel ukraińskiego, ani trochę nie przypominający panów profesorów z fotografii szkolnej 'ósemki'. Był to zabiedzony stary chłop w gumiakach na gołe nogi, w baranim półkożuszku z rubachą.

Więc nowych przedmiotów się nie uczyli ani w 'ósemce', ani u 'Urszulanek', żeńskim gimnazjum - dokąd w ramach akcji koedukacyjnej przeniesiono sporo uczniów. Ściągali od siebie wypracowania na temat Wandy Wasilewskiej i jej dzieł, jak nikt nie słyszał, darli się na całe gardło: Bój to będzie ostatni, krwawy skończy się trud, gdy Moskal ostatni opuści polski Lwów! albo walili książką w łeb komsomołkę, gdy ta schodziła po schodach.

Ale na razie to nie Moskale opuszczali Lwów, tylko oni. Klasy pustoszały. W 1940 trwały masowe wywózki, wielu zniknęło, ludzie nie spali nocami czuwając na tobołach.

Profesor Brończyk, pan od polskiego, dramaturg, co wystawiał 'Kordiana', całkowicie załamany nie był w stanie prowadzić zajęć i przestał całą godzinę lekcyjną w oknie - wspomina w książce Siedleckiej jeden z uczniów.

Ci, co przeżyli ten pierwszy najazd Sowietów na Lwów, już wkrótce mieli zamienić się w konspiratorów, bo Niemcy, którzy tu wkroczyli, zostawili jedynie szkolnictwo zawodowe, ruszyło więc tajne nauczanie. Czasem również u Zbyszka, u niego właśnie zdawaliśmy w styczniu 1944 konspiracyjną maturę - mówi Zdzisław Ruziewicz, 'ósemkowicz' - Na stole leżały, w razie czego, karty do gry, profesor patrzył w sufit i drzemał, my natomiast spokojnie pisaliśmy.

Choć profesorowie z tajnego uniwersytetu Jana Kazimierza przejmowali lwowskich maturzystów, Zbigniew Herbert wyjechał z miasta wraz z rodziną już na wiosnę 1944 roku jako jeden z pierwszych. (Halina Herbert-Żebrowska, siostra poety, w liście opublikowanym w 'Rzeczpospolitej' z 13 lipca wyjaśnia, że jej ojciec podjął decyzję o wyjeździe z obawy przed ponownym zajęciem Lwowa przez Armię Czerwoną. Nie chciał żyć w granicach ZSRR, który w całości był gigantycznym łagrem.) Zdążył tylko postudiować we Lwowie przez trzy miesiące polonistykę. Twierdził wprawdzie, że skończył podchorążówkę w AK przygotowywany przez dowództwo do zadań dywersyjnych, ale opuszczenie Lwowa przed słynną akcją 'Burza', lwowskim powstaniem, także brak najmniejszego choćby śladu jego przynależności do Armii Krajowej - co Siedlecka rzetelnie sprawdziła - a w końcu niechęć, z jaką Herbert do końca życia mówił na ten temat, świadczą, że tak nie było.

Profesor Elzenberg zaprasza do teatru

Kiedy Zbigniew Herbert zapisał się już w marcu 1945 roku do Akademii Handlowej w Krakowie, jeszcze nie dobrano się do przedwojennych profesorów. Wciąż mogli wykładać kapitalistyczną ekonomię według Smitha i Keynesa. Kiedy studiował nieco później na UJ, wykłady z literatury i filozofii mieli ciągle najwybitniejsi: Roman Ingarden, Wincenty Lutosławski, Stanisław Pigoń, Juliusz Kleiner. Chodziło się na nie demonstracyjnie - mówi Siedleckiej Leszek Elektorowicz, ówczesny student.

A Zbigniew Herbert za najlepszymi podążył do Torunia. Jak opowiada w książce prof. Irena Sławińska, historyk i teoretyk literatury, Uniwersytet Toruński słynął w pierwszych latach z wysokiego poziomu. Był miejscem szczególnym, przeflancowanym tu niemal w całości Uniwersytetem Stefana Batorego w Wilnie, a także Jana Kazimierza we Lwowie, choć już w mniejszym stopniu, bo Lwów przeniósł się w zasadzie do Wrocławia.

To w Toruniu poznał Herbert prof. Henryka Elzenberga, który czytał w kilku językach, znał na pamięć Goethego - jak mówi Janusz Skarbek, inny student. - Uważał, że życie ludzkie samo w sobie jest pozbawione sensu, nadaje go dopiero przeciwstawienie się brzydocie, złu, tchórzostwu, konformizmowi. Wierność wartościom bezwzględnym: prawdzie, dobru, przyzwoitości.

Jeszcze przez wiele następnych lat pozostawali w ścisłym kontakcie, pisywali do siebie. Według Teresy Skubulanki, ówczesnej studentki, 'Pan Cogito' to nie ostry, zadziorny Herbert, ale Elzenberg właśnie - twardy, zasadniczy, myślący, czasem słaby i kruchy.

Prof. Elzenberg mieszkał na kupie z innymi: rodzinami profesorów i studentów w odebranej przez komunistów komuś willi, w straszliwej ciasnocie, ze wspólnymi sanitariatami.

