Strona główna / Fantastyka / Wydrążony człowiek. Muza ognia

Aktualności

30.09.2022

Spotkanie z Tanyą Valko i Igorem Kaczmarczykiem w Warszawie

W czwartek 6 października o godz. 19:00 zapraszamy do PROM-u Kultury Saska Kępa (ul. Brukselska 23, Warszawa) na spotkanie z Tanyą Valko, autorką książki "Arabskie opowieści. Historie prawdziwe" oraz Igorem Kaczmarczykiem, autorem książki "Islamskie fatum".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nieszczęście w szczęściu Olga Rudnicka
  2. Gra w ludzi Eva Minge
  3. Skradzione lato Grażyna Jeromin-Gałuszka

Wydrążony człowiek. Muza ognia

Dan Simmons

Paulina Maria Loreley Szymborska-Karcz

Wydrążony człowiek. Muza ognia

Najnowszą książkę Dana Simmonsa, która pod koniec miesiąca ukaże się nakładem wydawnictwa Prószyński i S-ka, tworzą dwa odrębne, niemające ze sobą nic wspólnego, co więcej całkowicie różne dzieła: powieść "Wydrążony człowiek" i nowela "Muza ognia". Pierwsze z nich – porządne, twarde i naukowe SF, genialne napisane i skłaniające do głębokich refleksji – wywarło na mnie ogromne wrażenie. Drugie – niecodzienna, oryginalna filozoficzno-teologiczna space opera inspirowana gnozą, z teatrem szekspirowskim w tle – nie wzbudziło we mnie aż tak silnych emocji, niemniej jednak stanowi nietypową i interesującą ciekawostkę literacką.
Rozważania o ludzkiej świadomości i naturze wszechświata z matematyką w tle
Pierwsza historia zawarta w tej książce to powieść, która napawa niepokojem i skutecznie spędza sen z powiek. Przyznam szczerze, że już od pierwszych stron przykuła moją uwagę. Autorowi udało się od razu mnie zaintrygować, a także sprowokować do dłuższych i głębokich rozważań natury egzystencjalnej. Po przeczytaniu końcowych rozdziałów nie mogłam zmrużyć oka, a moje myśli kotłowały się niemiłosiernie, nieustannie szukając rozwiązania problemów poruszonych na kartach powieści.
Jakby to było słyszeć myśli wszystkich ludzi znajdujących się w pobliżu? Kto o tym nie marzy? Ja marzyłam aż do chwili, gdy przeczytałam "Wydrążonego człowieka" i przekonałam się, że to wcale nie jest takie wspaniałe, jakby pozornie mogło się wydawać. Dan Simmons opisuje prywatny koszmar człowieka właśnie taką zdolnością dysponującego, roztacza przed czytelnikiem ponurą, przerażającą wizję, dzięki której można raz na zawsze wyleczyć się z tego typu pragnień.
Simmons bynajmniej nie zaserwował mi lekkiej historyjki rozrywkowej. "Wydrążony człowiek" to wymagająca lektura dla dojrzałego czytelnika, który ma ochotę poczytać coś ambitnego, skłaniającego do myślenia i zadawania pytań. Nastrój powieści jest do bólu refleksyjny i filozoficzny. Mimo to historia wciąż mnie zaskakiwała. Odznacza się ona błyskotliwą fabułą, pełną nieoczekiwanych zwrotów, zapętleń, powrotów do uprzednio pozostawionych i jakby zapomnianych wątków. Akcja "Wydrążonego człowieka" jest wartka, ale jednocześnie nie posuwa się naprzód w zawrotnym tempie, jednak za każdym razem, gdy coś się dzieje – dzieje się na całego. Autor po mistrzowsku buduje napięcie. Powoli i spokojnie ujawnia prawdziwe sedno poruszonego w opowieści problemu. Nie bombarduje faktami, teoriami i spekulacjami, ale od samego początku dawkuje je z aptekarską precyzją i wyważeniem. Nie dowiadujemy się wszystkiego na raz, dlatego każdy kolejny rozdział wprowadza nowy wątek, nowe fakty z życia bohaterów, stopniowo przybliża naturę świata przedstawionego. Dopiero ostatnich kilkadziesiąt stron stanowi prawdziwy atak na umysł czytelnika. Akcja nabiera tempa, tajemnica zostaje ostatecznie odkryta i… zadziwia jeszcze bardziej.
