Strona główna / / Wywiady / Starożytny sekret i przepowiednia, które zmienią świat!

Nowości

Zapach szafranu

Marjan Kamali
Cena detaliczna: 39,99 zł

999. Nadzwyczajne dziewczyny z pierwszego transportu kobiecego do Auschwitz

Heather Dune Macadam
Cena detaliczna: 44,00 zł

Chatka Puchatka. Wersja dwujęzyczna ang-pol

Alan Alexander Milne
Cena detaliczna: 39,99 zł

Zapowiedzi

Loteria życiowych szans

Izabella Frączyk
Cena detaliczna: 39,99 zł

Nowy początek

Magdalena Kawka
Cena detaliczna: 39,99 zł

Podstawy. Dziesięć kluczy do rzeczywistości

Frank Wilczek
Cena detaliczna: 43,00 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston
  3. Dubaj krwią zbudowany Marcin Margielewski
26.04.2011

Starożytny sekret i przepowiednia, które zmienią świat!

Jeśli chcesz poznać kulisy powstania apokaliptycznego thrillera „Sanctus”, koniecznie przeczytaj wywiad z Simonem Toyne'm.

Simon Toyne ukończył Uniwersytet Londyński, gdzie specjalizował się w języku angielskim i aktorstwie, potem pracował niemal przez dwadzieścia lat w telewizji, by w końcu zostać powieściopisarzem.

"Sanctus" jest jego pierwszą książką, a zarazem pierwszym tomem trylogii "Ruina". Powieść ukaże się nakładem wydawnictwa HarperCollins 14 kwietnia 2011 roku.
Jeśli chcecie Państwo dowiedzieć się czegoś więcej o tej książce, przeczytajcie poniższy wywiad. Simon mówi, co zainspirowało go do napisania tej historii, wyjaśnia znaczenie tytułu i opowiada o swojej dotychczasowej karierze.

