Strona główna / Popularnonaukowe / I człowiek stworzył bogów... Jak powstała religia

Aktualności

27.04.2021

Spotkanie online z Tanyą Valko

We wtorek 27 kwietnia o godz. 19:30 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Tanyą Valko, autorką książki "Arabska Żydówka".

Wywiady

11.03.2021

Między losem a przeznaczeniem - wywiad z Jodi Picoult

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Jodi Picoult. Z autorką "Księgi Dwóch Dróg" rozmawiała Ewa Cieślik z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

16.04.2021

Agata Komosa-Styczeń gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Agatą Komosą-Styczeń, autorką książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie".

Bestsellery

TOP 20

  1. Tytus, Romek i A'Tomek /kolekcja 25 ksiąg/ Henryk Jerzy Chmielewski
  2. Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć Violetta Ozminkowski
  3. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach

Fotogaleria

więcej »

I człowiek stworzył bogów... Jak powstała religia

Pascal Boyer

Michał Kacprzak

Na początku był człowiek

Czy wierzenia religijne są produktem ubocznym aktywności mózgu?
Teorie, według których wszelkiego rodzaju istoty nadprzyrodzone to jedynie wytwory ludzkiej wyobraźni są co najmniej tak stare jak filozofia. Już żyjący w VI wieku p.n.e. Ksenofanes pisał: „Gdyby tak woły i konie, i lwy obdarzyć rękoma, aby jak ludzie rękoma malować mogły i tworzyć, wtedy konie do koni a woły do wołów podobne kształty by bóstw malowały i takie przydały im ciała jakie z własną postacią każdego byłyby zgodne”. W epoce nowożytnej z kolei niemiecki filozof Ludwig Feuerbach twierdził, że Bóg nie tylko jest wymysłem człowieka, ale dodatkowo tworem szkodliwym, zaś u schyłku XIX wieku Fryderyk Nietzsche uznał za stosowne poinformować ludzkość o definitywnej tegoż Boga śmierci. Gdyby więc celem książki „I człowiek stworzył bogów” miało być dowiedzenie, że bóstwa są jedynie wytworami umysłu człowieka, nie byłoby w tym nic nowego. Na szczęście tak nie jest. Autor, francuski antropolog wykorzystuje bowiem całe instrumentarium współczesnej nauki do przeprowadzenia szczegółowej analizy zjawiska religii i religijności. Dlatego wbrew temu, co mógłby sugerować tytuł książka nie ma nic wspólnego z teologią czy klasycznym religioznawstwem. Owszem możemy się z niej dowiedzieć o licznych rytuałach, wierzeniach i kultach, ale przykłady te służą wyłącznie zilustrowaniu teoretycznych dociekań. Kto oczekiwałby jednak pogłębionych rozważań na przykład dotyczących wiary chrześcijańskiej srodze się zawiedzie. Boyer prawie w ogóle nie zajmuje się wielkimi religiami monoteistycznymi. Jako powstałe późno, nie są dla niego dobrym przykładem religijnej aktywności człowieka. Z tego powodu znacznie bardziej interesują go wierzenia Pigmejów z lasu Ituri, kameruńskich Fangów, panamskiego plemienia Kuna, czy innych prymitywnych ludów, które nie zostały poddane abstrakcyjnej obróbce teologicznej. Zdaniem autora nie kierujemy się bowiem w codziennym życiu abstrakcyjną teologią, ale pewnymi wrodzonymi intuicjami (dotyczy to również wyznawców religii monoteistycznych). Boyer uważa i to jest główna teza jego książki, że religia jest produktem ubocznym funkcjonowania ludzkiej psychiki. Takie postawienie problemu sprawia, że mamy do czynienia z jakościowo różnym od dotychczasowych prób podejściem do fenomenu religii. Do tej pory większość badaczy uważała, że religia powstała w jakimś celu. Tymczasem według Boyera religia nie zrodziła się po to, by nadawać sens życiu i światu. Nie wymyślono jej też, aby uczłowieczyć bezduszny i w istocie bezsensowny Wszechświat. Nie powstała wreszcie po to by jednoczyć ludzi czy zmuszać ich do przestrzegania norm moralnych pod groźbą ukarania przez bóstwa jak twierdził Wolter. Istnienie religii w zasadzie niczemu nie służy i w tym znaczeniu pytanie o jej sens jest źle postawione, bo zakłada celowość. To tak jakby meteorolog pytał o cel opadów deszczu. Dla niego jest jasne, że deszcz to zjawisko przyrodnicze. A że przy okazji umożliwia na przykład rozwój roślinności? Podobnie jest z religią. Ludzka psychika, twierdzi Boyer, składa się z różnych podzespołów realizujących specyficzne złożone funkcje. Porównuje ją do arystokratycznej rezydencji Pemberley Fitzwilliama