Strona główna / / Wywiady / Wywiad z Adamem Zalewskim

Nowości

Gdzie zaczyna się przeszłość

Amy Tan
Cena detaliczna: 39,90 zł

Tytus, Romek i A'Tomek - 1 VIII 1944 r. (plakat z autografem)

Henryk Jerzy Chmielewski
Cena detaliczna: 99,99 zł

Wiem, jak wygląda piekło. Alina Dąbrowska w rozmowie z Wiktorem Krajewskim

Alina Dąbrowska, Wiktor Krajewski
Cena detaliczna: 39,99 zł

Zapowiedzi

Macochy

Danuta Awolusi
Cena detaliczna: 39,99 zł

Sny

Nermin Yildirim
Cena detaliczna: 39,99 zł

Saga rodu Forsyte'ów. Tom 3. Przebudzenie. Do wynajęcia

John Galsworthy
Cena detaliczna: 39,99 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Trump pod ostrzałem Michael Wolff
  2. Niebieska sukienka Grażyna Jeromin-Gałuszka
  3. Materiał ludzki Piotr Borlik

Fotogaleria

więcej »
01.06.2012

Wywiad z Adamem Zalewskim

Z autorem "Małego miasteczka" rozmawia Adrianna Michalewska z portalu Zbrodnicze Siostrzyczki.pl 







Pisze Pan powieści, które osadzone są w kulturze Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Dla polskich czytelników, obytych z westernami i thrillerami rodem z USA, nie jest to trudność. Zaskakujące jest to, że pisze Pan w taki sposób, jakby mieszkał Pan w Stanach. A tymczasem wiem, że jest Pan w Polsce. Skąd tak dobrze zna Pan Amerykę? Szczególnie tę prowincjonalną?


Zdaję sobie sprawę, że moja znajomość amerykańskich realiów może dziwić, zważywszy fakt, że nigdy nie gościłem za oceanem. Nie ma w tym nic niezwykłego. Oglądam dużo filmów edukacyjnych oraz czytam ogromne ilości literatury fachowej. Nie robię tego pobieżnie, lecz bardzo dokładnie. Gromadzę notatki, zawierające multum wiedzy o stanie, którego ma dotyczyć akcja powieści, czy opowiadania. To mrówcza praca i przyznam się, że jestem już trochę zmęczony. Zapewne jakiś udział ma także wyobraźnia, lecz to chyba nic odkrywczego. Bez rozbudowanej wyobraźni nie da się tworzyć porządnej beletrystyki. Mam także własne tzw. „patenty”, ale te pragnę zachować dla siebie. 

Doskonale Pan to przedstawia. Zupełnie, jakby Pan był w Stanach. Czytając Pańskie dwie ostatnie powieści zauważyłam, że nie ma w nich miejsca na Boga będącego punktem odniesienia dla działań bohatera. Każdy sam ustala sobie prawo. To nietypowe, bo Ameryka to kraj wielu religii. Nie wierzy Pan w to, że ludzie mogą mieć zasady wynikające z wiary?

Moim bohaterem jest człowiek. Ma Pani rację, twierdząc, że Ameryka to kraj wielowyznaniowy. Ten fakt nie przeszkadza jednak Amerykanom oddzielać moralność od wiary, choć istnieją potwierdzające regułę wyjątki. Pod tym względem Stany Zjednoczone różnią się w sposób istotny od przyjętego w naszym katolickim kraju ładu, który mnie osobiście nie odpowiada. Bohaterowie moich powieści wielokrotnie wzywają imienia Stwórcy, co nie przekłada się na ich religijność, ani na postawę życiową. Tak jak w życiu. Skoro już o tym mowa, napisałem powieść, w której religia odgrywa jedną z głównych ról. Zamierzam ją wydać w przyszłym roku. Czytelnik będzie mógł do woli obcować z bohaterami, których zasady wynikają z wiary.

