Strona główna / / Wywiady / Wywiad z Johnem Irvingiem

Nowości

Wybranka nauczyciela

Kathleen Fuller
Cena detaliczna: 39,99 zł

Dzienniki 1956-1958 i 1970

Agnieszka Osiecka
Cena detaliczna: 55,00 zł

Żywot człeka zmałpionego

Henryk Jerzy Chmielewski
Cena detaliczna: 39,99 zł

Zapowiedzi

Kochankowie i pisarze

Lily King
Cena detaliczna: 39,99 zł

Billy Summers

Stephen King
Cena detaliczna: 44,99 zł

Dom nad jeziorem

Ella Carey
Cena detaliczna: 39,99 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Arabska Żydówka Tanya Valko
  2. Meneliki nowe, czyli wina Tuska i logika białoruska Krzysztof Daukszewicz
  3. Rączka rączkę myje Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »
05.10.2012

Wywiad z Johnem Irvingiem

Zapraszamy do lektury rozmowy z Johnem Irvingiem o jego najnowszej powieści "W jednej osobie".




Billy Abbott, bohater i narrator powieści „W jednej osobie”, jest biseksualistą. Dlaczego, pana zdaniem, biseksualiści rzadko występują w literaturze?

Biseksualiści, których miałem okazję poznać, nie byli nieśmiali, ani „skonfliktowani”. (Dotyczy to również biseksualistów, których znam dziś.) Ponadto zaryzykowałbym stwierdzenie, że zarówno najstarsi, jak i najmłodsi spośród znanych mi biseksualnych mężczyzn to jedni z najbardziej pewnych siebie facetów, jakich znam. A jednak biseksualiści, zwłaszcza z mojego pokolenia, nie cieszyli się powszechnym zaufaniem. Ich znajomi homoseksualiści uważali ich za niezdecydowanych gejów, którzy zostawiają sobie otwartą furtkę – lub też nie chcą się w stu procentach ujawnić. Dla większości heteroseksualistów liczy się wyłącznie aspekt homoseksualny, dla heteroseksualnych kobiet zaś biseksualista jest w dwójnasób podejrzany – może ją rzucić dla innej kobiety lub dla faceta! Według Edmunda White’a, biseksualizm obejmuje wszystko to, co mieści się pomiędzy dwoma znanymi biegunami. Nie wnikam w powody, dla których inni pisarze odrzucają biseksualistę jako potencjalnego głównego bohatera lub postać, której punkt widzenia poznajemy (Billy Abbott jest bardzo wygadanym narratorem). Wiem tylko, że ludzie seksualnie nieprzystosowani zawsze bardzo mnie interesowali; pisarze są z natury outsiderami, przynajmniej za takich na ogół uchodzimy, no więc outsiderzy seksualni intrygują mnie w sposób szczególny. Warto wspomnieć brata geja w „Hotelu New Hampshire” czy bliźniaków (rozdzielonych po urodzeniu) w „Synu cyrku”. Postaci transseksualne występują w „Świecie według Garpa” i „Synu cyrku”, a także (na znacznie większą skalę) w „W jednej osobie”. Lubię tych ludzi; pociągają mnie i drżę o ich bezpieczeństwo: martwi mnie, kto może ich nienawidzić i chcieć im zaszkodzić.

„Wielkie nadzieje” to powieść, która wywiera na Billy’ego ogromny wpływ. Jakie książki miały decydujący wpływ na pana?
Podobnie jak Billy, spędziłem część dzieciństwa za kulisami prowincjonalnego teatru, gdzie moja matka, która – pod wieloma względami – kompletnie nie przypominała matki Billy’ego, pracowała jako sufler. Moje najwcześniejsze zainteresowanie narracją wzięło swój początek właśnie z teatru i chciałem zostać aktorem jeszcze nim zaświtała mi myśl o zostaniu pisarzem. Ale „Wielkie nadzieje” wraz z pozostałymi powieściami Dickensa wzbudziły we mnie chęć pisania obszernych, zagęszczonych powieści na podobieństwo dziewiętnastowiecznych prekursorów – również Hardy’ego, Melville’a, Hawthorne’a, a także Flauberta, Manna i pisarzy rosyjskich. Zanim jednak dojrzałem do właściwej oceny tych utworów, oglądałem na scenie Szekspira i Sofoklesa; tamte sztuki miały fabułę. Fabuła istniała w teatrze na długo przed powstaniem najwcześniejszych powieści.

