Strona główna / / Wywiady / Zanurkować do czyjejś głowy

Nowości

Rok wśród pingwinów

Lindsay McCrae
Cena detaliczna: 42,00 zł

Obłędy

Angela Santini
Cena detaliczna: 43,00 zł

Urodziny

Carol Wyer
Cena detaliczna: 39,99 zł

Zapowiedzi

Nocna suka

Rachel Yoder
Cena detaliczna: 43,00 zł

Alles in Ordnung? Listy do Lagerkommandanta

Czesław Czubak
Cena detaliczna: 42,00 zł

Prorok i dysydent

Boris Sokołow
Cena detaliczna: 59,99 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Nieszczęście w szczęściu Olga Rudnicka
  2. Gra w ludzi Eva Minge
  3. Skradzione lato Grażyna Jeromin-Gałuszka
05.01.2009

Zanurkować do czyjejś głowy

Z Dawidem Kornagą, autorem "Znieczulenia miejscowego" rozmawia Patryk Grząbka. 


„Stefan, z wyglądu niepodobny do nikogo, nawet do siebie (...)" - piszesz w swojej nowej książce „Znieczulenie miejscowe" o jednym z jej bohaterów. Jako prozaika łączy Cię ze Stefanem bardzo wiele. Masz swój styl pisania, który zmieniasz w każdej kolejnej książce na inny. Ale też tak samo własny. Skąd u Ciebie potrzeba bycia niepodobnym do siebie?

Wydaje mi się, że to kwestia nie estetycznego wyboru czy podparta lingwistycznymi teoriami chęć udowadniania sobie za każdym razem kresu swoich możliwości pisarskich, raczej - psychiczna potrzeba. Ale także zwyczajna, czytelnicza potrzeba.

Nie mógłbym „tłuc" powieści wciąż na ten sam temat, typu biedni ludzie w upadłych PGR-ach. Nie ukrywam, że fascynują mnie tematy mocno związane ze światem wartości, ich przełamywaniem czy odmiennym interpretowaniem: jak przemoc, gwałtowne namiętności czy tzw. tematy tabu. Eksplorowanie ich w jednej tylko stylistyce czy kreowanie podobnych do siebie bohaterów byłoby ciemnym zaułkiem, drogą do przynudzania.

Najgorsza rzecz, która może przydarzyć się poszukującemu swojej historii i swojego stylu prozaikowi, to zostanie epigonem - takim nieświadomym. Wolę więc chuchać na gorące, mierzyć się za każdym razem na nowo z materią fabuły, odkrywając ją w innym wcieleniu. Raz wychodzi lepiej, raz gorzej, ważne, że wtedy pisanie sprawia mi przyjemność. A i czytelnik może mieć pewność, że autor pisząc książkę zrobił wszystko, co mógł. Narratorką mojej poprzedniej książki „Rzęsy na opak" była około dwunastoletnia dziewczynka. Teraz bohaterami są wampiry...

I może to być mylące, bowiem Twoja nowa powieść zatytułowana „Znieczulenie miejscowe" nie jest ani horrorem ani dreszczowcem. To pełna humoru, a zarazem nie pozbawiona refleksji groteska, w której wampiry są jak nieludzie inaczej. Czyli niczym nie różnią się od ludzi. Bywają tak samo egoistyczne, zbyt pewne siebie, nietolerancyjne, pełne pychy, próżne, bezwzględne, nieuczciwe, nieprzyjazne. Wampir - jak człowiek - rzadko brzmi dumnie. Co zatem według Ciebie symbolizuje ta „wampiryczna" metafora: zło tkwiące w ludziach czy słabość człowieka, który w Twojej powieści jest nie tyle podczłowiekiem, ile podwampirem - gatunkiem, na który wampiry patrzą z wyższością, a nawet z pogardą?

Ludzie w mojej powieści skazani są - poniekąd przez nić fabuły, nieuchronnej w swej logice, by i bawić, i szokować - na bycie ofiarami.

