Strona główna / Fantastyka / Trzy wiedźmy

Aktualności

26.04.2021

Spotkanie online z Barbarą Kwintą

W poniedziałek 26 kwietnia o godz. 19:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Barbarą Kwintą, autorką książki "Chwała meksykańskim zakonnicom".

Wywiady

11.03.2021

Między losem a przeznaczeniem - wywiad z Jodi Picoult

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Jodi Picoult. Z autorką "Księgi Dwóch Dróg" rozmawiała Ewa Cieślik z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.03.2021

Danuta Awolusi gościem FANBOOK.TV

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Danutą Awolusi, autorką książki "Nie mówiąc nikomu".

Bestsellery

TOP 20

  1. Tytus, Romek i A'Tomek /kolekcja 25 ksiąg/ Henryk Jerzy Chmielewski
  2. Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć Violetta Ozminkowski
  3. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach

Fotogaleria

więcej »

Trzy wiedźmy

Terry Pratchett

     Huczała wichura. Błyskawice raz po raz kłuły ziemię, niby niezręczny skrytobójca. Grom przetaczał się tam i z powrotem po ciemnych, chłostanych deszczem wzgórzach.
     Noc była czarna jak wnętrze kota. Można by uwierzyć, że właśnie w taką noc bogowie przesuwają ludzi niczym pionki na szachownicy losu. Pośród tej burzy żywiołów ogień migotał pod ociekającymi krzewami kolcolistu jak obłęd w oczach łasicy. Oświetlał trzy przygarbione postacie. Kiedy zabulgotał kociołek, ktoś zajęczał przeraźliwie:
     - Rychłoż się zejdziem znów?
     Zapadło milczenie.
     Aż w końcu ktoś inny odpowiedział tonem o wiele bardziej zwyczajnym:
     - Myślę, że dam radę w przyszły wtorek.
     Przez bezdenną otchłań kosmosu płynie gwiezdny żółw Wielki A'Tuin, niosąc na grzbiecie cztery ogromne słonie, dźwigające na barkach ciężar świata Dysku. Maleńki księżyc i słońce krążą wokół nich po skomplikowanych orbitach, powodujących zmiany pór roku. Nigdzie indziej we wszechświecie nie zdarza się, by słoń musiał przesunąć nogę, zwalniając drogę dla słońca.
     Być może, nigdy nie uda się wyjaśnić, dlaczego właściwie tak jest. Może Stwórca wszechświata znudził się typowymi problemami nachylenia osi, albedo i prędkości obrotowych. I postanowił chociaż raz się zabawić.
     Z dużym prawdopodobieństwem można przypuszczać, że bogowie tego świata nie grają w szachy - i tak jest istotnie. Nie mają dostatecznej wyobraźni. Bogowie wolą proste, okrutne gry, gdzie Nie Osiągasz Transcendencji, ale Trafiasz Prosto w Otchłań. Kluczem do zrozumienia wszelkiej religii jest fakt, że dla boga najlepszą zabawą są Węże i Drabiny z nasmarowanymi tłuszczem szczeblami.
     To magia spaja świat Dysku - magia generowana jego obrotami, magia przędzona jak jedwab z pierwotnej struktury egzystencji i zszywająca rany rzeczywistości.
     Wiele z tych nici kończy się w Ramtopach, górach ciągnących się od zamarzniętych ziem wokół Osi poprzez długi archipelag aż do ciepłych mórz, w nieskończonośś przelewających się nad Krawędzią w przestrzeń.
