Strona główna / Literatura światowa / Labirynt

Aktualności

30.01.2023

Spotkanie z Mikołajem Milcke w Warszawie

W środę 15 lutego o godz. 18:00 zapraszamy do Kawiarnia-Księgarnia Radio Telewizja (ul. gen. Andersa 29, Warszawa) na spotkanie z Mikołajem Milcke, autorem książki "Chłopak z drugiego planu".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

30.01.2023

Rozmowa z Evą Minge

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Evą Minge, autorką książki "Furtka do piekła".

Bestsellery

TOP 20

  1. Cieszę się, że moja mama umarła Jennette McCurdy
  2. Zaginiony arabski książę Marcin Margielewski
  3. Furtka do piekła Eva Minge

Labirynt

Kate Mosse

Południowo-zachodnia Francja
Montagnes du Sabarthés
Pic de Soularac

Poniedziałek, 4 lipca 2005

Alice zagląda w ciemność. Szpara ma najwyżej półtora metra długości, nie więcej niż metr szerokości. Brzegi są nieregularne, zębate. Raczej stworzona przez naturę niż ręką człowieka, ale gdy dziewczyna przesuwa dłonią po jej brzegu, odkrywa w miejscu połączenia z głazem zadziwiająco gładkie powierzchnie.
Jej wzrok powoli przywyka do mroku. Aksamitna czerń zmienia się w szarość, otwiera długi wąski tunel. Alice czuje ciarki na plecach, jakby ostrzeżenie, że jest tam coś, co lepiej zostawić w spokoju. Ale to tylko dziecinne lęki, więc odsuwa je od siebie. Nie wierzy ani w duchy, ani w przeczucia.
Ściskając w dłoni broszę, jak potężny talizman, robi głęboki wdech i wchodzi do tunelu. Od razu spowija ją stęchlizna podziemnej pieczary, wdziera się do nosa, gardła i płuc. Powietrze jest chłodne i wilgotne, nie czuć w nim trujących gazów powstających w suchych zamkniętych jaskiniach, przed którymi ją ostrzegano, wobec czego z pewnością jakoś dociera tu świeże powietrze. Na wszelki wypadek jednak wyciąga z kieszeni spodni zapalniczkę. Jakiś czas pozwala jej się palić, by się upewnić, że w tunelu jest tlen. Płomień chybocze się, trącany podmuchem, ale nie gaśnie.
Trochę zdenerwowana i z lekkim poczuciem winy Alice zawija broszę w chusteczkę i chowa do kieszeni spodni. Potem ostrożnie rusza tunelem. Płomień zapalniczki jest słaby, rzuca na nierówne szare ściany niespokojne cienie, lecz mimo to natychmiast odsłania przed nią ścieżkę.
Już po kilku krokach zimne powietrze zaczyna jej się ocierać o gołe nogi i ramiona jak spragniony pieszczot kot. Droga prowadzi w dół. Alice czuje pod stopami nierówny, żwirowaty grunt. W tym miejscu podobnym do grobowca, gdzie od niepamiętnych czasów króluje cisza, każdy poruszony kamyk jest źródłem hałasu. Światło dzienne z wolna gaśnie za plecami.
Nagle nie chce iść dalej. Nie chce w ogóle tutaj być. Tyle że jej wola nie ma żadnego znaczenia, bo coś ją wciąga dalej we wnętrzności góry.
