Strona główna / / Wywiady / "Mam tę przypadłość, że uparcie wierzę w miłość"

Nowości

Tańczący Trumniarz

Jeffery Deaver
Cena detaliczna: 38,00 zł

Pożegnalne przyjęcie

Anna Fredriksson
Cena detaliczna: 38,00 zł

Czarne narcyzy (audiobook CD)

Katarzyna Puzyńska
Cena detaliczna: 34,90 zł

Zapowiedzi

Trzecia siostra

Joanna Marat
Cena detaliczna: 36,00 zł

Tyle miłości

Rebecca Rosenblum
Cena detaliczna: 39,90 zł

Czas ucieka

Wiesława Maciejak
Cena detaliczna: 36,00 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Outsider Stephen King
  2. Policjanci. Ulica Katarzyna Puzyńska
  3. Arabski syn Tanya Valko

Fotogaleria

więcej »
28.06.2018

"Mam tę przypadłość, że uparcie wierzę w miłość"

Z Wiolettą Sawicką autorką książki "Czas próby" rozmawia Stanisław Bubin z magazynu "Lady's Club". Zapraszamy do przeczytania wywiadu.


Wrażliwej, dobrej i pięknej, lecz trochę naiwnej Joannie poświęciła pani dwie ostatnie książki: bardzo dobrze przyjęte "Wyspy szczęśliwe" (2017) i kontynuację – "Czas próby" (2018). Czym sobie ta kobieta zasłużyła aż na 1200 stron druku?

Nie traktuję tego w kwestii objętości. Gdyby historia Joanny, która równie dobrze mogłaby być historią niejednej kobiety, wyczerpała się w "Wyspach szczęśliwych", pewnie wycofałabym się z życia jej oraz Wiktora i zostawiała ich samych sobie, żeby żyli długo i szczęśliwie. Ponieważ pozostało do rozwiązania kilka problemów, jak chociażby rozwód, batalia o dziecko czy docieranie się pączkującego związku, nadal podpatrywałam ich losy i tak powstał "Czas próby". Starałam się napisać tę drugą część tak, aby można ją było czytać bez znajomość pierwszej.

Walcząca o miłość Joanna uważa, że dla tego uczucia można i trzeba zrobić wszystko, nawet... zdradzić ukochanego. Nic innego się nie liczy. Podziela pani ten pogląd?

Mam tę przypadłość, że uparcie wierzę w miłość. Zdolną do poświęceń, wybaczania, odrzucenia własnego egoizmu. Dla mnie miłość jest najważniejsza, choć traktuję ją dość prozaicznie. Uważam, że najpiękniejsza i najtrwalsza w miłości jest szara codzienności. Kiedy odrzuca się swoje wyobrażenia, oczekiwania, a odkrywa zwykłego człowieka z jego wadami, zaletami, bolączkami i przyzwyczajeniami. I kiedy pomimo wszystko nie wyobrażamy sobie bez niego ani jednego dnia, to właśnie jest miłość. Miłość zaś im starsza, bardziej pomarszczona, nawet niedołężna, tym jest piękniejsza, głębsza. W taką wierzę, takiej dane mi jest doświadczać od 30 lat i o taką warto walczyć.

Do kogo zaadresowała pani swój przekaz w obu powieściach? Wynika z nich, że w życiu nie musi być lekko, łatwo i przyjemnie, lecz po każdej burzy wychodzi słońce. W "Czasie próby" Joanna nie tylko odzyskała uczucia Wiktora, ale i zyskała bogactwo, o jakim nie śniła (po szczegóły odsyłam do książki). Przecież zaklęcia "kochajmy się!” działają tylko w bajkach! Wierzy pani w happy end?

Z tym bogactwem, które zyskała, to pewne uproszczenie, ale nie zdradzajmy treści książki. Oczywiście, że w życiu nie zawsze jest kolorowo i chyba nawet nie o to chodzi. Sukcesy nas rozzuchwalają, zaś przeciwności wzmacniają. Nieważne, ile razy człowiek upadnie, ważne, ile razy wstanie i pójdzie dalej. To jest moje motto i mam nadzieję, że jest ono widoczne także w moich książkach. A happy end? No cóż. W życiu, chyba jak każdy, lubię dobre zakończenia, choć nie zawsze jest to możliwe. W książkach mogę „zaszaleć” i kreować je dowolnie. Przyznam się jednak, że moi bohaterowie bywają uparci. Czasem, opracowując przebieg wydarzeń, zaplanuję im mniej szczęśliwy finał, oni zaś i tak zrobią po swojemu.

