Strona główna / Literatura polska / Stygmatycy

Aktualności

11.06.2018

Nie żyje Roman Kłosowski

Z żalem przyjęliśmy informację o śmierci Romana Kłosowskiego. Uwielbiany przez Polaków odtwórca kultowej roli Maliniaka w serialu „Czterdziestolatek” odszedł w wieku 89 lat.

Wywiady

13.06.2018

Prof. Rzepliński: Życzę Kaczyńskiemu, by przeczytał moją nową książkę. Te emocje wyjdą mu na zdrowie.

W portalu Natemat.pl znajdziecie wywiad Jakuba Nocha z profesorem Andrzejem Rzeplińskim o naszej niedawnej premierze "Sędzia gorszego sortu". Podobnie jak w książce, padają w nim mocne słowa...

Posłuchaj i zobacz

13.06.2018

Papcio Chmiel skończył 95 lat!

Zapraszamy do obejrzenia video relacji z 95 urodzin Papcia Chmiela.

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabski syn Tanya Valko
  2. Nora Katarzyna Puzyńska
  3. Słowikowa o więzieniach dla kobiet Monika Banasiak, Artur Górski

Fotogaleria

więcej »

Stygmatycy

Marek Nowakowski

Krzysztof Masłoń

Stygmatycy w smudze cienia

Nowa książka Marka Nowakowskiego "Stygmatycy" nie będzie w imponującym (blisko 90 pozycji) dorobku autora "Benka Kwiaciarza" tytułem najważniejszym, niemniej jednak znaczącym. A to z tej przyczyny, że jak chyba w żadnym dotąd tomie, Nowakowski wyeksponował tutaj smugę cienia, w jaką wchodzą jego bohaterowie.

Myślę przede wszystkim o tytułowym opowiadaniu zbioru, nazwanym okrutnie, bo też i cała rzecz okrutna. "Stygmatycy" traktują o ludziach usiłujących przeciwstawić się nieubłaganym prawom biologii. Są starzy, lata heroicznych wzlotów i dramatycznych upadków dawno mają za sobą i pozostaje im, w istocie, czekać końca. A jednak coś im jeszcze w duszy gra, chcą znów, jeszcze raz poczuć się ważni, usatysfakcjonowani, a to podbojem miłosnym, to znów znajomością z kimś na świeczniku, wreszcie choćby załatwieniem udanego interesu. Prężą przygarbione sylwetki, wciągają brzuchy, szczerzą sztuczne zęby w wymuszonym uśmiechu i opowiadają banialuki, byle tylko zagadać, zakrzyczeć smutną prawdę, że są już "ex" i że jak ulał pasuje do nich określenie Maksyma Gorkiego - "bywszyje ludi".

Przez lata spotykali się w tym samym lokalu, jakiejś PRL-owskiej Małgorzatce. Nie byli może królami tej knajpy, ale czuli się w niej pewnie - jako stali bywalcy. Na pozór łączyło ich niewiele, poza krytycznym stosunkiem do komuny i zamiłowaniem do wysokoprocentowych trunków. Ich spotkania przerodziły się jednak w rytuał i dlatego takim zagrożeniem dla tego "towarzystwa weteranów" stało się raptowne przemianowanie siermiężnej Małgorzatki w Las Vegas, gdzie od razu zaczęła rządzić inna klientela, zapanowały nowe obyczaje, a oni stali się, z dnia na dzień, reliktami przeszłości. Ludźmi nie na miejscu.

Przypominała im o tym nieustannie królująca za bufetem Banaszek Stenia, rodem z Sokołowa czy Łukowa. I cóż z tego, że tę samą Stenię parę lat wcześniej uczyli miejskiego obycia, dbali, by nabrała stołecznego szlifu. Teraz tą samą łapą z "topornymi, krótkimi paluchami" pokazuje im drzwi, a jeszcze wrednie radzi, by udali się do miejsca w sam raz dla nich - obskurnego Fisz Baru, przerobionego z publicznego szaletu.

Władcą Las Vegas jest dziś niejaki pan Robert. Na dużą skalę kręci lewe biznesy, otacza go gromada podgolonych osiłków, a jego nieodłącznym towarzyszem jest pies, któremu w odpicowanej i nastawionej na nowego klienta knajpie wszystko wolno - tak jak jego panu. Nawet, gdy zwierzę załatwi się przy barze, babka klozetowa nadciągnie z pomocą i szybko usunie kałużę psiego moczu. W końcu, jako rzecze właściciel czworonoga: "Pęcherz ma swoje prawa. Przybiera i ciśnie. Domaga się opróżnienia".

