Strona główna / / Wywiady / Terry Pratchett: wywiad definitywny

Nowości

Los powtórzony

Janusz Leon Wiśniewski
Cena detaliczna: 38,00 zł

Dzieci z Lovely Lane

Nadine Dorries
Cena detaliczna: 38,00 zł

Polityka i kultura

Rafał Grupiński, Łukasz Perzyna
Cena detaliczna: 39,99 zł

Zapowiedzi

Wszystko co powiesz

Gillian McAllister
Cena detaliczna: 39,99 zł

Czy kości grają rolę Boga? Matematyka niepewności

Ian Stewart
Cena detaliczna: 45,00 zł

Coś głęboko ukrytego. Światy kwantowe i emergencja czasoprzestrzeni

Sean Carroll
Cena detaliczna: 49,99 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »
14.11.2013

Terry Pratchett: wywiad definitywny

Rozmowa Stephena Briggsa z Terrym Pratchettem została pierwotnie opublikowana w pierwszym „Przewodniku po świecie Dysku”. Przypominamy ją Czytelnikom w książce „Żółw przypomniany. Przewodnik po Świecie Dysku uaktualniony aż do „Niucha”.




Wywiady z Terrym Pratchettem są zwodniczo łatwe. Przez wiele lat był dziennikarzem i zna wszystkie techniki. Po krótkiej chwili rozmówca odkrywa nagle, że mówią o tym, o czym Terry chce mówić, i dawno już odeszli od starannie przemyślanych pytań. Jest też bardzo sprawny w unikaniu kwestii osobistych. Pozwala mu to wyraźnie rozdzielić Terry’ego Pratchetta, błyskotliwego autora, od Terry’ego Pratchetta, osoby raczej skrytej.

Wiadomo, że urodził się w Beaconsfield, Buckinghamshire, w Anglii. Ma czterdzieści pięć lat. Jego rodzice to David i Eileen Pratchett, którym przesyła wyrazy wdzięczności za to, że „wskazali mi właściwy kierunek i pozwolili iść samemu; wyznawali pogląd, że skoro czytam, to wszystko jest w porządku”.

Przez wiele lat pracował w prasie lokalnej, osiem lat w biurze prasowym Centralnej Komisji ds. Produkcji Elektryczności (taka wtedy istniała). Porzucił to stanowisko, kiedy przychody z książek uczyniły etatową pracę bezsensowną.

Jest żonaty z Lyn, mają jedną córkę, Rhiannę. I to mniej więcej tyle. O wszystkich innych kwestiach dotyczących życia prywatnego mówi swobodnie z nadzieją, że rozmówca nie zauważy ukrytego w powodzi słów braku twardych faktów biograficznych.

Ale o świecie Dysku opowiada chętnie.

Wiem, że pytają cię o to bez przerwy, ale mimo to musimy zapytać i tutaj... Własnymi słowami: wytłumacz, skąd się wziął Dysk?
Kiedyś tłumaczyłem, że podstawowy mit świata płynącego w przestrzeni na żółwiu spotyka się na wszystkich kontynentach – jakieś dzieci ze szkoły przysłały mi niedawno wersję, jakiej jeszcze nie znałem. A kiedy przejdziemy do mitologii indoeuropejskiej, dochodzą też słonie. Ale pytano mnie o to już tyle razy, a i tak nikt nie słucha odpowiedzi, więc teraz mówię tylko, że go wymyśliłem.

Czy swoją twórczość uważasz za fantasy?
Chyba tak. W ostatnich latach moje poglądy zmieniały się dość mocno, ale chyba wszystko sobie już poukładałem.
Kłopot polega na tym, że w opinii wielu czytelników granice fantasy leżą trochę na północ od Camelotu i na południe od Conana Barbarzyńcy. To tak jakby powiedzieć, że Star Trek reprezentuje większą część science fiction. W dodatku sporo ludzi zapewnia, że nie lubią fantasy, ale lubią moje książki, więc przez jakiś czas wszystko trochę się plątało. Ale jeśli to nie fantasy, to nie wiem, co takiego.