     Pierwotna magia strzela niewidzialnymi iskrami pomiędzy jednym szczytem a drugim i uziemia się w górach. Ramtopy dostarczają światu większości magów i czarownic. W Ramtopach liście na drzewach poruszają się, chociaż nie ma wiatru. Wieczorami głazy wychodzą na przechadzkę.
     Czasami nawet ziemia wydaje się żywa.
     A czasami także niebo.
     Burza naprawdę dawała z siebie wszystko. Miała swoją wielką szansę. Przez całe lata wędrowała po prowincji, wypełniając pożyteczne prace jako szkwał, nabierała doświadczenia, nawiązywała kontakty, od czasu do czasu zaskakiwała niczego nie podejrzewających pasterzy albo łamała młode dęby. A teraz wolne miejsce w pogodzie dało jej okazję, by się wykazać. Rozbudowywała rolę w nadziei, że zauważy ją któryś z wielkich klimatów.
     To była dobra burza. Cechowała ją godna uwagi żywiołowość i pasja. Krytycy zgodnie oceniali, że jeśli tylko nauczy się panować nad swymi gromami, będzie w najbliższych latach burzą wartą zobaczenia.
     Lasy huczały oklaskami, pełne mgieł i zerwanych liści.
     W takie noce, jak już wspomniano, bogowie rozgrywają gry inne niż szachy. Grają losami ludzi i tronami królów. Nie wolno zapominać, że zawsze oszukują, do samego końca...
     Po wyboistej leśnej drodze pędził powóz. Podskakiwał gwałtownie, gdy koła trafiały na korzenie drzew. Woźnica poganiał zaprząg, a rozpaczliwe trzaski bata zgrabnie akcentowały ryk huraganu nad głową.
     Za nim... bardzo blisko za nim i coraz bliżej... mknęli trzej zakapturzeni jeźdźcy.
     W takie noce dokonują się złe uczynki. Dobre również, ma się rozumieć. Ale ogólnie rzecz biorąc, głównie te złe.
     W takie noce czarownice wyruszają w świat.
     No, może nie całkiem w świat. Nie lubią obcej kuchni, nie są pewne wody, a w dodatku szamani stale zajmują im leżaki. Ale dzisiaj zza porwanych chmur wyłaniał się księżyc w pełni, szarpane wiatrem powietrze pełne było szeptów i bardzo wyraźnego posmaku magii.
     Na swej polanie w lesie rozmawiały czarownice.
     - We wtorek mam przypilnować dzieciaka - oświadczyła jedna z nich. Nie nosiła kapelusza, a tylko burzę siwych loków, tak gęstych, że przypominały hełm. - Najmłodszego naszego Jasona. Ale może być piątek. Pospiesz się z herbatą, skarbie. Gardło mi zaschło na wiór.
     Najmłodsza z trójki westchnęła i chochlą przelała trochę wrzątku z kociołka do imbryka.
     Trzecia czarownica poklepała ją przyjaźnie po ręku.
     - Ładnie to powiedziałaś - zapewniła. - Musisz jeszcze popracować nad zgrzytaniem. Mam rację, Nianiu Ogg?
     - Zgrzytanie zawsze się przyda - zgodziła się czym prędzej Niania Ogg. - Widzę, że Mateczka Whemper, niechodpoczywawspokoju, dobrze cię wprawiła w zezie.
     - Przyzwoity zez - przyznała Babcia Weatherwax.
     Najmłodsza, nosząca imię Magrat Garlick, uspokoiła się wyraźnie. żywiła wielki szacunek dla Babci Weatherwax. W całych Ramtopach było wiadome, że panna Weatherwax rzadko kiedy bywa z czegoś zadowolona. Jeśli stwierdziła, że to przyzwoity zez, to oczy Magrat zaglądały pewnie w dziurki nosa.
