Strona główna / / Wywiady / "Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Nowości

Po bandzie, czyli jak napisać potencjalny bestseller

Jolanta Rawska, Jakub Winiarski
Cena detaliczna: 58,00 zł

Dziwne światy

Barbara Labuda
Cena detaliczna: 35,00 zł

Elastyczny mózg. Kreatywne myślenie w czasach niepewności i chaosu

Leonard Mlodinow
Cena detaliczna: 39,99 zł

Zapowiedzi

Szóste piętro

Alex Sinclair
Cena detaliczna: 38,00 zł

Spełniony sen

Izabella Frączyk
Cena detaliczna: 38,00 zł

Czynnik diabła

Craig Russell
Cena detaliczna: 42,00 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »
11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".


Z Piotrem Borlikiem rozmawiała Magdalena Zaleska (Prószyński i S-ka).

Stworzyłeś świetną trylogię kryminalną - na rynku są już 1 i 2 część ("Boska proporcja" i "Materiał ludzki"), premiera 3 ("Białe kłamstwa") czeka nas we wrześniu. A już zakupiono prawa do ekranizacji. Jak się z tym czujesz?

Umiarkowanie dobrze. Oczywiście trochę żartuję, ale na razie chyba to jeszcze do mnie nie dotarło. Gdy odebrałem telefon z wydawnictwa i dowiedziałem się o propozycji sprzedania praw do ekranizacji, powiedziałem coś w stylu: "o, fajnie". Pamiętam, że moja rozmówczyni bardzo zdziwiła się brakiem entuzjastycznej reakcji, podczas gdy to właśnie był entuzjazm w moim wykonaniu. Nie mam tu na myśli, że nie potrafię cieszyć się z tego, co mam, wręcz przeciwnie, staram się celebrować każdy dzień, ale jakoś moja twarz i mowa ciała tego nie okazują. Działa to również w drugą stronę - gdy coś lub ktoś mnie zirytuje, zazwyczaj moją jedyną reakcją jest uśmiech. Często spotykam się z wypowiedziami autorek i autorów, którzy po ukończeniu pisania powieści płaczą lub w inny sposób odreagowują wielotygodniową pracę. Ja otwieram wino, jem z żoną coś dobrego i zaczynam pracę nad nową rzeczą.

Widać, że inspirują cię dzieła innych, a mimo to w czasach, gdy "wszystko już było", potrafisz dać czytelnikom coś nowego, świeżego (ta opinia często pojawia się w recenzjach). Jesteś inżynierem, może więc zastosowałeś jakiś specjalny algorytm?

Z tym moim byciem inżynierem bywa różnie. Zawsze lubiłem matematykę, stąd decyzja o podjęciu studiów technicznych. Jednak bardzo szybko zdałem sobie sprawę, że nie do końca odnajduję się w świecie inżynierów. Przez pierwsze tygodnie pracy trwałem niejako w zawieszeniu. Byłem za mało "ścisły" dla inżynierów, a za bardzo "ścisły" dla pozostałych pracowników. Szybko dostrzegłem w tym miejsce dla siebie i wcieliłem się w łącznika pomiędzy dwoma grupami. Komuś może wydać się to śmieszne, ale kto miał do czynienia z programistą zamkniętym w swoim świecie, ten powinien wiedzieć, co mam na myśli. To samo postawiłem sobie za cel, rozpoczynając pracę nad "Boską proporcją". Opisuję tam zjawisko mocno powiązane z matematyką, ale w sposób przystępny dla każdego czytelnika - za pomocą krwawych zbrodni.

Jeśli chodzi o inspirację innymi dziełami, to nie do końca się z tym zgodzę. Patrząc powierzchownie, rzeczywiście można dojść do wniosku, że postać Artura podobna jest do Hannibala Lectera, makabryczne zbrodnie były już chociażby u Chrisa Cartera, zagadki matematyczne są skopiowane z "Kodu da Vinci", a bezkompromisowa pani komisarz to podrasowana wersja Chyłki. Powiem więcej: patrząc wyłącznie na pierwszy tom, jestem w stanie zrozumieć tego typu porównania. Mówimy jednak o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo. Nie bez powodu okładki połączone frontami prezentują spójną grafikę, a kolejne części wychodzą w tak krótkich odstępach czasu. Osobom nieusatysfakcjonowanym zakończeniem pierwszego tomu gwarantuję, że po przeczytaniu w całości trzeciego tomu stwierdzą, że czegoś takiego jeszcze nie było.

