Strona główna / / Wywiady / Jestem szczęściarą!

Nowości

Fałszywa nuta

Izabela Żukowska
Cena detaliczna: 36,00 zł

Perska zmysłowość

Laila Shukri
Cena detaliczna: 35,00 zł

Zamknij oczy

Iwona Żytkowiak
Cena detaliczna: 38,00 zł

Zapowiedzi

Fale grawitacyjne. Nowa era astrofizyki

Nathalie Deruelle, Jean-Pierre Lasota
Cena detaliczna: 39,99 zł

Nie mam więcej pytań

Gillian McAllister
Cena detaliczna: 39,99 zł

Nuselski punk

Green Scum
Cena detaliczna: 39,99 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Trump pod ostrzałem Michael Wolff
  2. Niebieska sukienka Grażyna Jeromin-Gałuszka
  3. Materiał ludzki Piotr Borlik

Fotogaleria

więcej »
02.08.2012

Jestem szczęściarą!

Z Izabelą Pietrzyk, autorką powieści "Wieczór panieński", rozmawia Monika Wilczyńska z portalu SzczecinCzyta.pl.







Dokładnie rok po ukazaniu się pierwszej Pani książki w księgarniach pojawiła się kolejna. Każda z nich liczy ponad 500 stron. Kiedy znajduje Pani czas na pisanie? Pracuje Pani zawodowo i jeszcze ma spore grono przyjaciółek, o których za chwilę.
Obydwie książki są dość obszerne, bo zawsze miałam problemy z tak zwaną krótką formą wypowiedzi: jak zaczynam gadać, to gadam i gadam i gadam… Najwidoczniej ten defekt przerzucił mi się też na pisanie :) A jeśli chodzi o wolny czas? Faktycznie jestem aktywna zawodowo, ale kocham to co robię i kocham młodzież, z którą pracuję, więc wracam do domu wypoczęta, roześmiana i szczęśliwa. Dzięki temu – w przeciwieństwie do większości ludzi – nie muszę odpoczywać po pracy w domu. Fajnie, nie?

Akcja książek dzieje się w naszym mieście a bohaterkami są Pani przyjaciółki, które istnieją naprawdę i chodzą po ulicach Szczecina. Niektórym czytelnikom trudno je wszystkie zliczyć. Ale mi się udało – w drugiej powieści jest ich dziewięć! Kto ma aż tyle bliskich przyjaciółek!? Jest Pani wyjątkową szczęściarą!
Zgadza się: jestem szczęściarą. I codziennie dziękuję za to Bogu. Gdybym miała ułożyć jakąś prywatną modlitwę do Niego, zaczynałaby się słowami: „Dziękuję Ci Boże za pracę, w której odpoczywam i za ludzi, z którymi przebywam…” Ze względu na mój defekt, o którym wspominałam, ta modlitwa byłaby zapewne dłuższa od „Pana Tadeusza”, bo chciałabym podziękować w niej oddzielnie za każdą bliską mi osobę.
Tak samo było w przypadku książek – nie umiałam pominąć ani jednej z moich przyjaciółek, no i się ich namnożyło w ilości trudnej do zliczenia :-) To też jakoś tłumaczy dużą objętość powieści, prawda? Jeśli podzielić pięćset stron na dziewięć kobiet… a w zasadzie na dziesięć (wszak oprócz szczecinianek jest jeszcze nasza koleżanka z Krakowa), to wychodzi zaledwie pięćdziesiąt stron na jedną postać. Mówię „zaledwie”, bo są to przecież postacie kobiece, a niełatwo opisać kobietę na pięćdziesięciu stronach. Chyba, że w nowelce…

Czy przyjaciółki czytały te książki w trakcie ich powstawania, czy też nie miały takiej możliwości?
O pierwszej w ogóle nie wiedziały, że powstaje. Pisałam „Babskie gadanie” w tajemnicy przed nimi, „ponieważ albowiem gdyż”, miało być prezentem-niespodzianką od Świętego Mikołaja. Chciałam im w ten sposób podziękować za pomoc w przebrnięciu przez bardzo trudne momenty mojego życia, kiedy przypominałam żałosną kupkę rozlatującego się nieszczęścia, a one mnie miesiącami holowały na swoich plecach, żeby w końcu złożyć z powrotem w człowieka. 

