Strona główna / / Wywiady / Przypuszczam, że wątpię. Wywiad z Bohdanem Łazuką

Nowości

Cała Orsinia

Ursula K. Le Guin
Cena detaliczna: 59,99 zł

Zaufaj jej

Jessica Vallance
Cena detaliczna: 39,99 zł

Macochy

Danuta Awolusi
Cena detaliczna: 39,99 zł

Zapowiedzi

Gra w nigdy

Jeffery Deaver
Cena detaliczna: 42,00 zł

Zapłacz dla mnie

Piotr Borlik
Cena detaliczna: 39,99 zł

Syn siodlarza

Kelly Irvin
Cena detaliczna: 39,99 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Jest krew... Stephen King
  2. Zaginione arabskie księżniczki Marcin Margielewski
  3. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »
15.09.2010

Przypuszczam, że wątpię. Wywiad z Bohdanem Łazuką

Jego biografię można utkać z samych anegdot. Bohdan Łazuka, choć zwykle nie grał głównych ról, zawsze cieszył się sympatią widzów. W rozmowie z dziennikarką Karoliną Prewęcką opowiada o aktorstwie, kobietach, o barwnym i jednocześnie zgrzebnym życiu w PRL-u. Prezentujemy fragment wywiadu z tym znanym i lubianym aktorem, piosenkarzem i satyrykiem, pochodzący z książki „Przypuszczam, że wątpię”.

Z już znacznym dorobkiem scenicznym wyruszył pan do kabaretu, a za pośrednictwem Kabaretu Starszych Panów, także na podbój telewizji.
Byłem szczęściarzem, nie dość, że zaliczyłem Współczesny i pracowałem w Syrenie, poznałem tylu tuzów polskiego aktorstwa, to jeszcze przed oficjalnym otrzymaniem dyplomu PWST wiedziałem, że czeka na mnie Kabaret Starszych Panów, najwspanialsza i najbardziej elegancka zabawa telewizyjna tamtych czasów. Dostałem też propozycję występów w kabarecie Szpak. I w nim zadebiutowałem, mając obok, w gronie uczestników tego przedsięwzięcia, takie osobowości, jak między innymi: Stefcia Górska, Tadeusz Orsza, Józef Kondrat, Hanka Bielicka.
Szpak sięgał historią odwilży po śmierci Stalina. Powstał w 1954 roku. Założył Szpaka Zenon Wiktorczyk, niestrudzony człowiek, także założyciel Teatru Buffo, przez kilka dziesięcioleci gospodarz radiowego „Podwieczorku przy mikrofonie”. Młodsi może skojarzą Zenona ze słynnej kwestii wypowiedzianej w „Misiu” Stasia Barei: „Wszystkie Ryśki to fajne chłopaki”.
Wymarzone zaprosiny do Kabaretu Starszych Panów zawdzięczam Mietkowi Czechowiczowi, który ze Starszymi Panami był już związany, a w szkole teatralnej działał jako asystent profesora Kazimierza Rudzkiego. Na mój dyplomowy popis w czerwcu 1961 roku Mietek zaprosił Jerzego Wasowskiego i Jeremiego Przyborę, twórców Kabaretu. Przedstawiałem Chudka w „Wesołych kumoszkach z Windsoru” Szekspira. Wpadłem szacownym gościom w oko i w ucho, bo już od jesieni onego roku na mnie czekali.
Zdawałem sobie sprawę, do jakiego zespołu sław trafiam, i – po swojemu – starałem się nie wychodzić przed szereg. Sławą były już okryte: Irena Kwiatkowska, Kalina Jędrusik i Barbara Krafftówna. Kunsztem zachwycali Wiesław Michnikowski, Edward Dziewoński, Wiesław Gołas, Mietek Czechowicz. Każdy miał swoją wyjątkową osobowość i pozycję w zespole, co mogę porównać do instrumentów muzycznych. Kwiatkowska – pierwsze skrzypce, Krafftówna – wiolonczela, Michnikowski – flet, Dziewoński – perkusja, Gołas – trąbka, Jędrusik – liryczna, wielostrunna harfa, a ja byłem niczym flecik piccolino.
Zabawny duet tworzyli Czechowicz z Michnikowskim, obaj z Teatru Współczesnego, gdzie też wspólnie dokazywali. Czechowicz – duży pan, przy kości. Michnikowski – drobny, mały. Ale to Mietek zawsze wykrzykiwał: „Panie reżyserze, panie reżyserze, bardzo przepraszam, ale Michnikowski mnie zasłania”. Duże dzieci.
I kto mi zaprzeczy, że zawód aktora to nie jest przedłużenie dzieciństwa? Chciałeś w dzieciństwie być strażakiem, a nie zostałeś, to, jeśli jesteś aktorem, masz szansę zostać strażakiem i policjantem, i żołnierzem, i spadochroniarzem. Kim tylko chcesz.
Wiesio Michnikowski, w kolejnych latach, zawsze mnie rozpieszczał. Bawiąc się odmianą nazwiska „Łazuka” przez przypadki, napisał pod moim adresem hymn uwielbienia. Żałuję bardzo, że Wiesio ostatnio mniej się udziela.

