Strona główna / Popularnonaukowe / Modne bzdury. O nadużyciach nauki popełnianych przez postmodernistycznych intelektualistów

Aktualności

29.07.2022

Spotkanie z Dagmarą Andryką w Warszawie

W czwartek 25 sierpnia o godz. 19:00 zapraszamy do PROM-u Kultury Saska Kępa (ul. Brukselska 23, Warszawa) na spotkanie z Dagmarą Andryką, autorką książki "As".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Perska wytrwałość Laila Shukri
  3. TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka Beata Sabała-Zielińska

Modne bzdury. O nadużyciach nauki popełnianych przez postmodernistycznych intelektualistów

Jean Bricmont, Alan Sokal

Andrzej Rostocki

Irracjonalizm

Miała zbawić świat. Przynieść wyzwolenie od zabobonów, krzywdy i cierpienia. Jej niezwykle dynamiczny od XVII wieku rozwój już na zawsze miał się kojarzyć z moralnym doskonaleniem - jednostkowym i gatunkowym. Pokładano w niej tak ogromne nadzieje, że XX-wieczne totalitaryzmy, zbudowane na naukowych podobno fundamentach, były szokiem dla wierzących w racjonalizm pięknoduchów.

Bez względu bowiem na różnice w filozoficznych stanowiskach, nauka, gdyż oczywiście o nią chodzi, zawsze odwoływała się do Rozumu. To on był władcą, a ona jego służebnicą, i to nie cichutką i pokorną, lecz pełną pychy i wydającą rozkazy w jego imieniu. Przez kilka wieków ta dziwna i straszna para wyznaczała zasady europejskiego (i nie tylko) myślenia o świecie, w którym wszystko, co kojarzyło się z racjonalnością, było słuszne i postępowe, a użycie słowa „irracjonalizm” przywoływało zapach siarki z piekielnych lochów.

Nie były to jednak złe czasy, gdyż chyba po raz pierwszy w dziejach ludzie mogli mieć nadzieję, że dzięki rozumowej kontroli wizja świata pełnego chaosu i nieprzewidywalności zostanie zastąpiona przez spójny i logiczny system. Znaleźli się wszakże ludzie o sylwetkach karłów i ogromnych mózgach zapełnionych głupimi ideami, którzy nie mogli tego doskonałego stanu znieść. To postmoderniści. Oczka mają malutkie i wredne, usta krzywe od stałego sarkazmu, a uszy wielkie jak kapcie.

Nie spodobał im się doskonały świat rządzony zasadami rozumu i pewność istnienia. Zapragnęli to, co było dla wielu drogie, po prostu zniszczyć. W miejsce pewności dającej poczucie bezpieczeństwa wyciągnęli zakurzone truchło gry językowej ze światem, któremu oddawali już cześć greccy sceptycy (przez tyle wieków przywaleni na szczęście głazem autorytetu Arystotelesa). Postmoderniści wleźli na najbardziej znane katedry światowych uczelni i zaczęli się panoszyć. Z ironicznym chichotem wskazywali palcami najbardziej zasłużonych dla prawdy i obiektywizmu naukowców i gadali o nich w jakimś dziwnym języku (doszły do mnie niepokojące informacje, że nawet Leszek Kołakowski tym wrednym pokurczom się nie podoba).

Znalazło się dzięki Bogu, kilku intelektualnych herosów, którzy nie bali się środowiskowej infamii i za cichym, przesłanym z zaświatów poparciem Newtona, Kartezjusza i Einsteina pokazali, co warte są postmodernistyczne zabawy w naukę. Alan Sokal i Jean Bricmont (na zawsze niech będą zapamiętane te nazwiska) udowodnili, że każda bzdura może być w nauce do przyjęcia, byle ją zapisać w odpowiednim języku, akceptowanym przez naukową współnotę.

Kontratak rozpoczął Alan Sokal. W naukowym periodyku „SociaI Text” (wiosna/lato 1996) pojawił się artykuł zatytułowany prosto i wdzięcznie „Transgresja granic: ku transformatywnej hermeneutyce kwantowej grawitacji”. Urzekający tytuł, a przede wszystkim rewolucyjne tezy, natychmiast zapewniły mu wdzięczność wielu przedstawicieli postmodernistycznej sekty i trudno się temu dziwić, gdyż już pierwsze zdania były skierowane przeciwko zadufaym przedstawicielom nauk ścisłych: „Głębokie zmiany pojęciowe w XX-wiecznej nauce zachwiały jednak podstawami kartezjańsko-newtonowskiej metafizyki; rewizjonistyczne badania historii i filozofia nauki jeszcze bardziej podważyły jej wiarygodność, a w ostatnich latach feministyczna i poststruktualistyczna krytyka zdemistyfikowała istotną treść głównego nurtu zachodniej praktyki naukowej, odsłaniając ideologię dominacji, ukrytą za fasadą »obiektywności«”.

To jeden z najprostszych fragmentów artykułu. Inne są trudniejsze, ale znaleźli się tacy, którzy go zrozumieli lub, co bardziej prawdopodobne, udali, że zrozumieli. Sokal został pochwalony za odwagę i ciekawe tezy. Problem polegał tylko na tym, że tekst był żartem i mistyfikacją. Został poskładany z innych artykułów w taki sposób, by sprawiał spójne wrażenie. Intencje autora były jawnie parodystyczne: wszystkie bezsensowne cytaty stanowiły autentyczne wypowiedzi francuskich i amerykańskich intelektualistów.

Co więcej, ta niezwykle celna parodia zawierała tylko część dossier zebranego przez Sokala. Medialny hałas wywołany przez artykuł skłonił go, by wraz z Jeanem Bricmontem napisać książkę „Modne bzdury. O nadużywaniu pojęć z zakresu nauk ścisłych przez postmodernistycznych intelektualistów”. Niedawno pojawiła się ona u nas, wywołując ogromne zainteresowanie i dyskusję. Jej cel autorzy opisali bardzo czytelnie - chcieli pokazać, że słynni mocarze postmodernizmu: Lacan, Kristeva, Irigaray, Baudrillard i Deleuze wielokrotnie nadużywali naukowych terminów fizyki i matematyki, wyrywając je z kontekstu. To się z pewnością udało.

Szkoda tylko, że autorzy pokazali przy okazji, jak niewiele rozumieją z relatywistycznej filozofii. A to już trudno traktować jako żart. Nauka jest wartością, ale wiara w jej obiektywizm i klasyczną teorię prawdy wywołuje u wielu filozofów i socjologów uśmiech politowania. Układam zatem usta w taki właśnie grymas. Ujdzie?

Tygodnik Powszechny, 18 lipca 2004