Nie wiesz, czym jest fantasy?
Chwileczkę... Myślę... Tak. Chyba wiem, czym jest fantasy. Pozwolisz, że rozwinę?

Proszę bardzo...
W tym roku miałem trasę promocyjną w Australii. Odwiedziliśmy nawet Alice Springs. No więc wynająłem samochód i pojechaliśmy do Ayers Rock. Pomyślałem sobie: jestem trzeci raz w Australii i odwiedziłem już wiele miejsc, gdzie nie widziałem nic poza drogą z lotniska, więc pojadę do Ayers Rock albo zginę. Tylko że teraz trzeba ją nazywać Uluru, bo Australijczycy przypomnieli sobie, że skała istniała przed rokiem 1770, a nawet przed 1642, i bardzo dobrze... Ludzie od tysięcy lat mają nazwę dla jakiegoś miejscowego elementu krajobrazu, aż nagle przyjeżdża jakiś gość na wielbłądzie, a że jego naród zna się na Geografii przez duże G, element zostaje „odkryty” i „nazwany”...
W każdym razie elementem takiej wizyty jest wspinaczka na skałę, więc wstałem bardzo wcześnie i wyruszyliśmy jeszcze po ciemku. I nagle pomyślałem: nigdy jeszcze nie widziałem nocą południowego nieba. Przypomniałem sobie te lata, kiedy chciałem być astronomem i wszystkie konstelacje w atlasie gwiezdnym były dla mnie jak science fiction...
Zatrzymałem samochód, poczekałem, aż oczy przyzwyczają się do ciemności, spojrzałem w górę – i było tam. A mówię tu o niebie nad pustynią: żadnego smogu, żadnych świateł miasta, gwiazdy wyraźniejsze, niż widziałem w życiu. Było tam niebo, jakiego nie znałem.

To jest fantasy?
Och, nie. To po prostu coś nowego. O to właśnie chodzi. Spojrzałem niżej, ponad horyzont, i znalazłem Oriona. To była pierwsza konstelacja, jaką nauczyłem się rozpoznawać, kiedy miałem osiem czy dziewięć lat. Oriona poznaję zawsze. Ale wtedy zobaczyłem go dołem do góry.
Inne konstelacje nie były obce. Po prostu takie, jakich jeszcze nie oglądałem. No wiesz... „O, tam jest Sekstant... To ciekawe”. Ale Orion był obcy: był czymś starym i znajomym przedstawionym w nowy sposób, tak że człowiek widział go jakby po raz pierwszy. Tym powinna być fantasy.

Wiem, że nie lubisz, kiedy twoje książki określane są jako parodie...
...tylko dlatego, że ludzie używają pierwszego wygodnego słowa. Mają wrażenie, że coś parodiuję, ale nie są pewni, co takiego.

No dobrze, ale jak sam byś je określił? Wiem, że fani bardzo lubią wyszukiwać fragmenty dialogu będące echem na przykład znanych filmów. Ale potem wkładasz nawiązanie do Shakespeare’a i parodię Obcych w jednym zdaniu...
Myślę, że Shakespeare’owi spodobaliby się Obcy. Choć pewnie włożyłby w fabułę więcej dodatkowych wątków. Hm... Jeśli potrafimy wywieść Zakazaną planetę z Burzy, to może da się ten proces przeprowadzić w odwrotnym kierunku. [Wywiad zostaje na krótko przerwany na lekturę kilku przykładowych monologów z zapomnianego arcydzieła Shakespeare’a Ksenomorf].

A potem odkryją odniesienie do jakiegoś rzeczywistego, ale mało znanego faktu, jak sos wow-wow albo fenomen zgromadzenia trutni...
Ludzi pisali mi o tym, naprawdę.

