Strona główna / / Wywiady / To nie my żonglujemy czasem, tylko czas żongluje nami

Nowości

O czym Iza całe życie pamięta?

Iwona Żytkowiak
Cena detaliczna: 36,00 zł

Outsider

Stephen King
Cena detaliczna: 48,00 zł

Jest krew...

Stephen King
Cena detaliczna: 43,00 zł

Zapowiedzi

Pięć Stawów. Dom bez adresu

Beata Sabała-Zielińska
Cena detaliczna: 42,00 zł

Piknik na skraju drogi i inne utwory

Arkadij i Borys Strugaccy
Cena detaliczna: 75,00 zł

Gdy kobiety milczały. Sceny z życia George Sand

Magdalena Niedźwiedzka
Cena detaliczna: 39,99 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »
05.09.2008

To nie my żonglujemy czasem, tylko czas żongluje nami

O Tucholi, starych zdjęciach, dawnym wychowaniu, samotności, zaciekłości i zmiennych dziejach losów z Ireną Matuszkiewicz, autorką "Przebudzenia" rozmawia Marcin Wilk.

"Przebudzenie", jak sama Pani przyznaje, zostało napisane w oparciu o źródła pisane i archiwa. Ciekawi mnie, jak wyglądały prace nad tą książką i jak bardzo różniły się one od przygotowań do "zwyczajnej" fabuły?

- Kiedy ponad rok temu kończyłam pisać "Przeklęte, zaklęte", czułam, że trafiłam na trop, którym zechcę pójść dalej. Zafascynowała mnie nie tyle wielka historia, ile jej świadkowie, a po części także ofiary, prości ludzie, z tych, co to - jak już się urodzili - to chcą uczciwie przejść przez życie, zaznać miłości i dobrze wychować dzieci, w miarę swoich możliwości i umiejętności. W "Przeklętych..." opowiadam o czterech pokoleniach kobiet z Kresów Wschodnich. Potem, po wojnie, akcja przenosi się do Torunia. A skoro były Kresy Wschodnie, to dlaczego nie pokazać także zachodnich? I tak zrodził się pomysł "Przebudzenia". Na miejsce akcji wybrałam Tucholę i znowu Toruń. Przy okazji chciałam zaznaczyć, że Toruń nieprzypadkowo pojawia się w obu powieściach: jest niczym klamra, która je spina. Pokusiłam się nawet o zetknięcie bohaterek w toruńskiej piekarni. Wymieniają zaledwie parę zdań, niezbyt przychylnych, na temat akcentu: jedna śpiewnie zaciąga, druga mówi twardo, gardłowo i obie się dziwią, że tak można. 

Ach, to stąd Pani bohaterka...

- Głównej bohaterki "Przebudzenia" nie musiałam daleko szukać, znałam ją od lat. Nieraz wysłuchiwałam wspomnień o solidnej rodzinie rzemieślniczej i jej dostatnim życiu w Tucholi: najpierw w czasach zaboru pruskiego potem w wolnej Polsce. Spokojne życie pod zaborem z trudem mieściło się w głowie kogoś, kto - tak jak ja - wychowywał się na literaturze wielkich romantyków i pozytywistów. A jednak Jadwiga nie konfabulowała. Piękny, piętrowy dom jej rodziców do dziś stoi w Tucholi i wygląda ciekawiej niż niejedna współczesna willa. Akurat ta rodzina po II wojnie światowej więcej straciła niż zyskała, nie była też odosobniona w swoim rozczarowaniu nową rzeczywistością. A ponieważ całkiem inaczej wyglądało to w "Przeklętych, zaklętych", więc ten kontrast wydał mi się szczególnie ciekawy. 

Chodziło o splątanie losów człowieka i wielkiej historii?

- Mała historia jednego człowieka pokazana na tle Wielkiej Historii wymagała nie tylko prześledzenia jednostkowych losów bohaterki, ale także sięgnięcia do dziejów miasta i mieszkańców. Sprowadziłam niezbędną literaturę z Miejskiej Biblioteki w Tucholi i wzięłam się do pracy. Z natury jestem szperaczem i takie udokumentowane dzieje bardzo mnie pociągają, bodaj bardziej niż wymyślanie fabuły. Poza tym dostałam od syna mojej bohaterki plik listów i starych zdjęć. Nic tak nie działa na moją wyobraźnię jak stare fotografie. Uwielbiam je oglądać i dopowiadać sobie to, co niewidoczne w kadrze. "Przebudzenie" nie jest wolne od literackiej fikcji. Prawdziwe są tylko losy Jadwigi, ale już nie członków jej rodziny czy przyjaciół. 