Napisałam, wydrukowałam i wręczyłam im maszynopis na mikołajkowej imprezie. Szok był, muszę przyznać:) Dostały wersję elektroniczną i miesiąc czasu na wniesienie ewentualnych poprawek czy cięć w tekście. To chyba oczywiste, że nie mogłam słać książki do wydawnictw bez tej wstępnej cenzury – cytowałam przecież ich autentyczne wypowiedzi i opisywałam ich prawdziwe życie. Nie zmieniły i nie usunęły ani słowa!
Może nie spodziewały się, że ktokolwiek zechce to wydać? :-) A jednak ktoś zechciał. Kiedy wydawnictwo Prószyński zadzwoniło do mnie z informacją, że książka została przyjęta do druku, znowu wpadłyśmy w szok – ja chyba największy! 

O powstawaniu “Wieczoru panieńskiego” wiedziały od początku, ale nie były zainteresowane szczegółami mojej twórczości. Stwierdziły, że poczekają jak książka pojawi się w księgarniach, bo oczy już nie te i czytanie z ekranu komputera za bardzo je męczy – jak mamy zwyczaj mawiać: SKS! (czyli: „starość, k…, starość”!) 

Moje książki nie mają najmniejszego wpływu na nasze relacje. Mało o tym rozmawiamy. Może teraz trochę więcej, bo „Wieczór panieński” niedawno pojawił się na rynku. Ale jeszcze tydzień, dwa i wszystko przycichnie. Żadna z nas nie czuje się bohaterką literacką – pracujemy, mamy rodziny, chodzimy po ulicach Szczecina załatwiając codzienne sprawy i obowiązki. Życie przynosi nowe problemy, nowe dylematy i nowe radości. I to je będziemy „maglować” podczas kolejnych wielogodzinnych i wielowątkowych rozmów przy butelce wina…

Pani powieści skrzą się inteligentnym humorem a ich czytanie grozi wybuchami śmiechu. Ich okładki mogą wskazywać, na to że to typowe „babskie czytadła” ale, ale… Jestem miło zaskoczona. Świetnie się przy nich bawiłam, a i mężowi czytałam co ciekawsze fragmenty. No właśnie.. Czy znany jest Pani jakiś osobnik płci męskiej, który przeczytał „Babskie gadanie” lub „Wieczór panieński”?
Bardzo dziękuję za „skrzenie się inteligentnym humorem”. Jak już mówiłam, to nie moja zasługa, ale całego babskiego towarzystwa: oddzielnie przypominamy lonty, które leżą sobie cicho i bezpiecznie. Dopiero kiedy te lonty się spotkają, zaczyna ostro iskrzyć i następuje seria samozapłonów i wybuchów. 

Wracając do Pani pytania, to odpowiadam, iż znam osobników płci męskiej, którzy przeczytali „Babskie gadanie”. Ale nie wiem czy to się liczy, ponieważ wszyscy ci panowie sięgnęli po książkę, bo znają którąś z jej bohaterek osobiście: albo jest żoną, albo siostrą, albo koleżanką, albo kimś tam innym. 

Podejrzewam, że sami z siebie w życiu by się nie pokusili o lekturę „Babskiego gadania”. Po pierwsze – cytuję jednego z nich – „Okładka jak dla geja! Muszę w jakąś gazetę tę twoją książkę zawinąć, żebym mógł na plaży czytać i bez strachu plecy opalać!”. 

Po drugie – to już moje własne przypuszczenie – odrzuca ich sam tytuł. Uważam, że babskie gadanie jest jednym z filarów cywilizacji, ale panowie ten akurat filar traktują bardzo dosłownie i robią z nim to samo, co robią z filarami mostów, ze słupkami na poboczach dróg, albo z pierwszym od zderzaka drzewem :-) No więc nie wiem! Liczą się ci męscy osobnicy, których znam i wiem, że przeczytali? Chyba nie, bo ich czytanie takie trochę partykularne było: chcieli zrozumieć czego ta „kobita” chce i o co jej chodzi. 

Poza tym, żadna z nas nie zauważyła, aby po lekturze książki w którymkolwiek mężczyźnie nastąpiły jakiekolwiek zmiany. I to jest najlepszy dowód na to, że piszę jednak tylko „babskie czytadła”: psychiką czytelnika nie wstrząsnę, zmian społecznych w Ojczyźnie nie wywołam i z kagankiem oświaty pod strzechy nie trafię! 