Po następnych dziesięciu metrach tunel się kończy. Alice staje w progu jaskini, na naturalnej kamiennej platformie. Kilka szerokich, niewysokich stopni prowadzi na środek, gdzie podłoga jest płaska i gładka. Jaskinia ma jakieś dziesięć metrów długości i może pięć szerokości, wyraźnie została stworzona ludzkimi rękami. Strop znajduje się nisko, jest sklepiony, jak w krypcie.
Alice podnosi wyżej samotny płomyk zapalniczki. Nie może się pozbyć dziwacznego wrażenia, że skądś zna to miejsce. Już ma zejść ze schodów, gdy na najwyższym dostrzega litery. Pochyla się, próbuje odczytać napis. Zachowały się tylko pierwsze trzy słowa i ostatnia litera - nie wiadomo: N czy może H? Resztę zatarł czas. Dziewczyna odgarnia dłonią pył, głośno wymawia kolejne głoski. Echo powtarza dźwięk brzmiący wrogo w zastałej ciszy.
- P-A-S A P-A-S... Pas a pas.
Krok za krokiem? Co: krok za krokiem? Blade wspomnienie przenika do świadomości, niczym dawno zapomniana pieśń. I natychmiast przepada.
- Pas a pas - szepce.
Nic to nie znaczy. Modlitwa? Ostrzeżenie? Bez ciągu dalszego nie ma żadnego sensu.
Lekko podenerwowana wstaje i powoli schodzi ze schodów. Ciekawość walczy z ostrożnością i złym przeczuciem, na szczupłych ramionach dziewczyny pojawia się gęsia skórka - czy ze strachu, czy od chłodu - trudno powiedzieć.
Alice podnosi zapalniczkę wysoko, uważa, by niczego nie potrącić, nie przesunąć. Na poziomie posadzki jaskini przystaje. Nabiera głęboko powietrza i wstępuje w mahoniową ciemność. Ledwo widzi skalną ścianę przed sobą.
Z tej odległości nie sposób stwierdzić z całkowitą pewnością, czy to nie złudzenie albo dziwny cień, ale zdaje jej się, że widzi duży kolisty wzór złożony z linii prostych i półkoli wymalowanych lub wyrzeźbionych w skale. Przed nim stoi kamienny stół, wysokości mniej więcej metra, przypomina ołtarz.
Dla dodania sobie odwagi Alice wbija wzrok w symbol. Idzie naprzód. Teraz widzi go wyraźniej. Przypomina labirynt, choć pamięć jej podpowiada, że to jednak coś innego. Niezupełnie labirynt. Droga nie wiedzie, jak powinna, do środka. Dziwaczny wzór, chybiony. Alice nie potrafi wyjaśnić, skąd ma tę pewność, ale swoje wie.
Podchodzi coraz bliżej. Nagle trąca stopą coś twardego. Rozlega się głuche stuknięcie i odgłos toczenia się jakiegoś poruszonego przedmiotu.
Dziewczyna patrzy w dół.
Nogi zaczynają jej się trząść. Blady płomień w ręku drży. Alice wstrzymuje oddech. Stoi na brzegu płytkiego grobu, ledwie zagłębienia. Nad dwoma ludzkimi szkieletami o kościach wybielonych przez czas. Puste oczodoły jednej czaszki patrzą na nią z wyrzutem. Druga, kawałek dalej, leży na boku, jakby odwracała od niej wzrok.
Ciała zostały złożone obok siebie, twarzami w kierunku ołtarza, jak rzeźby nagrobne. Leżą symetrycznie, idealnie równo, ale nie ma w nich śladu spokoju. Brakuje tu wrażenia spoczynku. Kość policzkowa jednej z czaszek jest pokruszona, wgnieciona do środka, wygląda jak maska z papier-maché. W drugim szkielecie kilka żeber sterczy dziwacznie, niczym kruche gałązki martwego drzewa.
Oni ci nie zrobią krzywdy.