Jaką rolę na start dostał pan w Kabarecie Starszych Panów?
Na początek w „Niespodziewanym końcu lata” miałem grać młodego Przyborę. Byłem pod ogromnym wrażeniem strof, które miałem wypowiadać. Oszałamiał mnie liryzm i melancholia zdania: „Bez ciebie jestem tak smutny jak kondukt w deszczu pod wiatr”. Toż nie ma przecież większego smutku na świecie! Sprawcą tekstu był Przybora. Ośmieliłem zapytać się Wasowskiego o Przyborę, bo budowałem sobie postać autora tych słów. Widziałem go oczami wyobraźni jako kogoś nierealnego, utkanego z mgły, nie zwykłego człowieka, ale kogoś z innego świata. A szukając porównań – jako esencję filmów Felliniego, malarstwa Modiglianiego i Toulouse-Lautreca, muzyki Mozarta. Wasowski odpowiedział, że w moich domysłach zawiera się wiele prawdy.
Przybora miał pisać bowiem jako lunatyk, zaraz po nocnej przechadzce po dachach Starego Miasta. Wychodził z mieszkania przy ulicy Freta, wędrował niczego nieświadom, wracał, siadał do stołu, gdzie czekało gęsie pióro. I w natchnieniu pisał. Wychodziły z niego tęsknoty wyrażone w sposób niezwykły, ale o sprawach osadzonych w realiach. Potem szedł spać, budził się, znajdował tekst i wcale w sobie nie rozpoznając autora, dzwonił do Wasowskiego, żeby mu znalezisko przeczytać i wysłuchać oceny. Bo w życiu codziennym Przybora był bardzo konkretnym facetem. Miał kanoniczne podejście do życia. Jego interesowało na przykład dobre jedzenie. Chciał, żeby blondyna miała duży biust. Nie lubił, jak ktoś się spóźniał.

A jacy wobec pana byli Starsi Panowie?
Kiedyś zaprosiłem pana Jeremiego do cukierni tuż za Bazyliszkiem na Rynku Starego Miasta, niedaleko jego domu, ale też mojego wtedy, bo mieszkałem na Nowym Mieście. Przybora, jak Bardini, był straszny łasuch, chociaż figurę miał całkiem inną od Bardiniego, przypominał największych przystojniaków, amantów amerykańskiego kina lat pięćdziesiątych
Gregory’ego Pecka czy Jamesa Stewarta. W cukierni koło Bazyliszka serwowali pyszne galaretki w pucharkach i my zrobiliśmy sobie galaretowy bruderszaft. Przybora był wobec mnie bardzo otwarty. Galaretki były kolorowe jak lizaki, scena jak z odpustu, ale było to niezwykle sympatyczne. Szczycę się, że byłem z Przyborą na ty. Snob ze mnie wychodzi.
Natomiast pan Jerzy pozostał panem Jerzym, mistrzem. Wszyscy, którzy znali Wasowskiego, mają jego jednoznaczną definicję. Mówi się o nim jednym głosem. Zostawił testament kogoś nienagannego, wzorcowego pod każdym względem, a do tego dodajmy jego kolosalne poczucie humoru, dystansowanie się do rzeczywistości. Sam Przybora mawiał, że w Kabarecie autorytetem najwyższym jest pan Jerzy. Dzwoniła do mnie żona pana Jerzego, pani Maria Dobrzyńska, aktorka, mówiła, że wnuk, znaczy syn Grzesia Wasowskiego, student, pisze pracę o dziadku. Poprosiła, żebym się wypowiedział.
Jeremi i pan Jerzy cudownie się dopełniali. Tworzyli genialnie zestrojoną odmienność temperamentów. Jeden tworzył wyborne teksty, drugi takąż muzykę. Wyjątkowy duet autorsko-kompozytorski. Bo, jak Przybora pisał w swoich „Miniaturkach”, różnie to może być. Postaci, nawet żyjące po sąsiedzku, nie zawsze do siebie pasują: „W tym sklepiku, gdzie świeże jarzyny, sprzedawały dwie młode dziewczyny. Jedna brudna i czosnek lubiła. A ta druga pachnąca i miła”. Przybora z Wasowskim wspólnie byli tą pachnącą i miłą.