Mimo że w dzień tłoczyliśmy się do kuchni i łazienki - opowiada Siedleckiej Sabina Jeśmanowiczowa - wieczorem Elzenberg zapraszał do teatru. Na prozę życia nie zwracał uwagi - miał bardzo zniszczoną teczkę, ale choć na jakimś naukowym kongresie rozdano wszystkim nowe, nie wziął, powiedział, że nie chce od 'nich' niczego.

Jednak ta 'normalność' nie trwała długo. Pierwsze czystki na uczelniach przeprowadzono właśnie na Uniwersytecie Toruńskim. 'Kułaków nauki' wyrzucono z dnia na dzień, profesorów pozbawiono katedr. Inne uczelnie wyczyszczono jesienią 1950. Wielu zaszczutych naukowców nie wytrzymało presji, jak profesor Wacław Borowy i Tadeusz Makowiecki, umierali na serce w sile wieku. Ci, którym serce wytrzymało, starali się kontynuować swoją misję prowadząc privattissima, wykłady we własnych i cudzych klitkach, nauczanie 'po cichu'.

Prof. Elzenberg wrócił na uczelnię dopiero po Październiku.

Zbigniew był już wtedy mężczyzną po trzydziestce.

KOBIETY

Radość pingpongowej piłeczki

Krakowianki mają kosztowną, jedwabną bieliznę, zwykle koloru łososiowego - pisał dwanaście lat wcześniej z Krakowa do przyjaciela. - Caramba! Zakochałem się!

Jego warszawscy rówieśnicy szykowali się właśnie do powstania, a lwowscy walczyli, gdy on radosny niczym pingpongowa piłeczka jak określa ówczesny stan przyszłego pana od poezji jego koleżanka z Krakowa, Halina Legeżyńska-Skarbińska, kochał się na całego.

Choć przecież nie oszałamiająco przystojny i nieduży, lecz uwodzicielski, dowcipny, piekielnie inteligentny i czarujący, miał Herbert spore powodzenie u kobiet. Zdaniem jego siostrzeńca Rafała Żebrowskiego ('Rzeczpospolita' z 6-7 lipca) wychowany w etosie rycerskim, traktował serio przykazanie 'Bić się i kochać - to hasło rycerza' oraz 'Obowiązkiem rycerza było być zakochanym'.

Nie wiadomo, ile razy się zakochiwał, ale wiadomo, że po radosnym krakowskim okresie, kiedy to flirtował między innymi z koleżanką z roku Hanką Ćwiżewicz (Przychodził sam lub z Andrzejem Decowskim oraz jego narzeczoną, Krystyną, Andrzejem i Teresą Larskimi. Bawili się, pili, po wojnie wszyscy chcieli nadrobić stracone lata - wspomina jej siostra) podpisując liściki do niej 'Twój mały Dziubdziuś', spadła na Herberta wielka i dramatyczna miłość.

'I to jest mój grzech...'

Halina Misiołek była od niego dziesięć lat starsza, miała męża i dwie córeczki. Co ujęło go - jak wynika z relacji - w ani niezbyt pięknej, ani szczególnie inteligentnej kobiecie - pozostanie tajemnicą, i dobrze, bo cóż to za miłość bez tajemnicy.

Poznali się w Sopocie (dokąd Zbigniew Herbert sprowadził się za rodzicami) u Włodzimierza Wnuka, szefa wybrzeżowych literatów. Halina dostała właśnie posadę sekretarki Związku Literatów, a Zbigniew, który drukował jakieś drobiazgi w miejscowej prasie - kierownika biura.

Wkrótce jednak jasne się stało, że Zbyszek zakochał się we mnie jak sztubak - zwierzała się Siedleckiej 85-letnia już Misiołkowa. - (...) Mieszkał blisko mnie, bo na Bieruta (czego się bardzo wstydził), ja na Dąbrowskiego, na parterze, tak że wystawał pod oknem, stukał, krążył i w nocy, mówił, że nie może spać, źle znosi pełnię księżyca.

Co rano znajdowałam na parapecie bukiecik fiołków czy stokrotek, nic droższego. Rysunki kwiatków z sześcioma płatkami, tyloma, ile liczy słowo kocham. Miłosne listy (...): 'Maleńki mój Strumyczku!', 'Mój mały Ptaszku!', 'Moje Małe Śliczne Kochanie!', 'Kiciuniu-Miciuniu, tulę się do Ciebie!', 'Całuję Twoje małe łapki!' (...), 'Siwiejącą i głupią głowę kładę na kolanach'.

Tak uporczywie adorował, że Halina Misiołek, w małżeństwie nieszczęśliwa, też straciła głowę. Rozwiodła się z mężem Edmundem, który zresztą awantur nie robił, cierpiał, ale rozumiał: na miłość nie ma rady.

Kochałem Cię źle, nieprzytomnie. I to jest mój grzech wobec Ciebie. Grzech i krzywda wobec pana Edmunda (...) Mam ogromne poczucie winy - pisał Herbert do Haliny w 1951 roku. A do Jerzego Zawieyskiego: Więc jest to krótko mówiąc miłość, pierwsza, męska. (...) Pragnąłem mieć wpływ na sferę intelektualną, duchową kochanej, nieszczęśliwej istoty, pomagać walczyć razem z nią, zdobywać prawdę, Boga, radość, wiarę w sens życia (...) Była to dla mnie (a właściwie jest) - próba człowieczeństwa, konkretna, angażująca mnie całego, trudna, czasem rozpaczliwie beznadziejna. (...) W takich wypadkach najprostszym rozwiązaniem jest samobójstwo albo ucieczka. Oba rozwiązania pozorne (...), są wstrętne. (...) A zatem dramat trwa.