Nawet o zgromadzeniach trutni?
Są częścią sztuki pszczelarskiej. Opis w Panach i damach jest całkiem dokładny.
Często zakopuję w tekście, hm... rezonanse czy mgliste odniesienia, ale mam nadzieję, że robię to w taki sposób, by nie psuć przyjemności czytelnikom, którzy ich nie rozpoznają. I nie stosuję gry słów nawet w połowie tak często, jak się niektórym wydaje. Kiedy jednak jej używam, jest oznaczona jak te atrakcje niedaleko drogi, jakie spotyka się w Ameryce. No wiesz: „Pięć mil do najbliższej Gry Słów”, „Jedna mila do najbliższej Gry Słów”, „Gra Słów przy najbliższym zjeździe”, „Właśnie minąłeś Grę Słów”. Z grą słów trzeba bardzo uważać, nie każdy ją lubi. Ale czasami nie można się oprzeć. Gra słów czai się i atakuje.
W każdym razie powód używania odniesień do realnego świata jest taki, że rzeczywistość jest zwykle ciekawsza. Na przykład w Blasku fantastycznym jest żart z „Twój palec, durniu”. Przez lata dostawałem wiele listów na ten temat. Ale to przecież nie jest mój pomysł! Oparłem się na fakcie historycznym. W czasach europejskich wypraw badawczych tradycyjnym sposobem poznawania nazwy jakiegoś zwierzęcia czy punktu topografii było wskazanie go palcem i spytanie oszołomionego tubylca, jak to się nazywa – bardzo głośno po angielsku lub hiszpańsku. W rezultacie, jak sądzę, nazywamy pewne zwierzę kangurem, kiedy w rzeczywistości słowo to oznacza coś w rodzaju „Co mówi ten biały idiota?”. Chociaż parę dni temu trafiłem na notkę sugerującą, że nie, to nieprawda... Będę musiał zbadać sprawę... Znów wróciliśmy do krainy Uluru...

Widziałem książkę o źródłach nazw różnych miejsc, która odwoływała się do „teorii miejscowego gbura” Terry’ego Pratchetta...
Ha! Ale nie wymyśliłem sobie tego. I byłoby bardzo trudno wymyślić coś tak dziwacznego jak na przykład tulipomania w Holandii w siedemnastym wieku. Albo tajemniczy przypadek Thomasa Crappera. Albo cała miejska historia Seattle w stanie Waszyngton.

Możemy się chwilę zatrzymać przy przypadku Thomasa Crappera?
Jeśli wynalazł spłukiwaną toaletę w czasach wiktoriańskich, to jakim cudem słowo to było używane w tym samym skatologicznym znaczeniu już w wieku szesnastym? Pomyślałem, że pewnie nabijali się z Thomasa na podwórku, więc postanowił się postarać, by kiedyś być dumnym z nazwiska Crapper.

Czy świadomie wyszukujesz takie rzeczy?
Nie. Takie odkrycia zjawiają się, kiedy człowiek sądzi, że robi coś innego. Kolekcjonuję wiktoriańskie notatniki, które moim zdaniem były poprzednikami książek takich jak tutejsze Notes and Queries czy amerykańskie Straight Dope – ogólnie, książek w popularny sposób prezentujących ciekawe fakty i zjawiska. Stale też poszukuję starych i trochę nietypowych wydawnictw encyklopedycznych, z których słownik cytatów Brewer’s Dictionary of Phrase and Fable jest tylko najlepiej znanym. I jeśli umieści się w jednym miejscu dostatecznie wiele fragmentów i kawałków, człowiek zaczyna widzieć ich powiązania. Sam nie wiem... Zbliżamy się chyba do klasycznego pytania „Skąd pan bierze pomysły?”.

A skoro już o tym mowa, to skąd bierzesz...
Wiesz, „pomysły” to mylący termin. I prawdopodobnie pozbawiony znaczenia. Kiedy ludzie zadają to pytanie, prawdopodobnie chodzi im o „Co pchnęło cię do napisania tej książki?”. A takie impulsy mogą przychodzić zewsząd. W tej chwili pamiętam tylko jeden, związany z Pomniejszymi bóstwami. Któregoś dnia oglądałem wiadomości i zobaczyłem jakiegoś rzekomo świętego męża w Iranie czy Iraku. Stał przed fontanną, z której lała się fałszywa krew, i tłumaczył ludziom, jakim prawdziwym błogosławieństwem jest umrzeć dla Boga. Pomyślałem wtedy: no dajcie spokój, nawet ja widzę, że to kant... Wtedy właśnie powstał w mojej głowie zasadniczy szkielet fabuły Pomniejszych bóstw.

