Strona główna / / Wywiady / Jak Frances Mayes zamieniła Toskanię na Polskę!

Nowości

Urodziłam dziecko szejka

Marcin Margielewski
Cena detaliczna: 39,99 zł

Zmierzch lubieżnego dziada. Felietony po #MeToo

Paulina Młynarska
Cena detaliczna: 39,99 zł

Arabski książę

Tanya Valko
Cena detaliczna: 39,99 zł

Zapowiedzi

Wymazani z pamięci

Piotr Borlik
Cena detaliczna: 39,99 zł

Wszystko co powiesz

Gillian McAllister
Cena detaliczna: 39,99 zł

Zatyrani. Reportaż o najgorzej płatnych pracach

James Bloodworth
Cena detaliczna: 42,00 zł

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »
10.06.2010

Jak Frances Mayes zamieniła Toskanię na Polskę!

Zapraszamy do lektury artykułu, w którym Frances Mayes, autorka bestsellera „Pod słońcem Toskanii” i właśnie wydanej „Codzienności w Toskanii” dzieli się swoim wrażeniami z pobytu w… Polsce!

Pod słońcem Polski
Frances Mayes

W 1990 roku, kiedy z moim mężem, Edem, kupiliśmy porzuconą willę w Toskanii, zatrudniliśmy trzech polskich robotników, aby pomogli nam odbudować główną ścianę tarasu. Byli nowymi emigrantami, przybyłymi tu za zarobkiem, i nieszczęśliwymi tak daleko od domu. Podczas lunchu otwierali pojemniki z kiełbasami, kiszoną kapustą i innymi smakołykami, bez których nie potrafili żyć. Na święta jechali na północ – 26 godzin zdezelowanym samochodem nieodgadnionej marki – do Wrocławia, gdzie pozostawili swoje dzieci i żony. Powracali z wielkimi szarymi pojemnikami pełnymi jedzenia, żeby nie musieć karmić się wstrętnym włoskim makaronem. Byli szarmanccy. Całowali moją dłoń głęboko pochyleni.
Byli niezmordowani w pracy. Mówiliśmy im ciągle: „Zróbcie sobie przerwę. Odpocznijcie.”
I zawsze odpowiadali: „Wyśpimy się w Polsce”.
Przejęliśmy tę odpowiedź. Kiedy tylko musimy popchnąć do przodu jakiś projekt, przypominamy sobie nawzajem: „Wyśpimy się w Polsce.”
I teraz jedziemy. Aby się wyspać, a jeszcze lepiej – aby się obudzić i odnaleźć w języku pełnym spółgłosek, w historii, która nawiedza, w poezji, którą ukochaliśmy, w kuchni buraków, kiełbasy i wódki, krajobrazie brzozowych lasów i ludzi tak sprężystych, że muszą mieć w swoim DNA jakieś rozciągliwe kawałki.

