Strona główna / / Jak zostałem premierem

Nowości

Spalone mosty

Izabella Frączyk
Cena detaliczna: 39,99 zł

Powrót milionera

Izabella Frączyk, Jagna Rolska
Cena detaliczna: 39,99 zł

Ogród cieni

Virginia C. Andrews
Cena detaliczna: 42,00 zł

Zapowiedzi

Tak blisko, tak daleko. Bieszczady po drugiej stronie granicy

Krzysztof Potaczała
Cena detaliczna: 46,00 zł

Żadanica

Katarzyna Puzyńska
Cena detaliczna: 45,00 zł

Taniec życia. Jak stajemy się ludźmi

Roger Highfield, Magdalena Żernicka-Goetz
Cena detaliczna: 49,99 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński
  2. Zgiń, przepadnij Olga Rudnicka
  3. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka
04.10.2007

Jak zostałem premierem

Przedstawiamy fragment książki "Marcinkiewicz. Kulisy władzy", czyli wywiadu rzeki przeprowadzonego przez Michała Karnowskiego i Piotra Zarembę z byłym premierem Kazimierzem Marcinkiewiczem.

Michał Karnowski, Piotr Zaremba: Pana nominacja na stanowisko premiera była dość sporym zaskoczeniem nie tylko dla Polaków, ale także dla obserwatorów i dziennikarzy. Taka informacja, nie jako spekulacja, ale jako jedna z możliwości dotarła do dziennikarskich kręgów po raz pierwszy dopiero w dniu wieczoru wyborczego po wyborach parlamentarnych. A kiedy Pan się dowiedział?

Kazimierz Marcinkiewicz: Pewnie Panów zaskoczę, ale sporo wcześniej. Oczywiście wiedziałem jak wszyscy, że gdyby Jarosław Kaczyński nie zdecydował się zostać premierem, funkcję tę obejmie ktoś inny z kierownictwa partii. Do najpoważniejszych należały kandydatury Zbyszka Ziobry i Ludwika Dorna. O tym, że wśród kandydatów pojawiło się moje nazwisko, usłyszałem po raz pierwszy w Londynie, w sierpniu 2005 roku. Byłem tam wtedy w szkole, przyjechał też Adam Bielan.

To była szkoła językowa?
Tak, szkoła języka angielskiego. Od pięciu lat jeżdżę do Londynu nadrabiać zaległości. W Polsce nie mam czasu uczyć się angielskiego, a w moim wieku wcale nie przychodzi to łatwo. Przez tydzień codziennie spotykaliśmy się w londyńskich pubach i rozmawialiśmy – oczywiście o polityce. O szczegółach programu Prawa i Sprawiedliwości (PiS), o tym, w jaki sposób przejmować władzę. Wtedy Bielan pierwszy raz powiedział mi w zaufaniu, że prezes Kaczyński rozważa wariant, który potem się zrealizował. Czyli, że aby Lech Kaczyński mógł wygrać wybory prezydenckie, Jarosław nie zostanie premierem rządu. Nie zaskoczyło mnie to, bo wszelkie analizy polityczne i socjologiczne wskazywały, że jeśli Jarosław Kaczyński obejmie funkcję premiera, szanse Lecha Kaczyńskiego na prezydenturę znacznie się zmniejszą.

A Pana nazwisko wśród kandydatów?
Tym byłem zaskoczony, ale traktowałem ten pomysł jako wyraz woli współpracy z Platformą Obywatelską (PO). W PiS zawsze byłem tym politykiem, który miał najwięcej przyjaciół po tamtej stronie i najbliższe im poglądy, zwłaszcza w sprawach gospodarczych. Toteż wiedziałem, że wszystko jest możliwe. Ale zdawałem też sobie sprawę, że decyzja zostanie podjęta w ostatniej chwili, kiedy już będzie wiadomo, czy tworzymy nowy rząd.

Czy Bielan zdradził tajemnicę, czy może był wysłannikiem, który testował Pana reakcję?
Myślę, że ani jedno, ani drugie. Po prostu przekazywał mi informację, która pojawiła się wewnątrz PiS-u, choć w bardzo zamkniętym gronie. Potem, we wrześniu, w październiku, już wszyscy o tym rozmawiali. Co więcej, Adam Bielan namawiał mnie, żebym zaczął promować swoją kandydaturę, przekonywać prezesa Kaczyńskiego, by to właśnie mnie wskazał.

Kiedy po raz pierwszy zaświtała Panu myśl, że to jest realne i że przyjąłby Pan taką ofertę?
Nigdy o tym nie marzyłem, nigdy o tym nie myślałem, nigdy tego nie planowałem. Raczej biorę życie takim, jakie jest.