Niestety, nie będzie usprawiedliwienia dla, podobnego, wyczynu staruszków. Po spożyciu znacznie większej niż zwykle dawki alkoholu, pospali się przy stoliku i, co tu dużo mówić, "wszyscy poszczali się paskudnie". Odtąd wrota Las Vegas zostaną dla nich definitywnie zamknięte. A wszechwładny pan Robert, krztusząc się ze śmiechu na widok mokrych spodni i rozlewającej się po knajpie cuchnącej uryny, nazwie ich stygmatykami.

Śmieszne kurduple

Nieprzystawalność światów bohaterów "Stygmatyków" i ich, było nie było, następców w tym samym, warszawskim lokalu, cóż że nazywającym się inaczej, jest porażająca. Gdy jedni żyją przeszłością, drudzy teraźniejszością, z której wyciągają, ile się da. Co ich obchodzą wspomnienia o dawnej Warszawie, dawnej Polsce. Jeden z osiłków pana Roberta podnosi od stołu dwóch staruszków i potrząsając nimi niczym kukiełkami, woła: "Leciutkie te zgredy! Kociaki!". A gdy najbardziej obrotny z "weteranów", Napoleonem zwany, zacznie nazbyt rozwodzić się nad swymi dawnymi przewagami, przywołany zostanie do rzeczywistości brutalnie dobitnym stwierdzeniem faktu: "Aleś ty śmieszny, kurduplu!".

W książkach Nowakowskiego, od debiutanckiego "Tego starego złodzieja" począwszy, często pojawiali się starzy ludzie. W bezwzględnym świecie przedstawianym przez pisarza nie było im lekko. Na umierającego pasera Kiciuchę czyhał już pazerny Wazelina, by przejąć po nim wszystko, wraz z kobietą. Podobne problemy miał Trzyczwartak z Kaczorem czy Tapeta z Ząbkiem. Ale przecież ten ostatni zawaha się przed skrzywdzeniem starego wspólnika, przez pamięć, że był on kiedyś charakterny. A dla Tolunia ze "Zdarzenia w miasteczku" (Antoni Krauze sfilmował to opowiadanie pod tytułem "Prognoza pogody"), bunt pensjonariuszy domu starców stanie się impulsem, by wszcząć swoją własną, prywatną wojnę ze znienawidzonym systemem.

Ale w tamtym świecie, choć w nim, co prawda, "wilki podchodziły ze wszystkich stron", obowiązywały jeszcze jakieś zasady. Oczywiście, łamane, nie zawsze jednak i nie przez wszystkich. Był to inny świat, z korzeniami w epoce przedwojennej. Świat, w którym starość równała się mądrości, podziwiano dawne zasługi, a do nestorów chodziło się po radę i wsparcie, którego - w miarę możliwości - nie odmawiali. W tamtym świecie dziecko upodobniało się do dorosłych, gdy dziś przeciwnie, starcy wbijają swe pomarszczone członki w młodzieżowe ubranka. Emeryci mają siedzieć w domu przed telewizorem, wzruszać się serialami, oddawać rentę dzieciom, a jeszcze lepiej wnukom i jak najmniej się odzywać. A do knajp nie zaglądać, bo psują estetykę wnętrz.

Na poetyckim piedestale

Tytuł drugiego opowiadania z najnowszej książki Marka Nowakowskiego od razu określa jego tematykę: "Dawni poeci i Muza" (było ono drukowane w "Plusie Minusie" w sierpniu 2003 roku). Cofamy się tutaj do czasów, w których "poeci byli na piedestale. Serca dziewcząt drżały na widok poetów. Płoniły się im lica, oczy ciemniały, nienazwane wzruszenia wzbierały w głębi wrażliwych dusz. (...) Poeci byli przecież dla nich wybrańcami bogów, kochankami muz, niezwykłymi wirtuozami zaklinania czegoś tak bardzo uchwytnego, ulotnego jak gwiezdny pył na nocnym firmamencie nieba. A jednak utrwalali to coś niebotycznie wysokie w karnym szyku słów, ułożonych w wersy bytu. Poeci bez trudu zdobywali dziewczęce serca".