     W przeciwieństwie do magów, którzy najbardziej ze wszystkiego lubią skomplikowaną hierarchię, czarownice nie dbają o ustaloną strukturę rozwoju kariery zawodowej. Każda z nich sama decyduje, czy przyjąć do siebie jakąś dziewczynę i po śmierci przekazać jej swój teren. Czarownice nie są z natury towarzyskie, przynajmniej wobec innych czarownic, i z pewnością nie mają żadnych przywódczyń.
     Babcia Weatherwax była najbardziej szanowaną ze wszytkich przywódczyń, których nie miały.
     Magrat lekko drżały ręce, kiedy parzyła herbatę. Oczywiście, czuła się zaszczycona, ale i zdenerwowana, że przypadło jej zacząć pracę wioskowej czarownicy pomiędzy Babcią i - z drugiej strony lasu - Nianią Ogg. Sama wpadła na pomysł, by utworzyć miejscowy sabat. Miała wrażenie, że tak będzie bardziej... no... bardziej okultystycznie. Ku jej zdumieniu, dwie czarownice zgodziły się, a przynajmniej nie odmówiły zbyt stanowczo.
     - Rabat? - zdziwiła się Niania Ogg. - A po co nam wspólny rabat?
     - Jej chodzi o sabat, Gytho - wyjaśniła Babcia Weatherwax. - No wiesz, jak za dawnych lat. Spotkanie.
     - Potupiemy? - spytała Niania Ogg z nadzieją.
     - żadnych tańców - uprzedziła Babcia. - Nie przepadam za tańcami. Ani śpiewami, ani nadmiernym podnieceniem, ani zabawą z różnymi maściami i tym podobnie.
     - Dobrze ci zrobi takie wyjście - oświadczyła z zachwytem Niania.
     Magrat była trochę rozczarowana w kwestii tańca i zadowolona, że nie zdradziła jednego czy drugiego pomysłu, który jej chodził po głowie. Sięgnęła po przyniesione z domu zawiniątko. To był jej pierwszy sabat i postanowiła, że wypadnie jak należy.
     - Może ktoś ma ochotę na słodką bułeczkę? - zaproponowała.
     Babcia dobrze się przyjrzała, zanim odgryzła pierwszy kęs. Każda bułeczka miała symbol nietoperza na wierzchu. Oczka nietoperzy Magrat zrobiła z rodzynek.
     Powóz przebił się między drzewami na skraju lasu, wjechał na kamień, przez moment jechał na dwóch kołach, wyprostował się wbrew wszelkim prawom równowagi i pognał dalej. Jednak wyraźnie zwolnił. Hamowało go zbocze.
     Woźnica stanął na nogi, w stylu powożących rydwanami, odgarnął z czoła włosy i wpatrzył się w mrok. Nikt nie mieszkał u podnóża samych Ramtopów, a jednak widział przed sobą światło. Dzięki wszystkiemu, co łaskawe... To naprawdę światło.
     Za jego plecami w dach powozu wbiła się strzała.
     Tymczasem król Verence, władca Lancre, dokonywał odkrycia.
     Jak większość ludzi - w każdym razie większość ludzi w wieku poniżej sześćdziesiątki - Verence nie dręczył swego umysłu rozważaniami, co się dzieje z człowiekiem po śmierci. Jak większość ludzi od samego zarania dziejów zakładał, że w końcu wszystko samo się jakoś ułoży.
     I - jak większość ludzi od zarania dziejów - był teraz martwy. Leżał u stóp schodów w zamku Lancre, ze sztyletem w plecach.
     Usiadł i stwierdził ze zdumieniem, że kiedy ktoś, o kim chciałby myśleć jako o sobie, siedział, coś bardzo podobnego do jego ciała pozostało w pozycji leżącej na podłodze.