Dlaczego akurat Jadwiga (autentyczna) tak bardzo przyciągnęła Pani uwagę? Co było w niej fascynującego?

- Oczywiście zawsze można się zastanawiać, dlaczego wybiera się taką bohaterkę a nie inną i dotyczy to zarówno postaci autentycznych, jak i wykreowanych. W wypadku Jadwigi bardzo ładnie sprawdza się powiedzenie, że życie każdego człowieka jest materiałem przynajmniej na jedną dobrą książkę. Nie szukałam kobiety idealnej, jakiegoś wzorca cnót zamkniętego w jednej postaci. Nawet nie wiem, czy umiałabym w żywy sposób opisać anioła. Młoda Jadwiga ma tyle zalet co wad, a wraz z upływem czasu te proporcje mocno się zmieniają, i to na niekorzyść zalet. Jest typowa i jednocześnie nietypowa, oczywiście dla kobiet ze swojego pokolenia i stanu. 

To znaczy?

- Typowe było wychowanie, jakie odebrała. Bogobojne panienki z dobrych domów miały być świetnymi gospodyniami, żonami i matkami, raczej wolnymi od dodatkowych zainteresowań literackich, naukowych czy - broń Boże - politycznych. W tej materii, nie bez wyraźnego wpływu ojca, Jadwiga była bardziej radykalna niż wiele jej koleżanek. Ona nie miała w przyszłości zarabiać pieniędzy, tylko dobrze wyjść za mąż. Życie udowodniło, że ten model wychowania, choć dla wielu kobiet wygodny, okazał się bardzo niepraktyczny. I tu objawiła się nietypowość Jadwigi. Dość szybko odcięła się od sztywnych zasad wyniesionych z domu, zaczęła zarabiać na siebie i syna, a przez jakiś czas także na brata i bratową. Nie zawsze legalnie, nie zawsze w zgodzie z sumieniem. Przez całą okupację handlowała, udając Niemkę, po wojnie była bufetową w knajpie, która w niczym nie przypominała salonów. Niestety, lepiej sobie radziła w knajpie niż z własnym synem, któremu z nadmiaru miłości niszczyła życie w sposób perfekcyjny. 

"Przebudzenie" jest jednak książką szczególnego rodzaju, bo układa się w taki specyficzny dziennik dziejów XX wieku, ale postrzeganego przez pryzmat spojrzenia jednej kobiety. I to kobiety dość zamkniętej. Nie miała Pani wrażenia - obierając taką bohaterkę - że skazuje Pani tę Wielką Historię trochę na przegraną?

- Zgoda, wszystkie, nawet największe wydarzenia historyczne minionego wieku pokazuję tak, jak je widziała najpierw mała Jadzia, potem dorosła Jadwiga, a także ludzie z jej otoczenia, zwłaszcza ojciec. Oczywiście inaczej musiał patrzeć, powiedzmy, na I wojnę światową Keiser Wilhelm II, inaczej generał Józef Haller von Hallenburg, a całkiem inaczej dwunastolatka wyczekująca powrotu brata. Pokazanie tego samego wydarzenia z wielu stron, omówienie przyczyn i skutków to materiał na całą epopeję. Na szczęście "Przebudzenie" nie jest ani pierwszą, ani jedyną książką opowiadającą o XX wieku, dlatego nie czułam moralnej presji, że muszę napisać co najmniej drugą wersję "Wojny i pokoju". Zacieśniłam krąg obserwacji do jednej kobiety, ale takich kobiet, które nie mieszały się do polityki, a którym polityka mocno namieszała w życiu, było tysiące. Poza tym, ile osób, poza okolicznymi mieszkańcami, słyszało o Radzimiu czy Rudzkim Moście? A to też są trybiki tej Wielkiej Historii. 

Jednym z tematów głównych "Przebudzenia" jest też, jak dla mnie, przemijanie. Obserwujemy Jadwigę z różnych perspektyw czasowych. W jakiś sposób fascynujące jest gdy 100-letnia Jadwiga, mając dwadzieścia lat, mówi o trzydziestoletnim mężczyźnie - że to starzec... Czy było trudnym zadaniem żonglować takim względnym postrzeganiem czasu i wieku?