To bardzo interesujące. Literatura polska po 1985 roku nie poradziła sobie z problemem Boga i religijności. Moralność będąca wynikiem zasad dekalogu, którą stosują Pańscy bohaterowie, jest jednoznaczna. Ale zostawiają sobie także prawo do rewanżu. Mam na myśli powieść „Grizzly”, gdzie szeryf sam wchodzi w rolę mściciela starotestamentowego. Ten, który miał strzec prawa, sam je łamie. To nawet nie jest konwencja rodem z najlepszych westernów, bo strażnicy Dzikiego Zachodu jednak są praworządni. Sądzi Pan, że cywilizacja oparta na judeochrześcijańskich korzeniach, w swej filozofii oddzielania kary od zemsty, poniosła jednak klęskę?

Nie wspomniała Pani, że przed wstąpieniem na drogę odwetu szeryf oddaje gwiazdę. Niuans, lecz wart odnotowania. Z tymi praworządnymi strażnikami Dzikiego Zachodu to niekoniecznie prawda. Przeciwnie – wielu z nich, z różnych pobudek, wielokrotnie zmieniało front. Zazwyczaj stały za tym pieniądze, lecz nie tylko. Uwikłany w rozboje pistolero, mógł zaciągnąć się na usługi lokalnych korporacji i przypinając gwiazdę unieważnić dotychczasowe „dokonania”. Prawo dopuszczało osobiste wymierzanie sprawiedliwości., pod warunkiem, że przeciwnik był uzbrojony i nie strzelało się w plecy. Wiele elementów tego zjawiska pozostało w amerykańskiej tradycji. Można zastrzelić intruza, który wtargnął do naszego domu. U nas nie jest to tak oczywiste. Tego rodzaju praktyki mają na celu obronę jednostki oraz jej praw. Nie odnoszą się do religii, która ma niewielki wpływ na morale człowieka. Mniejszy niż to się jej przypisuje. Tak u nich, jak u nas. Oczywiście nie w każdym przypadku i wiem o tym doskonale. Wspominam jedynie o regule, z którą nie muszę się zgadzać ani ja, ani nikt z czytelników. Myślę, że dzięki przyjęciu tej dyskusyjnej filozofii, ci którym przyszło się zetknąć z naszym nieudolnie skonstruowanym prawem, mają szansę na odreagowanie stresów przy lekturze.

A jednak pozwala Pan swoim bohaterom – byłemu szeryfowi Gerstaeckerowi z Grizzly’ego i Jerry’emu Noonanowi z Rowerzysty stanąć ponad prawem. I co gorsza, czytelnik też im na to pozwala. To niebezpieczne...

Przeciwnie, to bardzo bezpieczny zabieg. Czytelnik może odreagować własny stres, utożsamiając się z bohaterem powieści. Użyję przykładu. Jest taki rockowy wykonawca, posługujący się pseudonimem Alice Cooper. Tenże wykonawca inscenizuje podczas występów wiele krwawych, okrutnych scen. I co? Ano nic. Na jego koncertach notuje się najmniejszy poziom agresji pośród publiczności. Odpowiedź jest prosta jak stare porzekadło: „Cała para poszła w gwizdek”. Przyznam się, że tworząc silnych bohaterów, sam również odreagowuję irytację, jaką napawa mnie obraz naszego prawa, które dba o konstytucyjne przywileje oprychów, każąc mediom zakrywać twarze zawodowych bandytów kolorową mozaiką. Demokracja? Tak, ale słaba.

Nie zauważyłam w świecie powieściowym, który Pan konstruuje, polityki. Jeśli jest, to w minimalnym zakresie. Nie lubi Pan polityki? Jest doskonałym tłem do kryminalnych intryg – żartuję. A jednak. Bohaterowie „Małego miasteczka” obywają się bez afer, jakimi my jesteśmy karmieni na co dzień. A może to jest tak, że im dalej od stolicy, tym problemy nabierają innych barw?

Rzeczywiście, nie lubię polityki. Mam wrażenie, że czytelnicy rozumieją dlaczego. Powiedziałem kiedyś w jednym z wywiadów, że moja wędrówka za ocean jest rodzajem intelektualnej emigracji. Snując się pośród małych amerykańskich miasteczek, dokąd polityka nie dociera tak nachalnie jak do miast niektórych krajów Europy, mogę zapewnić czytelnikom oraz sobie odrobinę oddechu i garść wrażeń z innej kategorii emocjonalnej. Przyznam się, że lubię czasem obejrzeć film z gatunku political fiction, lub wziąć do ręki taką powieść. Może dlatego, że często wygrywają tam ci dobrzy. Stwierdziła Pani, że moi bohaterowie obywają się bez afer, jakimi my jesteśmy karmieni na co dzień. Święta prawda i niech tak zostanie.

