Strona główna / / Wywiady / To, co piszę, to sama prawda i sama fikcja

Nowości

Nie mam więcej pytań

Gillian McAllister
Cena detaliczna: 39,99 zł

Urodziłam dziecko szejka

Marcin Margielewski
Cena detaliczna: 39,99 zł

Niewinni w Norymberdze

Seweryna Szmaglewska
Cena detaliczna: 44,00 zł

Zapowiedzi

Błękit

Nancy Bilyeau
Cena detaliczna: 45,00 zł

Coś głęboko ukrytego. Światy kwantowe i emergencja czasoprzestrzeni

Sean Carroll
Cena detaliczna: 49,99 zł

Stanisława Celińska. Niejedno przeszłam

Karolina Prewęcka
Cena detaliczna: 39,99 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »
13.10.2013

To, co piszę, to sama prawda i sama fikcja

"Nie mam pałacyku w Bersolys w Paryżu" - mówi Joanna Miszczuk, zasypywana pytaniem o to przez tysiące czytelniczek, które pokochały ją za sagę o niezwykłych kobietach. Trzeci tom, "Córki swoich matek", właśnie trafił do księgarń. Zapraszamy do lektury wywiadu, którego autorka udzieliła serwisowi Onet.pl

Jak to się stało, że osoba, zajmująca się na co dzień biznesem, nagle siada i zaczyna pisać książkę, która okazuje się bestsellerem?

Joanna Miszczuk: Nic się nie dzieje nagle. Ja właściwie całe życie pisałam, tylko nigdy nie sądziłam, że to moje pisanie coś tam w sobie ma. Uczymy się całe życie, zbieramy nowe doświadczenia i rozwijamy się. Jeśli mi ktoś powie, że osiemnastolatek po maturze, wybierając sobie zawód na całe życie, wie, co robi, to nie uwierzę. Dopiero suma doświadczeń daje nam jakiś tam obraz; doświadczenia, niestety, nabiera się z wiekiem.

A jak to jest w pani wypadku?

Ja jestem ciekawa świata, życia i ludzi, dlatego mam siedem zawodów, a i tak pracuję nie w tym, do którego najlepiej się nadaję. Tak naprawdę dopiero teraz wiem, kim powinnam w życiu być.

Skąd jednak ta pasja pisania?

Pisanie towarzyszyło mi od szkoły podstawowej. Jako studentka, z dużym zaangażowaniem działająca w sferze kultury, miałam bliskie kontakty z prawdziwymi twórcami. Wtedy też pisałam różne rzeczy: teksty kabaretowe, scenariusze imprez, przemówienia okolicznościowe… różne różności. Jednak ponieważ byłam tak zwanym animatorem kultury, to nie traktowałam tego swojego pisania poważnie. Śmiałam się, mówiąc do kolegów pisarzy, poetów, muzyków, którym organizowałam imprezy: "Wy, jesteście Twórcy, przez duże TFU, a ja tu tylko sprzątam". I w ten sposób cała masa moich tekstów lądowała beztrosko w koszu na śmieci. Bo nie doceniałam tego, co potrafiłam zrobić. Rzadko kto ma odpowiedni dystans do swojej pracy, albo siebie przeceniamy, albo nie doceniamy. Tak źle i tak niedobrze. Przełom z pisaniem nastąpił niechcący.

To znaczy?

Napisałam w latach dziewięćdziesiątych taką śmieszną powieść dla młodzieży, chmielewszczyzną trącącą. Napisałam tę historię z nudów, pracoholizmu i miłości, dla mężczyzny, któremu się nudziło i nie miał co czytać. No to mu napisałam. Poczytał, pośmiał się i powieść wylądowała w szufladzie. Po paru latach mężczyzna przestał mnie kochać, ale na pożegnanie wyłożył gotówkę na wydanie tejże powieści. Opublikowałam ją więc własnym, a właściwie jego sumptem, w niszowym wydawnictwie Mybook. Furory nie zrobiła, jednak sam fakt, że miałam w ręku coś, co sama stworzyłam, a co wyglądało jak prawdziwa książka, obudził we mnie ambicje i różne nadzieje. Przestałam wyrzucać swoje teksty na makulaturę, zaczęłam je wysyłać do różnych wydawnictw.