Wiemy z doświadczenia, że każdy polityk nosi w plecaku buławę premiera. Każdy, kto traktuje tę grę poważnie, o tym myśli i marzy.
Myśl, że mógłbym zostać premierem, nie przychodziła mi do głowy z bardzo prostego powodu – nie byłem liderem partii. A na całym świecie naturalne jest, że to szef zwycięskiego ugrupowania zostaje premierem. I choć w ogóle w polityce jest bardzo mało naturalności, to staram się jednak wprowadzać ją w życie.

Tak, to jest model idealny, ale przecież wie Pan doskonale, jak w praktyce działają w Polsce mechanizmy wyłaniania władzy. Często premierami zostają postacie z drugiego szeregu – Bielecki, Suchocka, Buzek.
Dobrze, powiem jeszcze inaczej. Może zabrzmi to infantylnie, ale ja nigdy się nigdzie nie pchałem. Spójrzmy trochę wstecz. To rada pedagogiczna mojej szkoły zaproponowała mi w 1989 roku, żebym został wicedyrektorem. Wybrali mnie nauczyciele. Byłem pewnie pierwszym wicedyrektorem wybranym jeszcze w PRL-u przez radę pedagogiczną. Zaczynały się zmiany, trwał Okrągły Stół, normalność wkraczała do kraju, ale w szkole nie było jeszcze demokracji. To był ewenement. Potem, gdy odpoczywałem nad jeziorem, w jednym z najpiękniejszych miejsc, jakie znam – w Lubniewicach, przyjechali do mnie przedstawiciele nauczycielskiej „Solidarności”. Poprosili, żebym jeszcze tego dnia podpisał przygotowane przez nich dokumenty i wysłał je do Warszawy, na konkurs na kuratora oświaty.

Ale już wyborcy z Gorzowa nie przyjechali chyba, prosząc, żeby Pan został posłem? O mandat posła trzeba się ubiegać.
Tak, to wyjątek. Ale powtarzam – nie zabiegam o zaszczyty.

Czyli, jak rozumiemy, wtedy, w 2005 roku, nie zabiegał Pan o premierostwo, ale też nie wykluczał, że ktoś przyjdzie z taką propozycją?
Nie uczyniłem najmniejszego nawet gestu oprócz tytanicznej pracy nad programem PiS-u, a więc także programem rządzenia. Jarosław Kaczyński poprosił mnie, była może za dziesięć ósma wieczorem, do swojego gabinetu w warszawskiej centrali PiS-u na ulicy Nowogrodzkiej. W tym czasie dwustu, trzystu dziennikarzy kłębiło się piętro wyżej w sali konferencyjnej i czekało na decyzję, kto będzie kandydatem na premiera. Wszedłem do gabinetu, prezes mówi: „Kazik, wszystko wskazuje na to, że jedyna szansa na zwycięstwo wyborcze Lecha Kaczyńskiego to premier inny niż ja. Myślę, że będziesz bardzo dobrym kandydatem, osobą łączącą PiS z PO. Politykiem pokazującym inną, mniej znaną twarz PiS-u. Pracowałeś nad naszym programem. Masz duże doświadczenie w instytucjach państwowych. Czy się zgadzasz?”. Powiedziałem po prostu: „Tak”. Rozmowa trwała pięć, może sześć minut i poszliśmy razem ogłosić decyzję.

Od razu, bez hamletyzowania?
Bez. Staliśmy z Jarosławem naprzeciwko siebie, bardzo spokojnie, za to Adam Bielan z Michałem Kamińskim biegali wokół nas, byli totalnie podekscytowani. Nie pamiętam który, ale chyba Adam, kiedy tylko się dowiedział, od razu rzucił: „Świetnie. To robimy konferencję prasową. Jak chcecie? Wychodzicie razem? Chyba tak. Prezes mówi to, Kazimierz tamto”. Od razu planował marketing. I w tym momencie zaczęło się. Nie rozmawialiśmy już o samej sprawie, tylko o medialnym przekazie podjętej decyzji.

Jak na tak kluczową decyzję to niezwykła dynamika. Oczywiście, był Pan członkiem ścisłego kierownictwa partii, pracował nad programem, ale powstaje pytanie, czy tak kluczowe decyzje nie powinny zapadać po trochę większym zastanowieniu, analizie, uzgodnieniu celów?
Nie upraszczajcie, proszę! Po pierwsze, wiedziałem o tym od sierpnia. Po drugie, było już po spotkaniu komitetu politycznego PiS-u, na którym Jarosław uzyskał zgodę partii, żeby sam podjął decyzję w tej sprawie. Dlatego nie musiał już potem zwoływać żadnego spotkania, tłumaczyć, wprowadzać głosowań. To było dobre rozwiązanie, bo sytuacja była niezwykle dynamiczna.

