Portret filmu „Ogniem i mieczem”


95.00 

  • Data wydania: 07.12.1998
  • Oprawa: twarda
  • Format: 246 x 310 mm
  • Liczba stron: 196
  • ISBN: 83-7180-489-X
  • EAN: 9788371804892

Album znanego fotografika zawiera kilkaset zdjęć, wykonanych na planie filmu „Ogniem i mieczem”, realizowanego od jesieni 1997 do lata 1998 roku przez Jerzego Hoffmana. Znakomite, barwne fotografie, opatrzone podpisami przez Krzysztofa Łukaszewicza, autora książki Sto dni Hoffmana, odpowiednio dobranymi cytatami z powieści i wypowiedziami reżysera, pozwalają nie tylko prześledzić kolejne fazy powstawania filmu, ale i zobaczyć to, czego na ekranie kina zobaczyć się nie da.

Zenon Żyburtowicz:

Była to największa przygoda mojego reporterskiego życia. Deptałem po piętach realizatorom, aktorom, całej ekipie. Znalazłem się w oku cyklonu, tak blisko akcji, jak tylko się dało. Musiałem jedynie uważać, żeby swoim poruszaniem nie popsuć, broń Boże, kadru. Jestem wdzięczny operatorom, że okazywali mi nie tylko życzliwość, ale i pomoc.

Pamiętam pierwszy dzień zdjęciowy – 13 października 1997 roku. Jerzy Hoffman, na przekór trzynastce, sam oznajmił pierwszy klaps do filmu fabularnego i serialu telewizyjnego „Ogniem i mieczem”, co, oczywiście, utrwaliłem w swoim ujęciu. Był to w dodatku poniedziałek, a reżyserzy odżegnują się od zaczynania swoich dzieł w tym dniu tygodnia. Hoffman w ciągu jedenastu lat walki o możliwość dokończenia filmowej trylogii pokonał tyle przeszkód, ze nie przejmował się już przesądami. Byle wreszcie zacząć!

Akcja „Ogniem i mieczem” rozpoczęła się w skansenie – Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu. Na zaoranym jesiennym polu ustawiono kamery. Klaps finałowy uwieczniłem sto osiemnastego dnia zdjęciowego w Pieskowej Skale. Zespół zmieścił się w czasie, zdążył przed północa. Między inauguracją a końcówką przenosiliśmy się z miejsca na miejsce. Były postoje w Lublinie, Warszawie, Zubrzycy Górnej, Biskupinie, Biedrusku. Marzliśmy, mokliśmy w deszczu, czekaliśmy na słońce. Nieposłuszna pogoda może doprowadzić do szału.

Najbardziej bałem się tego, że zachoruję; nie chciałem stracić ani godziny. Przeżywałem wraz z innymi bitwy i potyczki, czyny bohaterskie i zdrady. Podglądałem obiektywem ludzkie namiętności, widziałem małość i wielkość człowieka, miłość i nienawiść. Wszystko, co ludzkie, iskrzy, ociera się o siebie w dziele Sienkiewicza. Było mi dane odczuć na własnej skórze, jak wielki wysiłek, ile poświęceń kryje się za magią kina, jaką potężną machinę trzeba uruchomić, ile trybów i trybików poruszyć. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć te zmagania na co dzień, bezpośrednio w nich uczestniczyć.

Jerzy Hoffman zużył na „Ogniem i mieczem” sto sześćdziesiąt tysięcy metrów taśmy. Podczas montażu filmu dokonano czterech tysięcy cięć. Wyobrażam sobie ciężar koniecznych decyzji. Ja przeżywałem rozterki na własną skalę. Zrobiłem trzydzieści tysięcy zdjęć, a musiałem wybrać ledwie ponad dwieście najlepszych czy też najbardziej charakterystycznych, mających stworzyć wiarygodny portret filmu. Pokazać jego urodę i klimat, a także warunki, często spartańskie, w jakich powstawał, oddać atmosferę panującą na planie i w przerwach intensywnej pracy.

W najdłuższym fotoreportażu, jaki kiedykolwiek zrobiłem, są utrwalone również sceny, które nie zmieściły się w trzygodzinnym filmie. Moim zamierzeniem było udokumentowanie działań wszystkich twórców i wykonawców, ludzi i koni, pejzaży i scenografii, kostiumów i militariów. Akcja filmu jest wartka, dynamiczna. Widz, wciągnięty w wir zdarzeń, może przeoczyć piękne szczegóły. Starałem się zatrzymać je w kadrze. Stop-klatki mogą przybliżyć ozdobny guzik, bogatą uprząż konia, kunsztowny przedmiot w domu Kurcewiczów, misterny wzór tkaniny.

Najtrudniejsze było jednak portretowanie Sienkiewiczowskich bohaterów. Chodziło mi o podwójne spojrzenie na nich: aby spoza postaci literackiej wyłaniała się również osobowość aktora, który ją gra. Takie dwa w jednym. Próbowałem odsłonić jednocześnie imć Zagłobę i Krzysztofa Kowalewskiego, Helenę i Izabellę Scorupco, Skrzetuskiego i Michała Żebrowskiego, Bohuna i Aleksandra Domogarowa.

Nie ukrywam, że obiektyw często – i z tego świadomością – kierowałem w stronę Jerzego Hoffmana, który imponował mi swoją ekspansją i ekspresją: zrywał się z krzesła reżysera, aby zademonstrować, jak Skrzetuski ma tulić Helenę, jak wieszać wroga, cieszyć się zwycięstwem. Przyłapywałem go również w chwilach zadumy, samotnych rozmyślań. I na spacerze z żoną Walentyną.

Nie chcę za bardzo się rozgadywać. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że fotografia powinna mówić sama za siebie. Nie będę więc szczegółowo opisywał swoich wrażeń. Niech moje kadry, pokazując to, co mnie najbardziej uwiodło na planie, bronią się same.