Ciekaw jestem, jakie reakcje wzbudziły Pomniejsze bóstwa. Nie jest to typowa książka o Dysku.
Dostawałem... trochę inne listy. Bardziej... chyba bardziej refleksyjne.

Naprawdę? Łatwo sobie wyobrazić, że przychodziły listy o tym, jak będziesz się smażył w piekle.
Wiesz, to dziwne. Nie dostałem ani jednego oburzonego listu po tej książce. Reakcje były wyłącznie pozytywne. Podczas gdy dostałem jeden czy dwa listy od grup celtyckich, które skarżyły się na to, jak opisałem elfy w Panach i damach. Uważali, że oczerniam Tuatha de Danaan, będące prawdopodobnie wzorcem dla elfów Tolkiena, świadomie łącząc je z Sidhe, które były raczej tymi klasycznymi porywaczami dzieci. Trochę mnie to zaskoczyło. Przecież to wszystko baśnie.

Świat Dysku określany jest czasem jako „miejsce ucieczki”. Odniosłem wrażenie, że nie lubisz tego określenia.
Zależy, jak jest używane. W latach sześćdziesiątych czy siedemdziesiątych eskapizm nie był dobrze widziany, a „literatura eskapistyczna” stanowiła określenie lekceważące. Myślę, że w tej chwili ludzie trochę zmądrzeli i wiedzą, że eskapizm jest w porządku, pod warunkiem że ucieka się do czegoś, a nie od czegoś. Moja kariera pisarska rozwinęła się, ponieważ czytałem science fiction, klasyczną literaturę eskapistyczną. Ale to ona wzbudziła we mnie miłość do książek, a to z kolei dało mi edukację.

Spodziewałeś się, że cykl tak się rozwinie?
Ha! Gdybym wiedział, pewnie bym się przestraszył. Ostatnio musiałem przejrzeć pocztę, która zebrała się przez dwa miesiące mojej trasy promocyjnej. Człowiek patrzy na stos kopert i myśli: Nie uprzedzali mnie o tym, kiedy się zapisywałem. Trochę to przerażające...

Kim są twoi czytelnicy?
No cóż, sądząc po listach, pochodzą ze wszystkich grup wiekowych i wszystkich czterech płci. Krzywa wypiętrza się nieco w zakresie 9–14 lat, w części dlatego, że to również czytelnicy jakoby młodzieżowych Nomów księgi wyjścia i Tylko ty możesz uratować ludzkość. Kolejne wzniesienie krzywej pojawia się w zakresie wieku 18–25, i jeszcze jedno przy 35–45. Jest spora grupa rodziców, których do czytania moich książek zachęcają dzieci. Ludzie mają skłonność przyjmować, że większość moich czytelników to czternastolatki. To dlatego, że kiedy czternastoletni chłopiec polubi książkę, wykrzykuje coś w rodzaju „Genialne!”. Kiedy książkę polubi jego matka, spokojnie pisze list do autora. Nauczyciele i bibliotekarze często mi mówią: „Pańskie książki są bardzo popularne wśród dzieci, które nie czytają”. Chyba wiem, o co im chodzi, choć wolałbym, żeby formułowali to inaczej.

Zauważyłem, że dostajesz sporo listów od kobiet.
Mniej więcej połowę. Proste wytłumaczenie jest takie, że to z powodu książek o czarownicach, ale tak naprawdę nie wiem czemu. Nigdy się nad tym nie zastanawiałem, aż kiedyś ktoś powiedział, że większość czytelników fantasy to chłopcy i mężczyźni poniżej dwudziestego piątego roku życia.

Odniosłem wrażenie, że okładki Josha Kirby’ego czasem zniechęcają ludzi starszych.
Dostawałem takie listy. Wydawcy także. Z drugiej strony dostaję wiele listów od tych, którym okładki się podobają. Ja sam je lubię. Te dobre są świetne, a te, które mi się nie spodobały, i tak są mniej więcej w porządku. A słyszałem o przerażających doświadczeniach, jakie mieli autorzy z okładkami. Parę lat temu w ramach eksperymentu Corgi zrobiło dodruk Koloru magii z inną okładką, żeby zobaczyć, co się stanie. Szczerze mówiąc, nie wydaje mi się, żeby czyniło to jakąś znaczącą różnicę w tę czy w tamtą stronę.