To nie było bezpośrednio po wyborach. Bo w czasie wieczoru wyborczego nie padło żadne nazwisko kandydata na premiera.
To było później, we wtorek po wyborach parlamentarnych.

Tyle że my, a więc pewnie i inni dziennikarze, słyszeliśmy o tym wcześniej. A Pan nie?!
Jeśli tak pytacie, to znaczy, że nie znacie dobrze Jarosława Kaczyńskiego. On podejmuje decyzje w ostatnim momencie. Dlatego właśnie zupełnie nie podniecałem się tym, co działo się przez poprzednie dwa, trzy, cztery tygodnie, przez ostatnie dni, w kampanii czy w trakcie ogłoszenia zwycięstwa wyborczego PiS-u, aż do tego ważnego dla mnie wtorku. Jarosław w tym czasie zmieniał decyzje co chwilę. Robił to pod wpływem zarówno swoich analiz, jak i nowych wydarzeń. Pewnego rodzaju promocję uprawiał Zbyszek Ziobro. Chciał zostać premierem i przysyłał Jarosławowi różne analizy socjologiczne, dokumenty, pokazywał swoją pracę, chwalił się poparciem w Krakowie, obnosił z liczbą zdobytych głosów. A ja nie uczyniłem żadnego gestu, żeby padło na mnie.

Jakie gesty czynił Ziobro? Pamięta Pan jakiś konkretny?
Pamiętam posiedzenie Komitetu Politycznego PiS-u po wyborach, na które przyszedł dumny jak paw Zbyszek...

...z wieścią, ile ma głosów, tak?
Z dobrą nowiną dla Zbyszka Wassermanna – o ile go wyprzedził, jak dobry osiągnął wynik.

My to znamy w następującej wersji: Podchodzi Ziobro do Wassermanna i poklepuje go po ramieniu. Mówi: „No, siedemnaście i pół tysiąca! Gratuluję, gratuluję…”. A Kaczyński, zniecierpliwiony, pyta w końcu: „No, ale ile Pan dostał?”. I Ziobro dumny podaje liczbę. Jedna z zabawniejszych scen z tego okresu, mówiąc szczerze.
Bardzo Zbyszkowi zaszkodziła ta scena, bo pokazała go takim, jakiego ja i inni nie znali. Nie wiedziałem, że on ma w sobie tyle…

Pychy? Nawet jeśli, to polityk musi być nakręcany ambicjami. Po coś w tym tkwi.
Pychy to za mocno powiedziane. Próżności.

A trzeci możliwy kandydat, czyli Ludwik Dorn, nie zabiegał o wybór swojej osoby?
Myślę, że był taki moment, ale wcześniej, jeszcze w kampanii wyborczej. W pewnym momencie zrozumiał jednak chyba, że z pewnych obiektywnych przyczyn na razie nie może zostać szefem rządu. Bo jeżeli wybieramy premiera z myślą o prezydenckich szansach Lecha, to Ludwik Dorn miał za dużo słabych punktów, w które opozycja mogła uderzyć.

To było decydujące w tym wypadku kryterium?
Myślę, że wtedy, w odniesieniu do kandydatury Dorna, to był czynnik zupełnie podstawowy.

Wynika z tego, że prowadzono coś na kształt procesu rekrutacyjnego. Sprawdzano, analizowano równocześnie trzech kandydatów. A celem był wybór najbezpieczniejszego, którego najtrudniej byłoby zaatakować przeciwnikom politycznym.
Ale także z myślą pozytywną – szukano tego, który najbardziej pomoże w kampanii prezydenckiej. I to kampanii z konkretnym kontrkandydatem, czyli Donaldem Tuskiem.

Czy nie było lepszych kandydatów? Z jakim zasobem doświadczeń w rządzeniu Pan startował?
Dwa lata byłem wiceministrem edukacji, dziesięć lat posłem, w tym przewodniczącym lub zastępcą przewodniczącego różnych komisji – od Finansów Publicznych, Skarbu Państwa po Komisję Edukacji. Przez dwanaście miesięcy byłem szefem gabinetu politycznego premiera Buzka. I możecie się ze mną nie zgodzić, ale uważam, że stworzyłem pierwszy profesjonalny gabinet polityczny w Polsce. Jerzy Buzek miał prawdziwy gabinet składający się z rzeczywistych doradców. To było dwadzieścia parę osób, które faktycznie tworzyły najbliższe zaplecze premiera. Prowadziliśmy bardzo intensywną działalność analityczną, ekspercką i doradczą. Przygotowywaliśmy decyzje polityczne i gospodarcze zarówno premierowi, jak i całemu rządowi. Piotr Woźniak, zapewne najlepszy polski specjalista od gazu, jest dziś ministrem gospodarki, Jacek Saryusz-Wolski jest europosłem i szefem Komisji Spraw Zagranicznych w Parlamencie Europejskim, Agnieszka Magdziak-Miszewska – ambasadorem w Izraelu. Tam poznałem państwo, Polskę. Tam dogłębnie poznałem administrację państwową, mechanizmy rządzenia, zakres władzy premiera.