Kiedy indziej wyznawał Zawieyskiemu: Jest mi po prostu b. ciężko. Czasem wydaje mi się, że nie udźwignę mojej miłości. Modlę się tylko na oślep b. zmęczony walką o drugiego człowieka. Nie ma rzeczy, której bym dla niego nie poświęcił. (...) Całe życie wypełnia mi właściwie ta sprawa, powikłana, trudna, pełna niebezpieczeństw (...) Ten drugi człowiek ma prawo żądać, abym odpłacał mu się czymś więcej niż wierszami.

Istotnie, Halina Misiołkowa była prawdopodobnie jedyną w jego życiu adresatką erotyków ('Listy do Muzy' zdecydowała się opublikować na krótko przed swoją śmiercią w 2000 roku). Tylko tyle i aż tyle.

Ich związek trwał dziesięć lat, do wiosny 1957 roku, kiedy to - jak zwykle - przyjechała do niego do Warszawy, a on, przy obiedzie ni stąd ni zowąd oświadczył, że zakochał się w innej. Gdyby nie dzieci - relacjonuje - umarłaby wtedy. Przeżyła - także jedną ze swoich córek - ale jak twierdzi, było to życie już tylko z obowiązku. Lecz utrzymywali jeszcze ze Zbigniewem przyjazny kontakt listowny przez wiele lat. Dał mi to co najlepsze- powiedziała Joannie Siedleckiej - swoją pierwszą miłość.

Płaczące redaktorki

Był wielkim kobieciarzem i gdy ze mną spotykał się w południe, z inną prawdopodobnie wieczorem - ocenia Janina Frentzel-Zagórska, z którą Herbert też romansował. Nie myliła się. W tym samym czasie swą pierwszą miłość ofiarowywał Halinie Misiołkowej, a swoje zakochania jeszcze innym. Ale Janina Frentzel-Zagórska nie ma do Herberta żalu. Był uczciwy, niczego nie obiecywał, nie przysięgał na grób, więc nie myślała o nim poważnie. Tym bardziej, że jej zdaniem kobiety dla Herberta były do zabawy, do zachwycania się jego poezją, ale do dyskusji - już mniej. Szukał kobiety nastawionej wyłącznie na niego, dla której mógłby stanowić jedyny życiowy cel. I taką rzeczywiście [później] znalazł. Ale Andrzej Biernacki, krytyk literacki i znajomy Herberta, jest innego zdania. Oddzielał seks i uczucia, zawsze jednak wymagał przedtem zdanego egzaminu z rozmowy. Zafascynowany kobietami partnerkami, a nie opiekunkami, choć ułożyło mu się inaczej.

Mikołaj Bieszczadowski, poeta i tłumacz, uważa, że choć szlachetny i prawy, Herbert z roku na rok stawał się coraz trudniejszym człowiekiem, dręczył zwłaszcza kobiety (...) Wiele pań z 'Dziś i jutro' oraz Instytutu Wydawniczego PAX płakało po jego żartach, bo szydził, że tylko PRL mógł z nich zrobić redaktorki, w normalnym systemie zajmowałyby się tylko mężem, domem i kuchnią. Ale mimo to - pań wywracających za nim oczy nie brakowało, bo uchodził za najzdolniejszego, za wielkiego poetę, a to zawsze robi na kobietach wrażenie (...) Psuły go też, rozpuszczały, wbijały w dumę redaktorki Czytelnika i PIW-u (...), które nosiły na piersiach jego fotografie (...) Zwłaszcza Ania Zusman, płomienna komunistka z Rygi, gdzie pracowała jako ekspedientka (...) gdy czytała 'piękną poemę Zbyszka', mówiła, że mdleje, że robi się jej słabo - wspomina Bieszczadowski.

Nie chciał ranić, ale ranił. Nie chciał, żeby kobiety, które kochał, były nieszczęśliwe - mówi Janina Frenzler, ale czy widział kto miłość bez ran?

Kiedy w 1958 roku Herbert przyjechał na stypendium Związku Literatów do Paryża i został dwa lata, zakochała się w nim bez pamięci znajoma jego kuzynki, Francuzka Raymunda von Elsen. Znów starsza o dziesięć lat, ale atrakcyjna i inteligentna, pokazała mu całą Francję, choć zdecydowanie podkreślał, że ani myśli się angażować. Na dowód nawiązywał romans za romansem. Silny, zdecydowany, z własnym zdaniem, szarmancki, delikatny, czuły, naprawdę nimi zainteresowany - tłumaczy powodzenie Herberta Danuta Herbert-Ulam, jego krewna. Kiedy wyjechał, nachodziły ją nieustająco panienki, którym obiecywał małżeństwo. Żądały jego telefonu, adresu, przestała kłaniać mi się sąsiadka, z którą też się spotykał - wspomina.

Uwodził z lubością przez całe życie. Gdy w drugiej połowie lat siedemdziesiątych wrócił z saksów, w obawie przed rewizją przekazał jednemu z przyjaciół paczuszkę 'bibuły', a wraz z nią kopertę z listami od kobiet. Krystyna z Łodzi ubolewała w nich, że 'Pan Cogito' jej nie odwiedza wprowadzając tym samym w stan trwożnego, rujnującego oczekiwania, Kiki z Frankfurtu nad Menem chciała, żeby już się na nią nie gniewał, bo powtarzał przecież, że zawsze będzie jego małą Kiki.