Trudno to sobie dziś wyobrazić, zwłaszcza że młody rymopis z lat PRL nieodłącznie kojarzy się z Poetą z "Rejsu" Marka Piwowskiego. I, cóż na to poradzić, ta filmowa karykatura bliższa jest prawdy, niż fantastyka uprawiana przez niegdysiejszych mistrzów słowa. Nowakowski też nie ma zamiaru niczego upiększać, po mistrzowsku - kilkoma pociągnięciami pióra - oddając atmosferę dawnych wieczorów i spotkań literackich, pełnych sporów o zdumiewająco abstrakcyjne wartości, ale i zawiści o druk wiersza w koncesjonowanym przez władze pisemku (innych nie było!), a czasem i mordobicia wśród oparów dymu z papierosów, które palili przecież wtedy wszyscy. Poeci, nie dbając o przyszły stan organów wewnętrznych z wątrobą na czele, popijali przy tym ochoczo tanie wina i najtańszą gorzałę. Do któregoś z tych dawnych, wówczas młodych i obiecujących poetów, nadziei PRL-owskiej literatury, "przykleiła się" Maria, owa Muza z opowiadania Nowakowskiego. Do Warszawy przybyła z prowincjonalnego miasteczka, nadzwyczaj szybko poznając mechanizmy, rządzące tutejszym życiem, powiedzmy, kulturalnym. I nie obejrzał się nawet jej rozpoetyzowany partner, jak puściła go w trąbę z o wiele starszym, uznanym pisarzem, wziętym autorem powieści sensacyjnych i scenariuszy filmowych. Po nim przyszła kolej na zaawansowanego wiekiem producenta wyrobów galanteryjnych z tworzyw sztucznych, a następnie zrobiło się już Marii w PRL za ciasno. Zarzuciła sieć na przyjeżdżającego nad Wisłę Anglika (ten dopiero musiał być stary!) i udała się z nim do Londynu. A po latach tamten pierwszy poeta, niepisujący już wierszy, lecz zarabiający na chleb redaktorzeniem w popularnonaukowym wydawnictwie, z dumą pokazywać będzie pocztówki nadsyłane mu znad Zatoki Perskiej. Od żony tamtejszego szejka.

I tak dziś, gdy idolami młodych są gwiazdy rocka i aktorzy, a za początkującym wierszokletą nie obejrzy się nawet zezowate półtora nieszczęścia, Marek Nowakowski "Dawnymi poetami i Muzą" przypomniał, że i literatura - dla prawdziwie wytrwałych i konsekwentnych - stać się może trampoliną do sukcesu. Pod warunkiem, że ma się w sobie - jak Maria - coś z damy do towarzystwa lub... dziwki.

Francja, elegancja

Tom "Stygmatycy" zamyka opowiadanie, a właściwie niewielka rozmiarami powieść - "Honolulu", wznowiona po 11 latach. W swoim czasie nie zrobiła furory, choć mówiła o ciekawych, niekiedy wręcz sensacyjnych, sprawach, tyle że sprzed - mniej więcej - trzydziestu lat. Tymczasem, w III Rzeczypospolitej, przeszłość interesowała już głównie... stygmatyków.

"Honolulu" to rozrachunek ze swoim życiem byłego ambasadora PRL we Francji. Choć Nowakowski nie wymienia jego nazwiska, wiadomo że chodzi o Stanisława Gajewskiego, szefa dyplomacji polskiej we Francji w latach 1954 - 1961, którego kariera skończyła się gwałtownie po tym, jak wyjątkowo niefortunnie ulokował on swoje uczucia w żonie amerykańskiego pracownika Europejskiego Dowództwa NATO. W normalnym świecie pani ta rozwiodłaby się z małżonkiem i wyszła za mąż za, nieco egzotycznego z jej punktu widzenia, ambasadora kraju zza żelaznej kurtyny. PRL-owska bezpieka zadbała jednak, by z tej historii miłosnej uczynić aferę, bez mała, szpiegowską. Wybrankę Stanisława Gajewskiego zmuszono do opuszczenia Polski bez prawa powrotu, a samego ambasadora najpierw zawieszono, a potem zwolniono z MSZ. Do emerytury dociągnął, pracując w Kancelarii Sejmu, gdzie miał odpowiednio dużo wolnego czasu, by dziękować Bogu, że nie wylądował za kratami.

