Strona główna / Literatura polska / Podwójny krajobraz

Aktualności

13.12.2018

Spotkanie z Beatą Sabałą-Zielińską w Warszawie

We wtorek 22 stycznia o godz. 19:00 zapraszamy do kina Wisła w Warszawie (pl. Wilsona 2) na spotkanie z Beatą Sabałą-Zielińską, autorką książki "TOPR. Żeby inni mogli przeżyć", oraz ratownikami - bohaterami jej książki.

Wywiady

01.12.2018

"Nie mówiłam ani po polsku, ani po niemiecku, po prostu się nie odzywałam"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Emilią Smechowski, autorką książki "My, superimigranci".

Posłuchaj i zobacz

04.12.2018

"Pogoda dla puchaczy. Zima"

Marcin Kozioł i Bartek Jędrzejak o książce "Pogoda dla puchaczy. Zima". Zapraszamy do obejrzenia nagrania!

Bestsellery

TOP 20

  1. Dawid Kwiatkowski. Optymistyczny kalendarz 2019 Dawid Kwiatkowski
  2. Jestem żoną terrorysty Laila Shukri
  3. TOPR. Żeby inni mogli przeżyć Beata Sabała-Zielińska

Fotogaleria

więcej »

Podwójny krajobraz

Irit Amiel

Jerzy Lengauer

Podwójny krajobraz

Ta „drobna”, „filigranowa” książeczka jest zbiorem dwudziestu dwóch opowiadań izraelskiej poetki, która po wojnie wyjechała z Częstochowy do Izraela. Każde z opowiadań to tylko dwie, trzy, czasami cztery kartki. Obarczone niezwykle intensywnymi emocjami, pomimo bardzo prostego, nawet delikatnego języka. Proszę spojrzeć na tytuły. Chyba ma rację Henryk Grynberg, który we wstępie pisze, że te opowiadania pochodzą z pogranicza poezji i prozy. „Pokawałkowany byt” albo „Pożegnanie mojej martwej klasy” to przecież mogłyby być tytułami wierszy. Zapraszają do odczytania metafory, zastanowienia się nad peryfrazą. Nie znam poezji Irit Amiel, jednakże czytając tę książeczkę miałem nieodparte wrażenie, że krótkie zdania, napisane jakby bez wysiłku, mogłyby z łatwością zamienić się w wersy i strofy. Może trochę tutaj Wisławy Szymborskiej, w której utworach środki poetyckie są delikatne i zgrabne jak smugi babiego lata. Takie zwiewne, ulotne, nie nachalne. Dla niedoświadczonego odbiorcy poezji, jak ja, wręcz niedostrzegalne, a jednocześnie pięknie i właściwie odzwierciedlające świat uczuć i przeżyć.
Jakże innym uosobieniem świadectwa Szoah i żydowskiej tułaczki, niż znani mi dotychczas pisarze, jest Irit Amiel. Gdyby nie kłóciło się to z delikatnością treści opowiadań, chciałoby się kolokwialnie powiedzieć, że autorka „rzuca temat”, a czytelnik uderzony ładunkiem emocji musi sobie z tym poradzić sam. Nie ma tutaj głębokich analiz przeżyć i traum holocaustowych. Nie ma wadzenia się z całą powojenną Europą. Nie ma trudu pogodzenia asymilacji z tradycją żydowską. Jest jednak poczucie winy bycia Żydem, który odpowiada za wychowanie kolejnych pokoleń w ciągle powracającym w duszy cieniem Holocaustu i ciągła walka ze skierowanym w kierunku Niemców oskarżycielskim gestem.
Niewątpliwie w opowiadaniach jest wiele wątków osobistych, jak chociażby w tym fragmencie: „Z Ireną, najbliższą przyjaciółką Fani, była heca, bo pewna siwa członkini kibucu, która mówiła jeszcze nieźle po polsku, oznajmiła, że jej imienia w żaden sposób nie da się napisać na codziennej liście pracy. Musi więc koniecznie zmienić je na hebrajskie. Irenie już zbierało się na płacz, bo jak tu rozstać się z imieniem, które dali jej zaraz po porodzie zamordowani przez Niemców w Treblince ukochani rodzice? No i po wielu propozycjach i poważnych pertraktacjach zgodziła się wreszcie Irena pod wpływem Fani na nowe hebrajskie imię – Irit – które choć brzmieniem przypominało jej dawne”[1].