Jak Ty nic nie rozumiesz, jak Ty nic nie wiesz, co to znaczy kochać Ciebie (...) skarżyła się z kolei Inka z Sopotu, która bolała, że znów się nie spotkali, choć obydwoje przecież tego pragnęli.

Jeszcze na krótko przed śmiercią emablował swoją młodziutką pielęgniarkę Dorotkę i obiecywał, że pojadą sobie we dwoje do Wenecji.

Ile emocji i uniesień, ile łez i radości, szeptów i krzyków zawierają te historie razem wzięte i każda z osobna, ile zapisanych sztambuchów, zarumienionych wspomnień na zimowe wieczory i stare lata - wie zapewne tylko Pan Bóg. Ciekawe, czy tak jak bohaterce z piosenki Osieckiej i jemu też 'wybaczył czyny sercowe i podał lody malinowe'.

Z zaskoczenia

Zbigniew Herbert opędzał się od myśli o ożenku jak od uprzykrzonej muchy. Małżeństwo to koniec poety - mawiał, co potwierdzają wszyscy świadkowie w książce Siedleckiej. Toteż, kiedy w wieku 44 lat ożenił się z Katarzyną z Dzieduszyckich, wszyscy się strasznie dziwili - Zbigniew i Katarzyna schodzili się przecież przedtem parę razy i rozchodzili. Zwyczajnie. Wśród znajomych Herberta, których relacje znalazły się w 'Panu od poezji', przeważa opinia, że potrzebował opiekunki i pielęgniarki, a stabilizacja była mu potrzebna, bo bardzo już szwankowało mu zdrowie, dużo pił, popadał w okresy ciężkiej depresji. Ale nawet jeśli tak było - Katarzyna świadomie się tej roli podjęła. I nie skarżyła się. Kiedy pisał do czwartej nad ranem, szykowała mu termos i kanapki. Kiedy chorował - wzywała lekarzy i aplikowała lekarstwa. Odbierała wszystkie telefony, była sekretarką, asystentką, biurem prasowym. Znosiła romanse, kaprysy i humory, bo - jak mówiła - wiedziała, że ma do czynienia z człowiekiem wyjątkowym, wybitnym.

Nie mieli ślubu kościelnego - jednak w jej cierpliwym, upartym wybaczaniu jest coś bliskiego ewangelicznej lekcji dawania, którą w tak zdumiewająco prostych słowach zawarł w Hymnie o miłości św. Paweł.

Szkoda, że Katarzyna Herbertowa nie zgodziła się na rozmowę z Joanną Siedlecką.

PRACA

Nagłe jak zawał domiary

W pierwszym tygodniu chciałem się powiesić w klozecie - pisał do przyjaciela Zdzisława Ruziewicza, gdy ojciec załatwił mu posadę w banku w Gdyni, ale skąd go wyrzucili z powodu nadużycia urlopu. Nadużycie polegało na tym, że jako student prawa na Uniwersytecie Toruńskim pojechał tam na egzaminy.

Przez wiele następnych lat chwytał się przeróżnych zajęć, żeby mieć z czego żyć, bo jeszcze nikt mu nie wydawał poezji, jeszcze nie zarabiał.

Był więc, choć krótko (1948), redaktorem 'Przeglądu Kupieckiego', niebawem zlikwidowanego przez władze. Ale jeszcze wtedy kupcy kończyli swoje zebrania odśpiewaniem 'Roty' i hasłem 'Kupiectwu cześć!'. Wkrótce w ich piśmie zaczęły pojawiać się jednak treści nowe:

Komunikat Stowarzyszenia Kupców w Gdyni: Podawanie pieczywa i tłuszczu w restauracjach i hotelach. W przedsiębiorstwach przemysłu gastronomicznego wolno podawać do jednego posiłku, na jedną osobę nie mniej niż 50 g pieczywa (jeden kawałek chleba lub bułkę) i 100 gramów tłuszczów zwierzęcych (...) Niezastosowanie do powyższych przepisów podlega surowym karom.

Ale mimo prób dogadywania się z komunistyczną władzą, kupiectwo umierało. Dosłownie. Tak jak profesorowie na uniwersytetach, kupcy umierali na serce. Niewytrzymywali nagłych jak zawał domiarów - wspominał po latach Herbert. Podatki i domiary niszczyły wolny handel i ludzi. Nekrolog gonił nekrolog.

Później zaczepił się za grosze w Muzeum Okręgowym w Toruniu jako 'wycinacz wycinków'. Jak na 1950 trafił nieźle - mówi Halina Mikłowska, historyk sztuki z Torunia - niezła atmosfera, bo żadnego jeszcze partyjniaka, z wyjątkiem nie liczącego się laboranta.

Potem, też krótko, uczył w toruńskiej szkole podstawowej, gdzie głównie ujarzmiał 'straszną bandę', w tym klasowego zabijakę, który - według opowieści przekazanej przez Herberta Jackowi Trznadlowi - rzucił w swego nauczyciela kałamarzem o mały włos nie niszcząc mu jedynego garnituru, ale po jakimś czasie, już oswojony, na jednej z przerw wyciągnął w jego kierunku otwartą dłoń z brudną i spoconą landrynką.

