Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Zegarmistrz

Aktualności

08.10.2020

Ogłoszono finalistów National Book Awards

Powieść "LEAVE THE WORLD BEHIND" Rumaana Alama, która ukaże się nakładem naszego wydawnictwa w przyszłym roku, została właśnie finalistką prestiżowej nagrody literackiej National Book Awards.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

05.10.2020

Lara Gessler gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Larą Gessler, autorką książki "Orzechy i pestki. Przewodnik mistyczno-kulinarny".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »

Zegarmistrz

Jeffery Deaver

Jacek Szczerba

Robota pisarza to stać z tyłu i manipulować

Pamiętam najgorszy przypadek - mój tekst wrócił od wydawcy w nienaruszonej kopercie, na której widniał odcisk buta Nike, takiego do biegania - Jeffery Deaver opowiada o tym, jak się zostaje autorem bestsellerów w Ameryce


Jacek Szczerba: Co sprawiło, że postanowił Pan pisać powieści kryminalne?

Jeffery Deaver: Całe życie miałem nadzieję, że będę zawodowo pisał prozę. Zająłem się tym na dobre, gdy jeździłem do pracy pociągiem, codziennie dwie godziny w każdą stronę. Pomyślałem wtedy, że to idealna okazja, by spełnić swoje marzenie. Kupiłem jeden z pierwszych dostępnych w Ameryce laptopów. Był dość duży - gdy pisząc, trzymałem go na kolanach, drętwiały mi nogi. Moja pierwsza powieść powstała w pociągu.

Co było potem - rozsyłał Pan maszynopis po wydawnictwach?

- Tak się właśnie robi, gdy się nie ma własnego agenta, a ja go nie miałem. Dziesiątki wydawców odrzuciło mój tekst. Zwykle po prostu odsyłano mi maszynopis. Bez słowa komentarza.
Tylko pewna duża amerykańska oficyna nazwała go „nienadającym się do druku”. Byłem tym zaszczycony: ktoś poświęcił swój czas, by do mnie napisać! To niesłychanie dodało mi odwagi. Pamiętam też najgorszy przypadek - tekst wrócił w nienaruszonej kopercie, na której widniał odcisk buta Nike, takiego do biegania. Nie dołączono żadnego listu.
Gdy młodzi pisarze pytają mnie o radę, powtarzam im zawsze, że odmowa wydawcy jest jak garb na szosie zmuszający do zwolnienia jazdy, a nie jak ściana. Nie może nas zatrzymać, może tylko zwolnić nasz bieg.

Jak wymyślił Pan parę swych najsłynniejszych bohaterów - sparaliżowanego detektywa Lincolna Rhyme'a i jego asystentkę Amelię Sachs? To był błysk olśnienia czy chłodna kalkulacja?

- Proces powstawania książki można porównać do mózgu, który ma dwie półkule: lewą - analityczną, i prawą - inspirującą. W tym przypadku inspiracja przyszła nie wiadomo skąd. Pomyślałem po prostu, że potrzebuję wyjątkowego bohatera. Kogoś, kto jest umysłem w stanie czystym, kto potrafi przechytrzyć każdy czarny charakter, a jednocześnie nie jest w stanie nikogo uderzyć ani zabić. Tak powstał Lincoln i razem z nim Amelia, która jest jego fizyczną inkarnacją, robi to, co on jej zleca.
Potem trzeba już było jedynie zabrać się do części analitycznej - zaplanować fabułę książki. Szkicuję ją niczym inżynier rysujący plan budynku czy samochodu. To zajmuje mi nawet osiem miesięcy. Najwięcej czasu poświęcam zakończeniu, które jest najważniejszą częścią thrillera - w nim muszą zbiegać się wszystkie wątki i tu musi tkwić element zaskoczenia.

Para bohaterów rozwiązująca zagadkę kryminalną to chwyt znany od czasów Arthura Conan Doyle'a.