Darcyego z powieści Jane Austen Duma i uprzedzenie. Dla bogatych gości odwiedzających rezydencję jest oczywiste, że śniadanie pojawia się rano na stole, brudne naczynia znikają po posiłku, pokoje są wysprzątane. Jednak dla kogoś, kto zechciałby głębiej przyjrzeć się funkcjonowaniu posiadłości, stanie się jasne, że te wszystkie naturalne i oczywiste zjawiska są dziełem wielu ciężko pracujących osób. Panuje wśród nich ścisła hierarchia często towarzyszy temu podział na odpowiednie zespoły. To właśnie wysiłek dobrze znającej swoje zadania służby składa się na funkcjonowanie Pemberley. Większa część książki Boyera została poświęcona analizie działania podzespołów ludzkiej psychiki i ich wpływu na kształtowanie się religijności. Autor dokonuje przeglądu tych mechanizmów: od intuicyjnej fizyki po intuicyjną psychologię i należące do niej systemy m. in. wykrywania drapieżników i potencjalnych źródeł zakażeń czy rozpoznawania twarzy. Jeżeli wziąć pod uwagę genezę religii najistotniejsze są te mechanizmy, które odpowiadają za interakcje społeczne. I tak naturalnym elementem ludzkiej egzystencji jest snucie domysłów o tym, co wiedzą inni i jakimi informacjami o nas dysponują. To z kolei może rodzić przekonanie, że istnieją wokół nas niewidzialne byty takie jak anioły demony czy duchy przodków, które mają absolutny wgląd w nasze uczynki znają zarówno nasze dobre jak i niecne postępki. Te byty są fabrykowane niejako niechcący przy okazji funkcjonowania potężnej i złożonej maszynerii naszego mózgu. Umysł człowieka stale konstruuje modele rzeczywistości społecznej, aby następnie je burzyć i tworzyć nowe. Duchy i bogowie są potencjalnymi sprzymierzeńcami lub przeciwnikami, jak fikcyjni koledzy i koleżanki w dziecięcych zabawach. Inne mechanizmy mają również swój udział w tworzeniu wierzeń religijnych, z siłami nadprzyrodzonymi próbujemy na przykład negocjować, tak jak z członkami grupy, do której należymy. Wrażenie obecności nadprzyrodzonej istoty, którego często doświadczają wierzący, to nic innego jak dzieło nadaktywności systemu wykrywania drapieżnika. Tabuizacja i uznawanie pewnych rzeczy za nieczyste to z kolei m. in. nadprodukcja systemu wykrywania potencjalnych źródeł zakażeń. Boyer zdaje sobie sprawę z tego, że jego analizy mają jedynie hipotetyczny charakter. Swoją drogą, często przybierają one postać filozoficznych spekulacji snutych na kanwie faktów z innych obszarów nauki takich jak antropologia czy psychologia ewolucyjna. Są to więc pewnego rodzaju szkice, które może nie tyle stanowią ostateczne rozstrzygnięcie zagadnienia religijności, ile raczej mają zachęcać do spojrzenia na religię z nowej perspektywy. Perspektywy, która pojawiła się wraz z postępem psychologii i nauk przyrodniczych. Stanowisko to z jednej stlony zakłada, że nasza psychika wyewoluowała w drodze doboru naturalnego - a więc w znacznym stopniu jako odpowiedź na pojawiające się wyzwania środowiskowe. Ale z drugiej strony pewne formy aktywności naszego umysłu nie mają charakteru adaptacyjnego lub go utraciły, gdyż dziś na skutek zmian środowiskowych stały się reliktem minionych czasów (jak np. system wykrywania drapieżnika). Choć książkę Boyera należy ocenić wysoko, a jego argumentację uznać za ciekawą i przekonującą ma ona jednak również swoje słabsze strony. Momentami autor brnie zbytnio w sferę spekulacji i hipotez, a jego wywody stają się rozwlekłe, niebezpiecznie balansując na granicy banału i truizmu. Tak jakby zbyt wiele chciał wysnuć z nader skromnego materiału dowodowego. Inną wadą książki, choć uwaga ta dotyczy tylko polskiego wydania, są pewne niedociągnięcia terminologiczne. Na przykład „kin selection” w literaturze ewolucyjnej od dawna tłumaczy się jako „dobór krewniaczy” tymczasem w polskim przekładzie pojawia się dziwnie brzmiąca „selekcja pokrewieństwa”. Z kolei „reciprocal altiuism” to nie „wzajemny altruizm” jak chciała tłumaczka, ale „altruizm odwzajemniony”. Może więc warto w tym miejscu zaapelować do polskich wydawców, by poświęcali większą uwagę procesowi redagowania tłumaczeń i częściej korzystali z konsultacji specjalistów. Jest to bowiem kolejna pozycja popularnonaukowa na naszym rynku która nie ustrzegła się usterek psujących przyjemność lektury i wprowadzających czytelnika w błąd.

Świat Nauki, 1 maja 2006