Wymyka się Pan zaszufladkowaniu. Nikt w Polsce nie pisze tak jak Adam Zalewski. Pańska twórczość jest chyba najbliższa temu, co robi reżyser Wojciech Smarzowski. Te peryferia ludzkiej moralności, zbrodnie i świat, który daje bardzo mało prawa do wyboru. Podoba się Panu to porównanie?

Nie potrafię Pani odpowiedzieć. Słyszałem o filmach tego reżysera, ale ich nie obejrzałem. Może poza „Sezonem na leszcza”, do którego napisał niezły scenariusz. Lubię filmy Pasikowskiego, czy Żamojdy. Obydwaj reżyserzy nadają na tej samej częstotliwości co ja. Dotyczy to przesłania, lecz także języka. Wielu ludzi zniesmaczają wulgaryzmy, lecz prawdą jest, że ten brutalny język zdominował życie codzienne na całym świecie. Nie warto wierzyć lektorowi, mówiącemu: „ty dupku”, podczas gdy z ekranu podają słowa: „You, motherfucker”. Na pierwszym planie postawiłem autentyczność. Myślę, że większość czytelników tego oczekuje. Może się mylę. Nie mam monopolu na wiedzę. Wszystko co robię, robię na własną odpowiedzialność.

Zapytam Pana o bohaterki ostatniej powieści, czyli „Małego miasteczka”. Poza Ann Candy wszystkie są dosyć jednoznaczne w swym opisie. Mam na myśli to, że wiemy, która jest dobra, a która zła. Ann wymyka się temu klasyfikowaniu. Niby jej współczujemy, ale na ostatnich stronach coś się zmienia. Choć nie napisał Pan tego jednoznacznie, jednak dość wyraźnie zasugerował, że los w sposób tragiczny wypaczył jej charakter. To jeden z rzadkich u Pana przypadków, gdy kobieta jest siłą sprawczą zła. Bo Vera Cooder ma wady, ale przecież nie jest pospolitą zbrodniarką. Jeżeli się mylę, proszę mnie poprawić.

W „Małym miasteczku” pojawia się sporo kobiet. Stanowią bardzo różnorodną grupę. Niektóre z nich można ocenić pozytywnie. Są też typy bardziej złożone. Ann Candy nie jest jedyną kontrowersyjną postacią. Podobnie trudno określić postępowanie matki Roda. Czy możemy nazwać ją prostytutką? Lubię stawiać czytelnikom takie pytania, choć bogactwo charakterów moich bohaterek umyka czasami uwadze krytyków. Zapewne mają w tym udział pokutujące do dziś schematy, dotyczące podziału ról na męskie i żeńskie oraz fakt, że większość recenzentów ma tzw. stosiki do recenzji. Z tego powodu niektórzy z nich nie czytają uważnie. Jeżeli ktoś bije rekordy, oceniając kilka książek tygodniowo, nie jest to krytyk, lecz amator. W Stanach na recenzję książki, czy sztuki teatralnej, krytyk ma więcej czasu niż u nas. 

Wracając jeszcze do żeńskich bohaterek. Trochę jak u Sienkiewicza, nie daje im Pan za wiele do powiedzenia. Są ofiarami, współuczestniczkami, ale to nie one naprawiają świat. Napisze Pan powieść, w której kowbojka chwyci za colta i posprząta w mieście?