Piosenką z repertuaru Starszych Panów, która przeszła do historii, w pana wykonaniu, w duecie z Barbarą Krafftówną, jest utwór „Przeklnę cię”.
Olga Lipińska, która różne rzeczy może na mój temat opowiadać, bo w czasach studenckich i w późniejszych też, w czasach Kabaretu Olgi Lipińskiej, zalazłem jej za skórę, podkreśla, że „Przeklnę cię” to najlepszy duet kabaretowy, jaki kiedykolwiek widziała i słyszała. Utwór okazał się trudny do wykonania. Musieliśmy się z Basią dość długo zestrajać. W założeniach miał być walczykiem, a wyszedł z tego pastisz operetki. Wpłynął na to Staś Dygat, wielki pisarz i mąż Kaliny Jędrusik, któremu opowiadałem, jak to w szkole teatralnej profesor Marian Wyrzykowski, wybitny polski aktor – niestety, kolejny w gronie zapomnianych – nauczał nas dykcji i ćwiczenia robił aż przesadzone, ale na dobre nam wychodziło. Kazał mocno wargę odchylać, do tego stopnia, że z aparatu mowy jakiś taki puch wyskakiwał zamiast słów. Dygata bardzo śmieszyły te nasze wprawki z manieryczną artykulacją. Opowiedział Przyborze o tym, czego w szkole nauczył się Łazuczeńka, jak mnie nazywał, i któregoś dnia na próbie słyszę od pana Jerzego, który nam akompaniował, żebym spróbował zaśpiewać z „tą wargą”. Basia Krafftówna z miejsca podchwyciła pomysł i tak zostało. Basia była straszną śmieszką, lubiła ubaw.
Siłą Kabaretu Starszych Panów była precyzja wykonania. Nie uznawaliśmy półśrodków. Dawaliśmy z siebie maksimum. Trzeba dodać, że Przybora z Wasowskim potrafili świetnie rozpoznać umiejętności każdego z zespołu i pisali pod konkretną osobę. Tak jak dawniej obstalowywało się buty czy garnitur z myślą o jednej osobie, tak oni przydzielali role.
Jak kiedyś Dudek Dziewoński nie mógł grać, i to wcale nie chodziło o jego koronną postać wykwintnie się wypowiadającego, pewnego siebie Kuszelasa, ale miał do wykonania coś mniejszego, to i tak przełożono występ. Był nie do zastąpienia i koniec.
À propos nazwisk w Kabarecie Starszych Panów, to one były nie z tej ziemi! Kto inny mógł je wymyślić, jak nie Przybora?! Ten Kuszelas, magister Biodrowicz, ta hrabina Tyłbaczewska, doktorowa Praszczadkowa... Choć muszę dodać, że spotkałem się kiedyś z jeszcze bardziej zdumiewającym przypadkiem. Otóż w Teatrze Syrena pracował gość, często statystował, a posługiwał się biletem wizytowym, na którym widniało: „Giovanelli Oryginal, jedyny w Polsce imitator krokodyli”. Jak Boga kocham.

Fragment wydanej nakładem Prószyński i S-ka książki „Przypuszczam, że wątpię”, wywiadu rzeki z Bohdanem Łazuką.
Rozmawiała Karolina Prewęcka.

wersja do druku