     To całkiem dobre ciało, uznał, po raz pierwszy oglądając je z zewnątrz. Zawsze był do niego przywiązany, choć musiał przyznać, że w tej chwili sytuacja uległa zmianie. Było potężnie i dobrze umięśnione. Dbał o nie. Wyhodował mu wąsy i długie faliste włosy. Pilnował, żeby dostarczać mu wielu zdrowych ćwiczeń na świeżym powietrzu i dużo czerwonego mięsa. A teraz, kiedy ciało bardzo by mu się przydało, akurat go zawiodło. A raczej opuściło.
     W dodatku musiał jakoś ustosunkować się do stojącej tuż obok wysokiej, chudej postaci. Skrywała się pod czarną szatą z kapturem; jedna ręka, wysunięta spomiędzy fałd i ściskająca wielką kosę, zbudowana była z kości.
     Kiedy człowiek już umrze, pewne rzeczy rozpoznaje instynktownie.
     WITAM.
     Verence wyprostował się na pełną wysokość, a raczej to, co byłoby pełną wysokością, gdyby ta jego część, do której określenie takie mogłoby się odnosić, nie leżała teraz na podłodze oczekując przyszłości, w której jedynie słowo ăgłębokość" byłoby na miejscu.
     - Jestem królem, zechciej pamiętać - powiedział.
     BYŁEŚ, WASZA WYSOKOŚĆ.
     - Co? - warknął Verence.
     POWIEDZIAŁEM: BYŁEŚ. NAZYWA SIĘ TO CZASEM PRZESZŁYM. WKRÓTCE SIĘ DO NIEGO PRZYZWYCZAISZ.
     Wysoka postać zastukała kościanymi palcami o drzewce kosy. Była wyraźnie czymś poirytowana.
     Jeśli się zastanowić, pomyślał Verence, to ja też jestem poirytowany.
     Pewne wyraźne, oczywiste w tej sytuacji sugestie przebijały się nawet przez obłąkaną, brawurową głupotę, stanowiącą zasadniczą część królewskiego charakteru. Verence uświadamiał sobie powoli, że niezależnie od tego, w jakim królestwie się obecnie znalazł, to nie on jest w nim królem.
     - Czy jesteś Śmiercią, przyjacielu? - zapytał.
     MAM WIELE IMION.
     - A którego obecnie używasz? - zapytał Verence z nieco większym szacunkiem.
     Wokół nich kłębili się ludzie. Co gorsza, sporo osób kłębiło się także przez nich, jak duchy.
     - A więc to Felmet - dodał król, spoglądając na postać przyczajoną na szczycie schodów i obscenicznie zadowoloną. - Ojciec zawsze mi powtarzał, że nie powinienem odwracać się do niego plecami. Dlaczego nie jestem wściekły?
     GRUCZOŁY, wyjaśnił krótko Śmierć. ADRENALINA I TAK DALEJ. I EMOCJE. NIE MASZ ICH. JEDYNE, CO CI POZOSTAŁO, TO MYŚL.
     Wyraźnie podjął jakąś decyzję.
     TO WBREW REGUŁOM, mówił dalej, jakby do siebie. ALE KIM JA JESTEM, ŻEBY SIĘ SPIERAĆ?
     - Kim, istotnie.
     SŁUCHAM?
     - Powiedziałem: kim, istotnie.
     CICHO BĄD¬.
     Śmierć przechylił czaszkę na bok, jakby wsłuchiwał się w wewnętrzny głos. Opadł mu kaptur i martwy król zauważył, że Śmierć przypomina gładki szkielet pod każdym względem prócz jednego: oczodoły płonęły mu błękitem nieba. Verence nie czuł strachu - trudno czuć strach, jeśli elementy do niego niezbędne stygną właśnie o kilka stóp obok, a w dodatku nigdy w życiu niczego się nie bał i nie miał ochoty zaczynać w tej chwili. Po części z powodu braku wyobraźni, ale też dlatego że był jednym z tych rzadkich osobników całkowicie zogniskowanych w czasie.