II
Południowo-zachodnia Francja
Los Seres

Kilka kilometrów na wschód wrona krąży nad zagubionym między szczytami Montagnes du Sabarthés miasteczkiem. Wysoki szczupły mężczyzna w jasnym garniturze siedzi sam przy stole z ciemnego drewna.
Na blacie leży kilka arkuszy kremowego papieru, wszystkie pokryte są gęsto rzędami zwartych liter naniesionych czarnym atramentem. Słychać tylko skrzypienie pióra, od czasu do czasu, gdy mężczyzna upija łyk, kostki lodu uderzają o szkło. Czuć subtelną woń alkoholu i wiśni. Gdy piszący przerywa swoją czynność, upływ czasu znaczy tykanie zegara.
Podejmuje pisanie na nowo:

Zostawiamy za sobą wspomnienie o tym, kim byliśmy i co zrobiliśmy. Tylko ślad. Wiele się nauczyłem. Zmądrzałem. Ale czy coś zmieniłem? Nie potrafię ocenić. Pas l pas, se va luenh.
Patrzyłem, jak wiosenna zieleń ustępuje przed złotem pełni lata, jak miedziana jesień usuwa się przed bielą zimy. Siedziałem i czekałem, aż zblednie światło. Ciągle na nowo zadawałem sobie pytanie o przyczynę. Gdybym wiedział, jak się żyje z samotnością, jaki jest los jedynego świadka nieskończonego cyklu narodzin i śmierci, czy postąpiłbym tak samo? Alais, samotność jest dla mnie zbyt wielkim brzemieniem. Tak długo żyłem z pustką w sercu, iż chyba już nie mam serca.
Starałem się dotrzymać złożonych ci obietnic. Jednej dotrzymałem, drugiej nie spełniłem. Aż dotąd nie zdołałem. Od jakiegoś czasu czuję cię, całkiem blisko. Prawie nadszedł nasz wspólny czas. Wszystko na to wskazuje. Wkrótce jaskinia zostanie otwarta. Czuję tę prawdę, ja ją znam. A wówczas księga, tak długo bezpiecznie ukryta, zostanie odnaleziona.
Mężczyzna sięga po szklankę. Spojrzeniem błądzi we wspomnieniach. Dopiero mocny, słodki guignolet przywraca go rzeczywistości.
Znalazłem ją. W końcu znalazłem. I zastanawiam się, co poczuje, gdy włożę jej księgę w dłonie? Czy wyda jej się znajoma? Czy ma przeszłość zapisaną w duszy i w sercu? Czy będzie pamiętała połyskliwą okładkę? Potem rozwiąże rzemienie, ostrożnie przewróci karty cienkiego pergaminu, kruchego i wyschłego na wiór. Czy przypomni sobie słowa wracające echem przez wieki?
Teraz, gdy mój długi czas dobiega końca, modlę się, by dane mi było naprawić to, co kiedyś uczyniłem źle. Chcę wreszcie poznać prawdę. Prawda mnie wyzwoli.