Na co dzień jest pani reporterką. Co panią skłoniło do pisania powieści obyczajowych z wątkami sensacyjnymi? Dlaczego zdecydowała się pani na drugi zawód i czy w ogóle można mówić, że uprawia pani dwie profesje, które nawzajem się uzupełniają?

Z wątkami sensacyjnymi, aż tak? Miło mnie pan zaskoczył takim określeniem. Pisanie książek nie jest moim drugim zawodem, tylko wewnętrzną potrzebą i przyjemnością. Nie będę tego robić, jeśli przestanie mi to sprawiać przyjemność. Trudno mi sobie wyobrazić sytuację, gdybym musiała coś na siłę "wyprodukować". Przede wszystkim jestem dziennikarką i to jest mój zawód. Ale rzeczywiście dziennikarstwo i pisanie w moim przypadku to dziedziny, które się uzupełniają. Na pewno zawodowy warsztat, jaki posiadam od 1994 roku, jest bardzo pomocny przy pisaniu powieści.

Na kartach pani książek wątki związane z miłością, szczęściem, przyjaźnią, rodziną przewijają się bezustannie. Na jakie potrzeby kobiet zwraca pani szczególnie uwagę?

Emocje. Zarówno dobre, jak i złe. Śmiech, wzruszenie, złość, żal, strach, łzy, wszystko. Książka, którą czytam, musi wzbudzać emocje. Jeśli ich nie odnajduję, uważam taką książę za słabą. Może mieć ciekawą fabułę, ładny język, dobrą stylistkę, topowe nazwisko autora, jednak gdy nie wzbudzi moich emocji, jest niepełna. Dlatego też staram się, aby moje książki zawierały emocje. Czy się to udaje, nie mnie oceniać.

Pani książki zyskują miano wydawniczych bestsellerów, zwłaszcza ostatnie. Na czym polega fenomen ich popularności? Jaka była pani droga do literackiego sukcesu? I kilka słów o pani technice pisarskiej, warsztacie, nawykach...

Fenomen popularności, literacki sukces? Używa pan stanowczo zbyt wielkich słów. W żaden sposób nie czuję się właściwą osobą do takich zaszczytów. Nie uważam się nawet za pisarkę. Dla mnie pisarz to autorytet, ktoś wielki, klasyk. Sama jestem autorką literatury popularnej. Piszę po godzinach, po pracy. Mieszkam w bloku, z czteroosobową rodziną, kotem, psem, więc łapię każą okazję i miejsce, żeby zaszyć się sam na sam z laptopem na kolanach. Najczęściej piszę w nocy, kiedy "dom" już śpi, albo przed świtem, nim reszta wstanie. Przed pisaniem nowej książki najpierw muszę polubić swoich bohaterów, zaprzyjaźnić się z nimi, wejść w ich psychikę. To absolutnie niezbędne. Nie potrafię pisać z marszu. Moim nawykiem jest też przeprowadzanie gruntownego researchu do książek, więc zamęczam pytaniami lekarzy, prawników, informatyków, każdego, kogo wiedzy i doświadczenia akurat potrzebuję.

W jakich kategoriach traktuje pani swoje pisarstwo? Lekarstwa dla duszy? Przetwarza pani życiowe doświadczenia, czy też zdaje się wyłącznie na wyobraźnię i fikcję?

Z lekarstwa dla duszy powstał w 2014 roku mój debiut, czyli "Wyjdziesz za mnie, kotku?". Napisałam tę książkę dla siebie, żeby pozbierać się po zakręcie w życiu. W ogóle nie planowałam, że komukolwiek odważę się pokazać swoją pisaninę. Tym bardziej że pisanie książek, nie znajdowało się na liście moich marzeń. Wyszło inaczej. Sama sobie zaaplikowałam lekarstwo na chorą duszę i przy okazji odkryłam nową pasję. Naturalnie, że w jakiejś części przetwarzam w książkach własne doświadczenia. Reszta jest mieszanką fikcji z rzeczywistością. Niektóre postacie, jakie umieszczam w powieściach, oraz ich przeżycia są autentyczne. Jak na przykład Marta z "Wysp szczęśliwych" i "Czasu próby".