     Większość ludzi jest inna. Przeżywają swoje krótkie życie w rodzaju temporalnego rozmycia wokół punktu, gdzie znajduje się ich ciało: przewidują przyszłość albo nie umieją porzucić przeszłości. Zwykle są tak zajęci myśleniem, co zdarzy się za chwilę, że to, co zdarza się teraz, poznają jedynie drogą wspomnień. Taka jest większość. Uczą się strachu, ponieważ potrafią naprawdę przewidzieć - daleko poniżej poziomu świadomości - co się wydarzy. Dla nich to już się wydarza.
     Verence zawsze żył tylko w teraźniejszości. To znaczy aż do teraz.
     Śmierć westchnął.
     PEWNIE NIKT CIĘ O NICZYM NIE UPRZEDZIŁ, rzekł zniechęcony.
     - Słucham?
     ŻADNYCH PRZECZUĆ? NIEZWYKŁYCH SNÓW? SZALONYCH WIESZCZÓW WYKRZYKUJĄCYCH RÓ¬NE RZECZY NA ULICY?
     - O czym? O umieraniu?NIE, RACZEJ NIE. ZBYT WIELE OCZEKUJĘ, mruknął zgryźliwie Śmierć. WSZYSTKO ZRZUCAJĄ NA MNIE.
     - Kto zrzuca? - zdumiał się Verence.
     LOS. PRZEZNACZENIE. I CAŁA RESZTA. Śmierć położył królowi dłoń na ramieniu. RZECZ W TYM, OBAWIAM SIĘ, ŻE MASZ ZOSTAĆ DUCHEM.
     - Aha... - Król spojrzał na swoje ciało, które wydało mu się dość trwałe. A potem ktoś przez nie przeszedł.
     NIE DENERWUJ SIĘ TYM.
     Verence przyglądał się, jak słudzy z szacunkiem wynoszą z holu jego sztywne zwłoki.
     - Spróbuję - mruknął.
     ZUCH.
     - Ale obawiam się, że nic mi nie wyjdzie z białych prześcieradeł i dzwonienia łańcuchami - dodał. - Czy muszę snuć się bez celu, jęczeć i wrzeszczeć?
     Śmierć wzruszył ramionami.
     A CHCESZ? zapytał.
     - Nie.
     W TAKIM RAZIE NA TWOIM MIEJSCU BYM SIĘ TYM NIE PRZEJMOWAŁ.
     Z głębin swej ciemnej szaty wyjął klepsydrę i przyjrzał się jej uważnie.
     NAPRAWDĘ MUSZĘ JUŻ LECIEĆ, oświadczył.
     Odwrócił się na pięcie, zarzucił kosę na ramię i ruszył przez ścianę holu.
     - Chwileczkę! Zaczekaj! - krzyknął Verence i pobiegł za nim.
     Śmierć nie obejrzał się. Verence ruszył za nim przez mur; przypominało to wędrówkę we mgle.
     - Czy to wszystko? - zapytał. - Chcę wiedzieć, jak długo mam być duchem. Dlaczego jestem duchem? - Zatrzymał się i wzniósł władczo nieco prześwitujący palec. - Stój! Rozkazuję ci!
     Śmierć smętnie pokręcił głową i przeszedł przez kolejną ścianę. Król pospieszył w jego ślady, zachowując tyle godności, ile zdołał. Znalazł Śmierć poprawiającego uprząż na wielkim białym koniu, stojącym na blankach. Koń miał na pysku worek z obrokiem.
     - Nie możesz mnie tak zostawić - rzekł król widząc, że właśnie to wkrótce się stanie.
     Śmierć odwrócił się do niego.
     MOGĘ, oświadczył. JESTEŚ UPIOREM. DUCHY ZAMIESZKUJĄ ŚWIAT POMIĘDZY KRAINĄ ŻYWYCH I KRAINĄ UMARŁYCH. NIE JA ZA NIE ODPOWIADAM. Poklepał króla po ramieniu. NIE MARTW SIĘ. TO NIE POTRWA WIECZNIE.
     - To dobrze.
     ALE MOŻE SIĘ WYDAWAĆ WIECZNOŚCIĄ.
     - A jak długo potrwa naprawdę?
     DOPÓKI NIE WYPEŁNISZ SWEGO PRZEZNACZENIA, JAK SĄDZĘ.