Wspaniale opisuje pan kryzys AIDS w Nowym Jorku. Czy ujęcie tego zjawiska sprawiło panu jakąkolwiek trudność?
W sensie zbierania materiałów bynajmniej. Inne powieści, gdzie miałem do czynienia z dość odległą tematyką, sprawiły mi znacznie większą. Lecz pod względem osobistym, owszem. Mieszkałem w Nowym Jorku w latach 1981-86; byłem tam u zarania epidemii AIDS i straciłem wielu znajomych, młodych i starych. Nie miałem ochoty na powrót do niektórych wspomnień. Ale mam dwóch przyjaciół (również pisarzy), o których wiedziałem, że będą – w sensie dosłownym – czytać mi przez ramię. Wątpię, czy przystąpiłbym do pisania „W jednej osobie”, gdybym nie wiedział, że mogę na nich liczyć. Mam na myśli Edmunda White’s i Abrahama Verghese’a. Nie miałem wątpliwości, że wychwycą każdy błąd; całkowicie polegam na ich znajomości tematu. Dzięki nim zyskałem pewność siebie i mogłem pisać swobodnie – byli moimi wentylami bezpieczeństwa.

W najnowszej powieści znajdujemy motywy znane z pana wcześniejszych utworów: zapasy, pobyt w Wiedniu, utratę dziecięcych złudzeń, brak któregoś z rodziców, szkoły z internatem w Nowej Anglii, wynaturzenia seksualne etc. Co takiego pociąga pana w tych schematach?
No cóż – istnieją tematy lub „motywy”, które wybieramy, a także obsesje, które wybierają nas. Zapasy to coś, co znam na wylot: dwadzieścia lat byłem zapaśnikiem, a do czterdziestego siódmego roku życia trenerem tej dyscypliny. Życie w szkole z internatem w Nowej Anglii oraz pobyt na wiedeńskiej uczelni to też dziedziny dobrze mi znane. Sięgam po nie, gdyż moja pamięć co do szczegółów na ich temat nie ma dna. Co do „utraty dziecięcych złudzeń”, „braku rodzica” i outsiderów bądź też odmieńców seksualnych, do których wracam w swoich powieściach – to nie kwestia świadomego wyboru, tylko obsesja, której wyborem padam ja sam. Nie budzimy się z wyboru o czwartej nad ranem, zlani zimnym potem, prawda? A koszmary mają to do siebie, że lubią nawracać.

Dlaczego właśnie biblioteka odegrała tak istotą rolę w rozwoju Billy’ego Abbotta?
Kocham biblioteki. Kiedyś w nich czytałem, pisałem i szukałem odosobnienia; w bibliotekach obowiązuje cisza, co najzupełniej mi odpowiadało. Chodziłem do biblioteki, żeby mieć święty spokój. Bycie pisarzem wymusza poszukiwanie samotności, a dokładnie jej potrzebę. Księgarnie to nie to samo, tam kwitnie życie towarzyskie. Byłem niezbyt towarzyskim dzieckiem, w bibliotece mogłem się schować.

Czy proces powstawania „W jednej osobie” odbiegał od pana innych powieści? Jeśli tak, w jakim sensie? Czy swoim zwyczajem najpierw napisał pan ostatnie zdanie?
Nie, nie odbiegał, był w zasadzie identyczny. Zawsze rozpoczynam od zakończenia, od ostatnich zdań – zwykle więcej niż jednego, często jest to cały ostatni akapit (lub dwa). Wymyślam zakończenie, a potem ku niemu zmierzam, jak gdyby było melodią, którą słyszę w głowie – choćby dzieliło ją ode mnie wiele lat. Zakończenie „W jednej osobie” to refren – powtórzenie czegoś, co panna Frost mówi Billy’emu i co on powtarza wściekłemu synowi Kittredge’a. Powieść kończy się dialogiem. Stosowałem już ten zabieg: w „Regulaminie tłoczni win” następuje powtórzenie błogosławieństwa, które stary lekarz mówił sierotom pod koniec dnia, echo refrenu „Książęta Maine, królowie Nowej Anglii”, jak powtórzenie zwrotki hymnu. Echo mamy też w „Jednorocznej wdowie” w słowach Marion do córki, wieńczących powieść. („Nie płacz, kochanie. To tylko Eddie i ja”.) Pod koniec „W jednej osobie” Billy Abbott powtarza kategoryczną prośbę panny Frost, jej „Drogi chłopcze” – to kolejny refren, mający nawiązywać do pierwszej sytuacji, kiedy padły te słowa. Czytelnik ma je dobrze zapamiętać!

„W jednej osobie” to pana trzynasta powieść. Która jest pana ulubioną powieścią Johna Irvinga?
Mam troje dzieci, nie sposób żadnego faworyzować. Wszystkie dzieci kochamy tak samo. Co do powieści jednak, powiem tak: ostatnich osiem, począwszy od szóstej („Regulaminu tłoczni win”), jest lepszych od strony technicznej - są lepiej skonstruowane, lepiej napisane – od pierwszych pięciu. Sam nie wiem, dlaczego. Pisarzem na pełen etat stałem się dopiero po wydaniu „Świata według Garpa” (mojej czwartej powieści), dopiero przy „Hotelu New Hampshire” zaś nauczyłem się pisać po osiem, dziewięć godzin dziennie. Jest różnica między pisaniem cały czas, a umiejętnością pisania tylko przez część czasu.