Przylatujemy do Krakowa o zmierzchu i wychodzimy prosto w balsamiczne powietrze. Taksówkarze, wszyscy poubierani w płaszcze i krawaty, przejeżdżają wzdłuż oświetlonych światłem lamp parków i przebłysków Wisły. Skręcamy w wybrukowaną ulicę Kanoniczą, nazwaną tak po kanonikach, którzy żyli tu w królewskich pałacach. „Będziecie mieszkać na najpiękniejszej ulicy”, mówi kierowca. Wskazuje na dom pod numerem 19/21, gdzie kiedyś mieszkał papież Jan Paweł II. Wspaniałe łacińskie inskrypcje pokrywają rzeźbione drzwi, a przez okna na piętrze widzę obelkowane sufity. Nasz hotel, „Copernicus”, odzwierciedla ekscytującą mieszankę starego i nowego. Oświetlony światłem świec westybul, kiedyś będący dziedzińcem, teraz oszklono i zazieleniono roślinami zwieszającymi się z wewnętrznych balkonów. Wielki fortepian jakby czeka na Chopina, żeby tu się pojawił i wstrząsnął mury mazurkiem. Kierownik zwraca naszą uwagę na piętnastowieczne plafony, freski przedstawiające ojców kościoła, motywy roślinne i zapisane gotyckimi literami hymny z szesnastego wieku.
Wstrząsa mną rozkoszny szok doświadczenia czegoś obcego, kiedy wychodzimy i idziemy wzdłuż niższych murów masywnego kompleksu Zamku Królewskiego na Wawelu, gdzie w katedrze królowie i królowe Polski cieszą się długim odpoczynkiem. Kiedy zmierzch przechodzi w ciemność, skręcamy w ścieżkę ciemnej zieleni. Kiedy w 1807 roku zburzono średniowieczne mury i osuszono fosę, miejsce to w latach 1820-tych stało się Plantami, parkiem otaczającym stare miasto i tworzącym kulturalną promenadę.
Przechodzimy obok restauracji ukraińskiej, sklepów sprzedających biżuterię z bursztynami, i spacerujących w ten wiosenny wieczór krakowian – którzy bez wątpienia dopiero co pozbyli się płaszczy. 
„Wyglądają jak moi kuzyni” – zauważa Ed. Wychowywał się w polskiej okolicy w Winonie, Minnesota. Krewni jego urodzonych w Ameryce rodziców wyemigrowali z Kaszub w północnej Polsce, niektórzy w latach 1830-tych, niektórzy podczas wojny francusko-pruskiej 1870-71 roku, a inni nawet niedawno, bo w roku 1900. Wielu innych Polaków z Kaszub także trafiło do Winony.
Pospieszyliśmy z powrotem do hotelu, gdzie kolacja, zaserwowana w intymnej restauracji oświetlonej światłem świec, jest miłym zakończeniem dnia podróży.  Kiedy kelner pojawia się z amuse-bouche z łososia na ostro pokrytego ogórkowym sorbetem, wiemy już, że jesteśmy w dobrych rękach. Knedle są lekkie, ze szpinakiem i krewetkami. Zajadamy się kaczką w towarzystwie pietruszkowych lodów i pieczonych karczochów. Gdzie te kiełbasy i ziemniaki? Jeśli nawet były w menu tego wieczoru, to zostały przemienione mistrzowską ręką kuchmistrza Marcina Filipkiewicza.