Dobrą fantastykę naukową można rozpoznać po tym, że trudno w niej odsiać ziarno od plew, rozróżnić, co jest w niej prawdopodobne, a co stanowi wyłącznie fikcję literacką. Bez wątpienia dzieje się tak w przypadku "Wydrążonego człowieka". Podczas lektury niejednokrotnie zadawałam sobie pytania: „czy to może być prawda?”, „na ile wizja autora jest zgodna z teoriami, na które powołuje się bohater i narrator?”, „ile w tym wszystkim nauki, a ile fantastyki?”. Korciło mnie, by prześledzić temat od strony całkowicie realnej, sięgnąć po opracowania, zagłębić się w zupełnie dla mnie abstrakcyjnym do tej pory zagadnieniu matematyki chaosu. Złapałam się nawet na myślach typu: „a gdyby tak rzeczywiście przeprowadzić eksperyment…”. Wszystko to świadczy ewidentnie o tym, jak silnie ta powieść oddziałuje na czytelnika.
Ciekawym elementem "Wydrążonego człowieka" jest także nietypowa wizja światów alternatywnych. Ten temat zawsze mnie fascynował, chętnie śledzę kolejne teorie i spekulacje z nim związane, jednak, ku mojemu rozczarowaniu, od dłuższego czasu nie wymyślono w tej kwestii niczego nowego. Tym bardziej zaintrygowały mnie więc hipotezy postawione przez Simmonsa. Autor stworzył tym sposobem szerokie pole do następnych, ciekawych rozważań, które z pewnością jeszcze długo nie dadzą mi spokoju.
Kilka słów wypada poświęcić także bohaterowi, szczególnie że ewidentnie sobie na to zasłużył. Jeremy – doktor matematyki, wykładowca akademicki, którego historia zaczyna się w dniu śmierci jego żony, to postać niejednoznaczna, barwna i ciekawa. Czytelnik ma szansę obserwować go z dwóch perspektyw: jako Jeremy’ego z przeszłości – prawdziwego człowieka idei i nauki, niezawracającego sobie głowy przyziemnymi sprawami, myślącego liczbami, funkcjami i wzorami, a jednocześnie kochającego, oddanego męża, szczęśliwego, spełnionego mężczyznę; oraz Jeremy’ego z teraźniejszości – życiowego rozbitka, uciekającego od świata i siebie samego, człowieka, który zgubił sens i cel, przeżył już chyba wszystko, a wciąż nie robi to na nim specjalnego wrażenia. Jest to głęboka i bardzo złożona metamorfoza, chwilami zastanawiająca, która czasem wydaje się nawet mało realistyczna, a jednak mnie przekonuje. Śledzenie jego losów i myśli, wrażeń i odczuć, odbieranych przez tego niezwykłego – bo obdarzony szczególnymi cechami umysłu – bohatera, stanowi bardzo interesujące doświadczenie czytelnicze.
Próby zrozumienia Jeremy’ego i jego rzeczywistości były dla mnie trudnym – lecz dającym wiele radości i satysfakcji – wyzwaniem. To jednak nic w porównaniu z kolejnym ciężkim zadaniem, które postawił przed czytelnikiem Simmons. Najciekawszym bohaterem okazało się bowiem upośledzone, niewidome i niesłyszące dziecko. Autor świetnie ukazał specyficzny sposób funkcjonowania umysłu osoby pozbawionej kontaktu z otoczeniem, bardzo pomysłowo opisał to, co może dziać się wewnątrz jej świadomości, i jak chłopiec mógłby zareagować na nagłą ingerencję świata zewnętrznego – widzialnego i słyszalnego.
Za niezwykłe wrażenia, które wywołuje Wydrążony człowiek, w dużej mierze odpowiedzialna jest nietypowa narracja. Niemal przez cały czas przeplatają się jej dwie formy – trzecioosobowa i pierwszoosobowa, których style są diametralnie różne. Efekt, jaki wywołuje obserwowanie wydarzeń z dwóch perspektyw, udał się autorowi doskonale, szczególnie że prawie do samego końca czytelnik nie ma pojęcia, kim może być drugi narrator. Wszystko wyjaśnia się dopiero wówczas, gdy obie perspektywy łączą się w jedną, spójną i harmonijną całość. Jednocześnie diametralnej zmianie ulega także nastrój utworu.