     - A skąd się dowiem, jakie to przeznaczenie? - wypytywał zrozpaczony król.
     PRZYKRO MI, ALE W TYM NIE MOGĘ CI POMÓC.
     - Jak mogę to odkryć?
     JAK ROZUMIEM, TAKIE SPRAWY ZWYKLE SAME STAJĄ SIĘ OCZYWISTE, odparł Śmierć i wskoczył na siodło.
     - A do tego czasu muszę nawiedzać to miejsce... - Verence rozejrzał się po murze obronnym. - I pewnie całkiem sam. Czy ktoś może mnie zobaczyć?
     TAK... CI O PSYCHICZNYCH SKŁONNOŚCIACH. BLISCY KREWNI. I KOTY, OCZYWIŚCIE.
     - Nie znoszę kotów.
     Śmierć zesztywniał lekko, o ile to możliwe. Błękitne płomyki w jego oczach na moment zamigotały czerwienią.
     ROZUMIEM, rzekł. Ton sugerował, że zgon jest zbyt dobry dla wrogów kotów. PRZYPUSZCZAM, ŻE LUBISZ WIELKIE, GRO¬NE PSY.
     - Szczerze mówiąc, tak. - Król spoglądał posępnie na wschodzące słońce. Psy... Będzie mu ich brakowało. A właśnie zapowiadał się świetny dzień na polowanie.
     Ciekawe, czy duchy polują. Prawie na pewno nie, uznał. I pewnie też nie jedzą ani nie piją, a to już naprawdę przykre. Lubił tłumne, gwarne przyjęcia i wyżłopał* w życiu wiele kwart dobrego piwa. Zresztą złego również. Nigdy ich nie rozróżniał; dopiero następnego ranka.
     Ponuro kopnął kamień i zauważył zniechęcony, że stopa przeszła na wylot. Żadnych polowań, pijaństwa, uczt, toastów, sokołów... Zaczynał sobie uświadamiać, że bez ciała trudno o cielesne rozkosze. I nagle życie wydało mu się warte przeżywania. A fakt, że go nie przeżywa, wcale nie poprawił mu humoru.
     NIEKTÓRZY LUBIĄ BYĆ DUCHAMI, zauważył Śmierć.
     - Hm - mruknął smętnie Verence.
     SŁYSZAŁEM, ŻE TO NIE TAKIE STRASZNE. MOGĄ OBSERWOWAĆ, JAK SOBIE RADZĄ ICH POTOMKOWIE... PRZEPRASZAM, O CO CHODZI?
     Ale Verence zniknął już w murze.
     NIE ZWRACAJ NA MNIE UWAGI, rzucił urażony Śmierć. Rozejrzał się wokół wzrokiem spoglądającym poprzez czas, przestrzeń i dusze ludzkich istot. Zauważył lawinę w dalekim Klatchu, huragan w Howandalandzie i zarazę w Hergen.
     PRACA, PRACA, wymruczał i spiął konia, który skoczył w niebo.
     Verence pędził przez ściany własnego zamku. Jego stopy ledwie dotykały podłogi; co więcej, nierówności owej podłogi powodowały, że chwilami stopy w ogóle nie dotykały podłoża.
     Będąc królem, Verence przyzwyczaił się traktować służących, jakby nie istnieli. Przenikanie przez nich w roli ducha było prawie tym samym. Jedyna różnica, to że nie ustępowali mu z drogi.
     Dotarł do komnaty dziecinnej, spostrzegł wyłamane drzwi, rozrzuconą pościel...
     Usłyszał tętent kopyt. Skoczył do okna, zobaczył własnego konia galopującego przez bramę między dyszlami karocy. Po kilku sekundach wyjechali za nim trzej jeźdźcy. Echo stukotu kopyt unosiło się przez moment na dziedzińcu i zamarło.
     Król walnął pięścią w parapet; dłoń zanurzyła się na kilka cali w kamień.
     Potem skoczył przez okno, nie dbając o wysokość, i na wpół
     przefrunął, na wpół przebiegł do stajni.