Coś mi się przypomniało! Znam jednego faceta, którego nie znam (wiem, że dziwnie to brzmi), a który przeczytał „Babskie gadanie”. Odnalazł mnie na portalu i przesłał list, w którym zapewnił, że chociaż jest mężczyzną, to książka bardzo mu się podobała. Podpis pod tym listem omal nie zrzucił mnie z krzesła. Imię i nazwisko, a potem: Strażak z Jednostki Ratownictwa Gaśniczego numer 5 na Firlika. Jeśli pamięta Pani „Babskie gadanie”, to na kilku stronach przewijają się tam teksty o strażakach, z którymi wprawdzie nie mamy niczego wspólnego, ale funkcjonują w naszym leksykonie jako warte pożądania symbole męskości. Już chciałam poinformować Dziewczynki, że na najbliższe spotkanie zaproszę chłopaków z Firlika, ale coś mnie tknęło. Weszłam w profil nadawcy i obejrzałam zamieszczone tam zdjęcia. Nie kłamał. Było sporo fotografii z pracy. On i koledzy. I wszyscy… w wieku naszych dzieci! No załamałyśmy się, normalnie – wszystkie dziewięć! Jedna w jedną!!! Nie wiem czemu, ale nie pomyślałyśmy wcześniej, że strażak, który jest naszym rówieśnikiem, to od samego obładowania go sprzętem ratunkowym straciłby kilka dysków w kręgosłupie. A gdzie wspinanie się z tym ekwipunkiem po niebosiężnej drabinie? Gdzie temperatura i wynoszenie z płomieni zaczadzonej kobiety?!
Podziękowałam grzecznie za list, pozdrowiłam strażaków z Firlika w imieniu wszystkich koleżanek i od tego dnia przestałyśmy fantazjować na ich temat. Wszystko można o nas powiedzieć, ale nie to, że jesteśmy pedofilkami!!! 

Niektórzy odbierają te książki jako bardzo feministyczne. Przyjaciółki nie szczędzą sobie żartów i często kpią z mężczyzn. Jedna z nich wysnuła nawet teorię, że „Kobiety i mężczyźni są z Wenus. Gdy kobiety zdecydowały się przylecieć na Ziemię, panowie „zabrali się” z nimi na pokład jako mechanicy”.  Jestem skłonna poprzeć tę teorię, ale pod jednym warunkiem. Nawet jeśli kiedyś mężczyźni i kobiety razem zamieszkiwali Wenus, to i tak żyli w dwóch różnych państwach, których obywatele mówili dwoma różnymi językami. 

Co ciekawe, obydwa języki posługują się tym samym alfabetem i tymi samymi słowami, a jednak są sobie zupełnie obce. Bo w Państwie Kobiet i w Państwie Mężczyzn za identycznymi dźwiękami, słowami i obrazami kryją się diametralnie różne uczucia, symbole, myśli, skojarzenia… Jeśli ktoś nie rozumie o co mi chodzi, to spieszę z „jeszcze ciepłym” przykładem:
Schyłek upalnego lipcowego dnia. Jestem na spacerze z psem. Patrzę urzeczona na słońce, które kilka godzin temu parzyło skórę i topiło asfalt, a z nadejściem wieczoru zamieniło się w czerwoną kulę o idealnym zarysie krwawych konturów. Ono dosłownie płonęło żywym ogniem na tle wielokolorowego nieba. Obrazek zatykający dech w piersi, więc mówię w myślach: „Chwilo, trwaj”. Nie mówię głośno, bo mijam akurat zakochaną i czule obejmującą się parę. Ona i on. Oboje mają co najwyżej dwadzieścia lat.
- Zobacz, kochanie, jak pięknie zachodzi słońce. Jaki to śliczny i romantyczny widok… – Wzdycha ona, zaglądając mu w oczy i wtulając się cztery razy bardziej w jego ramiona. I patrzy rozanielonym, cielęcym wzrokiem raz na niego, a raz na czerwoną kulę opadającą powoli za linią drzew Puszczy Bukowej – Coś pięknego, prawda?
-Ychy! Jakby się las jarał… – odpowiada on, przeciągle ziewając i gapiąc się w telefon – Albo komóra mi siada, albo coś nie tak z zasięgiem.
Nie wiem czy ten chłopak naprawdę nie widział cudnego obrazka ocierającego się o słoneczny surrealizm czy tylko wstydził się przyznać, że i jego coś za serce szczypie. Mam nadzieję, że chodziło o to drugie…  Może chromosom Y ma jakieś uboczne działanie, które utrudnia mężczyznom mówienie o uczuciach? Czasami wydaje mi się, że uważają takie rozmowy za słabość, za oznakę zniewieścienia… Oni wolą być samurajami. Gdzieś czytałam, że Japończyk tylko raz w życiu mówi: „kocham” – podczas ślubu. I już wiem, że Japonia jest ostatnim krajem, w którym chciałabym zamieszkać:-) 