Kolejnym godnym pochwały elementem jest język. Przepiękny – żywy, barwny i wciąż zmieniający się w zależności od typu narracji lub specyfiki wypowiadającego się bohatera. Język naukowy zręcznie przeplata się z potocznym, a chwilami nawet niemal poetyckim, pełnym zgrabnych metafor. Najbardziej zadziwia jednak to, jak doskonale autorowi udało się opisywać tzw. „myślotoki” – czyli wszystko, co dzieje się w mózgach innych ludzi, odbierane w postaci słów, obrazów i emocji przez umysł Jeremy’ego i jego żony, Gail. Ciężko jest wiarygodnie oddać niezwerbalizowane lub zwerbalizowane tylko częściowo myśli – Simmonsowi się to udało. Ogromne wrażenia robią również opisy emocji, przeżyć i wrażeń zmysłowych.
We wstępie Simmons dziękuje niejakiemu Ianowi Stewartowi za to, że „sprowokował pełną pasji reakcję u matematycznego analfabety”. Teraz doczekał się podziękowań zwrotnych, ponieważ dokładnie za to samo ja jestem wdzięczna jemu. Matematyka to mój największy koszmar z młodości i jedyna dziedzina nauki, którą absolutnie nikt nigdy nie był w stanie mnie zainteresować nawet w najmniejszym stopniu. W "Wydrążonym człowieku" mnóstwo jest natomiast fraktali, rachunku prawdopodobieństwa i teorii matematyki chaosu, a jednak lektura ani przez chwilę mnie nie męczyła – wprost przeciwnie, budziła żywą ciekawość. Dan Simmons dokonał więc niemożliwego i tego gratuluję mu najbardziej.
Szekspir w gnostycznym kosmosie
Drugim dziełem przedstawionym w nowej książce Dana Simmonsa jest nowela zatytułowana "Muza ognia" – tekst zupełnie inny niż Wydrążony człowiek zarówno pod względem gatunku, fabuły, nastroju, jak i języka. Po lekturze ciężkiej, acz fascynującej powieści, czytelnik otrzymuje nowelę w klimacie klasycznej space opery. Wbrew pozorom to także nie jest opowieść rozrywkowa i daleko jej do lekkiej i mało refleksyjnej. "Muza ognia" to w rzeczywistości powiastka filozoficzno-teologiczna w kosmiczno-fantastycznym przebraniu.
Najciekawszymi elementami tego stustronicowego utworu są pomysł oraz kreacja świata. W dość krótkiej formie Simmons opisał stosunkowo rozbudowane i dopracowane uniwersum – nietypowe, posiadające własną, ciekawą historię, hierarchię społeczną, a przede wszystkim teologię opartą w dużej mierze na dziełach gnostyków. Łączy ono w sobie wpływy dwóch odmiennych cywilizacji – ludzkiej i nieludzkiej. Akcja prawdopodobnie dzieje się w przyszłości, na którą Simmons również ma całkiem intrygującą, dość odważną i oryginalną ideę, buduje własną historię upadku imperium ludzi. Autor czerpie także luźne inspiracje z rozmaitych źródeł: filozofii starożytnej Grecji, późnego średniowiecza oraz renesansu, okultyzmu masońskiego, patrologii chrześcijańskiej i apokryfów biblijnych.
Najbardziej niezwykła w "Muzie ognia" jest rola, jaką w świecie przedstawionym odgrywa teatr. Objazdowe trupy teatralne, wystawiające sztuki Szekspira stanowiące jedyną rozrywkę ludzkich robotników zamieszkujących obszar fragmentu przestrzeni kosmicznej podbitej przez wyższą inteligencję… Skojarzenia z teatrem doby oświecenia nasuwają się same. Tutaj pełni on funkcję podobną do tej, którą piastował w renesansowej Europie – edukacyjną, uświadamiającą prostego obywatela; ale także rozrywkową, w imię zasady „bawić-ucząc”. Dzięki oglądanym sztukom, pełnym aluzji i odniesień do współczesności, widz zaczyna rozumieć sytuację społeczną swojego świata, otwiera się na otaczającą go rzeczywistość. Ta historia w błyskotliwy sposób ukazuje niezwykłą siłę sztuki, jej niesamowite oddziaływanie na odbiorcę, ale także samego twórcę. Ale dlaczego Szekspir? Co tak wyjątkowego jest w jego dramatach? "Muzę ognia" warto przeczytać choćby po to, żeby się o tym przekonać, autor bowiem proponuje zaskakującą teorię dotyczącą twórczości Barda ze Stratford.