Z powodu kłamstwa

Kierownikiem biura oddziału Związku Literatów Polskich z pensją pięciu, a potem dziesięciu tysięcy (1949-50) zgodził się zostać dlatego, że był bez pieniędzy i dorobku. Praca papierkowa do wdzięcznych nie należała. Zarząd oddziału Gdańskiego Związku Literatów Polskich zwraca się ponownie z uprzejmą prośbą o przyznanie fortepianu względnie pianina - pisał Herbert podanie do wojewódzkiego Wydziału Kultury i Sztuki, zaś do Zarządu Głównego ZLP w Warszawie przy Al. Stalina przesyłał wykaz literatów, członków naszego oddziału, którzy nie otrzymali kartek żywnościowych. Obywatelowi Franciszkowi Fenikowskiemu natomiast wystawiał zaświadczenie, że tenże brał udział w pochodzie 1-majowym w Sopocie w szeregach członków ZLP. Udział kol. Fenikowskiego w szeregach ZLP jako członka zarządu oddziału był konieczny - zapewniał. Uprzejmie prosił też Wojewódzką Radę Narodową o wydanie talonu na zakup radioodbiornika dla świetlicy ZLP w Domu Literatów, Sopot, gdyż w myśl nowych wytycznych prace Związku prowadzone będą w najbliższym okresie m.in. w formie częstych zebrań wewnętrznych i dyskusji ideologicznych - prawda, że w lot opanował język komunistycznej nowomowy?

Ale nie tylko pisał podania. Wkrótce zaczęły się wyjazdy w teren, do PGR-ów, do wzorcowych bibliotek robotniczych z tzw. trójkami, czyli aktywem składającym się z literata i jego anioła stróża z UB oraz śpiewaka i akompaniatora. Akcje finansowały władze wojewódzkie i centralne ZLP w Warszawie. Stamtąd też docierały tematy wyjazdowych prelekcji w stylu: 'literatura na froncie pokoju', 'walka o produkcję', 'socjalistyczna budowa wsi'.

20 kwietnia 1951 roku napisał jeszcze jedno podanie - podanie z prośbą o skreślenie go z listy członków-kandydatów Oddziału ZLP, motywując ją stanem zdrowia i zmianą miejsca zamieszkania. Pytany po latach, dlaczego wystąpił, odparł z powodu kłamstwa. Zatrąbiono na socrealizm. Opowiedział przy tym taką historię:

Zabrano mnie na akcję niszczenia kułaków. Przychodziły po prostu bojówki tak zwanych robotników (...), którzy (...) rabowali dobytek wrogów klasowych (...) Zboże ładowano na furmanki, które stały potem na śniegu i deszczu, zboże niszczało, to była ekonomiczna cena historycznego eksperymentu (...) jednej z kobiet pracujących u 'kułaka', Malcowej, również zabrano zboże. Ona strasznie rozpaczała (...) Zgłosiłem się do organizatora akcji i chciałem napisać reportaż, żeby tylko jej dali worek zboża. Wytłumaczono mi, że nie rozumiem dialektyki historii. Potem doszła do mnie wiadomość, że Malcowa powiesiła się. (...) Oddałem legitymację.

Przeszło dwadzieścia lat później, w 1972 roku, kiedy już jako uhonorowany za granicą poeta, zostanie członkiem Zarządu ZLP w Warszawie, będzie siać postrach wśród co bardziej bojaźliwych kolegów, włącznie z prezesem Iwaszkiewiczem, tym, że na każdym zarządzie domagał się, abyśmy zajęli stanowisko w sprawach, których wolano nie dostrzegać - jak wspomina Jan Józef Szczepański.

I tak Herbert domagał się m.in. zmniejszenia drakońskich wyroków dla członków 'Ruchu', dla braci Kowalczyków (to ci, co podpalili salę gimnastyczną w Opolu przed fetą na cześć MO i SB), reakcji w obronie represjonowanego teatru 'Ósmego dnia' i 'młodych gniewnych' - Ryszarda Krynickiego i Jacka Bierezina, których nachodziła bezpieka, urządzała rewizje, odmawiała paszportu itp.

W protokóle obrad Zarządu z 8 lutego 1975 roku można przeczytać, że kol. Herbert i kol. Jastrun zaapelowali, aby ZG ZLP podpisał interwencje w sprawie kol. Orłosia i publikacji jego utworów, a rok wcześniej, że kol. Herbert omawia szereg sytuacji 'młodych' na tle sprawy Krynickiego [władze nie puściły go do Niemiec na ufundowane przez Herberta stypendium].

Kiedy na XIX Walnym Zjeździe Literatów w Poznaniu (na którym w charakterze gości pojawili się Sowieci w mundurach z orderami i baranich czapach) Herbert trafił do szpitala po wypiciu wody mineralnej w hotelowym pokoju - gruchnęła wieść, że został otruty. Należał bowiem do 'liberałów', którzy chcieli wygrać na zjeździe z twardogłowymi partyjniakami. Tak to wspomina u Siedleckiej Leszek Prorok: Nie wiem, czy ktoś chciał go sprzątnąć, czy unieszkodliwić tylko na jakiś czas, ale stało się i osiągnęło swój cel. Bardzo nas to załamało, przygnębiło (...). Przepadło wielu 'naszych', przegraliśmy (...).

Tak im zależało na wygranej, że - choć na tego typu imprezach zawsze się pije - tym razem nie pili w ogóle. Odwrotnie strona partyjna. Jej przedstawiciel Józef Tejchma przyznawał: Nasi trochę popili. Opozycja była trzeźwa (...) Bratny proponował oddelegować kogoś mocnego do opozycji, aby ją rozpić z ramienia partii.