- Coś mi się wydaje, że to nie my żonglujemy czasem, tylko czas żongluje nami. Dla szesnastolatki, a choćby dwudziestolatki mężczyzna trzydziestoletni, jeżeli nawet nie jest zgrzybiałym staruszkiem, to na pewno leciwym facetem, i nie chce być inaczej. Czasem dziewczyna wyjdzie za takiego za mąż, czasem po latach stwierdzi, że ta różnica wcale nie jest taka duża, ale - powtarzam - na to trzeba lat. Wraz z ich upływem granica starości się przesuwa. Co mówi stuletnia Jadwiga o kobietach osiemdziesięcioletnich? Mówi, że to smarkule. Dla mnie to jest piękne, zwłaszcza gdy sobie pomyślę, że osiemdziesięciolatka mogłaby o mnie też powiedzieć: smarkula.

Nie pogubiłam się w czasie ani w przestrzeni, ponieważ pisałam powieść chronologicznie. Od pierwszego zdania: "Urodziła się dziesiątego grudnia 1906 roku..." po ostatnie: "Trzy dni później, w nowej bluzce i spódnicy (...) pojechała do sanatorium leczyć nogi". W czasie realnym, od urodzin po sanatorium upłynęło sto lat z małym kawałkiem. Gotowy tekst podzieliłam na rozdziały zgodnie z Tetmajerowskim wierszem, który stanowi motto całej powieści i wtedy dopiero usiadłam do pisania części współczesnej, tej rozgrywającej się w domu opieki. Na końcu przeplotłam jeden tekst drugim, bacząc pilnie na zachowanie sensu. 

Podczas czytania miałem wrażenie, że spotkałem mnóstwo Jadwig w życiu i, w związku z tym, pisze Pani o czymś bardzo rozpowszechnionym. Dlaczego właściwie - jak Pani sądzi - ta "zatwardziałość, przez którą gubi się właściwą ocenę rzeczy" jest tak, hm, popularna?

- Ja też spotkałam wiele Jadwig w życiu, a to znaczy, że ta postać, choć nie zawsze sympatyczna, jest prawdziwa, taka z krwi i kości. Myślę, że przyczyny tego, co nazwałam wewnętrznym twardnieniem, są różne. Zależą od wychowania, kolei losu, życia w biedzie lub dobrobycie, ale też od charakteru. Jadwiga do trzydziestu trzech lat była rozpieszczana przez życie, najpierw przez ojca, potem przez męża, wiodła trochę leniwe, aksamitne życie i wydawało się, że tak już będzie zawsze. Niestety, nie było i dopiero wtedy wyszło na jaw, że lepiej sobie radzi z przeciwnościami losu niż ze sobą. Upór odziedziczony po rodzicach pomógł jej przetrwać najtrudniejsze chwile, i to bez skarg, ale szczęścia nie potrafiła już odnaleźć. Przeszkadzał jej w tym własny egoizm, jak również to, że nie lubiła ludzi, a już na pewno kobiet i nie umiała pielęgnować przyjaźni. Mężczyźni, których w życiu kochała, odchodzili jeden po drugim: mąż, ojciec, bracia, więc uczepiła się syna, jak ostatniej deski ratunku. 

Zastanawiające jest, skąd właściwie zaciekłość tej bohaterki. Mam wrażenie, że Pani też tego do końca nie wyjaśnia, pozwalając czytelnikom na domysły. Jedno ze zdań, jakie znalazłem w tej książce, brzmi: "Im nie tyle są potrzebne słowa, ile bliskość i dotyk drugiego człowieka". Czy to może być dobry trop?

- Bardzo dobry trop. Człowiek jest stworzeniem stadnym, samotność mu nie służy. W późniejszych latach, już po wojnie, Jadwiga tylko raz próbowała ułożyć sobie życie, trafiła fatalnie, i to dodatkowe doświadczenie tylko ją utwierdziło w przekonaniu, że na osobiste, kobiece szczęście już za późno. Jest taki moment w powieści, kiedy mówi, że gdyby pierwszy mąż, Aleksy, nie odszedł tak wcześnie, jej życie wyglądałoby inaczej, a ona sama byłaby innym człowiekiem. Czy rzeczywiście? Nie wiem, sądzę, że równie dobrze można rozważać wariant, że przez upór i egoizm zniszczyłaby i Aleksego. Tak, w tym momencie pozwalam czytelnikom na domysły, ponieważ sama nie jestem pewna, jakby było. 

Życie Jadwigi wydaje się długie, ale i - mimo wszystko - smutne. Wszystkie szczęśliwe chwile (może poza małżeństwem) są w jakiś sposób dla niej męczarnią. Może jest tak, że ta zaciekłość to po prostu zwykła próba uchronienia siebie przed jakimś większym zranieniem?