Ale rzeczywiście „Znieczulenie miejscowe", wbrew pozorom, sugerującym gatunek z kręgu fantastyki czy wbrew campowej okładce, nie jest ani horrorem, ani dreszczowcem, to absolutnie realistyczny kawałek współczesnej prozy, a postać wampira, ukształtowana według mojej odautorskiej koncepcji, wychodzi poza dotychczasowe popkulturowe konotacje czy pierwsze nasuwające się skojarzenia.

Główni bohaterowie „Znieczulenia miejscowego" to ludzie, którym pewnego dnia przydarzyło się zostanie wampirem. Nie zadecydowała o tym jakaś metafizyczno-biologiczna infekcja, lecz niejako predestynacja. Bynajmniej przeistoczenie się w krwiopijcę nie oznacza przyjęcia religijnej koncepcji Kalwina... To raczej efekt jednostkowej sytuacji danego człowieka, który nie potrafił odnaleźć się w swojej roli społecznej, codzienność mu ciążyła, moralność zdawała się niepotrzebnym balastem; marzył, by nie być tacy jak inni, przeważnie zwyczajni, społecznie akceptowalni, a w związku z tym podejmujący swoje role społeczne praktycznie bez szemrania. I nagle cud, pewnego dnia szaraczek przeistoczył się w kogoś innego, niezwykłego - naturalnie kosztem podjęcia pewnego zobowiązania, a mianowicie, narzuconej chęci kosztowania krwi innych ludzi, a pośrednio - ich psyche, ich duszy.

Bycie wampirem to nie tylko zabieranie, to również oddawanie: swojej niezależności, swojego człowieczeństwa. Wampir gdzieś tam głęboko w sobie bardzo cierpki. Żeby to ułagodzić, wolałem, by „Znieczulenie" napisane było w rytmie rozweselającym. Koncepcja kawy na ławę byłaby przytłaczająca, tekst stałby się pompatyczny, smętny i nudny.

Wampir „zewnętrzny" (a właśnie tego rodzaju wampiry są bohaterami Twojej książki) to po prostu krwiopijca i pojawia się w kontekście społecznym, np. u Stanisława Trembeckiego czy Adama Mickiewicza, który w satyrycznym wierszu „Komar, niewielkie licho" ukazał tegoż, który „Krwi, krwi, krwi, krwi! wołał głosem bzykającym". Kogo w obecnej rzeczywistości uważasz za najbardziej niebezpiecznych krwiopijców?

Na pewno pierwsza płaszczyzna krwiopijców ze „Znieczulenia miejscowego" dotyczy „zewnętrzności", jednak - proszę zauważyć - każdy z nich pielęgnuje swoje poletko.

Jeden uwielbia krew wyłącznie osób o mistycznych skłonnościach, drugi z kolei w pełni zadowala się ich przeciwieństwem - filozofującymi racjonalistami.

Krew sama w sobie to jedynie pretekst, by poczuć drugą osobę-ofiarę. Ponieważ właśnie potencjalne ofiary, ich intelektualny czy fizyczny kapitał, stanowi prawdziwą motywację, by na nich zapolować. Podobnie jest w życiu: to, co jest twoją pasją, to, czym się zajmujesz, definiuje cię, zaś inni postrzegają cię przez ten pryzmat, możesz sobie myśleć zupełnie co innego, lecz kogo to obchodzi, skoro jeśli jesteś dla nich na przykład skromnym księdzem, niekoniecznie o jakiejś rozbudowanej, erudycyjnej psychice, a jednak na tyle atrakcyjnym przez kontekst twojego zaczepienia w życiu, że po prostu autentycznie ciebie łakną, twojej pozycji, a więc i twojej krwi. Jeśli osiągasz sukces, to i twoja krew, twoje jestestwo ma w sobie coś z sukcesu.

Wampir realizuje mit podążania za liderem, inspirowania się jego wizjami i pewnością siebie. Nie ma chyba człowieka, któremu nie imponowałaby znajomość z kimś wybitnym czy znanym. Każdy sobie myśli: Ha, skoro ta gwiazda mediów jest jego kolegą, to znaczy, że coś w nim jest, że ma on w sobie coś z tej gwiazdy. Wampiryzm to przyznanie się do tego, że inni są nam niezbędni do życia, do czerpania z nich korzyści - nawet kosztem uznania, że bez nich nie ma nas, że jesteśmy gorsi.