Personalna Żenia Paryżer

W historii o tym, jak pan od poezji zarabiał, żeby nie głodować, jest i epizod handlu posoką, czyli oddawania krwi za pieniądze w Instytucie Hematologii na Chocimskiej w Warszawie. Nieżyjący już Wojciech Ziembiński, znany działacz niepodległościowy, którego relację udało się Siedleckiej zarejestrować, mówi: Handlował posoką m.in. tak zwany element, ale nie tylko (...). Bardzo wielu inteligentów, robotnik bowiem zawsze coś sobie znalazł, choćby dorywczo.

A że płacili od ręki i częstowali śniadankiem regeneracyjnym (bułka z dżemem i płyn o nazwie herbata słodzony sacharyną), niemało było i takich, którzy oddawali krew w kilku szpitalach jednego dnia - jak przeżyli, nie wiadomo.

Razem też z Ziembińskim miał być Herbert wyrzucony z Warszawy. Wystarczył donos z UB, że ktoś ma broń, że bumelant, że niezameldowany. Wysiedlano całe rodziny - mówił Ziembiński. A Herbert pisał do prof. Elzenberga: W ramach walki z chuliganami otrzymałem nakaz opuszczenia Warszawy i trzeba było wielu zabiegów, aby cofnąć decyzję wielkorządców (...).

Ale to jeszcze nie koniec opowieści o zarobkowej prozie życia poety. W 1954 roku zatrudnił się bowiem w 'Torfprojekcie' (biuro związane z przemysłem torfowym), w którym to funkcję presonalnej pełniła osoba o nazwisku Żenia Paryżer, za co samo już powinna być uwieczniona. Herbert donosił zaś znajomym w listach: Od roku pracuję w przedsiębiorstwie torfowym i mam po tej linii poważne sukcesy, mianowicie w II kwartale zdobyłem p-r-o-p-o-r-c-z-y-k p-r-z-e-c-h-o-d-n-i, niestety piszę także wiersze i to nie daje mi niestetyoddać się całą duszą pracy zawodowej oraz Wziąłem udział w organizowanym przez Związek Zawodowy turnieju recytatorskim. Otóż okazałem się najlepszy w naszym pionie drzewno-terenowym, a także (...) w torfowym biurze nynie trudzę się, obyśmy wszyscy jak tu jesteśmy pod dostatkiem owego torfu mieli, oby nam rósł przemysł, a z nim ojczyzna ta nasza nieboga, oby ten torf zawędrował pod strzechy, jako chciał nasz wieszcz narodowy i oby chłop, robotnik, inteligent pracujący tego torfu nie musieli się wyrzekać, jak to za sanacji i okupacji było hop, hop, szturk.

'Szmata pałkarzy' i inne

Potem działo się już lepiej. Za protekcją Stefana Kisielewskiego dostał Herbert posadę dyrektora biura w Związku Kompozytorów Polskich (Mój Boże, znów 8 godzin (...) a ja chciałbym pisać, pisać! - skarżył się Halinie Misiołkowej), ale wytrzymał tylko siedem miesięcy. W połowie lat 60. został na krótko kierownikiem literackim teatru Osterwy w Gorzowie Wielkopolskim i dostał etat w miesięczniku 'Poezja'. Pisywał do kilku czasopism - 'Tygodnika Powszechnego', 'Twórczości', 'Nowych Książek', a wcześniej także do PAX-owskiego 'Dziś i jutro', szmaty pałkarzy - jak mawiał.

Mikołaj Bieszczadowski w książce Siedleckiej:

Pisywał początkowo pod nazwiskiem, później jako Patryk, Stefan Martha, bo chciał zarabiać, pisać, gdzieś zacząć, był rozdarty. Wstydził się też i krępował, że musi to robić właśnie tu. Bardziej rzymski niż katolik - jak kpił sam z siebie - nie chodził na msze z udziałem Piaseckiego, zjawiał się najwyżej na opłatkach oraz jajeczkach, i to w kuluarach, szydząc - mówi Bieszczadowski - że ma dość postępowych katolików i katabasów, czyli głupich księży! Że lepiej już chyba brać od marksistów niż od PAX Bolesława! I że PAX to rozbijacka robota, agentura, dywersja, kolaboracja. Miał oczywiście rację, ale czy istniało wtedy inne wyjście? - zastanawia się Bieszczadowski, który twierdzi też, że kroplą, co przelała czarę, stała się sprawa tomiku Herberta. Myślał jednak o wydaniu go, ale nie miał gdzie. Poszedł więc na rozmowę z naczelną Instytutu Wydawniczego PAX - Teresą Englertówną ważną, decydującą, ze ścisłego KC, (...) ideową służbistką oddaną partii, bo to była partia, przypominała mi często, że nie widzi mnie na mszach w kościele św. Michała. Związana podobno z Piaseckim, wielkim kobieciarzem (...). Nic więc dziwnego, że przed rozmową z nią Zbyszek strzelił sobie kieliszek, może dwa, dla kurażu. Natychmiast to jednak zauważyła i z hukiem wywaliła za drzwi (...). Zdenerwował się wtedy ostatecznie i przestał poprostu przynosić teksty, pojawiać (...). Trzeba przyznać, że nie dał się wciągnąć w PAX, wycofał.