To o czym mówiłyśmy…?:-) Acha! Że moje książki są bardzo feministyczne!  Jeśli feminizm rozumieć jako pogląd, iż kobieta nigdy nie dogada się z mężczyzną, bo facetom nie są dostępne pewne obszary naszych uczuć i myśli, to przyznaję, że jestem zdeklarowaną feministką! I potwierdzam, że napisałam dwie bardzo feministyczne książki.  Natomiast jeśli za feminizm uznać jakieś oszalałe marsze, w czasie których kobiety wymachują transparentami: „Ręce precz od mojej macicy!”, to ja się z nimi absolutnie nie identyfikuję. Jestem feministką i jestem za równouprawnieniem, więc uważam, że jeśli w mojej macicy jest dziecko, to ono nie jest tylko moje.
I żeby skończyć temat na wesoło… Uważajcie, drogie panie! Bo faceci w końcu też się wkurzą i wyjdą na ulicę z okrzykami: „Precz od mojego penisa!”. Podoba wam się taka wizja?
Wieeeeeem! Pokrzyczą, pokrzyczą, a finalnie się okaże, że „penis nie sługa” (to męski odpowiednik naszego: „serce nie sługa”) :-) 

A jak znosi Pani sławę na uczelni? Czy studentki ustawiają się w kolejce po autograf?
:-) I już wiem, że bardzo fajnie wpasowałaby się Pani w nasze towarzystwo:-) Uwielbiamy żarty tego kalibru! Odpowiadam: sławę znoszę nad wyraz dobrze. Paparazzi na ulicy i pod uczelnią sterczeli całodobowo, ale ich psem poszczułam i uciekli:-) A studentki ustawiają się i owszem. W kolejce. Na konsultacje. Żeby zaliczyć nieobecności i zawalone „wejściówki”, czyli szybkie sprawdziany na początku każdych zajęć. I wręcz modliły się o mój autograf. W indeksie :-)

Kto wie, może i wpasowałabym się w Wasze towarzystwo. Jestem “upośledzona samochodowo” jak Iza, więc może to byłaby dodatkowa przepustka? :-)
„Dziewczynki” kontaktują się ze sobą codziennie za pomocą Internetu. Domyślam się, że Internet jest dla Pani ważny? Bez Internetu nie ma życia! I ja nie wiem jak mogłam żyć kiedyś bez Internetu!!! Jestem gotowa stwierdzić, że moje dzieciństwo to jakaś martyrologia była! Bez komórki, bez Internetu, bez efektu jo-jo…

Narratorką obu powieści jest Izabela, która jest tak jak Pani wykładowcą na Uniwersytecie Szczecińskim, jest po rozwodzie, ma nastoletnią córką i psa. Czy spotyka się Pani z pytaniami „co jest prawdziwe a co wymyślone w Pani książkach”?
Oczywiście, że się spotykam! I chociaż wciąż tłumaczę, to mam wrażenie, że nikt mi nie wierzy w to, że dałam z siebie bardzo dużo, ale też i bardzo dużo wymyśliłam. Najgorzej jest z tym rozbuchanym romansem w „Babskim gadaniu”. Tylko moja córka i moich dziewięć przyjaciółek wie, że to wyssana z palca fantazja. Ale reszta patrzy na mnie podejrzliwie. Nawet rodzony ojciec!!!  Z „Wieczoru panieńskiego” nie będę musiała się na szczęście tłumaczyć. Jestem w nim z dala od miłosnych uniesień i tylko opowiadam. Ale to co o tych uniesieniach opowiadam również jest czystą fantazją. Przepraszam…:-)