Kiedy rankiem wychodzimy z hotelu, miasto właśnie się budzi. Wózki z preclami stoją niemal na każdym rogu. Można wybierać między małymi obwarzankami na sznurku, lub okrągłymi i wielkimi jak twarz – bez niczego, z solą lub posypane makiem. Wąskie tramwaje, jakby prosto z lat 1910-tych, przemykają przez ulice. W Krakowskim Kredensie, sklepie spożywczym, widzimy gliniane garnki smalcu z cebulą lub bekonem, cienkie sznury kiełbasek, wielkie krwawe kiełbasy i wdzięczne małe szynki i pasztety. Konfitury – cóż za aranżacja – przypominają mi pierwsze słowa Eda po wylądowaniu: „Nigdy nie widziałem tylu drzew owocowych”.
Nagle pojawia się przed nami plac handlowy Krakowa. Wspaniały! To Rynek Główny jest wielkim dziedzińcem Europy, pomimo Sieny czy Brukseli. Jedynie plac San Marco w Wenecji może się z nim równać, choć ten w Krakowie jest wizualnie bardziej ekscytujący. Ponieważ nic na starym mieście nie może być wyższe od katedry, wszystko wokół jest w ludzkiej skali. Niemal ogłusza nas widok nienaruszonych budynków w stylu neo-klasycznym z dotykiem renesansu, baroku i gotyku. Oszczędzone przez bombardowania drugiej wojny światowej, to niewiarygodnie rozległe miejsce oddycha Starym Światem.
Powoli wędrujemy wokół Rynku. W ciepłym kwietniowym późnym poranku wszyscy siedzą na zewnątrz kawiarni, niektórzy pod parasolami, inni wystawiają blade, zimowe twarze na dotyk słońca. W Krakowie uczy się ok. 170 tys. studentów, i wielu z nich przechadza się tu lub zbiera się przy stolikach nad ogromnymi szklanicami z piwem.
Sukiennice, średniowieczne Kramy Sukienne, stoją w centrum Rynku, a rozkoszny romański kościółek św. Adalberta – starszy niż plac – niezręcznie wciśnięty w kąt. W Kramach Sukiennych, zbudowanych w trzynastym wieku za sprawą uroczo nazwanego Bolesława Wstydliwego, teraz mieszczą się galerie, arkady rękodzieła i stragany z pamiątkami oraz atmosferyczna, dziewiętnastowieczna kawiarnia Noworolski.  Ile można wypić kaw? Chcę zatrzymać się przy każdym głównym punkcie placu i podziwiać go z innej perspektywy. Iglice, machikuły, wieże, spirale, wieżyczki, kapryśne kamienne barany, orły, jaszczury – wszystko to tworzy niekończącą się różnorodność. Kwietniki dzisiaj faworyzują tulipany. Zazwyczaj mimowie irytują mnie, lecz dzisiaj zauroczył mnie jeden, przypuszczalnie odtwarzający pisarza, cały w brązach, siedzący przy kawiarnianym stoliku, z piórem zastygłym nad notatnikiem. Kojarzy mi się to z pisarską blokadą.
Bazylika Mariacka, jeden z najbardziej czczonych krakowskich kościołów, spogląda czujnym okiem na plac, tak jak pomnik dziewiętnastowiecznego poety Adama Mickiewicza.  Wysoko na postumencie, z książką w dłoni, poeta służy teraz jako popularny punkt spotkań. Przechodzimy przez plac i zachodzimy także do kościoła św. Barbary,  jednak zwiedzanie polskich kościołów wywołuje uczucie niezręczności. Modli się w nich tylu ludzi, że nawet jeśli się tam tylko zagląda, to jest się intruzem.
Niedaleko odkrywamy Muzeum Czartoryskich, gdzie mieszka „Dama z Łasiczką” Leonarda da Vinci. Na szczęście widzieliśmy ją, gdy przybyła na wystawę do Włoch, bo dzisiaj sale muzeum, gdzie wisi, są zamknięte. Jest jedną z czterech kobiecych portretów da Vinciego, tak samo enigmatyczna jak Mona Lisa.
Oto inne przyjemności, jakie nas pochłaniają: cygańscy muzycy, siedzące na stołkach kobiety, sprzedające chlebki różnego kształtu, jajka prosto z kosza i owinięte w ściereczki sery. Tyle księgarni!  Zatrzymujemy się w kilku, aby dotknąć tomików naszych ulubionych poetów – Zbigniewa Herberta, Wisławy Szymborskiej, Adama Zagajewskiego i Czesława Miłosza, wszystkie dogłębnie świadome historii, pełne warstw ciemności i cudownie przepełnione mądrością. Wpadamy do hali targowej, gdzie sycimy oczy widokiem rzodkiewek, kalarep, truskawek, wszystkich znanych ludzkości rodzajów kiełbas, a także klientów z koszami i wiejskich kobiet w chustach i fartuchach z odważnymi motywami kwiatowymi.
Przed południem zatrzymujemy się w kawiarni A. Blikle, by rozkoszować się orzechowo-karmelową tartą. „Dobra jak w Paryżu!” ocenia Ed. Expresso też jest doskonałe. Matka karmi swoje maleńkie dziecko kawałeczkami ciasta śliwkowego, sprawiając, że maleństwo entuzjastycznie bębni łapką w swój wózek spacerowy.
Wchodzimy na ulicę Retoryka, gdzie pod koniec XIX wieku Teodor Talowski zaprojektował kilka ceglanych domów. Wielki budynek na rogu, ozdobiony kamienną żabą grającą na mandolinie i muzyczną partyturą  biegnąca przez fasadę, nazywany jest „Śpiewającą Żabą”. Na innym inskrypcja brzmi „Festina Lente”, renesansowe pojęcie tego, by „śpieszyć się powoli”, co podziwiam. Łuki, wewnętrzne balkony, fantazyjne cegły i inskrypcje zdradzają radosny umysł Talowskiego, podczas gdy solidne formy i materiały pokazują przed-modernistycznego architekta przy pracy.
