Strona główna / Albumy / Portret filmu „Ogniem i mieczem”

Inne książki z tej kategorii

Bug. Pejzaż nostalgiczny

Artur Tabor
Cena detaliczna: 69,90 zł

Tatarak. Pożegnanie miłości


Cena detaliczna: 39,00 zł

Katyń (edycja limitowana z filmem DVD Katyń)

Andrzej Wajda
Cena detaliczna: 150,00 zł
Portret filmu „Ogniem i mieczem”

Kategoria: Albumy
ISBN: 83-7180-489-X
Cena detaliczna: 0,00 zł
nakład wyczerpany
Oprawa: twarda
Album znanego fotografika zawiera kilkaset zdjęć, wykonanych na planie filmu "Ogniem i mieczem", realizowanego od jesieni 1997 do lata 1998 roku przez Jerzego Hoffmana. Znakomite, barwne fotografie, opatrzone podpisami przez Krzysztofa Łukaszewicza, autora książki Sto dni Hoffmana, odpowiednio dobranymi cytatami z powieści i wypowiedziami reżysera, pozwalają nie tylko prześledzić kolejne fazy powstawania filmu, ale i zobaczyć to, czego na ekranie kina zobaczyć się nie da.

Zenon Żyburtowicz:

Była to największa przygoda mojego reporterskiego życia. Deptałem po piętach realizatorom, aktorom, całej ekipie. Znalazłem się w oku cyklonu, tak blisko akcji, jak tylko się dało. Musiałem jedynie uważać, żeby swoim poruszaniem nie popsuć, broń Boże, kadru. Jestem wdzięczny operatorom, że okazywali mi nie tylko życzliwość, ale i pomoc.

Pamiętam pierwszy dzień zdjęciowy - 13 października 1997 roku. Jerzy Hoffman, na przekór trzynastce, sam oznajmił pierwszy klaps do filmu fabularnego i serialu telewizyjnego "Ogniem i mieczem", co, oczywiście, utrwaliłem w swoim ujęciu. Był to w dodatku poniedziałek, a reżyserzy odżegnują się od zaczynania swoich dzieł w tym dniu tygodnia. Hoffman w ciągu jedenastu lat walki o możliwość dokończenia filmowej trylogii pokonał tyle przeszkód, ze nie przejmował się już przesądami. Byle wreszcie zacząć!

Akcja "Ogniem i mieczem" rozpoczęła się w skansenie - Muzeum Wsi Mazowieckiej w Sierpcu. Na zaoranym jesiennym polu ustawiono kamery. Klaps finałowy uwieczniłem sto osiemnastego dnia zdjęciowego w Pieskowej Skale. Zespół zmieścił się w czasie, zdążył przed północa. Między inauguracją a końcówką przenosiliśmy się z miejsca na miejsce. Były postoje w Lublinie, Warszawie, Zubrzycy Górnej, Biskupinie, Biedrusku. Marzliśmy, mokliśmy w deszczu, czekaliśmy na słońce. Nieposłuszna pogoda może doprowadzić do szału.

Najbardziej bałem się tego, że zachoruję; nie chciałem stracić ani godziny. Przeżywałem wraz z innymi bitwy i potyczki, czyny bohaterskie i zdrady. Podglądałem obiektywem ludzkie namiętności, widziałem małość i wielkość człowieka, miłość i nienawiść. Wszystko, co ludzkie, iskrzy, ociera się o siebie w dziele Sienkiewicza. Było mi dane odczuć na własnej skórze, jak wielki wysiłek, ile poświęceń kryje się za magią kina, jaką potężną machinę trzeba uruchomić, ile trybów i trybików poruszyć. Niby wszyscy o tym wiedzą, ale co innego wiedzieć, a co innego widzieć te zmagania na co dzień, bezpośrednio w nich uczestniczyć.

Jerzy Hoffman zużył na "Ogniem i mieczem" sto sześćdziesiąt tysięcy metrów taśmy. Podczas montażu filmu dokonano czterech tysięcy cięć. Wyobrażam sobie ciężar koniecznych decyzji. Ja przeżywałem rozterki na własną skalę. Zrobiłem trzydzieści tysięcy zdjęć, a musiałem wybrać ledwie ponad dwieście najlepszych czy też najbardziej charakterystycznych, mających stworzyć wiarygodny portret filmu. Pokazać jego urodę i klimat, a także warunki, często spartańskie, w jakich powstawał, oddać atmosferę panującą na planie i w przerwach intensywnej pracy.

W najdłuższym fotoreportażu, jaki kiedykolwiek zrobiłem, są utrwalone również sceny, które nie zmieściły się w trzygodzinnym filmie. Moim zamierzeniem było udokumentowanie działań wszystkich twórców i wykonawców, ludzi i koni, pejzaży i scenografii, kostiumów i militariów. Akcja filmu jest wartka, dynamiczna. Widz, wciągnięty w wir zdarzeń, może przeoczyć piękne szczegóły. Starałem się zatrzymać je w kadrze. Stop-klatki mogą przybliżyć ozdobny guzik, bogatą uprząż konia, kunsztowny przedmiot w domu Kurcewiczów, misterny wzór tkaniny.

Najtrudniejsze było jednak portretowanie Sienkiewiczowskich bohaterów. Chodziło mi o podwójne spojrzenie na nich: aby spoza postaci literackiej wyłaniała się również osobowość aktora, który ją gra. Takie dwa w jednym. Próbowałem odsłonić jednocześnie imć Zagłobę i Krzysztofa Kowalewskiego, Helenę i Izabellę Scorupco, Skrzetuskiego i Michała Żebrowskiego, Bohuna i Aleksandra Domogarowa.

Nie ukrywam, że obiektyw często - i z tego świadomością - kierowałem w stronę Jerzego Hoffmana, który imponował mi swoją ekspansją i ekspresją: zrywał się z krzesła reżysera, aby zademonstrować, jak Skrzetuski ma tulić Helenę, jak wieszać wroga, cieszyć się zwycięstwem. Przyłapywałem go również w chwilach zadumy, samotnych rozmyślań. I na spacerze z żoną Walentyną.

Nie chcę za bardzo się rozgadywać. Zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że fotografia powinna mówić sama za siebie. Nie będę więc szczegółowo opisywał swoich wrażeń. Niech moje kadry, pokazując to, co mnie najbardziej uwiodło na planie, bronią się same.


wersja do druku