     Zaledwie dwadzieścia sekund zajęło mu odkrycie, że do wielu rzeczy, których duchy nie mogą robić, należy dodać dosiadanie wierzchowca. Udało mu się wsiąść na siodło, a przynajmniej zawisnąć okrakiem w powietrzu o cal nad nim, ale kiedy koń wreszcie się spłoszył, przerażony dziwnym zjawiskiem poza uszami, Verence został na miejscu, dosiadając pięciu stóp świeżego powietrza.
     Spróbował pobiec i dotarł aż do bramy, ale tu powietrze wokół niego zgęstniało jak smoła.
     - Nie wyjdziesz - zabrzmiał smutny, starczy głos tuż za nim. - Musisz zostać tu, gdzie zostałeś zabity. To właśnie oznacza nawiedzanie. Możesz mi wierzyć. Wiem dobrze.
     Babcia Weatherwax znieruchomiała z uniesioną do ust drugą słodką bułeczką.
     - Coś się zbliża - oznajmiła.
     - Zgadujesz po świerzbieniu palca? - zapytała podniecona Magrat. Wszystkiego o magii nauczyła się z książek.
     - Świerzbieniu uszu - odparła Babcia. Uniosła brew i zerknęła na Nianię Ogg. Stara Mateczka Whemper była na swój sposób czarownicą wspaniałą, ale nazbyt marzycielską. Za dużo kwiatów, romantycznych uniesień i tak dalej.
     Co jakiś czas błyskawica rozświetlała ciągnące się do skraju puszczy wrzosowiska. Deszcz, padający na ciepłą latem ziemię, wypełniał powietrze smugami mgły.
     - Kopyta? - zdziwiła się Niania Ogg. - Nikt chyba by tędy nie przejeżdżał tak późną nocą.
     Magrat rozejrzała się lękliwie. Tu i tam wśród wrzosowisk wyrastały wielkie głazy. Ich początki ginęły w pomroce dziejów, ale podobno prowadziły ruchliwe i tajemne życie. Zadrżała.
     - Czego tu można się bać? - wyszeptała niepewnie.
     - Nas - odparła z dumą Babcia Weatherwax.
     Tętent kopyt zbliżył się i zwolnił. A potem kareta zadudniła między krzewami kolcolistu; konie zwisały niemal w uprzęży. Woźnica zeskoczył, podbiegł do drzwi, wyjął z powozu duże zawiniątko i ruszył w stronę trzech czarownic.
     Był już w połowie drogi, kiedy zatrzymał się i wbił w Babcię Weatherwax wzrok pełen grozy.
     - Wszystko w porządku - szepnęła. Cichy głos przebił się przez pomruk burzy, czysty jak dzwon.
     Postąpiła kilka kroków w kierunku mężczyzny. Usłużna błyskawica pozwoliła spojrzeć prosto w jego oczy. Były skupione w ten szczególny sposób, który tym, co Wiedzą, mówił wyraźnie, że ich właściciel nie patrzy już na ten świat.
     Ostatnim wysiłkiem wcisnął zawiniątko w ręce Babci i runął na twarz; pióra bełtu z kuszy sterczały mu z pleców.
     Trzy postacie wstąpiły w krąg światła ognia. Babcia spojrzała w inne oczy - oczy lodowate jak zbocza Piekła.
     Ich posiadacz odrzucił na bok kuszę. Kiedy wyciągał miecz, pod jego przemoczonym płaszczem błysnęła kolczuga.
     Nie zakręcił młynka ostrzem. Oczy, wciąż wpatrujące się w twarz Babci, nie należały do człowieka, który lubi kręcić młynki. Należały do kogoś, kto doskonale wie, do czego służą miecze.
     Wyciągnął rękę.
     - Oddasz mi to - rzekł.
     Babcia odchyliła koc z zawiniątka i spojrzała na małą twarzyczkę spowitą w sen.
     Podniosła głowę.
     - Nie - oświadczyła dla zasady.