Tak było z pierwszą częścią tej bestsellerowej sagi?

Tak, tak było z "Matkami, żonami i czarownicami". Wysłałam je pocztą do wydawnictwa Prószyński i już po czterech latach dostałam w odpowiedzi mail z zapytaniem, czy jestem nadal zainteresowana publikacją. Byłam… i tak to się potoczyło…

"Matki, żony, czarownice" to literacka saga o kilku pokoleniach niezwykłych kobiet z jednej rodziny.

"Matki" to tak naprawdę zlepek dwóch powieści, "Matek" i "Czarownic". W pierwszej opisałam tylko losy współczesnej bohaterki, Asi, zahaczając o historię jej matki i babki. I właśnie tą książką zainteresowało się wydawnictwo. Wówczas nie była to jeszcze saga. W trakcie pisania "Matek" tak mi się spodobały wątki z przeszłości, że postanowiłam pociągnąć je dalej wstecz w kolejnej powieści - w "Czarownicach". Wydawnictwo odezwało się dokładnie w momencie, kiedy miałam ukończoną tę drugą powieść, a w planach była kolejna.

Skąd taki pomysł?

Lubię pisać o zamierzchłej historii, to takie fascynujące. Mamy opisane fakty z życia różnych znanych ludzi, myślimy, że tak właśnie było... bo pewnie było..., ale przecież mogło być zupełnie inaczej. Jest tyle drobiazgów, których ludzie nie chcą o sobie opowiadać... a jeśli z tych drobiazgów ułoży się jak puzzle zupełnie inna historia, powstanie zupełnie inna osoba? Właśnie ta myśl była motywacją do tworzenia losów kobiet z mojej sagi. Bawiłam się historią, ubarwiając ją swoją własną wybujałą wyobraźnią.

Potem kolejna książka – "Zalotnice i wiedźmy". Pewne wątki wymagały dopowiedzenia?

Nic nie wymagało dopowiedzenia... Cała reszta była dokładnie tak zaplanowana, jako trzytomowa saga jednego rodu, rodu kobiet niezwykłych. Moje kochane Panie redaktorki, Anna Derengowska i Ewa Witan, dostały już w momencie podpisywania umowy na pierwszą powieść szczegółowo rozpisany konspekt z życiorysami pozostałych bohaterek dwóch kolejnych tomów. I musiały mnie, biedne, hamować, żebym fantasy nie napisała, bo czasami mnie ponosi...

Kilka tygodni temu ukazała się trzecia, ostatnia część tego cyklu, "Córki swoich matek" - i cały nakład sprzedany. W czym upatruje Pani sukcesu swoich książek?

Sądzę, że wszyscy lubimy wątki historyczne. Może dlatego moją sagę dobrze się czyta, tak jak opowieści rodzinne w długie zimowe wieczory. Przede wszystkim jednak w postaciach z moich książek każdy chyba odnajduje trochę siebie... Nawet sobie Pan nie wyobraża, ile czytelniczek napisało mi: "Pani opisała mnie..." albo mamę, albo ciotkę... Nawet jeśli sytuacje są jedynie podobne do tych, które komuś się przytrafiły w prawdziwym życiu, to uczucia są identyczne. Myślę, że wiarygodność uczuć, nawet wobec niewiarygodności wydarzeń, przekonuje czytelnika do moich powieści.

Ile w tych historiach Pani i Pani życia, a ile fikcji?