- Owszem, autorzy przestrzegają konwencji thrillera, bo wiedzą, że czytelnicy mają swoje ulubione motywy. Jednym z nich jest detektyw i towarzyszący mu asystent. Ten motyw jest ważny z dwóch powodów: po pierwsze, dzięki niemu czytelnicy łatwiej zakumplowują się z bohaterami. Po drugie, w takim układzie główny bohater niejako odbija się w drugiej postaci. Więcej wiemy o Lincolnie, widząc go oczami Amelii.

Czy to, że wymyślił Pan w swych powieściach tylu obrzydliwych zbrodniarzy, wpłynęło jakoś na Pańską psychikę?

- Nie, moja robota to stać z tyłu i manipulować czytelnikiem. Mogę to robić tylko wówczas, gdy zachowuję dystans. Brytyjski poeta Wordsworth powiedział kiedyś, że poezja to emocja, ale emocja przywołana w chwili spokoju.
Ja nie piszę dla siebie, tylko dla czytelników. Pisząc, nie przeżywam katharsis. W tego rodzaju literaturze nie ma na to miejsca.

Najbardziej zaskakującym z Pańskich kryminałów jest „Ogród bestii” rozgrywający się w III Rzeszy.

- Ten lubię najbardziej. Jego powstanie wiąże się z 11 września. Byłem wtedy w Mediolanie, ale pracowałem kiedyś blisko World Trade Center, znałem ludzi, w których ten zamach uderzył.
Postanowiłem, że tym razem nie będę pisał o typowym seryjnym mordercy ani o przebiegłym włamywaczu, tylko o Złu, które przyjmuje formę instytucjonalną. Nie chciałem jednak zajmować się terrorystami-fundamentalistami. Uznałem, że ci fanatycy to ludzie jednowymiarowi i bezmyślni. Tacy nie sprawdzają się w powieściach.
Dlatego cofnąłem się do niedawnej historii - za tło wybrałem III Rzeszę z racji jej świetnie działających mechanizmów propagandy i zagłady. Opisuję rok 1936 - obóz w Sachsenhausen już istniał, Dachau było w budowie.
Research do tej książki trwał dwa lata, byłem w Niemczech, rozmawiałem z tymi, którzy przeżyli. W Europie i na Dalekim Wschodzie „Ogród bestii” został świetnie przyjęty. Co innego w Ameryce - tam dla młodych ludzi II wojna światowa jest czymś równie odległym jak wojna francusko-pruska.

Wyczytałem, że poza powieściami pisał Pan też piosenki i wystąpił w serialu „As World Turns”.

- Pisałem piosenki, bo kocham muzykę. Wyrastałem w domu pełnym muzyki. We mnie jest potrzeba ciągłego tworzenia. Chętnie malowałbym, ale nie mam do tego talentu. Teraz pracuję jednocześnie nad trzema książkami, piszę opowiadania, scenariusz i sztukę sceniczną.
Aktorem nie byłem dobrym. Po prostu wyświadczyłem przysługę koledze producentowi. Zagrałem skorumpowanego dziennikarza szantażystę. Wystąpiłem w scenie bójki, bez kaskadera. Miałem broń, próbowałem strzelać, zostałem jednak uduszony. Pomyślałem wtedy: „Dzięki Bogu, że mam to już z głowy”. Ale nie miałem. Aktor występujący ze mną powiedział: „Nie wiem, czy dobrze go zabiłem. Musimy to nakręcić jeszcze raz”. Wtedy to ja chciałem go udusić.

Czy na spotkaniach czytelnicy sugerują, co powinno się przytrafić Pańskim bohaterom?

- Pilnie słucham ich uwag. Najbardziej zdziwiła mnie pewna 80-letnia kobieta. Powiedziała: „Chcemy, by w Pana książkach było więcej przemocy. Lubimy takie sceny jak ta ze szczurami w „Kolekcjonerze kości” ”.

Na podstawie „Kolekcjonera kości” Philip Noyce nakręcił popularny film. Jak Pan wspomina współpracę z Hollywood?

- Jestem szczęśliwy, że sprzedałem powieść w Hollywood, ale przy filmie nie miałem nic do roboty. Nigdy nie byłem na planie, nie spotkałem Angeliny Jolie grającej Amelię. Byłem wtedy w domu, pracowałem nad następną książką.

Gazeta Wyborcza, 21 listopada 2006