Proszę zauważyć, ile w tym niewielkim fragmencie, wyrwanym przecież z kontekstu całego opowiadania, zawarła autorka żydowskich obrazów: trauma utraty rodziców w Szoah, powojenna emigracja do Izraela, trud asymilacji w nowym środowisku, zasady życia w kibucu, obarczanie winą Niemców jako narodu za Holocaust. Ledwie cztery zdania, a ile tematów do rozmów.
Jestem przekonany, że to nie tylko świadomy zabieg autorki. To nie tylko efekt tego, iż pisarka język polski używa pewnie tylko w swojej twórczości. To mistrzostwo pióra. Dzięki temu mistrzostwu poezja zamienia się w krótkie formy prozatorskie, a one czasami jawią się czytelnikowi jako czytanki dla dzieci. Nie potrafię zrozumieć, jak można tak prostym językiem przekazywać tak trudne treści? Może to właśnie jest sposób na mówienie o trudnych sprawach?
Jak dla większości pisarzy żydowskich dających świadectwo Holocaustu, dla Irit Amiel nic się nie skończyło wraz z zakończeniem wojny. Dla niej dopiero się zaczęło. Tyle, że rok 1945 nie jest dla niej oczywistą cezurą, po której twórczość to tylko i wyłącznie świadectwo hitlerowskiego szaleństwa i tragedii Hebrajczyków. W swoim pisarstwie jest bliższa Imre Kertészowi niż Primo Leviemu czy Jeanowi Améry’emu. Jednakże, gdy z prozy Kertésza wyziera jedynie smutek, rozpacz i beznadziejność przyszłości, to u Irit Amiel smutek jest owinięty w jakąś nadzieję. Ta nadzieja jest jasna, słoneczna, daje pozytywny obraz przyszłości, pomimo, że opisywane przez pisarkę wydarzenia nie dają ku temu powodów. Więc skąd to się bierze? Chyba znowu mistrzostwo. Autorka tak potrafi opisać swoich bohaterów, że to oni, obarczeni strasznymi przeżyciami, stają się dla czytelnika świadectwem zarówno smutku i tragedii, jak i nadziei na lepszą przyszłość. Irit Amiel pisze o tym wszystkim w Izraelu. I Izrael jest miejscem, gdzie toczy się fabuła. Zatem lata po 1945 roku otwierają w życiu Hebrajczyków nowe rozdziały. Pomimo tego, że idea syjonizmu z zasady i dla większości miała stanowić koniec żydowskiego geograficznego tułactwa, to według Amiel powojenna emigracja do Izraela stała się dla nie tylko polskich Żydów początkiem tułactwa emocjonalnego. Problemy, których pisarka dotyka, to przede wszystkim los zasymilowanych w państwach europejskich Żydów, którym przypadło w udziale budowanie „własnego” państwa, gdzie krokowi w niewłaściwą stronę towarzyszy groźny świst karabinowej kuli. Na barkach, ci budowniczy izraelskiej państwowości, niosą ze sobą traumę Holocaustu, niebezpieczeństwo i absurdalność sąsiedztwa, oraz odpowiedzialność za wychowanie kolejnych pokoleń obywateli izraelskich, którzy pogodzą świeckość państwa z żydowskimi tradycjami Sefardyjczyków i Aszkenazyjczyków. To państwo, według pisarki, musi uporać się, bo nie zapomnieć, z tym wszystkim, co może symbolizować Zagładę, a jednocześnie wykonywać pewnie przez wiele trudnych lat syzyfową pracę nad relacjami izraelsko-palestyńskimi.