Idziemy na drugą stronę rzeki do dzielnicy Kazimierz, założonej jako osobne miasto w 1335 roku przez Kazimierza Wielkiego. W 1495 roku osiedlili się tu wypędzeni z Krakowa Żydzi. Teraz lokalna prasa twierdzi, że Kazimierz jest modny. Przy przyjemnym placu otoczonym drzewami znajduje się kilka kawiarenek, dwie synagogi i restauracje serwujące potrawy żydowskie – wszystko są to oznaki nadziei.  Doskonale rozumiem, jak to miejsce mogło stać się modne, jakkolwiek zastanawiam się, dlaczego pozostałych 1000 żydów mieszkających w mieście wybrało życie w dzielnicy o przeszłości pełnej wyjątkowych prześladowań. Ed dostaje jarmułkę, kiedy wchodzimy do synagogi Remuh, gdzie dwóch rabinów cicho czyta Torę. Światło wewnątrz białych ścian synagogi jest twarde i jaskrawe, lecz znajdujący się obok cmentarz, zniszczony przez Niemców, a później odrestaurowany, wydaje się strasznie cichy pod drzewami pełnymi pączkujących liści. Ta okolica opowiada o rozdartym dziedzictwie kultury krakowskich Żydów – niewielkich resztek mieszkańców, zmuszonych opuścić to miejsce, najpierw do Getta, a potem ku jeszcze gorszemu przeznaczeniu.
Później znajdujemy dzielnicę Pogorze, która wydawałaby się zwykła, gdybym nie czytała o bohaterskich wydarzeniach, które miały miejsce w tych dziedzińcach, domach i szpitalach. Pomnik na Placu Bohaterów Getta upamiętnia Żydów spędzonych tu jedynie z dobytkiem, który mogli unieść, zanim zostali wywiezieni do obozów zagłady. Pomnik składa się z 70 metalowych krzeseł, symbolem porzuconych mebli niemal 18000 Żydów zabranych z getta. Ponad pomnikiem wznosi się „Apteka Orzeł” Tadeusza Pankiewicza, który z trzema odważnymi pracownicami pomagał mieszkańcom getta, dostarczając im lekarstwa i informacje.  Opowieści takie jak te, oraz o Oskarze Schindlerze (jego fabryka znajduje się niedaleko) są małymi zwycięstwami w zalewie zła i smutku.  Mały zielony budynek przy placu kiedyś był tajną kwaterą główną ruchu oporu. Teraz jest tu pizzeria. Ed mówi: „Przychodzimy tu, aby zobaczyć raczej to, czego nie ma, niż to, co jest”.
Wynajmujemy przewodnika, aby zabrał nas do obozów koncentracyjnych Auschwitz i Birkenau. W Auschwitz, w pokoju o szklanych ścianach widzimy 2,5 tysiąca kilogramów splątanych włosów; w innej sali pełno jest butów oraz różowe sandałki z dziecinnymi obcasami, należące do jakiejś dziewczynki. W kwaterach sypialnych Grzegorz, nasz przewodnik, wskazuje na imiona wypisane maleńkimi literami tuż przy suficie, nagryzmolone przez więźniów śpiących na najwyższych łóżkach.  Około 1,1 miliona Żydów zginęło w dwóch głównych obozach Auschwitz, razem z 70 tysiącami Polaków nieżydowskiego pochodzenia. Z 3,3 miliona Żydów żyjących w Polsce przed wojną, przetrwało tylko jakieś 300 tysięcy. W tych przerażających statystykach często umyka fakt, że ok. 1,8 miliona Polaków nieżydowskiego pochodzenia – zwykłych ludzi, członków ruchu oporu, intelektualistów – także zginęło z rąk nazistów. Zauważam pogięty imbryk do herbaty w stosie rzeczy codziennego użytku, i galerię zdjęć identyfikacyjnych, ponurych twarzy w szeregu na ścianach – ich oczy płoną przeczuciem przeznaczenia. Spoglądanie własnymi oczami na to okrucieństwo jest czymś zupełnie odmiennym od tego, czego doświadczasz podczas czytania książek i dokumentów: to bezpośredni fizyczny cios, wewnętrzna świadomość ciał i dusz, które zginęły.
Trawy i drzewa złagodziły Auschwitz. „Przecież trawa mogła być zjedzona” powiedział Grzegorz.  Birkenau (Auschwitz II) jest czystym szaleństwem. To najpotworniejszy z wielu – Gregory mówi, że 50. – obozów koncentracyjnych w okolicach Krakowa, z jego płaskimi polami kominów, nadal stojących, mimo że uciekający Niemcy spalili budynki i dokumenty, uniemożliwiając dokładne poznanie rozmiaru żniwa śmierci. Jednak pozostało wystarczająco dużo, aby opowiedzieć historię. Przechodzimy przez posępne kwatery sypialne, potem przez baraki z toaletami, cztery długie betonowe rzędy z dziurami ponad rynsztokiem. „Służba tutaj była nagrodą”, mówi Grzegorz, „sprawdzali ekskrementy w poszukiwaniu połkniętej przez więźniów biżuterii”.
Na zewnątrz Birkenau troje ludzi zbiera sałatę na polu. Czy minęło już wystarczająco dużo czasu, aby na liściach wiosennej sałaty nie osadziła się smuga dymu, pyłek DNA? Pamiętam słowa wiersza Wisławy Szymborskiej, laureatki nagrody Nobla: „Wybaczcie mi, dalekie wojny, że noszę kwiaty do domu.”*