- Dzieciństwo, młodość, małżeństwo to lata bardzo szczęśliwe. Powiedziałabym tak: życie Jadwigi składa się z trzydziestu trzech lat tłustych i siedemdziesięciu chudych. W zasadzie od śmierci męża spotykały ją same ciosy, a nawet jeżeli coś nie było ciosem, to już ona się postarała, żeby było. Nie miała łatwego charakteru, ale też w późniejszych latach nie tak łatwo było ją zranić. To ona częściej raniła, zwłaszcza tych, których kochała. Czemu właśnie tak? Zaryzykowałabym twierdzenie, że był to strach przed samotnością. Żonaty syn to nie był tylko jej syn, a ona chciała go mieć wyłącznie dla siebie. Był jedyną treścią jej życia, poza nim nie miała już nic ani nikogo. Typowy przykład miłości z klapkami na oczach. 

Odniosłem wrażenie podczas czytania książki, że prowadzi Pani dość ostrą linię podziału pomiędzy mężczyznami a kobietami. Wynotowałem takie zdanie: "Mężczyźni, zwłaszcza młodzi, rzadko kiedy mają umiar". Faktycznie różnice między płciami są, Pani zdaniem, tak wyraźne?

- Tak pięknie się zgadzaliśmy do tej pory, ale teraz muszę zaprotestować. Jestem bardzo zadowolona z podziału świata na kobiety i mężczyzn, podobają mi się różnice anatomiczne, natomiast psychiczne przyjmuję do wiadomości i wcale nie upieram się przy unifikacji. Mało tego, sama kocham coraz młodszych mężczyzn (ostatni ma zaledwie dwa lata), więc nie mogę ni z tego, ni z owego powstawać przeciwko nim. Owszem, napisałam, że młodzi mężczyźni rzadko kiedy zachowują umiar, bo to prawda, o kobietach tego nie napisałam, ale babski brak umiaru wychodzi na co którejś stronie, bo też jest faktem. Nie, nie, ostra linia podziału między kobietami i mężczyznami to nie moja specjalność. 

To na koniec jeszcze pytanie warsztatowe. Znów cytat: "Uprawiam zawód artystyczny, pracuję, kiedy mam natchnienie" - mówi Stefan Filski. Czy Pani też mogłaby się podpisać pod tymi słowami? I jaką (jeśli już wiadomo) następną książkę ma Pani w planach?

- Nie i nawet żałuję, że nie. Jest to zgrabnie powiedziane, ale mnie nie dotyczy. Może i uprawiam zawód artystyczny, natomiast natchnienie spada na mnie zwykle wtedy, kiedy nie mam żadnych warunków do pracy. A to gdzieś na łące, gdzie jest szczególnie pięknie, ale brakuje kartki i długopisu, a to w nudnym towarzystwie, kiedy już wolałabym pisać niż słuchać, ostatnio dopadło mnie w poczekalni u dentysty i wlazło razem ze mną na fotel. Dla mnie pisanie książek to przede wszystkim praca. Ciekawa, frapująca, czasem wkurzająca, zwłaszcza gdy szukam tego jednego właściwego słowa, a ono tkwi gdzieś w pamięci i nie daje się wydłubać. "Dajcie mi właściwe słowo, a poruszę Ziemię" powiedział Conrad. Ziemi co prawda nie poruszyłam, ale pisanie (z natchnieniem czy bez) sprawia mi dużą satysfakcję. Poza tym jest jeszcze coś takiego jak umowy z wydawcą i terminy, a tu już o natchnieniu się nie pogada. Właśnie do końca września muszę oddać Wydawnictwu WAB powieść kryminalną pod mrożącym krew tytułem "Czarna wdowa atakuje". Jest to kontynuacja "Nie zabijać pająków". Potem plany jeszcze bardziej się rozkręcają, za wcześnie jednak, by o nich mówić już teraz.

IRENA MATUSZKIEWICZ

Z wykształcenia filolog, kiedyś dziennikarka, a teraz głównie pisarka. Debiutowała książką "Agencja Złamanych Serc" (2000). Wydała także "Gry nie tylko miłosne" (2002), "Dziewczyny do wynajęcia" (2003), "Salonowe życie" (2004), "Przeklęte, zaklęte" (2007). Ostatnio nakładem oficyny Prószyński i S-ka ukazała się jej powieść "Przebudzenie" - oparta na faktach opowieść o życiu pewnej niezwykle "zaciekłej i zdeterminowanej" mieszkanki Tucholi.

(MW)

Żródło: Dziennik Polski, 2008-09-04

wersja do druku