- Pańska debiutancka powieść nosi tytuł "Sanctus" – co to właściwie znaczy?
- „Sanctus” to po łacinie „święty”. W książce słowo to odnosi się także do wysokich rangą mnichów, członków tajnej i starożytnej sekty, która chroni największą, najstarszą i najniebezpieczniejszą tajemnicę Kościoła katolickiego.
- Gdyby mógł pan zawrzeć treść "Sanctusa" w kilku słowach, jak wyglądałoby takie streszczenie?
- Na początku było słowo. Tak mówi Biblia. Ale ktoś zapisał te słowa, a wszyscy dobrze wiemy, że to zwycięzcy piszą historię. Jednak na odkrycie czeka inna historia, zakazana historia kogoś, kto został pokonany i skrzywdzony. To historia Sanctusa.
- Co zainspirowało pana do napisania takiej właśnie książki?
- Kiedy zrezygnowałem z dotychczasowej pracy, by spróbować swoich sił jako powieściopisarz, miałem dwa pomysły na thriller, które już od jakiegoś czasu kołatały mi się w głowie. Planowałem rozwinąć je oba w ogólnym zarysie, a potem zapisać ten, który wyda mi się lepszy. Wynajęliśmy nasze mieszkanie w Anglii, a sami wzięliśmy w najem dom we Francji, około godzinę jazdy od Tuluzy. Mieliśmy tam mieszkać całą rodziną w czasie, gdy będę pisał książkę. Ruszyliśmy w drogę w deszczowy trzydziesty dzień listopada 2008 roku. Ja jechałem zdezelowaną furgonetką wypełnioną po dach rzeczami, które miały zamienić wynajęty budynek w prawdziwy dom, a moja żona prowadziła nasz samochód, również załadowany po brzegi. Dzieciaki zostały z przyjaciółmi, którzy mieli je do nas przywieźć, gdy już się jakoś urządzimy. Żegnani ulewnym deszczem wjechaliśmy na prom w Newhaven i popłynęliśmy prosto w najgorszy sztorm tamtej zimy. Wcześniej zakładaliśmy, że podczas czterogodzinnej przeprawy będziemy spać, ale okazało się to niemożliwe.
Dotarliśmy do Francji szczęśliwi, że w ogóle udało nam się przeżyć, ale też zmęczeni. Okropnie zmęczeni. Z pewnością nie wytrzymalibyśmy kolejnych ośmiu godzin podróży do naszego nowego domu, zjechaliśmy więc na stały ląd, do Rouen, gdzie zamierzaliśmy przespać się w jakimś tanim hotelu. Gdy wjeżdżaliśmy do miasta, zobaczyłem sylwetkę katedry na tle jaśniejącego powoli nieba i przypomniałem sobie jeden z moich ulubionych cytatów: „Człowiek jest bogiem w ruinie”. Wynajęliśmy pokój, przespaliśmy się i cztery godziny później ponownie ruszyliśmy w drogę. Przez całą podróż myślałem o Rouen i tym cytacie. Nim dotarliśmy do naszego nowego domu, miałem już w głowie ogólny plan Sanctusa.
- Ile czasu potrzebował pan, by dokładnie skonstruować fabułę i przenieść ją na papier?
- Sporządzenie pierwszego szkicu zajęło mi około półtora roku, przez kolejny rok dopracowywałem go i wygładzałem, więc w sumie trwało to dwa i pół roku. W całym tym okresie prawdopodobnie tyle samo czasu poświęcałem planowaniu i konstruowaniu co samemu pisaniu.
- Czy którekolwiek postacie z książki wzorowane są na prawdziwych ludziach?
- W moim przypadku częścią procesu twórczego jest wyszukiwanie zdjęć rzeczywistych ludzi, którzy wyglądają jak postacie z mojej książki. Ludzie ci stanowią dla mnie punkt odniesienia, ale nie mają takich samych charakterów jak postacie fikcyjne. Thriller powinien wciągnąć czytelnika, zaabsorbować go jakąś rozbudowaną intrygą, więc im bardziej wiarygodne postacie uda się stworzyć autorowi, tym lepiej. Łatwiej przejmować się sprawami kogoś, kto wydaje się podobny do znanych nam ludzi, więc kreując danego bohatera, sięgasz do różnych źródeł – postaci z filmów, innych książek, ludzi, których znasz. To ciekawe, że także w rzeczywistym życiu złoczyńcy zawsze bardziej rzucają się w oczy niż święci.
- Czy prowadził pan jakieś szczegółowe badania naukowe, by lepiej zrozumieć główne tematy swojej książki?
- Myślę, że te tematy są dość uniwersalne: Kim jestem? Skąd przychodzę? Co jest celem mojego życia? Jak trafiłem do tego miejsca? Tym, co różni "Sanctusa" od innych powieści podejmujących takie zagadnienia jest fakt, że główna bohaterka musi uciekać przed bandą szaleńców, którzy chcą ją zabić, nim pozna odpowiedzi na te pytania.
- "Sanctus" to pierwszy tom trylogii "Ruina": czego możemy spodziewać się po kolejnych częściach, jak rozwinie się ta historia?
- "Sanctus" opowiada o tym, jak naprawiona zostaje krzywda sprzed tysiącleci. Drugi tom mówi o następstwach tego wydarzenia. Okazuje się, że przepowiednia, która wypełnia się na kartach książki, to tylko pierwsza część dłuższego proroctwa. Od jego konsekwencji zależą losy całej ludzkości.
- "Sanctus" to pańska pierwsza książka; co sprawiło, że postanowił pan podjąć ryzyko, zrezygnować niemal po dwudziestu latach ze stałej pracy w telewizji i zająć się pisaniem?
- Złożyło się na to wiele ważnych czynników; świadomość upływającego czasu, coraz większe znużenie pracą pozbawioną twórczych wyzwań, rosnące od lat pragnienie, by opowiedzieć jakąś większą historię, w takiej czy innej formie. Kiedy byłem młodszy, napisałem dwa scenariusze na sprzedaż. Jeden z nich bliski był realizacji, ale utknął gdzieś na mieliźnie przygotowań i planowania. Dzięki temu doświadczeniu uświadomiłem sobie, że scenariusz stanowi tylko początek procesu, a powieść to gotowe dzieło. Zawsze czytałem thrillery, rozumiałem więc mechanizmy tego gatunku, który swą strukturą i kształtem przypomina właśnie scenariusz. Poza tym thrillery bardzo dobrze się sprzedają, wydawało mi się więc, że to rozsądny wybór w sytuacji, gdy porzucam dla pisania świetną i dobrze płatną pracę.
- Czy mógłby pan powiedzieć, co ostatecznie skłoniło pana do zmiany ścieżki kariery i poświęcenia się pisaniu?
- Tym decydującym impulsem, który dał początek łańcuchowi wydarzeń, były narodziny mojego drugiego dziecka, Stanleya. Pracowałem wtedy w dużej niezależnej wytwórni telewizyjnej i poprosiłem o dwa tygodnie urlopu w czasie, gdy miał się urodzić Stanley, ale moja prośba została odrzucona.
Poczułem się tym naprawdę dotknięty, zacząłem zastanawiać się nad swoją pracą oraz iluzją wolności, którą mi dawała. Pomyślałem o wszystkich szkolnych przedstawieniach, których nie zobaczę, o wszystkich meczach mojego syna, których nie obejrzę, o tym, że będę widywał moje dzieci tylko rano, gdy zawiozę je do szkoły, i po południu, gdy będę je stamtąd odbierał. Mój tata przez całe życie ciężko pracował, w ciągu tygodnia prawie go nie widywaliśmy. Nie chciałem być takim ojcem. Chciałem jak najczęściej przebywać ze swoimi dziećmi, patrzeć, jak dorastają, dzień po dniu, a nie prosić kogoś, by łaskawie mi na to pozwolił. Więc zrezygnowałem z pracy i dałem sobie pięć lat i trzy książki, żeby nauczyć się dobrze pisać i zarabiać w ten sposób na życie. Gdyby się nie udało, wróciłbym do pracy w telewizji. Muszę przyznać, że bardzo mi się poszczęściło z "Sanctusem". Pracuję teraz w domu i nie opuściłem jeszcze żadnego ze szkolnych wydarzeń.
- Czy ma pan jakieś wskazówki albo rady dla ludzi, którzy chcieliby zrobić to samo?
- Uważam, że trzeba się w to w pełni zaangażować, jakby zależało od tego nasze życie. Porzucenie bezpiecznej posady dla innej, niepewnej kariery jest bardzo ryzykowne, musisz więc zrobić wszystko, żeby ci się udało, bo inaczej pewnie się nie uda.
Kiedy powiedziałem swojemu szefowi, że odchodzę i zamierzam zająć się pisaniem książek, zaproponował mi urlop naukowy, ale nie skorzystałem z tej oferty. Doszedłem do wniosku, że będę się znacznie bardziej starał nie upaść, wiedząc, że nie mogę liczyć na żadne zabezpieczenia. Strach przed porażką to bardzo silna motywacja.

Sanctus ukazał się 14 kwietnia nakładem wydawnictwa HarperCollins.

Wywiad pochodzi ze strony:
www.entertainment-focus.com/book-article/interview-simon-toyne-sanctus

wersja do druku