Czy widzisz siebie wciąż piszącego o Dysku za dziesięć lat?
Nie, nawet za pięć. W każdym razie nie w sposób regularny.

Dlaczego?
No więc... nie mogę tam zrobić wszystkiego, co bym chciał. Świat jest elastyczny, ale ma swoje ograniczenia. Są inne sprawy, którymi chciałbym się zająć, zwłaszcza po sukcesie książek dla dzieci. Ale jeśli będę miał do powiedzenia coś, co najlepiej powiedzieć na Dysku, wykorzystam go.

Uważasz, że cię ogranicza?
Nie. Ale się wypełnia!

Wiele razy twierdziłeś publicznie, że świat Dysku nie będzie miał mapy. A jednak pozwoliłeś na to. Ukazał się plan miasta Ankh-Morpork, a teraz mówisz, że cały Dysk może zostać przedstawiony na mapie.
No tak. Uważałem, że mapa Dysku jest możliwa dopiero wtedy, kiedy już skończę go opisywać. Praktycznie rzecz biorąc, z grubsza miałem w głowie cały układ – bez szczegółów, ale wystarczająco, by w jednej książce ludzie nie poświęcali trzech tygodni na wyprawę, która w innej zajmuje jeden dzień. A zatem pewnie możliwe jest nakreślenie mapy na podstawie tych wyobrażeń.
Obserwacja pracy nad planem Ankh-Morpork była czymś fascynującym. Dzięki niej zrozumiałem coś bardzo ważnego na temat fantasy. Z początku wolałem nie definiować miasta zbyt dokładnie, bo bałem się, że będzie to ograniczenie dla przyszłych pomysłów. W rzeczywistości sam akt tworzenia mapy zrodził nowe idee.
Widzę teraz, na czym to polega: kiedy świat jest już ustalony, można go odwzorować na mapie. Bo przecież tak się to dzieje, prawda? Nie zaczyna się od wyrysowania Zębatych Gór albo Zygzakowatej Rzeki – najpierw tworzy się świat, opisuje go i dodaje mu ciała w kilkunastu książkach, a potem ktoś się zjawia i zarabia górę kasy za narysowanie jego mapy. Świat Dysku da się przedstawić na mapie, to pewne – od czasu do czasu ludzie przysyłają mi swoje wyobrażenia i wszystkie wyglądają całkiem podobnie.
Wydaje mi się jednak, że przynajmniej społeczeństwo Dysku znacznie się zmieniło przez kolejne powieści. Na początku zdawało się, że to całkiem prosty pejzaż post-Tolkienowski. Ankh-Morpork było kolejnym typowym miastem fantasy. Potem, stopniowo, stało się czymś w rodzaju włoskiego miasta-państwa...

Ach, lord Vetinari, Patrycjusz... To zrozumiałem. Ankh-Morpork zaczynało trochę przypominać renesansową Florencję pod rządami Medici. I tylko niewielki myślowy krok dzieli Medici od Vetinari.
Zgadza się. Prawdopodobnie istnieją też szlachetne rody o takich nazwiskach jak Dentistri czy Fizjoterappi...

Ale w nowszych książkach trafiamy niemalże w czasy wiktoriańskie. A czasem nawet współczesne.
Mogę to wytłumaczyć. Przede wszystkim Dysk nie jest rzeczywistym miejscem. To tylko sceneria dla powieści. Zresztą nie ma powodu, żeby cały świat rozwijał się w tym samym tempie. Grecy posiadali całą niezbędną wiedzę teoretyczną i zdolności techniczne, by zbudować nakręcany gramofon... a nawet gramofon parowy. Po prostu nigdy tego nie zrobili. Świat Dysku wyraźnie czeka na parę i elektryczność, i jakoś nikt nie potrafi ich sensownie użyć, więc wykorzystują swoją pomysłowość na inne sposoby.