Nieco później tego samego dnia, siedemset kilometrów na północ, w mrocznym korytarzu pod ulicami Chartres, inny mężczyzna czeka na rozpoczęcie ceremonii.
Dłonie ma wilgotne od potu, w ustach sucho, krew pulsuje mu w skroniach. Trochę mąci mu się w głowie, trudno powiedzieć, czy to efekt podniecenia i niecierpliwości, czy wina. Nie przywykł też do białej lnianej szaty ani ciężkiego konopnego sznura na biodrach. Zerka na boki, na dwie milczące postacie o twarzach skrytych pod kapturami. Nie potrafi ocenić, czy ci ludzie są równie mocno poruszeni, nie wie, czy wcześniej zdarzyło im się odprawiać ten rytuał. Ubrani są prawie tak samo jak on, tylko ich szaty mają złotawy połysk. Ach, no i obaj mają buty. On stoi na zimnej kamiennej posadzce boso.
Wysoko nad ukrytą siatką tuneli rozległ się pierwszy ton dzwonów ogromnej gotyckiej katedry.
- Je suis pret - mamrocze pod nosem, bardziej dla dodania sobie pewności niż wyrażając rzeczywistą gotowość. Żaden z mężczyzn nie reaguje.
Gdy cichnie ostatni pogłos dzwonów, akolita po lewej występuje do przodu i kamieniem częściowo ukrytym w dłoni uderza w masywne drzwi pięć razy. Z wnętrza dobiega odpowiedź: Dintrar. Wejść.
Mężczyzna odnosi wrażenie, iż głos kobiety nie jest mu obcy, ale nie ma czasu zgadywać, gdzie albo kiedy go słyszał, bo już drzwi się otwierają i odsłaniają komnatę, do której tak bardzo chciał trafić.
Równym krokiem trzy postacie powoli ruszają naprzód. W komnacie jest gorąco i prawie ciemno. Jedyne światło dają świece ustawione we wnękach i na ołtarzu. Podłogę ożywiają tańczące cienie.
Zna kształt tego wnętrza z dokumentów, jakie mu dano. Idąc ku środkowi komnaty, gdzie znajduje się grób, czuje na plecach wzrok obecnych. Zastanawia się, czy jest między nimi ktoś znajomy. Kolega z pracy? Żona przyjaciela? Każdy może zostać członkiem stowarzyszenia. Na ustach mężczyzny pojawia się lekki uśmiech, może pozwolić sobie na chwilę fantazji. Oczyma wyobraźni widzi, jak teraz się zmieni jego pozycja towarzyska.
Nagle potyka się i omal upada na kamienny stopień u podstawy grobu. Natychmiast wraca do rzeczywistości. Wnętrze jest mniejsze, niż sądził z rysunku, ciaśniejsze, bardziej klaustrofobiczne.
Gdy klęka, słyszy, że ktoś niedaleko gwałtownie zaczerpnął tchu. Ciekaw jest dlaczego. Serce bije mu szybciej.
Ciszę w komnacie przerywa jasny brzęk dzwonka. Wtóruje mu niski ton pieśni, z początku ledwo słyszalnej, lecz coraz głośniejszej w miarę jak dołączają kolejne głosy. Do świadomości mężczyzny docierają poszczególne słowa: montanhas, czyli góry, noblesa - to arystokracja, libres - książki, a graal - Graal.
Kapłanka zstępuje z ołtarza. Mężczyzna ledwie słyszy miękkie kroki, wyobraża sobie, jak połyskuje i migocze jej złota szata w blasku świec. Długo czekał na ten moment.
- Je suis pret - powtarza z bijącym sercem. I tym razem naprawdę jest gotowy.
Kapłanka staje przed nim bez ruchu. Dobiega go jej zapach, subtelny i ulotny, ledwo wyczuwalny pod ciężką wonią kadzideł. Wstrzymuje oddech, gdy kobieta pochyla się i bierze go za rękę. Ma chłodne palce, ładnie utrzymane paznokcie. Przeszywa go dreszcz, jak porażenie prądem, jak fizyczne pożądanie. Ona wciska mu w dłoń okrągły przedmiot, nieduży. Chciałby spojrzeć jej w twarz. Pragnie tego ponad wszystko na świecie, lecz mimo to patrzy w ziemię, jak mu nakazano.
Czterech starszych pomocników zbliża się do kapłanki. Ktoś delikatnie odchyla mu głowę do tyłu, wlewa w usta słodki gęsty płyn. To także część ceremonii, więc mężczyzna nie stawia oporu. Gdy ciepło rozpływa mu się po ciele, podnosi ręce, a jego dwaj towarzysze zakładają mu na ramiona złotą opończę.
Nagle mężczyzna zaczyna się dusić, jakby mu ktoś zaciskał na szyi żelazną obręcz, miażdżącą tchawicę. Chwyta się za gardło, walczy o oddech. Chce krzyczeć, ale z jego ust nie wychodzi żaden dźwięk. Teraz dopiero zaczyna pojmować, że dłonie kompanów spoczywają na jego ramionach nie po to, by mu dodać otuchy. Nie mają przynosić mu ulgi, mają go przytrzymać.
Mąci mu się wzrok, obraz się rozmywa. Mimo to dostrzega w ręku kapłanki błyszczący nóż, choć nie ma pojęcia, skąd się tu wzięło owo srebrne ostrze. Próbuje się podnieść, ale narkotyk zrobił swoje, zawładnął nim całkowicie, odebrał mu siły.
- Nie! - Krzyk więźnie mu w gardle.
W pierwszej chwili ma wrażenie, że ktoś go huknął pięścią w plecy. Nic więcej. Tępy ból rozchodzi się między łopatkami. Ciepła strużka gładko spływa po plecach.
Raptem puszczają go obce dłonie. Składa się wpół, jak szmaciana lalka, podłoga wychodzi mu na spotkanie. Uderza głową w kamienną posadzkę, ale nie czuje bólu, tylko przyjemny chłód. Milknie hałas, znika strach. Już nie dociera do niego nic poza głosem kapłanki, który zdaje się dobiegać z bardzo daleka.
- Une lesson. Pour tous. - Tak chyba mówi, choć nie ma to żadnego sensu.
W ostatnim przebłysku świadomości człowiek oskarżony o zdradę i skazany za to, że mówił, gdy powinien był milczeć, ściska w dłoni upragniony przedmiot. Dopiero śmierć rozluźnia mu palce. Wypada spomiędzy nich niepozorna krągła płytka, nie większa niż moneta. Toczy się po podłodze.
Po jednej stronie ma litery NV. Po drugiej - labirynt