To nie do końca udane porównanie. Sienkiewicz rzeczywiście marginalizował bohaterki, zazwyczaj ograniczając ich rolę do płaczu i rodzenia dzieci. Postacie kobiet w moich powieściach mówią daleko więcej, choć nie powierzyłem im żadnej z głównych ról. Zwykle stanowią istotny element obyczajowości. Pewnie dlatego, że tworzę tzw. męski typ prozy. Może to się zmieni i napiszę książkę, w której pierwszoplanową postacią będzie kobieta. Od dawna kusi mnie ten temat. Twierdzi Pani, że moje bohaterki nie naprawiają świata. Może nie dość dynamicznie wyeksponowałem ich cechy, lecz myślę, że niektóre z nich można ocenić bardzo pozytywnie (np. stara nauczycielka). Każdy zmienia świat na swój sposób i na miarę własnych możliwości. Niekiedy ten zawoalowany, cichy rodzaj bohaterstwa, przemawia do wyobraźni silniej niż spektakularne akcje, produkujące czystą adrenalinę. Tak jest w moim przypadku. 

Ależ nie, są i dynamiczne bohaterki u Sienkiewicza, jednak zawsze w cieniu mężczyzn. Nawet Horpyna jest cieniem Bohuna. A co do nauczycielki w „Małym miasteczku”, to rzeczywiście dobrze zapowiadająca się postać. Cóż z tego, skoro tak szybko ją Pan uśmierca. Mieliśmy nie rozmawiać o Pańskim sposobie pisania, ale zaryzykuję jedno pytanie. Zależy Panu na popularności? Bo przecież pisarz popularny wcale nie musi uszczęśliwiać wszystkich. Choćby taki Dan Brown. Zna go chyba pół świata, a połowa nienawidzi.

Ciekawe pytanie. Chyba każdy pisarz pragnie, żeby czytano jego książki, ale Pani chodzi chyba o coś więcej. Owszem, chciałbym być czytany, po to w końcu piszę, nie pragnę jednak sztucznie rozdmuchanej popularności – mody na Zalewskiego. Nie zabiegam o wywiady, nie odbywam spotkań autorskich i jakoś mi z tym dobrze. Irytują mnie zjawiska powszechnej fascynacji, „nakręcone” przez sztaby speców od marketingu, choć zazwyczaj wiążą się z nimi spore dochody. Niekiedy twórczość autora usprawiedliwia taki medialny szum, lecz nie zawsze. A dookoła mamy często ludzi, którzy niejednokrotnie nie przeczytali niczego poza szkolnymi lekturami, a jednak zawzięcie rozprawiają o wspomnianym pisarzu, choć niektórzy poznali jego dorobek jedynie poprzez recenzje i noty w Wikipedii. Potem moda mija i szum cichnie, dopóki nagle gdzieś nie pojawi się nowa, wschodząca gwiazda. Takiej popularności nie pożądam i o takich „czytelników” nie zabiegam. Dobra książka zazwyczaj sama znajduje swoich odbiorców, i choć nie przekłada się to na astronomiczne dochody, przynosi autorowi satysfakcję. Moje powieści adresuję do osób zmęczonych naszym „rajem” i oczekujących ode mnie odrobiny relaksu oraz kilku lekko podanych przemyśleń. Literatura powinna dostarczać intelektualnej rozrywki. To nadrzędna rola kultury, o czym chyba nie wszyscy wiedzą. Zaś największym grzechem źle napisanej powieści jest nuda. Takie jest moje literackie credo.

Doskonale powiedziane. Nasza rozmowa zatacza koło. Wrócę jeszcze do Ameryki. Wiele stanów ma zapisaną karę śmierci za zabójstwa pierwszego stopnia. Nieczęsto się ją wykonuje, ale jest taka możliwość. Uważa Pan, że mamy prawo zabijać za karę? Pańscy bohaterowie tak robią.

Tak, jestem za karą śmierci. Oczywiście w uzasadnionych przypadkach. Każde społeczeństwo ma prawo do bezpiecznego życia. Myślę, że opinię na tak poważny temat człowiek powinien kształtować indywidualnie, we własnym sumieniu. Nie istnieją żadne matematyczne metody na przeprowadzenie dowodu potwierdzającego słuszność takiego światopoglądu.

Bardzo Panu dziękuję za rozmowę. A naszym czytelnikom serdecznie polecam wszystkie powieści Autora.

Źródło:
www.zbrodniczesiostrzyczki.pl

wersja do druku