Od czego się to wszystko zaczęło? Co pierwsze pojawiło się w twojej głowie? Postać Agaty Stec - komisarz prowadzącej śledztwa, Artura Kamińskiego - jej brata, psychologa lubującego się w niekonwencjonalnych metodach? A może to świetne zdanie rozpoczynające pierwszy tom: "Matka to skarb, a miejsce skarbu jest głęboko pod ziemią"?

Pierwszy był pomysł na wykorzystanie w fabule zjawiska złotej proporcji, inaczej zwanej boską proporcją. Reszta działa się równolegle. Przed rozpoczęciem pisania poświęcam mnóstwo czasu na napisanie konspektu, rozpisanie cech wszystkich bohaterów, ustawienie kluczowych dla fabuły punktów, a nawet zaplanowanie w każdym rozdziale fragmentów, kiedy akcja powinna przyspieszyć. Na etapie tworzenia portretów psychologicznych bohaterów stwierdziłem, że Agata i Artur powinni być rodzeństwem. To otworzyło pole do mieszania w ich relacjach, a Arturowi pomogło manipulować młodszą siostrą. Wtedy też zdałem sobie sprawę, że w trylogii najważniejsze nie będą makabryczne zbrodnie i śledztwo policji, a właśnie relacje między dwojgiem głównych bohaterów. Mam nadzieję, że czytelnicy do samego końca trzeciego tomu będą zachodzili w głowę, dlaczego Artur tak bardzo steruje swoją siostrą.

Podobno pierwsze pisarskie wprawki uskuteczniałeś w godzinach pracy w fabryce Sharpa…

Pierwsze teksty napisałem jeszcze na studiach, ale rzeczywiście poważniejsze rzeczy, w tym opowiadanie, którym zadebiutowałem w druku, powstały w trakcie pracy w fabryce telewizorów. Nigdy nie zapomnę pierwszego dnia w pracy, gdy naładowany pozytywną energią stawiłem się na wyznaczoną godzinę. Powitała mnie wówczas ściana ludzi w białych fartuchach i rękawiczkach zmierzająca w stronę szatni. Ten widok wbił mnie w ziemię. Momentalnie spłynął ze mnie cały entuzjazm i zrozumiałem, że właśnie stałem się kolejnym trybikiem w maszynie. Nie odpowiadał mi taki stan rzeczy. Po kilku tygodniach, gdy zadomowiłem się na swoim stanowisku, zacząłem znajdować coraz więcej okazji do pisania. A było ich całkiem sporo. Kierownictwo kończyło pracę koło godziny osiemnastej, więc w trakcie drugiej zmiany miałem do dyspozycji aż cztery godziny, podczas których oczywiście musiałem również wykonywać swoje obowiązki, ale przy dobrej organizacji potrafiłem pisać co najmniej przez połowę tego czasu. Jednym z głównych założeń japońskiej filozofii pracy jest przebywanie w tzw. gemba, czyli miejscu, w którym jest wykonywana najważniejsza praca. W przypadku fabryki są to linie produkcyjne, a nie biura, więc siłą rzeczy nie mogłem pisać przy komputerze. Stawałem więc przy taśmociągu z zeszytem w dłoni i pisałem. Pewnego razu podszedł do mnie jeden z japońskich kierowników i powiedział, że widzi, co robię. Serce podeszło mi do gardła, ten jednak pochwalił moją pracowitość i przekonany, że wytrwale notuję obserwacje z procesu produkcyjnego, stwierdził, że stanowię wzór do naśladowania.

Postać Agaty sugeruje, że lubisz bezkompromisowe, żyjące po swojemu kobiety. Czy tak jest rzeczywiście?

Lubię kontrasty. Sam jestem spokojny i raczej rzadko zdarza mi się okazywać emocje, więc w naturalny sposób ciągnie mnie do ludzi różniących się ode mnie. Wprawdzie nie wytrzymałbym pod jednym dachem z Agatą, ale zdecydowanie wolę silne, niezależne kobiety, które potrafią walczyć o swoje. Nigdy nie zaakceptuję sytuacji, w której mężczyzna i kobieta na podobnym stanowisku otrzymują różne wynagrodzenie. Tak niestety wciąż się dzieje, ale na szczęście są panie, w tym moja żona, które nie godzą się z rolą gorszego pracownika. Jestem z niej dumny i nie wstydzę się przyznać, że zarabia więcej ode mnie. Niestety z tego, co obserwuję, wielu mężczyzn nie potrafi pogodzić się z sukcesem małżonki.