W jednej z książek nazwałeś Dysk „światem i zwierciadłem światów”.
Tak. Bawi mnie, kiedy ludzie mówią – zwykle o babci Weatherwax i spółce – że są takie jak ktoś, kogo znają. A przecież takie być powinny. To jeden z celów, które pisarz powinien osiągnąć. Ale ludzie są zaskoczeni, jakby czarownica nie miała się kojarzyć z kimś, kogo znamy.

Opowiedz mi o Śmierci.
To jest to, co się zdarza, zanim zaczną ci odpadać kawałki ciała.

O postaci. Wspominałeś chyba kiedyś, że dostajesz więcej listów na jego temat niż o kimkolwiek innym.
Hm... Tak. Oczywiście, są przecież Mort i Kosiarz, a on jest jedyną postacią, która występuje we wszystkich książkach, więc...

Także w Dobrym omenie i Johnnym i zmarłych, o ile pamiętam.
Wiesz, jak to jest, kiedy wytwórnia ma kontrakt z naprawdę wielką gwiazdą. Próbują ją wcisnąć do wszystkich filmów...
Tak naprawdę jest raczej generyczną średniowieczną personifikacją, wprost z Siódmej pieczęci, choć z kilkoma modyfikacjami. Myślę, że czytelnicy go lubią ze względu na ten żałosny brak poczucia humoru, na to, że jest potężny i niewinny, i wrażliwy równocześnie. To prawda, że w pierwszych kilku książkach był o wiele bardziej złowrogi. W Kosiarzu wyraźnie przechodzi przez jakiś życiowy kryzys wieku średniego... A raczej śmiertelny kryzys wieku średniego.

Mówiłeś też, że dostajesz poważniejsze listy od ludzi starych i od, hm... od krewnych osób niedawno zmarłych.
Tak, ale to chyba mieści się pod hasłem „korespondencja osobista”.

Rozumiem też, że wielu czytelników interesuje się możliwością powstania filmów o świecie Dysku. Czy w końcu je zobaczymy?
Nie wiem. Jedyni ludzie z pieniędzmi niezbędnymi do produkcji takiego filmu są w Ameryce. No więc pierwszy przyznam, że jest bardzo wielu inteligentnych Amerykanów. Ale zbyt wiele podejść sugerowało, że tak naprawdę nie rozumieją, o czym są te książki, może nigdy nie zrozumieją i chcą tylko kupić prawa, bo słyszeli, że są dostępne. Dostajemy propozycje w stylu „Wiecie, chcielibyśmy nakręcić Morta, jest fantastyczny, doskonała koncepcja, ale myślimy, że Amerykanie będą mieli problem ze Śmiercią, więc go wykreślimy, co?”. Czasem zainteresowanie okazywali Europejczycy, mili ludzie, którzy nie mają pieniędzy, ale nie widziałem sensu w przehandlowaniu opcji komuś, kto nie ma wielkich szans na realizację i tylko próbuje coś załatwić.
Ale nie będę się martwił, jeśli żadne filmy nie powstaną.

Bo myślisz o nich jak o książkach?
Zgadza się.

Widziałem niektóre listy od fanów. Co o nich myślisz?
Dostaję masę poczty i praktycznie w każdym liście ktoś mnie prosi, żebym coś zrobił – choćby tyle, żebym odpisał. Mam wrażenie, że udaje mi się odpowiedzieć na wszystkie, prędzej czy później. Chociaż zawsze mnie odrzucają prośby o zdjęcie z autografem. Kogo obchodzi, jak wygląda autor?
To był dla mnie prawdziwy przełom, kiedy pewnego dnia nagle sobie uświadomiłem, że mogę powiedzieć „nie”, że jeśli mam zapełniony kalendarz, mogę grzecznie odmówić i nie mieć wyrzutów sumienia. Ciągle je mam.