To, co piszę, to sama prawda i sama fikcja. Absolutnie prawdziwe są uczucia, wrażenia. Sytuacje są podobne, ale podretuszowane. Ludzie... Nikt nie pisze z powietrza, piszemy na bazie naszych własnych doświadczeń i tego, co zaobserwowaliśmy. Kopiujemy charaktery znajomych ludzi, mieszamy je ze sobą, nadajemy inne imiona i już mamy nową osobę. A czy ona tak naprawdę jest nowa? Mojego życia jest w tym wszystkim sporo, ale w żadnym wypadku nie jest to autobiografia. Parę sytuacji z własnego życia opisałam żywcem, charaktery głównych bohaterów poskładałam z charakterów osób mi znanych. Gdybym miała uczciwie i matematycznie ocenić, to powiem: dziesięć procent faktów, a reszta to wyobraźnia autorki.

Wierzy Pani w podział na literaturę dla kobiet i mężczyzn?

Nie wierzę. Jeśli ktoś lubi czytać, to czyta wszystko. Wierzę w podział na fanów określonych gatunków, ja uwielbiam fantasy, powieści akcji i historyczne. Ale literatura płci nie ma...

O czym chciałaby Pani powiedzieć kobietom w swoich książkach?

Dlaczego kobietom...? Wszystkim chciałam powiedzieć... Tylko jedno chciałam powiedzieć i dosyć wyraźnie powiedziałam: Tak naprawdę tylko miłość się liczy...

Mężczyźni też coś znajdą dla siebie?

Wszyscy czytelnicy znajdą coś dla siebie... a mianowicie moje przesłanie i mocne przekonanie, że miłość jest najważniejsza, daje nam siłę, nadzieję, budzi w nas wszystko, co najlepsze. Mam do Pana prośbę.

Tak, słucham?

Niech pan przestanie robić sztuczne podziały na czytelników-mężczyzn i czytelniczki- kobiety. Ulubioną lekturą mojej przyjaciółki są thrillery polityczne, medyczne i horrory, a zaręczam, że jest ona stuprocentową kobietą. Mój ojciec uwielbiał romanse, a był mężczyzną z krwi i kości. Czytelnik nie ma płci, tylko zainteresowania!

Przekonała mnie pani.

Ja do tej pory napisałam powiastkę humorystyczno-kryminalną, romans historyczno- obyczajowy (saga) i wierszyki dla małych dzieci. Właśnie przymierzam się do sensacyjno–historycznej powieści akcji... Paru mężczyzn przeczytało mój romans i nie umarli od tego, nawet sobie chwalili. Jeśli teraz uda mi się wydać powieść akcji, to wierzę, że kobietom też się spodoba. Pan chyba jednak myśli złymi schematami...

Dostaje Pani listy od czytelniczek?

Mnóstwo... I wszystkie te listy są ciekawe, bo czytelniczki dzielą się ze mną swoimi historiami, a samo życie jest ciekawe.

Zdarzyły się zabawne momenty?

Zabawne... chyba nie, chociaż mnie zawsze bawi utożsamianie mojej osoby z główną bohaterką książki. Dlatego, korzystając z okazji, odpowiem na dwa powtarzające się pytania czytelników:
A) Nie mam pałacyku Bersolys w Paryżu!
B) Pierścień miłości i przebaczenia nie istnieje.

Pytanie o miłość powraca w pani książkach. Ma Pani dla nas jakąś receptę na miłość?

Nikt nie stworzył recepty na miłość... Miłość przychodzi i odchodzi, kiedy sama chce, nie mamy żadnego wpływu na jej ruchy; jedyne, co możemy zrobić, to postarać się jej nie przegapić i nie spłoszyć. A jak już jest, to jedyne, co trzeba zrobić, to kochać.

Takiej odpowiedzi spodziewałem się po przeczytaniu pani książek.

Zresztą na to pytanie najlepiej odpowiem właśnie cytatem z mojej powieści:
"Kiedy miłość się kończy, to najlepsze, co możemy zrobić, to pozwolić jej odejść. Bo miłość to taki najwspanialszy prezent, który ma wartość tylko wtedy, kiedy się go dostanie bez okazji. Nie da się jej kupić, wygrać, wywalczyć ani na nią zasłużyć. A najgorsze jest żyć miłością, której już nie ma".

Źródło: Onet.pl

wersja do druku