Gajewski był świetnym gawędziarzem, o czym mogli się przekonać czytelnicy nie tylko "Honolulu", opowieści zbudowanej na jego monologu, ale i interesujących wywiadów, jakich udzielił Robertowi Jarockiemu, który zebrał je i w 1993 roku opublikował w książce "Pięć minut ambasadora". To z tej książki pochodzi kapitalna anegdota o zachowaniu Chruszczowa w Paryżu w 1960 roku, gdy po zamieszaniu z amerykańskim samolotem szpiegowskim U2, Nikita Siergiejewicz zerwał zwołany nad Sekwanę "szczyt", międzynarodową konferencję przywódców czterech mocarstw: Stanów Zjednoczonych, ZSRR, Wielkiej Brytanii i Francji. W sowieckiej ambasadzie w Paryżu, mocno podekscytowany i napity, I sekretarz KC KPZR spotkał się następnie z korpusem dyplomatycznym zaprzyjaźnionych państw, tzw. demoludów. Oczywiście, był tam i Gajewski, któremu w trakcie prezentacji Chruszczow położył dłoń na ramieniu i upewniwszy się, że chodzi o reprezentanta Polski ("Wy pasoł Polszy?"), triumfalnie ogłosił: "No to ja ciebie pierdolę!". Tak to sowiecki numer 1 przypomniał sobie, wyniesioną pewnie z pobytu na Ukrainie, znajomość języka polskiego, a cała historia w pełnym świetle ukazała swoje drugie, niekoniecznie miłe dla Polski i Polaków, dno.

W "Honolulu" też znajdziemy znakomite anegdoty. A to o tym, jak towarzysz Kliszko liczył kwiaty w paryskiej ambasadzie, pouczając: "Zbytnia rozrzutność, a to z trudu robotnika i chłopa", to o córce Mariana Spychalskiego, której zachciało się studiować sztuki piękne w Paryżu, zamieszkała więc w ambasadzie i jeszcze domagano się odwożenia jej na uczelnię i przywożenia z powrotem, to znów o wizycie bohatera "Honolulu" w Belwederze, u ówczesnego przewodniczącego Rady Państwa Aleksandra Zawadzkiego. Ta wyglądała następująco:

"Siedział za stylowym biurkiem i zęby sobie w lusterku oglądał. Wskazał fotel i dalej ogląda. Marszczy się i stęka. Narzeka. Zęby go bolą. Ciągle kłopoty. Na ten temat potoczyła się rozmowa. Najgorsza ta trójka. Otwiera usta, palcem pokazuje sczerniały ząb. Długo o zębach. Stan mego uzębienia też go interesował.

Potem zapytał:
- A jak tam we Francji?
- Bardzo dobrze.
- To dobrze - zgodził się.
Mniej więcej tyle.
- Pogawędziliśmy sobie przyjemnie - stwierdził na koniec. - Jak będziecie znów w kraju, to wpadnijcie do mnie, towarzyszu!".

Po wyjściu ambasadora okazało się, po co naprawdę został wezwany. Szef kancelarii Zawadzkiego wręczył mu listę zakupów, jakie trzeba zrobić w Paryżu dla towarzysza Aleksandra: "Materiały na garnitury, letnie, zimowe, przejściowe, smokingi, koszule, krawaty, skarpety, paski, szelki, buty". Gajewski powiedział o zleceniu swemu ministrowi. Ten się wściekł: "Ambasador czy garderobiany! Ambasador nie jest od gaci". Jednak następnego dnia, przed odlotem do Paryża do ambasadora zadzwonił premier, prosząc, żeby "uczynił tę przysługę towarzyszowi Aleksandrowi. Olek taki zaharowany, w ogóle nie myśli o sobie. Trzeba mu pomóc".

Jak było odmówić? Cyrankiewicz obiecał też, że "co niezbędne, przyślemy wam natychmiast do Paryża". Słowo ciałem się stało. "Wkrótce do Paryża nadeszła przesyłka z Warszawy. Zalakowana, zaplombowana. Tajna. Do rąk własnych ambasadora. Otwieram i patrzę: parę milionów nowiutkich franków, paczuszki w banknotach, prosto z Banku Francji via Warszawa".

Były czasy, psiakrew!

Rzeczpospolita, 5-6 marca 2005