Proszę zdradzić, jaki jest pani rozkład dnia? Ile czasu poświęca pani na pisanie i co jeszcze, prócz tworzenia, panią zajmuje?

Wstaję raniutko, wyprawiam dziecko do szkoły, idę do pracy, czyli standard większości kobiet. Później jakiś pośpieszny obiad trzeba ugotować, kto pierwszy ma czas, najczęściej jest to mój mąż, zrobić zakupy, ogarnąć dom, podzielić się wrażeniami, jak komu minął dzień, i mogę zabrać się do pisania. Informuję rodzinę, że znikam, więc wiedzą, że ma być w miarę cicho, i zamykam się w pokoju z komputerem do wieczora. Nie mam narzuconych ram czasowych, że piszę na przykład od dziesiątej do szesnastej. U mnie działa to spontanicznie, ale piszę codziennie. Gdy tego nie robię, czegoś mi ewidentnie brakuje. Napędza mnie obcowanie z naturą. Dlatego chodzę po górach, najczęściej są to ukochane Bieszczady, wędruję z psem po warmińskich lasach, zbieram grzyby. Pasjonuje mnie historia, zwłaszcza regionu, w którym mieszkam. Dzięki wykowywanej pracy poznaję masę ciekawych ludzi. Niejednokrotnie ich losy to gotowy materiał na książkę.

Czy kontakty z czytelnikami są dla pani ważne? Najnowszą powieść dedykowała pani czytelniczce, która nie doczekała jej wydania, odeszła do lepszego świata po długim cierpieniu...

Śmierć pani Krysi Kwiatkowskiej wstrząsnęła mną, choć nie znałam jej osobiście. Przekazano mi, że w szpitalu przeczytała "Wyspy szczęśliwe" i tak ją to pochłonęło, że nie myślała o raku i bólu. To dla mnie najpiękniejsza recenzja, jaką usłyszałam. Dziękuję losowi, że dane mi było pisać, abym choć przez dwie doby mogła w ten sposób ulżyć w cierpieniu pani Krystynie. Bardzo chciała doczekać kontynuacji powieści, niestety się nie udało. Nic innego nie mogłam zrobić, jak tylko zadedykować "Czas próby" właśnie jej. To moje osobiste podziękowanie. Każde spotkanie z czytelnikami to dla mnie wielkie wyróżnienie i zaszczyt. Żałuję, że nie mogę bywać na spotkaniach autorskich tak często, jakbym chciała. Pracuję na etacie, więc trochę mnie to ogranicza czasowo. Niemniej dostaję skrzydeł za każdym razem, gdy piszą do mnie czytelniczki i dzielą się wrażeniami po przeczytaniu mojej książki. To bezcenne.

Pani sztuka pisarska jest obrazowa. Gdy czytałem "Czas próby", widziałem fabułę, bo to gotowy scenariusz serialu. Są tam miłość, nienawiść, podłość, zdrada, dzieci i zwierzęta, wystrzały z pistoletu, pojedynki sądowe, duże pieniądze, trochę historii... Nie kusi pani, by zaistnieć w TV?

Nie mam parcia na szkło, więc w ogóle nie jestem zainteresowana, żeby zaistnieć w TV. Byłam dziennikarzem telewizyjnym i nie uległam jej magii. Duszę oddałam radiu. Posiadam w domu telewizor, ale równie dobrze mogłabym obejść się bez niego. Jeśli jednak pyta pan o ewentualne sfilmowanie, którejś z moich książek, byłoby to dla mnie nowe i być może inspirujące doświadczenie.

Wsłuchuje się pani w głosy czytelników, rodziny, znajomych? Z kim pani konsultuje rozwój fabuły? O czym będzie kolejna powieść? Ciąg dalszy perypetii uczuciowych Joanny?