A najbardziej niebezpieczni krwiopijcy? Może zabrzmi to jak tani slogan, kalka myślowa. Ostatnie lata pokazują jednak, że najbardziej krwiożerczy, najbardziej pasożytujący na naszych lękach są populiści. Zarówno ci działający w polityce, jak i w sztuce. Pierwsi żerują na naszej potrzebie ulepszania świata, obiecując złote i brylantowe góry. Drudzy, często nawet nieświadomie, udają wielkich artystów pod płaszczykiem wygodnych estetycznie schematów, poprawnych na pierwszy rzut oka, a jakże wtórnych po głębszej analizie.

Generalnie, trudno oprzeć się rasowym krwiopijcom. Jesteśmy skazani na bycie ofiarami. Przynajmniej przez jakiś czas. Każdy z nas został kiedyś wykorzystany i każdy z nas kiedyś wykorzysta kogoś. 

Jeden z bohaterów „Znieczulenia miejscowego" apeluje: „Jedyne pragnienie, jakie was męczy, związane jest z zaspokojeniem zachcianek egoizmu. Ja zwracam waszą uwagę: lepiej zacznijcie się zastanawiać, czy wpierw istniejecie, a później się definiujecie, czy na odwrót. (...) Żałosne. Żadnych wyższych wartości, rozróżnienia hierarchii." Wprawdzie sam też jest egoistą, choćby poprzez fakt, że jest wampirem - na dodatek świadomym zagadnień egzystencjalnych entuzjastą filozofii, co czyni go jeszcze bardziej niebezpiecznym. Jak się odnajdujesz w kapitalistycznej rzeczywistości, która egoizm wyniosła do rangi cnoty, a wielcy i uznani egoiści udający wielkich i uznanych moralistów mówią o wartościach mniejszym, przeciętnym egoistom, którzy - wiedząc, że tamci tylko mówią - nic sobie z tego nie robią?

Ja organicznie wręcz nie znoszę ludzi, którzy mówią: - No logo.

A pod swoimi ubraniami kryją metki znanych producentów. A w ich domach skrzą się designerskie naczynia. A na koncie setki tysiące.

I podobnie jak na tych fałszywych piewców antykonsumpcjonizmu, mam alergię na głosicieli „prawd objawionych". Każdy z nich wystawia na straganie swojego boga, swoją religię. I każdy myśli, że tylko jego bóstwo istnieje.

Dystans, poczucie humoru, wiara w przyjaźń i miłość, dotrzymywanie obietnic, wystrzeganie się kłamstwa - to mi imponuje, to mnie inspiruje. Nie potrzebuję jakiejś objawionej wykładni, obiecującej, że jak tu będę dobry, to tam dostanę niebiańską premię. Nie chcę niczego otrzymywać w zamian za bycie uczciwym człowiekiem. Robię to absolutnie bezinteresownie i nie zależy mi na jakichś pośmiertnych profitach.

No, być może gdybym miał gwarancję, że przez całą wieczność moja dusza będzie mogła pić dobre wino wytrawne, to kto wie... W końcu dusza nie cierpi chyba na kaca?

Bywa, że cierpi. I to jak. Na kaca moralnego. Ta niefizyczna dolegliwość dotknęła jedną z postaci „Znieczulenia miejscowego", o której piszesz: „Konrad był jednak zbyt przyzwoitym człowiekiem, żeby ot tak sobie zostawiać sumienie przed wejściem do agencji reklamowej. Wchodzili tam razem i razem cierpieli. Bo z jednej strony kasa, kasa, kasa, z drugiej - mnóstwo obietnic bez pokrycia, coraz więcej obietnic bez pokrycia." Tak jak Konrad pracujesz jako twórca reklam i tak jak on masz podobny kłopot. A może nawet większy, bo sumienie pisarza bywa trudniejsze do obłaskawienia. Jak sobie z tym radzisz?

Pisanie tekstów reklamowych traktuję wyłącznie jako jeden ze sposobów zarabiania na życie. Ani się nim nie podniecam, ani nie dopisuję jakiejś martyrologii. Jeśli kiedyś dane mi będzie zarabiać na książkach, to będę tym szczęśliwszy.