Przy słabym Buzku?
Jednak rządził, wprowadzał ważne reformy. Dwanaście miesięcy to wystarczający czas, by zdobyć kompletne doświadczenie. Jeszcze wcześniej pracowałem razem z Rokitą w komisji sejmowej przygotowującej i wdrażającej reformę administracji publicznej. Przepracowaliśmy tam pewnie trzysta ustaw opisujących całą rzeczywistość administracyjną naszego kraju. Robiliśmy to razem z Michałem Kuleszą – on był ministrem, a my z Rokitą pracowaliśmy nad tym w Sejmie. Zdobywałem doświadczenie i w sprawach społecznych, takich jak oświata, nauka, praca, i w sprawach ekonomicznych, takich jak finanse publiczne, gospodarka czy skarb państwa. Oczywiście, żeby było jasne: nie zamierzałem przygotowywać się do funkcji premiera. Ale jeśli spojrzymy na to całe moje doświadczenie, myślę, że podobnie różnorodnym i bogatym może pochwalić się niewielu polityków w Polsce i polityków PiS-u.

Chce Pan powiedzieć, że większość polityków PiS-u była gorzej przygotowana do stanowiska premiera?
Ogromna większość nie miała takich doświadczeń jak ja. Oczywiście, byli tacy, którzy byli lepiej czy podobnie przygotowani. Zapewne Jarosław Kaczyński, może właśnie Ludwik Dorn, może nawet Kazimierz Ujazdowski. Ale ja z pewnością należałem do ścisłego grona ludzi, których doświadczenie upoważniało do takich stanowisk.

A dlaczego nie Zbigniew Ziobro? To był polityk wtedy superpopularny, młody, zręczny.
Nie potrafię odpowiedzieć na to pytanie. Może jednak był za młody? Zresztą Lech Kaczyński w ogóle odrzucał koncepcję premiera innego niż jego brat, nie przyjmował jej do wiadomości. Dla niego ważniejsze było premierostwo Jarosława niż własne zwycięstwo w wyborach prezydenckich. I dlatego, gdy zapadła decyzja o wskazaniu mnie na to stanowisko, wpadł w gniew, nie odbierał telefonu od brata, co zdarzyło im się po raz pierwszy w życiu. Czułem też pewien gniew w stosunku do mnie... Może nawet nie gniew, ale rodzaj żalu. Powiedział mi zresztą o tym wprost w czasie pierwszego naszego spotkania i wielokrotnie później przypominał. W tym względzie był wobec mnie bardzo uczciwy.

Konsultował się Pan, gdy to się jeszcze ważyło, z żoną?
Tempo było szalone. Nie miałem nawet czasu, żeby zadzwonić do domu, zapytać, co żona o tym myśli. Podobnie jeśli chodzi o przyjaciół, znajomych. Oczywiście, że wcześniej rozmawialiśmy o tym w najbliższym gronie, tak opcjonalnie, po moim sierpniowym spotkaniu z Bielanem. Ale podkreślam – wiem, że Jarosław Kaczyński podejmuje decyzje nagle. Ja na tę decyzję czekałem, ale nie zrobiłem niczego, by ją wywołać.

Taka decyzja jest jednak mocno związana z życiem osobistym. Przeprowadzka do Warszawy, oderwanie od rodziny. No i kwestia trybu życia. Rokita w swoim wywiadzie rzece opisuje życie premiera właściwie jako koszmar. To życie człowieka, który nie steruje własnym kalendarzem, całymi dniami jest praktycznie w niewoli. Nie miał Pan wątpliwości?
Lubię wyzwania. Nie dbam o pieniądze, nikt mi nie uwierzy, ale nie dorobiłem się wiele, choć żyję dobrze. Politykę traktuję jak służbę. Podejmując wyzwanie, jakim jest tak wysokie stanowisko polityczne – premiera, ministra – podejmuję jednocześnie decyzję o ciężkiej i bardzo często niewdzięcznej pracy. A przychodzi mi to naturalnie, bo jestem pracoholikiem. Lubię pracować, jak nie mam pracy, to jej szukam. Taki byłem w szkole, w administracji i takim byłem posłem. Zawsze wchodziłem do podkomisji, komisji, zabierałem się do różnych trudnych spraw.

wersja do druku