Pierwszy przystanek następnego poranka: Cmentarz Rakowiecki, założony na zewnątrz krakowskiego Starego Miasta w 1803 roku przez rządzących tu wtedy Austriaków, którzy uważali, że cmentarze na zaludnionych terenach mogą być przyczyną epidemii. Lubię wędrować po cmentarzach, po części dlatego, że można wiele powiedzieć o kulturze na podstawie sposobu chowania zmarłych, a po części dlatego, że są często niezrównanie urocze. Tutaj drzewa śliwkowe i wiśniowe kwitną wzdłuż alejek zatłoczonych gotyckimi kapliczkami, czuwającymi aniołami i smutnymi kobietami. Gdybym tu mieszkała, przychodziłabym tu często dla ciepłych promieni słońca padających na omszałe krzyże i kamienne baranki. Grzegorz taktownie mówi, że możemy tu pobyć przez dłuższy czas, lecz postanawiamy pojechać do Nowej Huty, gdzie żyje ponad 200 tysięcy ludzi z 757 tysięcznej populacji Krakowa.
W 1949 roku, podczas posępnego wpływu Związku Radzieckiego na Polskę, władze komunistyczne rozpoczęły budowę osiedla razem z zanieczyszczającymi powietrze stalowniami około 10 kilometrów od centrum Krakowa. Rodziny robotników, które nigdy nie miały bieżącej wody, chętnie tu przybyły, aby żyć w zaplanowanej społeczności, lecz wkrótce rozczarowały ich warunki pracy, zanieczyszczone środowisko i brak kościołów. Po sześćdziesięciu latach, wielkie szare blokowiska nadal porażają surowością, lecz teraz drzewa już wyrosły i otwarte przestrzenie są bardziej przyjazne. Stalownie nie do końca zostały oczyszczone, lecz sadza już nie pokrywa wszystkiego dookoła. Centralny plac z arkadami został zainspirowany rzymskim Piazza del Popolo. Przyjrzawszy się dokładniej, możemy dostrzec wpływy renesansu na balustradach i oknach. Gdyby tylko fasady budynków nie były takie strasznie szare...
Niedaleko Nowej Huty odwiedzamy mój ulubiony krakowski kościół, część XIII-wiecznego opactwa Cystersów, wybudowanego w pobliżu miejsca, gdzie znaleziono unoszący się na wodzie krzyż. Kościół jest wypełniony setkami wotów, szesnastowiecznymi freskami i wzbijającymi się w górę wygiętymi w łuk kolumnami z jasnego kamienia. Pielgrzymi, sunący na kolanach w stronę posągu św. Marii, wytarli ścieżki w marmurze. Co uderzające, stropy bocznych naw oraz sklepienia pomalowane są tradycyjnymi ludowymi wzorami kwiatowymi, z odrobiną zawijasów w stylu Art Nouveau.
Polacy mają dziwny zwyczaj honorowania swoich zmarłych ziemnymi kopcami; w kraju jest ich 250. Te najstarsze mogą być prehistoryczne lub celtyckie, nikt nie wie na pewno. W pobliżu Krakowa jeden upamiętnia Kraka, starożytnego króla, który dał nazwę miastu, choć podczas wykopalisk nie znaleziono śladu jego pochówku.  Inny kopiec oddaje honor jego córce, Wandzie, która wolała utopić się w rzece, niż wyjść za niemieckiego księcia. Jedziemy zobaczyć kopiec oddający cześć bohaterowi walki o niepodległość Polski, Tadeuszowi Kościuszce, usypany taczkami ziemi w latach 1820-23 r. Kościuszko jest także bohaterem Rewolucji Amerykańskiej, a jego nazwisko mordowaliśmy w piątej klasie. Równie dobry żołnierz, jak i inżynier, specjalizował się w fortyfikacjach, a jego umiejętności zaprowadziły go na pola wielu bitew, między innymi do Saratogi w stanie Nowy Jork. Ze szczytu 30-metrowego kopca, na który prowadzi spiralna ścieżka, możesz dostrzec w oddali wzgórze Kraka. Z upodobaniem usłyszałam, że część ziemi, z której usypany jest kopiec-pomnik Kościuszki pochodzi z amerykańskich pól bitewnych.
O zmierzchu idziemy po raz ostatni do starego serca Krakowa, do restauracji Ancora. Potrawy szefa kuchni, Adama Chrzastowskiego, z śliwkami, wiśniami i innymi konfiturami owocowymi są przykładem jego osobistej interpretacji tradycji: serwuje on dziczyznę z cebulką i marmoladą winogronową, kaczkę z czarnymi porzeczkami i imbirem. Ed próbuje zimnej, bardzo zimnej wódki z pieprzem i ostrygą. Jednym łykiem, bo inaczej przepadniesz. Inne delicje: małże owinięte szynką prosciutto, gruszkowy sorbet, czekoladowy suflet z zaskakującym dodatkiem odrobiny niebieskiego sera. Jest już późno, gdy Adam wychodzi do nas na pogawędkę. Zainspirowany kuchnią swojej babci i pobytem w Szanghaju, przeniósł polskie jedzenie w świetlaną przyszłość, w którą także udaje się cały kraj.