Ciężko mi było tylko zrozumieć na jakim poziomie cywilizacyjnym znajdują się ludzie oraz obce istoty, sprawiające wrażenie połączenia mitycznych bóstw i obcych inteligencji. Z jednej strony nowela obfituje w opisy skomplikowanych, całkowicie fantastycznych maszyn i technologii, a bohaterowie posiadają statki kosmiczne, z drugiej zaś struktura społeczna, gospodarka i kultura świata przedstawionego wydaje się nieco prymitywna.
Ciekawą kwestią jest także wizja istot zamieszkujących kosmos. Tutaj nie ma „kosmitów” czy obcych ras i gatunków. Opisane w "Muzie ognia" istoty nieludzkie to raczej bóstwa zaczerpnięte z teorii gnostyków. Są elementem teologii świata przedstawionego, a sama fabuła noweli skupia się w znaczniej mierze na rozważaniach dotyczących struktury wszechświata z punktu widzenia bardziej teologicznego niż astronomicznego, skłania do zadawania pytań. "Muza ognia" posiada dwa dna, może być odczytywana jako ciekawa i sprawnie napisana historia o aktorach ratujących ludzki gatunek przed zagładą, ale dla czytelnika posiadającego szerszą wiedzę z zakresu filozofii i teologii to przede wszystkim gnoza, hermetyzm, manicheizm, antropozofia, teozofia i metafizyka.
W "Muzie ognia", w przeciwieństwie do wielu innych utworów, których akcję osadzono w dalekiej przyszłości, ludzie pozostają ludźmi, nie istnieje dehumanizacja. Wprost przeciwnie – opisywane postacie odczuwają coś w rodzaju nostalgii, tęsknoty za Ziemią i światem rządzonym przez człowieka. Mimo narracji pierwszoosobowej – historię opowiada jeden z członków trupy – skłaniam się raczej do twierdzenia, że występuje tu bohater zbiorowy. Są nim aktorzy obdarzeni różnymi osobowościami, cechami i poglądami, których łączy jedno – miłość do wykonywanej przez nich pracy i świadomość przynależności do grupy. A może bohaterem jest zniewolona ludzkość tęskniąca za odrębnością i niepodległością?
Ciekawi także język utworu. Mowa współczesna przeplata się płynnie z fragmentami sztuk Szekspira i nazwami własnymi, pochodzącymi ze starożytnej greki oraz łaciny, a także terminami filozoficznymi, teologicznymi, gnostycznymi i okultystycznymi. Pojawiają się także cytaty z wielkich dzieł nauk humanistycznych XIX i XX wieku, np. z Doktryny tajemnej Heleny Bławatskiej czy też prac Carla Gustava Junga, oraz fragmenty klasycznej angielskiej poezji. Zachwyciły mnie także imponujące opisy kosmicznych „krajobrazów” oraz architektury obcych, boskich cywilizacji.
Reasumując: "Wydrążony człowiek" i "Muza ognia" to dwa różne, zupełnie odrębne dzieła, które jednak łączy wspólny motyw – poszukiwanie prawdy o wszechświecie i rządzących nim siłach oraz miejscu, jakie zajmuje w nim człowiek. Oba te utwory szczerze polecam każdemu, kogo nurtują podstawowe pytania od wieków zadawane przez filozofów, a także wszystkim, którzy po prostu mają ochotę na kawałek porządnej, ale niekoniecznie lekkiej literatury. Ja należę do obu tych grup jednocześnie i z czystym sumieniem mogę powiedzieć, że Simmons nie zawiódł mnie pod żadnym względem. 

Efantastyka.pl