Akcja pierwszej książki dzieje się w Szczecinie, w kolejnej przenosimy się na parę dni do Krakowa, a tam wspólnie z kilkoma bohaterkami świętujemy „wieczór panieński” jednej z nich. Przyjaciółki są pełne obaw o przyszłość panny młodej. Bo czy można zakochać się szczęśliwie po 40-stce?
Coraz częściej myślę, że chyba ciekawiej zakochać się po 40-stce, niż po 20-stce. Ciekawiej, ale trudniej… Wydaje mi się, że kobieta po 20-stce szuka mężczyzny, który jest swoistym połączeniem reproduktora z bankomatem. Czyli takiego, który da jej zdrowe potomstwo, który zrobi karierę, kupi wymarzone gniazdko (i urządzą je wedle najnowszych trendów), a na dodatek zafunduje letnie oraz zimowe wczasy w takich miejscach, że rodzina i towarzystwo będą zielenieć z zazdrości.  I nie ma w tym niczego złego, ani godnego potępienia. Dziewczyna stojąca na starcie życia ma inne priorytety i inaczej patrzy w przyszłość. I bardzo dobrze, że patrzy na ewentualnego kandydata do ożenku jak na reproduktoro-bankomat. A kobieta po 40-stce? Reprodukcja już jej nie w głowie… Ma własną kartę płatniczą… Jeździ sobie na wczasy… Przemeblowuje mieszkanie… Taka po 40-stce szuka zatem kogoś już tylko do kochania. I – wbrew pozorom – „poprzeczkę” ustawia dużo wyżej, niż 20-stka.  Podstarzała baba nie potrzebuje ani plemników ani pieniędzy. Potrzebuje miłości, czułych słów, ciepła, przytulania. Potrzebuje kogoś z kim nie będzie się nudzić. Kogoś kto ją raz rozśmieszy, a raz wzruszy do łez… A to nie lada wyzwanie dla prawdziwego mężczyzny.  Może dlatego, przekraczając granice wieku średniego, niektórzy panowie wolą wiązać się z dziewczęciem nadającym się raczej do adopcji? Może łatwiej im być reproduktoro-bankomatem, niż czułym i atrakcyjnym towarzysko partnerem? Nie wiem. Tak sobie luźno dywaguję… To o czym mówiłyśmy…:-)? Acha! Czy można zakochać się szczęśliwie po 40-stce? Sądząc po mojej Eli z Krakowa – można! A tak naprawdę to ona nie jest po 40-stce, tylko po 50-tce… 

Muszę przyznać, że zżyłam się z „Dziewczynkami”, polubiłam ich poczucie humoru. A zatem kiedy kolejna część? Czyżby za rok?
Nie wiem, czy coś będzie za rok. Jak mawiała Scarlett O’Hara: „pomyślę o tym jutro”. Póki co, szykuję się do wyjazdu na wakacje. Z Dziewczynkami, oczywiście. Trzeciego sierpnia w szósteczkę lecimy do Bułgarii. Trochę jesteśmy zaniepokojone, bo biura podróży padają jak kawki i niedawny zamach terrorystyczny na lotnisku w Burgas i na dodatek nasz przewoźnik lotniczy właśnie dzisiaj ogłosił koniec swojej kariery… Ciekawie się zapowiada, prawda?:-)  Mamy na ten temat swoje zdanie. Według nas, to jeden z małżonków wszystko zorganizował. Żebyśmy mu żony nie wywiozły na tak długo i na tak daleko :-)  Mamy zaplanowany wylot z Poznania. Jeśli samolotu nie będzie, to rozbijemy się na lotnisku i będziemy tam koczować. Opiszę to wszystko w książce i zatytułuję ją: „Terminal – reaktywacja”. Do naszego realistycznego koczowania dorobię romans z idealistycznym mężczyzną. A jak to sfilmują w Hollywood, to główną rolę zagra Tom Hanks!!! :-)

Oj, to będzie się działo! Życzę jednak udanego wylotu i lądowania. Jak można się domyślać na pewno będziecie się dobrze bawić! A jak się nadarzy jakiś ciekawy osobnik rodzaju męskiego to… walizką po nogach! Ale to już same wiecie :-) Dziękuję za rozmowę.
To ja dziękuję. Za zainteresowanie nie tylko mną, ale i moimi koleżankami. Przepraszam za gadatliwość. Taki defekt :-)

Źródło: szczecinczyta.pl

wersja do druku