Natomiast Konrad to taki przykład zbiorczy tego środowiska, przynajmniej niektórych jego przedstawicieli, którzy nie tyle, że się zaprzedali, ale pogrążyli: w nałogach, pseudo -wartościach jak chęć samozadowolenia i płytka afirmacja życia. Cóż, ich sprawa. Każdy płaci swój rachunek za postępowanie, nikt nikogo do niczego nie zmusza. Jeśli ktoś czerpie profity, a przy tym rozdziera szaty, jak to musi się, biedak, sprzedawać, to już jego sprawa; jak wiadomo, lustro to nie spowiednik...

Być może ten epizod powie coś istotnego komuś, kto przeholował jak Konrad.

„Życie jest za krótkie, by psuć sobie dobry humor, by wprawiać się w stan żałobny, by czytać o ohydzie życia, skoro widzi się ją na co dzień; literatura powinna bawić, nie męczyć, uśmiech, chichot, a nawet rechot zamiast obrzydzenia, zwątpienia i łez. Jest tyle fajnych książek, a ty wybierasz akurat tak dwuznaczny tytuł. Wstydź się!" - ironizujesz, puszczając oko do czytelnika w „Znieczuleniu miejscowym". Już wiemy, że Twój czytelnik popełnił błąd. Mógł przecież sięgnąć po tytuł mniej dwuznaczny. Albo jednoznaczny. A nawet bez znaczenia. Czy wręcz bez sensu. Tym bardziej, że te dwa ostatnie tytuły cieszą się w czasach wszechwładzy kultury konsumpcyjnej i wykluczenia kultury niekonsumpcyjnej największą popularnością. Czy sam sięgasz chętniej po literaturę „uśmiechu, chichotu, rechotu" czy „obrzydzenia, zwątpienia i łez"? 

Lubię literaturę, która w umiejętny sposób sieje zwątpienie czy rodzi obrzydzenie, a mimo to potrafi doprowadzić do rechotu.

Takie książki czyta mi się najlepiej, czuję się wtedy maksymalnie usatysfakcjonowany jako czytelnik. Proza tylko w konwencji liryki czy dowcipu może ma pewien urok, jak jedziesz sobie pociągiem z Warszawy do Krakowa i chcesz się zrelaksować czy odpłynąć na jakiś czas. Na co dzień zdecydowanie preferuję literaturę, którą trudno jednoznacznie sprofilować. Bo czym np. jest „Znieczulenie miejscowe"? Humoreską? Horrorem? Jest w niej przecież porządna dawka krytycyzmu, i to takiego, że niejeden, przygnieciony wymową niektórych scen, może rzucić nią o podłogę. Albo roześmiać się do rozpuku.

Najlepszą weryfikacją dla prozy jest rzecz podstawowa: czy budzi emocje. Jeśli pozostawia obojętnym, to choćby to był warsztatowy majstersztyk, zostanie tylko na papierze. Wielkość dobrych książek polega na tym, że w magiczny sposób opuszczają papier i zasiedlają nasz umysł. To się liczy ostatecznie. I nie mówię tego jako pisarz, lecz jako czytelnik.

Skoro mówisz teraz jako czytelnik, to na jakie pytania szukasz w książkach odpowiedzi?

Moim zdaniem jest wiele książek, które wcale nie przedstawiają gotowych odpowiedzi, jak to czyniła choćby proza socrealistyczna.

Bardziej odpowiadają mi książki, na przykład „Łaskawe" Littella, dzięki którym można zanurkować i to bardzo głęboko do czyjejś głowy, być przez chwilę kimś innym. To doznanie, bardziej estetyczne niż etyczne, ma jednak sens: naucza empatii. A tej, takie mam wrażenie, jest coraz mniej na co dzień. Nie znaczy to, że ludzie, którzy czytają książki, mogą nazywać się mistrzami empatii. Nie każdy z nich czyta dobre książki... (śmiech) 

Cały wywiad dostępny jest w serwsie http://wartosci.org.pl. Polecamy!

wersja do druku