Ogólnie - pierwsze większe pieniądze zarobił na Zachodzie - na saksach w Ameryce, gdzie był wykładowcą koledżu z tępymi studentami, i z nagród poetyckich, które dostał w Europie. Ale personalna Żenia Paryżer chyba jeszcze długo musiała go straszyć po nocach w Polsce Ludowej.

KOLEDZY

Porter, winko, żarciki, ratunek

Z dobrych domów, błyskotliwi, uczniowie takich panów profesorów jak ci z fotografii 'ósemki', wychowani w szacunku dla kilku podstawowych wartości i praw logiki, oczytani, władający językami, smakosze wolności, którzy zdążyli zaznać w dzieciństwie i wczesnej młodości normalnego życia - nagle znaleźli się w niewoli, w systemie rządzonym przez absurd i cepów. Lgnęli więc do siebie, trzymali razem.

Myśleliśmy, że to będzie trwało wiecznie. Trwaliśmy w opozycji do państwa i było przyjemnością omijanie takiego protektora. Byliśmy traktowani nie jak opozycja, ale wieśniacy niezdolni zrozumieć marksistowską ideę - wspominał tamte lata Herbert.

Do ich polonistycznej paczki należała m.in. Ninka Frentzel, dziś Janina Zagórska, która uważa, że ten straszny czas można było przetrwać dzięki naszej polonistycznej grupce, wyspie na morzu czerwonym, połączonej inteligenckim pochodzeniem i kwestią smaku. Odrzucały nas capstrzyki, zebrania produkcyjne, sądy za bywanie w nieproletariackich kawiarniach. A Janusz Szpotański, zwany przez kolegów Mistrzem, bo świetnie grał w szachy, autor sztuki 'Cisi i Gęgacze' ze słynnym towarzyszem Szmaciakiem w roli głównej, wybitny intelektualista, który umarł w zeszłym roku, a dopóki żył o Gomułce nie mówił inaczej niż Gnom, tak przywołuje Siedleckiej ów czas: Gęganie na czerwonego groziło wtedy pudłem i odbitymi nerkami, niebezpieczne było nawet słowo opozycja, tak że nasza polonistyczna ferajna to [była] raczej konspiracja towarzysko-intelektualna, bo tylko się przecież spotykaliśmy, żłopaliśmy porter i winko, natrząsali z marksistowskich bredni. To wszystko.

Psychoanalityków z ich kanapami w Polsce Ludowej nie było, więc sami dla siebie byli psychoterapeutami. W ten sposób odreagowywali. Nie dawali się ogłupić. Na przekór małpiemu gajowi - mówi w książce Szpotański - rozmawialiśmy więc o Joysie, Eliocie, Prouście. Staraliśmy się czytać głównie rzeczy zachodnie, o które było trudno, ale coś się jednak zdobywało (...). Choć oczywiście Joyce'a, Eliota, Prousta czytaliśmy w oryginale, w czytelniach, czerwony nie wydawał przecież nawet Sartre'a. Andrzej Biernacki dodaje zaś, że czytali też sobie nawzajem własne utwory: Herbert wiersze, Tyrmand - prozę, deklamowaliśmy 'Traktat moralny' Miłosza, który znaliśmy - bez przesady - prawie na pamięć, był niemal szyfrem. W ogóle, mówi Biernacki, były to swego rodzaju seminaria literackie, na których dzielili się dobrymi, zakazanymi przeważnie lekturami, a starsi radzili młodszym, co czytać.

Ale im bardziej olewali PRL, tym szybciej wylatywali z uczelni. Wyrzucano ich z dnia na dzień za 'brak zaangażowania', 'nietrzymanie z kolektywem', 'kawiarniany tryb życia', 'inteligenckie smaczki' i 'burżuazyjne ciągotki'.Janinie Frentzel razem z wilczym biletem dali nakaz pracy w bibliotece miejskiej pod Hajnówką.

Próbowałam się bronić, tłumaczyć, że mam obiecaną posadę w PIW-ie, pokój u rodziców, ale członkini komisji, której przewodniczyła prof. Kulczycka-Saloni (...) przerwała mi, krzycząc: 'Koleżanko Frentzel, nakaz kwaterunkowy na wasz pokój otrzyma ktoś stolicy potrzebny!'. A wtedy od zsyłki mogło uratować tylko małżeństwo z warszawiakiem, bo małżeństw jeszcze nie rozdzielali. Z ich paczki zaś zameldowanie miał tylko Szpot. Poleciałam więc na pocztę, gdzie pracował, bo utrzymywał obłożnie chorego ojca. Mistrzu, prosiłam - Ratuj! Ożeń się ze mną! I ożenił się, uratował. A potem też po dżentelmeńsku rozwiódł.

Mieszkali kątem z dokwaterowywanymi lokatorami, w klitkach ze wspólną łazienką i kuchnią. Bywało że - tak jak Szpotański czy Herbert - głodowali. Ale mieli gest, mieli styl, swój własny sposób na czerwonego. I dobrze, że go Siedlecka przywołała.