GPS w naszym wynajętym renaulcie szybko wyprowadza nas z Krakowa, lecz autostrada wkrótce się kończy, wrzucając nas w dwupasmowe drogi poprzecinane światłami stopu i robotami drogowymi. Wszystkie nazwy miast brzmią podobnie, może czasem mają wrzucone „y”, wkrótce więc zapominamy, przez jakie już przejeżdżaliśmy, i dokąd jedziemy. Ed jest agresywnym kierowcą, lecz jego trening na włoskich autostradach do niczego się tu nie przydaje: tkwimy za ludźmi, którzy się ślamazarzą.
Na poboczach żółcą się chwasty, a przydrożne bzy szykują się do zakwitnięcia. Jak tylko pochwaliłam GPS, Ed odkrywa, że się zgubiliśmy, nie jedziemy na północ do Gdańska, lecz na zachód, w kierunku czeskiej granicy. Sielankowa atmosfera znika, kiedy próbujemy przeprogramować urządzenie. Mały chochlik w środku GPS-u chce jechać do Pragi, a kiedy zawracamy, zmienia zdanie na Sarajewo. Co kilka minut ściąga nas z trasy. Zmieniam się więc w nawigatora, rozkładając na kolanach wielką mapę. GPS skrzeczy od czasu do czasu na podłodze.
Kiedy docieramy do Gdańska, z łatwością znajdujemy hotel Podewils nad Motławą. Przepiękna rezydencja z 1728 roku, która uniknęła wojennych bombardowań, utrzymała elegancką, niemal kobiecą sylwetkę. Okna naszego pokoju wychodzą na dwie strony, wędruję od jednego do drugiego, obserwując rybaków, jachty i panoramę gdańskiego Starego Miasta. Dominująca nad budynkami struktura to, jak znalazłam w przewodniku, średniowieczny żuraw, który przenosił towary ze spichlerza na barki poniżej. Jak większość Gdańska, został odrestaurowany po tym, jak druga wojna światowa zrównała miasto z ziemią.
Ulica Długa, główna arteria miasta, zabudowana jest niesamowicie ozdobnymi domami w barwach ochry, akwamaryny, złota, brzoskwini, zielonego groszku i różu. Jeden dom jest biały, aby lepiej wydobyć złote kiście winogron i mistrzowską sztukaterię. Fasady są ozdobione freskami owocowych girland, mitologicznych zwierząt lub zalotników z lutniami, podczas gdy dachy zatłoczone są klasycznymi posągami, urnami i żelaznymi ornamentami. Udaje nam się zwiedzić jeden z budynków, Dom Uphagena. Zachwycają mnie dekoracyjne ściany w każdym z pokoi – jeden z panelami w kwiatach i motylach na drzwiach, jeden pomalowany w ptaki, a jeszcze inny w owoce.
Liga Hanzeatycka, gildia miast północy, na początku utworzona dla ochrony tras handlowych soli i przypraw, rozwijała się od trzynastego do siedemnastego wieku. Ten potężny związek w końcu przejął kontrolę nad najważniejszymi częściami handlu: rybami, zbożem, bursztynem, skórami, rudami metali oraz tekstyliami. Gdańsk był usadowiony idealnie, aby skorzystać na handlu rzecznym z południa, Wisłą do Bałtyku. Ornamenty na budynkach miasta zdradzają wyrafinowane gusta potężnych kupców Hanzy i ich żon oraz ich ogromne pragnienie pięknego otoczenia.
Ze wzruszeniem myślę o Polakach z miłością i mistrzostwem restaurujących swoje zniszczone miasto po wojnie, zwłaszcza że nie mieli szczęścia skorzystać z funduszy Planu Marshalla, a w dodatku zostali oddani Związkowi Radzieckiemu przez Churchilla, Stalina i Trumana. Odbudowa Gdańska wydaje się takim samym cudem jak powstanie ruchu Solidarności w 1980 roku w tutejszych stoczniach. Wypatruję na ulicach Lecha Wałęsy, który teraz jeździ po świecie z wykładami jako prezydent z lat 1990-tych. Jego przemiana ze związkowca w narodowego bohatera zmieniła historię, kiedy protest jego związku poderwał inne w całej Polsce. Ruch, jaki Wałęsa rozpoczął wezwaniem do nieposłuszeństwa, w końcu doprowadził do obalenia sowieckiej dominacji. Musi rozkoszować się namacalną energią nowej Polski. Uczniowie szkół, jakich widzimy wszędzie, są doskonałym tego przykładem: nieustannie w ruchu, podążający za nauczycielami do historycznych miejsc. Hałaśliwi i rozbawieni, z łatwością symbolizują nowe kierunki: nawet nauczyciele najwyraźniej mają dobrą zabawę.