Coraz bardziej przyzwyczajasz się do komputerów. Czy uważasz siebie za autora „elektronicznego”? Wydaje się, że grupa twoich fanów w dużej części pokrywa się z użytkownikami komputerów. Byłem raz na twoim spotkaniu, kiedy spytałeś publiczności, kto korzysta z komputera w codziennych zajęciach, i mniej więcej połowa podniosła ręce.
Tak, ale to było głupie pytanie. W obecnych czasach praktycznie każdy pracownik biurowy ma dostęp do komputera – a już na pewno ludzie związani z nauką.
Przeszedłem drogę znaną większości ludzi. Kupiłem ZX81, kiedy tylko się pojawiły, i przez lata dochodziłem do coraz większych maszyn. Ale sporo w nich majstrowałem. Dobry sir Clive stworzył komputer w cenie poniżej 100 funtów, usuwając elementy, które zwykle uważane są za niezbędne, takie jak monitor i porządna klawiatura. Jeśli człowiek chciał na ZX81 zrobić cokolwiek użytecznego, musiał się trochę o nim nauczyć.
Ja chciałem pisać na nim teksty. Jeśli dodało się trochę pamięci i normalną klawiaturę, można było na ZX81 edytować teksty, pod warunkiem że były to krótkie teksty. Potem się je drukowało na malutkiej drukarce, od której powietrze pachniało jak niewielka katastrofa przemysłowa, a następnie i tak trzeba było przepisać wszystko na maszynie. Ale to było Korzystanie z Komputera. Jako dziecko za dużo czytałem science fiction, żeby nie Korzystać z Komputera, kiedy miałem szansę. Co z tego, że wszystko było trudniejsze? Trzeba Chwytać Przyszłość!
Elektronika zawsze mnie fascynowała, dlatego, jak przypuszczam, że to jakby magia. Kiedy miałem około dwunastu lat, namiętnie budowałem maleńkie odbiorniki kryształkowe; był to taki czas, że jeśli ktoś naprawdę oszczędzał swoje kieszonkowe, mógł sobie kupić jeden tranzystor. I któregoś dnia, kiedy patrzyłem na najnowszą konstrukcję wielkości znaczka pocztowego (oczywiście podłączoną do wielkich bakelitowych słuchawek – może nie myślałem wtedy przesadnie logicznie), powiedziałem sobie: wiesz, ten obwód to tylko trochę elementów polutowanych razem, żeby coś robić. Całość byłaby o wiele mniejsza, gdyby tak jakby budować to wszystko za jednym zamachem. I tak całkiem niezależnie wpadłem na pomysł układu scalonego...

Hm... Jestem prawie pewien, że było ich już trochę koło sześćdziesiątego roku, prawda?
Zapewne. Przynajmniej w laboratorium Texas Instruments czy gdzieś. Ale nie wiedziałem o tym. Byłem tylko dzieciakiem bawiącym się odbiornikami kryształkowymi. Pewnie trafiła mnie jakaś zabłąkana inspiracja czy coś w tym rodzaju. I wiele mi z tego przyszło...