Motywem przewodnim powieści jest tolerancja, zwłaszcza wobec środowisk LGBT, od schyłku lat pięćdziesiątych do dnia dzisiejszego. Skąd u pana chęć do podjęcia tak kontrowersyjnego tematu?
Myślę, że „chęć” to niewłaściwe słowo; w tym wypadku czułem raczej, że „muszę” lub „powinienem” to zrobić. Gdy pod koniec lat siedemdziesiątych ukończyłem pracę nad „Światem według Garpa”, odetchnąłem z ulgą: to była gniewna książka, a temat nietolerancji wobec odmienności seksualnej napsuł mi trochę krwi. „Garp” to powieść radykalna – politycznie i pod względem zawartej w niej przemocy. Mężczyzna ginie z ręki kobiety, która nienawidzi mężczyzn, a jego matka z ręki faceta, który nienawidzi kobiet. Była to moja reakcja na tak zwane wyzwolenie seksualne lat sześćdziesiątych, chęć znalezienia odpowiedzi na pytanie, dlaczego ludzie o różnej orientacji tak bardzo się nienawidzą. Myślałem, że nigdy nie wrócę do tego tematu. „W jednej osobie” nie jest tak radykalna jak „Garp”; ma bardziej osobisty wymiar, w tym celu zastosowałem też pierwszoosobową narrację. Ale Billy jest samotnikiem. „Kształtuje nas to, czego pragniemy”, mówi w pierwszym akapicie pierwszego rozdziału. Kilkaset stron dalej oznajmia, że nikt nie ocali go przed chęcią uprawiania seksu z kimkolwiek, ale nie narzeka, tylko po prostu stwierdza fakt. Nie mogę przeboleć, że prawa gejów i lesbijek, prawa biseksualistów – lub transgenderystów – są, jak mówisz, „kontrowersyjne”. Myślę, że „druga strona”, czyli ludzie, którzy nie potrafią zaakceptować tożsamości seksualnej jako obywatelskiego prawa, to moralne i polityczne dinozaury. Ich opór wobec tolerancji seksualnej jest na wymarciu, podobnie jak oni sami – tylko jeszcze nie zdają sobie z tego sprawy.

Jest pan autorem wielu zwrotów, które zyskały uznanie pana czytelników: „Smutek na wierzch wypływa”, „Mijaj zdrów otwarte okna”, „Dobranoc, książęta Maine, królowie Nowej Anglii” etc. W najnowszej powieści pojawia się „pociąg do niewłaściwych ludzi”. Jak wpada pan na te wyrażenia? Czy sam pan ich używa?
Na początku „W jednej osobie” jest też zdanie „wszystkie dzieci uczą się mówić szyfrem”, no i powtórzenie reprymendy panny Frost, którą Billy powtarza na końcu. Pewne zdania mają charakter refrenu, mają być czymś, co wam, czytelnikom, zapadnie w pamięć. Oczywiście, że zostają mi w głowie, nie mógłbym ich zapomnieć. Weźmy rolę chóru w dramacie greckim albo kwestie Błaznów (lub Czarownic) u Szekspira: one nie tylko opisują, co się dzieje, ale przewidują – są prorokami tego, co nastąpi. Uwielbiam zwiastuny tego rodzaju; na przykład zdanie z pierwszego rozdziału „W jednej osobie”: „Och, wiatry zmian: nie owiewają łagodnie miasteczek w północnej Nowej Anglii”. Upłynie wiele czasu, nim poznamy los panny Frost, ale dostajemy ostrzeżenie.

Czy ma pan na warsztacie kolejną książkę? Jeśli tak, czy zdradzi pan, o czym będzie?
Tak się szczęśliwie składa, że zawsze mam do wyboru dwa albo trzy pomysły, w związku z czym dwie lub trzy (a czasem cztery) książki pretendują do miana „kolejnej”. Czasem przychodzi im czekać wiele lat. Nie zawsze wybieram tę, która najdłużej mi towarzyszy – wybór często zależy od mojej znajomości zakończenia, od tego, na ile jest sprecyzowane. „W jednej osobie” towarzyszyła mi sześć, siedem lat, nim zacząłem ją pisać latem 2009 roku. Jeszcze w czerwcu 2009 nie wiedziałem, że padnie właśnie na nią – nagle zobaczyłem zakończenie, a wraz z nim całą historię. Powstała bardzo szybko, jak na mnie – w ciągu zaledwie dwóch lat. Nie wymagała jednak czasochłonnego gromadzenia materiałów, a jej bohaterowie oraz ich losy były mi znane od blisko dziesięciolecia. Obecnie mam na tapecie cztery pomysły, ale jeszcze nie podjąłem decyzji: waham się pomiędzy opowieścią o duchach, o cudzie, o miłości lub o adopcji. 

Fot. Everett Irving

wersja do druku