Na etapie pisana książki mąż jest moim jedynym konsultantem, krytykiem i czytelnikiem. To z nim omawiam większość wątków i sprawia nam to obopólną frajdę. Zazwyczaj daję mężowi do przeczytania każdy napisany rozdział i patrzę na reakcję. Jeśli się wzrusza albo śmieje, wiem, że jest dobrze. Jeśli się krzywi, cmoka, to znak, że coś mu się nie podoba. Później, gdy wysyłam skończony tekst wydawcy, zaczyna się praca redakcja od podszewki, co też bardzo lubię. Z nikim tak drobiazgowo nie rozkładam książki na czynniki pierwsze jak z moją redaktor Ewą Witan z wydawnictwa Prószyński, która nadaje tekstowi ostatni szlif.  Kolejna powieść jest już na ukończeniu. Do końca miesiąca trafi do wydawcy. To zupełnie inna historia i nowi bohaterowie. Baśka i Michał. Na roboczo nazwałam ją "Piękna miłość". Myślę, że tytuł mówi sam za siebie. Będzie dużo emocji.

Czy w dzisiejszych niepewnych czasach może pani pokusić się o definicję szczęścia? Czy możemy być szczęśliwi w oceanie brutalności i agresji? Ma pani własną receptę na sukces i szczęście?

Najprościej mówiąc, szczęście to brak nieszczęścia. Dla każdego szczęście oznacza co innego. Dla kogoś będzie to, na przykład kariera, awans w pracy, wygrana na loterii, a innemu do szczęścia wystarczy błękit nieba i zapach kwiatów. Dla mnie sukcesem jest te wspólne 30 lat razem i rodzina, którą stworzyliśmy. Różnie bywało. Problemy nas nie omijały i nie omijają, ale trzymamy się razem. Mocniejsi. Jesteśmy z pokolenia, gdzie zepsute rzeczy się naprawiało, a nie zastępowało nowymi. To jest moja recepta na szczęście. Miłość, którą się buduje latami.

I na koniec: co panią wiąże z Małszewem w województwie warmińsko-mazurskim, w którym rozgrywa się część powieści?

Z Małszewem wiąże mnie reportaż, który napisałam dla gazety o znajdujących się w tamtejszych lasach starych grobach. Mój kolega odkrył je przypadkiem podczas wyprawy rowerowej. Zainspirował mnie, abym się dowiedziała, kto jest w nich pochowany. I tak po nitce do kłębka trafiłam do Marty Matyszewskiej, bohaterki mojego reportażu o leśnych grobach.  To mogiły Mazurów, mieszańców Małszewa, głównie kobiet i dzieci, którzy w styczniu 1945 roku uciekali przed radzieckim wojskiem. Zostali rozstrzelani w lesie przez pijanych sowieckich sołdatów. Marta, wówczas 9-letnia dziewczynka, ocalała z tej gehenny. Ranna czekała 3 dni na ratunek między ciałami mamy i sióstr. A to był wyjątkowo mroźny styczeń. Temperatury spadły do minus 30 stopni. To cud, że przeżyła. Już podczas pierwszego spotkania z Martą wiedziałam, że jej historia powinna wyjść poza gazetę. I to była inspiracja do napisania "Wysp szczęśliwych", a później "Czasu próby". Poza tym Małszewo to bardzo ładna i zaciszna mazurska wieś nad jeziorem, otoczona potężnymi lasami. Wprost stworzona, żeby umieścić w niej akcję obu powieść. Zwłaszcza że część wydarzeń rozegrała się tam naprawdę.

Dziękuję za rozmowę.
 
Ja także serdecznie dziękuję.

Wioletta Sawicka urodziła się i mieszka na Warmii. Z wykształcenia jest pedagogiem, ale zawodowo realizuje się jako dziennikarka. Jej specjalnością są reportaże. Od zgiełku życia wyciszenia szuka w warmińskich i bieszczadzkich lasach. Pasjonatka literatury, wędrówek bezludnymi szlakami i rowerowych wypadów. Mężatka, matka dwójki dzieci, syna i córki. Po pięciu latach emigracji w Szwecji wróciła do rodzinnego Olsztyna, gdzie narodził się pomysł napisania pierwszej powieści. Autorka powieści: "Wyjdziesz za mnie, kotku?", "Będzie dobrze, kotku", "Jeśli się odnajdziemy, kotku", "Dzień cudu", "Wyspy szczęśliwe" i "Czas próby".

Żródło: https://issuu.com/ladysclub/docs/lady_s_club_nr_3__54__2018

wersja do druku