Handlarze bursztynem kursowali przez Bałtyk przez stulecia. W Muzeum Bursztynu widzimy średniowieczne krzyże, różańce, amulety i współczesną biżuterię ozdobioną bursztynami, oraz muszle ślimaka, ważki, muchy, włosy zwierząt i pióra w nich zawieszone. Bałtycki bursztyn (suklynit), znany ze swej wysokiej jakości, powstał z zestalonej żywicy prastarych drzew iglastych, które wpadły do skandynawskich i innych rzek północnej Europy i spłynęły do morza. Niektóre z muzealnych okazów datują się na erę neolitu, kiedy kawałki bursztynu znajdowano na morskim brzegu. Później zbieracze wykopywali bursztyn z dna morza, ujścia rzek i moczarów. Już w roku 1477 w Gdańsku istniała gildia rzemieślników pracujących z bursztynem.
Zwiedzamy Stare Miasto, inną historyczną część Gdańska, z jego wielkim młynem nad strumieniem, kościołami z dzwonami wygrywającymi melodie i starym Ratuszem z 1587 roku, jednym z nielicznych budynków, które przetrwały wojnę. Do kościoła św. Mikołaja, który także ocalał, wchodzimy akurat, gdy organista rozpoczyna swoje ćwiczenia. Przenikliwa, hucząca muzyka wypełnia każdy atom ozdobnego i dramatycznego kościoła i przenosi modlitwy wiernych prosto do nieba.
Podążamy do Narodowego Muzeum, aby zobaczyć tryptyk  „Sąd Ostateczny” Hansa Memlinga. Pojawił się w mieście – prawdopodobnie jako piracki łup – około 1473 roku. Później Napoleon wysłał go do Paryża na jakiś czas, lecz później Gdańskowi udało się go odzyskać. Wydaje się, że muzeum nastawione jest na Sąd Ostateczny; temat ten powraca w salach polskich malarzy dziewiętnastego i dwudziestego wieku. Koncept odnowionego życia musi najwyraźniej głęboko rezonować w mieście, które dosłownie powstało z popiołów.
Ostatniego dnia wynajmujemy przewodnika, Ewelinę, aby pojechała z nami na Kaszuby w poszukiwaniu krewnych Eda. „Kiedy zauważyłaś, że Polska naprawdę zaczyna się zmieniać?” pytam ją. 
„W czasie Solidarności, oczywiście. Lecz obudziły nas trzy sygnały. Posiadanie polskiego papieża – to było niezmiernie ważne w 1978 roku. Potem Noble, które dostało dwoje naszych poetów, Czesław Miłosz – a my nawet nie wiedzieliśmy o tym Polaku na wygnaniu – w 1980 roku, a potem Wisława Szymborska, w 1996 roku. Te zewnętrze oznaki uznania wprawiły nas w dumę.” Patrzy w okno i wzdycha. „Tych trzech wydarzeń nie można przecenić. Pomyśleliśmy, że naprawdę jesteśmy w stanie coś zrobić”. Mówi nam, że wielu polskich emigrantów wraca do kraju, przynosząc ze sobą mnóstwo energii. W 2008 roku prawie 200 tysięcy wykształconych i pracowitych Polaków wróciło z Anglii, przyciągniętych do domu obietnicami pieniędzy danych Polsce przez Unię Europejską, brytyjską złą ekonomią i rosnącymi płacami w Polsce. „To jest dobre, bardzo dobre”, mówi.