Tych ostatnich dwóch spraw dotyczą najlepsze, moim zdaniem, opowiadania.
„To nie jest nasze pierwsze spotkanie – powiedziała spokojnie moja siwa jak gołąb mama. – Pamiętam grupę młodych esesmanów, a między nimi dwie panienki w mundurach Hitlerjugend, którzy przyjechali w czterdziestym drugim zwiedzić nasz sierociniec w Częstochowie, w dużym getcie. Stałam tam obdarta, zawszona, z ogoloną głową. Stałam tak blisko, że mogłam dostrzec w pani oczach odrazę, jak gdyby patrzyła pani na jakieś obrzydliwe robactwo, i zapamiętałam to spojrzenie, sama nie wiem dlaczego. Może wtedy po raz pierwszy zrozumiałam, jak my odzwierciedlamy się w waszych oczach. Po raz drugi zetknęłam się z panią w czterdziestym szóstym we Włoszech, w Genui. Wam pomagały wynosić się z Europy do Ameryki Południowej organizacje nazistowskie i nieraz Watykan. Natomiast nam pomagali opuszczać zbrukaną ziemię europejską amerykańscy Żydzi i izraelska organizacja Bricha, Ucieczka. Nasze i wasze okręty często wypływały z tych samych portów. Angelica Duntz z pochyloną nisko głową powiedziała: - Dziękuję, że zechciała pani spotkać mnie po raz trzeci”[2]. Jaki wstrząsający, a zarazem piękny i łagodny obraz przebaczenia. To przebaczające, ale i ciągle nienawidzące Niemców, pokolenie umiera. Siwi jak gołąb starcy swoje uczucia przekazują synom, córkom, wnukom, o ile ci nie zginęli w sąsiedzkich wojnach, albo palestyńskich zamachach.
Izrael to nie miejsce do kochania. Tam, jak w plemiennej tradycji, należy wybierać miłość wśród „swoich”. Ileż odwagi miała Amiel pisząc i wydając opowiadanie „Tikwa i Salim – Nadzieja i pokój”: „- Mój syn służy w tej chwili w wojsku na terenach – mówiła Pnina z drugiego piętra – a ten pani Palestyńczyk godzinami mówi po arabsku przez telefon i na pewno przenosi swoim informacje. Przecież dzięki pani zna to miasto jak własną kieszeń. – To nie jest odpowiedni czas na romanse z Arabami – krzyczał ze złością przystojny Ami z trzeciego piętra, który dotychczas zalecał się do Tikwy. Po nocach Salim i Tikwa kochali się namiętnie i prowadzili długie, bolesne rozmowy. – Pojedź ze mną do Beit Hanina – prosił Salim. – Nie mogę – Tikwa płakała rozpaczliwie – nie mogę w żaden sposób, ja tu przynależę całym moim jestestwem. – A ja tam (…)”[3].
Irit Amiel bywa także cyniczna. Może raczej gorzka? Czy przytłaczają ją wspomnienia z czasów wojny? Czy może jest raczej wyrazicielem strachu o przyszłość tych, którzy stracili najbliższych w Treblince, a potem w wojnie sześciodniowej? Na ile jest w stanie wyjść ze wspomnień o Holokauście i polskim antysemityzmie? A na ile potrafi myśleć o przyszłości widząc na ulicach Jerozolimy wraki szkolnych autobusów? Skąd więc zatem nadzieja? „Opowiadaj o nas zawsze! Dzieciom, wnukom i prawnukom swoim! Zawsze! Po wsze czasy! Pamiętaj!”[4].

[1] Irit Amiel, „Pierwsze kroki w Kraju”, w: „Podwójny krajobraz”, wyd. Prószyński i S-ka, 2008, s. 23.
[2] Irit Amiel, „Do trzech razy sztuka”, w: „Podwójny krajobraz”, wyd. Prószyński i S-ka, 2008, s. 37-38.
[3] Irit Amiel, „Tikwa i Salim – Nadzieja i pokój”, w: „Podwójny krajobraz”, wyd. Prószyński i S-ka, 2008, s. 80.
[4] Irit Amiel, „Jedenaste Przykazanie”, w: „Podwójny krajobraz”, wyd. Prószyński i S-ka, 2008, s. 111.