W swoich dość skąpych kawałkach autobiograficznych mówisz – a przynajmniej kiedyś mówiłeś – że jednym z twoich hobby było zmuszanie komputerów do pracy, do jakiej nie były przeznaczone. Na przykład jakich?
Żeby działały jak należy, najczęściej. Ale kiedy popracowałem trochę przy dobrym starym ZX, kupiłem drugi, dobudowałem generatory dźwięku, elektroniczne termometry, przystawki barometryczne i zegar czasu rzeczywistego, po czym napisałem dość przyciężkie programy w BASIC-u, żeby to wszystko działało. Miało to być coś w rodzaju maszyny do przepowiadania pogody.
Wiele się nauczyłem. W szkole nie byłem za dobry z przedmiotów niehumanistycznych, a matematyka szła mi strasznie, jednak z włas­nej i nieprzymuszonej woli zająłem się algebrami Boole’a i kodem maszynowym. Zacząłem wtedy pracę w Centralnej Komisji ds. Produkcji Elektryczności i w czasie lunchu łapałem Poważnych Naukowców; pytałem ich na przykład: „Jak w elegancki sposób sprawić, żeby maszyna wiedziała, że trzydzieści minut przed kwadransem po jakiejś godzinie to za piętnaście ta godzina?”. Wzdychali i zaczynali mi tłumaczyć jakieś funkcje, o jakich w życiu nie słyszałem. Wydaje mi się, że w końcu zacząłem całkiem rozsądnie myśleć w terminach software’u i hardware’u równocześnie.
Wszystko to doprowadziło do straszliwego kłębu przewodów i ton pamięci, a w środku tego wszystkiego mały ZX81 pocił się, żeby nadążyć.
Problem w tym, że w szkole nie mieliśmy żadnej zachęty do zrozumienia matematyki, poza tym, że człowiek mógł trochę oberwać, jeśli nic nie pojął. Nie podobało mi się to, kiedy później o tym myślałem. Pamiętam któryś piątkowy wieczór, kiedy doszedłem do tego, jak działa adresowanie pamięci; czułem, jak coś rozjarzyło mi się w głowie, kiedy uświadomiłem sobie, czego mogę teraz dokonać, i pomyślałem: Matematycy tak się czują przez cały czas! Dlaczego nikt mi nie powiedział, że tak to wygląda?
Teraz mniej interesują mnie maszyny, a bardziej to, co potrafią. Przede wszystkim prowadzą archiwum. Co roku piszę tyle listów, że wystarczyłoby na dwie powieści, i bez komputera byłbym zasypany szafkami.
Co do samego pisania, traktuję komputer jak wielką przezroczystą maszynę do pisania. Nie interesuje mnie podążanie drogą składu. Wykorzystuję pewnie jedną piątą możliwości edytora tekstu i setną część możliwości samego komputera – jest wielki i szybki, a cała ta szybkość i moc ogniskują się na umożliwieniu jednemu gościowi pracy dokładnie w taki sposób, w jaki lubi.

Ale powiedziałeś kiedyś, że komputer pożarł wstępną wersję Morta!
No tak, rzeczywiście. To dlatego, że pracowałem do późna i nie miałem wielkiego doświadczenia, więc wciskałem „T” na te wszystkie zapytania typu „Czy naprawdę chcesz zrobić coś tak bezdennie głupiego, jak format całego dysku? T/N”. Doszło do tego, ponieważ znalazłem się w stanie psychicznego oszołomienia, jak zawsze po skończeniu książki. Na szczęście wydruk wysłałem pocztą do wydawcy, a gdyby zdarzyło się najgorsze, miałem wcześniejszą wersję na dyskietce. W każdym razie nie jest to argument przeciwko komputerom, ale przeciwko obsługiwaniu sprzętu w stanie zmęczenia. A także przeciwko byciu nie dość mądrym, by wiedzieć, jak odzyskiwać skasowane pliki. Nauczyłem się wkrótce potem.

Świat Dysku musi być bardzo trudny w tłumaczeniu. Czy często korespondujesz z tłumaczami?
Wiem, że tłumacz hiszpański dostał nagrodę za Kolor magii. A ktoś, kto próbował przełożyć Kolor magii na polski, przeczytał pierwszą stronę i stwierdził, że nie wierzy, by dało się w taki sposób myśleć po polsku. Mam dobre kontakty z tłumaczem holenderskim, który czerpie złośliwą radość z wyszukiwania „właściwych” słów. Tłumacz niemiecki także kontaktuje się w miarę regularnie – ktoś mi ostatnio mówił, że ich zdaniem Kosiarz jest lepszy po niemiecku, co dla tłumacza jest rodzajem tryumfu. Inni niekiedy o coś pytają, ale zwykle pracują po swojemu. Nie zazdroszczę im. Wielu zagranicznych fanów jest dwujęzycznych, no i zawsze trudno zadowolić wszystkich...

Ktoś mi mówił, żeby spytać, gdzie kupujesz koszule...
To było tak, że miałem trasę promocyjną w Australii w 1990 roku. Znalazłem wtedy w Melbourne sklep, gdzie sprzedawali naprawdę porządne bawełniane koszule, takie, jakich nie znalazłem nigdzie indziej. Kupiłem parę. I kiedy byłem tam znowu w 1992, też kupiłem parę. I kiedy poleciałem jeszcze raz, w 1993, kupiłem jeszcze parę. Ale nie wszystkie koszule kupuję w Australii. Tylko większość.

wersja do druku