KAWALARZ

Z wyzywającą bezczelnością kokoty

Bić się z PRL-em - to była jedna metoda, żeby go przeżyć w postawie wyprostowanej. Więc bił się. Omijał salony władzy i te wokół niej, ignorował je do końca. (Według opinii wielu był to jeden z powodów, dla których nie dostał Nobla). Organizował listy protestacyjne, całe akcje. M.in. w obronie przywódców 'Ruchu', którzy zasłynęli z tego, że chcieli wysadzić w powietrze pomnik Lenina, ale się nie udało i siedzieli w więzieniach. Albo list z żądaniem praw dla Polonii w ZSRR, o której zapomniano. Bił się z PRL-em i w III RP - kiedy domagał się dekomunizacji i lustracji, za co zresztą bywał przez salony nazywany wariatem, a także rehabilitacji pułkownika Kuklińskiego.

Ale kpić z PRL-u, śmiać się, śmiać się w ogóle, taką mieć postawę wobec świata - to była druga metoda. Na wielu stronach książki Siedleckiej znaleźć można przykłady, jak to robił:

Na wystawie w Zachęcie, pełnej socjalistycznych chał (...) - mówi Janusz Odrowąż-Pieniążek - gdy nikt nie widział, podbiegał szybko i obok nazwiska autorów przyklejał przygotowane wcześniej karteczki z napisem 'Knot'.

W Paryżu (gdzie wskoczył kiedyś na dachy samochodów tkwiących w korku i szedł tak, dopóki go nie ściągnięto, tłumacząc później, że Francuzi, którzy żyją w raju, mogą chodzić po chodnikach, przybysz z PRL-u musi mieć trudności - relacjonowała Danuta Herbert-Ulam), zaczął wpadać do stołówki polskiej reżimowej ambasady, tłumacząc, że jest z polecenia towarzysza Kliszki.

Po winie u Fukiera w Warszawie darł się kiedyś nocą na cały głos: Ludu Warszawy, pędź Moskala!W Czytelniku przebrał się nie do poznania w kobiece kiecki i umalował rozglądając się po sali z wyzywającą bezczelnością kokoty - mówi J. J. Szczepański. Okazało się, że redaktorki wydawnictwa dostały właśnie paczkę z zagranicznymi ciuchami.

Utrzymywaliśmy kontakt do końca, gdy mężnie znosił chorobę [miał astmę, był po operacji krtani, oddychał przez rurkę, cierpiał na powracające depresje, 'był właściwie chory na wszystko, miał piekło w głowie' - jak określił to kiedyś jego francuski lekarz, a ksiądz Wiesław Niewęgłowski przytoczył słowa usłyszane od Herberta na dzień przed śmiercią: 'Bóg był dla mnie zawsze kimś ważnym, bo roumiał moje cierpienie'] - wspomina w książce Marek Skwarnicki. - Co się działo w domu, to się działo - dla świata humor i dowcip, listy krotochwilne, rzadko kiedy 'konfesyjne'.

Nie deliberował na temat swoich chorób, nie rozwodził się o szpitalach, kuracjach, a jeśli, to żartem.

W sanatorium było bardzo wesoło. Piliśmy dużo wódki, którą w razie kontroli wlewaliśmy do flakonów z kwiatami i w ten sposób kwiaty były wiecznie zalane w drobny mak. Ostatki spędziłem na zabawie urządzonej przez Anatomię Patologiczną, czyli prosektorium. Kierowniczka tego przedsiębiorstwa miała do mnie wyraźne skłonności, co mnie trochę zaniepokoiło. Zabawa bardzo się udała. Bufet był oczywiście zimny, a ja śpiewałem 'ciao, ciao, bambino!'.

Właśnie mijają dokładnie cztery lata, odkąd umarł.

***

Książka Joanny Siedleckiej ma parę grzeszków: na przykład zapędy lustracyjne wobec rodziny poety tak daleko posunięte, że zupełnie nieuzasadnioną ilość miejsca zajmuje w niej historia piątej wody po kisielu wuja Zbigniewa - Ludwika Herberta, konfidenta gestapo, zastrzelonego wyrokiem Polski Podziemnej. Albo irytująca maniera posługiwania się równoważnikami zdań i dziwna niechęć do orzeczeń, bałaganiarski sposób przytaczania cytatów, często uniemożliwiający rozeznanie, z czyją mamy do czynienia opinią, czy też bezsensowne w wielu miejscach używanie znaków zapytania i wykrzykników. Są też wpadki merytoryczne (wytknięte już autorce publicznie przez siostrę poety za umieszczenie Czartowskiej Skały w Parku Stryjskim, podczas gdy leży ona 9 kilometrów od Lwowa) np. takie, jak pomylenie pisarza André Maurois z innym pisarzem, André Malraux, ministrem w rządzie de Gaulle'a. Razi wreszcie brak indeksu nazwisk.

Ta książka ma małe grzeszki, ale akurat tego wielkiego, który przypisują jej omdlewający z oburzenia krytycy - nie. Nie jest zamachem na Herberta. Odwrotnie - bardzo mu się przysłużyła. Nic nie ujęła Herbertowi-poecie, a ujawniła ten - nie wiedzieć czemu ukrywany w tajemnicy - fakt, że nawet poeta bywa człowiekiem.

W ten sposób przyparła wielbicieli Herberta do muru; takie są fakty - pokazała - więc nie bądźcie obłudni, kochajcie Herberta takim, jakim był, a nie takim, jakim go sobie stworzyliście. Książka Siedleckiej uświadamia, że to nie sztuka stawiać pomniki pomnikom. Bo pomniki tylko wtedy mają sens, kiedy stawia się je ludziom.

Gazeta Polska, 24 lipca 2002