Podobno nie znosisz tekstów typu "on jest świetnym mężem, bo pomaga żonie"…

Po prostu czasem czepiam się słów. W tym wypadku określenie "pomaga" sugeruje, że nie jest to proces ciągły, a sporadyczne epizody. Jeśli pomocą przy wychowaniu dziecka jest wyjście w sobotę na spacer i wspólne oglądanie bajek, to nie jestem fanem takiego rozwiązania. Sam jako ojciec chcę spędzać możliwie jak najwięcej czasu z synem, być przy tym, jak wypowiada pierwsze słowo, jak stawia pierwszy krok, a także cieszyć się zwykłą codziennością.

Na twoim facebookowym profilu możemy podziwiać zdjęcia tortów nawiązujących do fabuły twych książek. Otrzymujesz je z okazji premier od swojej żony - widać, że bardzo cię wspiera w twej pisarskiej karierze. Czy to działa również w drugą stronę?

Wspiera? Ona żyje tym bardziej ode mnie. Nie bez powodu wprowadziłem się do niej po trzech dniach znajomości, a ślub wzięliśmy po niespełna roku. Nie ma dnia, byśmy nie rozmawiali o tworzonych przeze mnie historiach. Żona po pracy zawsze czyta to, co danego dnia napisałem, wyraża swoje opinie i sugeruje zmiany. W trakcie tworzenia konspektu odbywamy dziesiątki burz mózgów, w trakcie których wcielamy się w bohaterów i analizujemy, jak zachowalibyśmy się w danej sytuacji.

Czy działa to w drugą stronę? Mam nadzieję, że tak. Staram się pomagać żonie… Poważnie mówiąc, żyję jej pracą tak samo, jak ona moją. Kibicuję każdemu jej projektowi, nawet gdy ten wiąże się z dalekimi podróżami służbowymi. Wtedy wkładam kapcie i jestem wzorowym panem domu.

Czytając całą trylogię, miałam nieodparte wrażenie, że uwielbiasz gotować (Artur jawi się jako mistrz sztuki kulinarnej, a sugestywne opisy przygotowywanych przez niego potraw pobudzają apetyt). Skąd ta pasja?

Lubię jeść. Lubię wąchać potrawy i przyprawiać je po swojemu. Każde danie opisane w książce zostało przeze mnie wcześniej odtworzone, by nie napisać żadnej głupoty, a przy okazji dobrze zjeść. Nie wiem, czy nazwałbym to pasją, ale rzeczywiście zwracam dużą uwagę na to, co jem, i staram się samemu eksperymentować w kuchni. Tak jak Artur kocham również wino, co otwiera pole do popisu w temacie łączenia potraw z winem. Książka jeszcze nie sprzedaje się tak dobrze, żeby stać mnie było na trunki, którymi raczy się jeden z głównych bohaterów, ale jest do czego dążyć.

Trylogia z Agatą i Arturem ma być zamkniętą całością (choć zostawiłeś sobie na końcu furtkę, jeśli się nie mylę). Nad czym pracujesz teraz? Możesz zdradzić jakieś szczegóły?

Pracuję nad kryminałem o roboczym tytule "Zapłacz dla mnie". Myślę, że do końca wakacji zakończę proces pisania. Cieszę się bardzo, gdyż udało mi się stworzyć bohatera nieoczywistego, który swoje działania planuje z dużym wyprzedzeniem, a środki, które stosuje, by dojść do prawdy, niekoniecznie stoją w zgodzie z prawem. Po cichu jednak marzy mi się napisanie powieści obyczajowej. Mam już rozpisaną fabułę i bohaterów, napisałem nawet kilka rozdziałów, ale brakuje mi odwagi, by pociągnąć ten temat.

Co do przygód Agaty i Artura, to rzeczywiście zostawiłem sobie otwartą furtkę. Nie byłbym sobą, gdybym nie miał już rozpisanej w punktach kolejnej powieści. Na razie jednak na tym poprzestałem. Chcę, aby czytelnicy poznali mnie również z nieco innej strony.

W związku z informacjami o ekranizacji muszę zapytać: kogo widziałbyś w roli Agaty, a kogo w roli Artura? Nie musisz ograniczać się do polskich aktorek i aktorów.

Tyle razy słyszałem porównania Artura do serialowego Hannibala, więc muszę odpowiedzieć, że Madsa Mikkelsena. Ale poważnie mówiąc, to nie podam żadnych nazwisk. Jestem fanem polityki Netflixa, który w swoich serialach zatrudnia nowe twarze, zamiast oferować widzom wciąż te same nazwiska, na siłę dobierane do danej postaci. Tak to właśnie powinno się odbywać. Mam postać i szukam odpowiedniego aktora, a nie: mam aktora i szukam dla niego postaci, w którą mógłby się wcielić, bo obecnie jest popularny. Netflix pokazał, że dobrze przeprowadzony casting potrafi wyłonić prawdziwe perełki.

wersja do druku