Ed ma wypisane kilka nazw, więc dwie godziny jedziemy na zachód do miasta-zamku Bytowa, potem przez lasy pełne dywanów z białych kwiatów. Wkrótce docieramy do maleńkiej Ugoszczy. Bez Eweliny niczego byśmy nie znaleźli, lecz ona każe nam zatrzymać się, aby spytać o wskazówki. Prowadzi nas do domu księdza. Ku naszemu zaskoczeniu on otwiera drzwi, obdarza nas druzgoczącym kości dłoni uściskiem, zaprasza do środka i wyciąga stare rejestry, w których brązowym atramentem, pismem kaligraficznym zanotowano wszystkich ochrzczonych od roku 1700. Zna te księgi na wyrywki. Kiedy Ed wymawia rodzinne nazwiska, ksiądz przerzuca strony i odczytuje nazwiska dobrze znane w Minnesocie. Znajduje babcie, pra-pra-prawujków i ciocie, pra-pra-pradziadków, niektórzy z nich wyjechali, niektórzy zostali. Kopiuje dwa certyfikaty po polsku i po łacinie i daje je Edowi. Jeden z nich, z 1841 roku, zaświadcza o narodzinach jego pradziadka Jakubusa Kulasa; drugi, z 1890, o narodzinach jego babci, Walerii Urszuli Breske. Odwiedzamy XIII-wieczny kościół po drugiej stronie drogi, drewnianą piękność, gdzie krewni Eda byli ochrzczeni.
W drodze powrotnej do Gdańska Ed zostaje zatrzymany za przekroczenie prędkości. Młodzi policjanci wydają się zaintrygowani faktem, że złapali Amerykanów. Ewelina wyjaśnia, że Ed przebył tak długą drogę, aby odnaleźć swoich przodków. Spoglądają na jego prawo jazdy i pytają o rodzinę. „Och, wielu Kleismitsów mieszka w następnym miasteczku”, mówi jeden z nich. I puszczają nas bez mandatu.
Ewelina twierdzi, że musimy zobaczyć miejscowość wypoczynkową w stylu Art Nouveau, Sopot. Ed chce odwiedzić Białowieżę, pierwotną puszczę z ryczącymi żubrami. Ja chciałbym zobaczyć Wrocław, gdzie mieszkają nasi robotnicy. I chociaż doskonale spało nam się w Polsce, to najlepsze podróże sprawiają, że czujesz się bardziej obudzony niż zwykle. W drodze na lotnisko Ed wpatruje się marzycielsko w przemykające za oknami drzewa wiśniowe. I kiedy sprawdzam w kalendarzu daty, kiedy moglibyśmy tu wrócić, on odwraca się i pyta: „Może przyjedziemy tu następnego maja?”

„A WHIRLWIND TOUR AROUND POLAND” Copyright (c) 2009 by Frances Mayes


* Wisława Szymborska „Pod jedną gwiazdką”

Frances Mayes jest autorką autobiograficznych książek, w których opisuje swoje podróże i życie we Włoszech. „Pod słońcem Toskanii” i „Bella Toskania” zostały przetłumaczone na kilkanaście języków. Książki o podejmowaniu nowych wyzwań, życiu we Włoszech, o odnawianiu starego włoskiego domu, a także o miłości, kuchni i wszelkich przyjemnościach uczyniły z niej pisarkę bestsellerową. Mayes jest także poetką, eseistką i autorką znakomitych artykułów na temat kuchni i wina. Dzieli czas między dwa domy: we Włoszech i w Północnej Karolinie. Na księgarskie półki trafia właśnie jej najnowsza książka „Codzienność w Toskanii”, wydana nakładem Prószyński i S-ka.

Niniejszy artykuł został opublikowany we wrześniu 2009 roku w magazynie „Smithsonian”.

wersja do druku