     żołnierz zmierzył wzrokiem ją, a potem Magrat i Nianię Ogg, stojące nieruchomo jak głazy na wrzosowiskach.
     - Jesteście czarownicami? - zapytał.
     Babcia przytaknęła. Błyskawica przeszyła niebo i pięćdziesiąt sążni od Babci krzak rozbłysnął płomieniem. Dwaj żołnierze za dowódcą zamruczeli coś, ale on uśmiechnął się tylko i uniósł okrytą kolczugą dłoń.
     - Czy skóra czarownic odbija stal?
     - Nic o tym nie wiem - odparła chłodno Babcia Weatherwax. - Chcesz sprawdzić?
     Jeden z żołnierzy podszedł i ostrożnie stuknął dowódcę w ramię.
     - Z całym szacunkiem sir, to nie jest dobry pomysł...
     - Zamilcz.
     - Ale to sprowadza straszne nieszczęście...
     - Czy muszę cię prosić po raz drugi?
     - Sir...
     Babcia przez chwilę patrzyła mu w oczy, odbijające beznadziejne przerażenie.
     Dowódca uśmiechnął się do niej.
     - Wasza wsiowa magia jest dobra dla głupców, matko nocy. Mogę cię zabić na miejscu.
     - Więc uderzaj, młodzieńcze. - Babcia spoglądała ponad jego ramieniem. - Skoro tak dyktuje ci serce, uderzaj, jeśli się ośmielisz.
     Mężczyzna wzniósł miecz. Błyskawica uderzyła znowu i o kilka stóp od niego rozłupała kamień, wypełniając powietrze dymem i zapachem palonego krzemu.
     - Pudło - stwierdził wzgardliwie.
     Babcia spostrzegła, że napina mięśnie, gotów do ciosu.
     Na jego twarzy pojawił się wyraz niezmiernego zdumienia. Przechylił głowę w bok i otworzył usta, jakby próbował pojąć nową ideę. Miecz wypadł mu z palców i wylądował ostrzem w dół w ziemi. Potem mężczyzna westchnął i powoli osunął się do stóp Babci.
     Delikatnie trąciła go czubkiem buta.
     - Może nie wiedziałeś, w co celuję - szepnęła. - Matka nocy, też mi coś...
     Żołnierz, który próbował powstrzymać dowódcę, patrzył ze zgrozą na zakrwawiony sztylet w dłoni. Cofnął się.
     - Ja... ja... nie mogłem pozwolić... Nie powinien... To... to niewłaściwe... - jąkał się.
     - Pochodzisz z tych okolic, młody człowieku? - spytała Babcia.
     Osunął się na kolana.
     - Z Wściekłego Wilka, psze pani - odparł. Nie odrywał spojrzenia od martwego dowódcy. - Zabiją mnie teraz! - zajęczał.
     - Ale uczyniłeś to, co uważałeć za słuszne - przypomniała Babcia.
     - Nie po to zostałem żołnierzem. Nie żeby biegać po lesie i zabijać ludzi.
     - Bardzo słusznie. Na twoim miejscu zostałabym marynarzem - stwierdziła w zadumie Babcia. - Tak, morska kariera. Zaczęłabym jak najszybciej. A nawet natychmiast. Uciekaj, młodzieńcze. Uciekaj na morze, gdzie nie zostają ślady. Czeka cię długie i udane życie, obiecuję. - Zastanowiła się przez chwilę i dodała: - A w każdym razie dłuższe niż będzie tutaj, jeśli zostaniesz w pobliżu.
     Podniósł się, obrzucił ją spojrzeniem pełnym wdzięczności i lęku, po czym odbiegł i zniknął we mgle.
     - A teraz może ktoś nam wyjaśni, o co tu chodzi - rzuciła Babcia, zwracając się do trzeciego z mężczyzn.
     Do miejsca, gdzie był przed chwilą.
     Zabrzmiał jeszcze stłumiony tętent kopyt po trawie, a potem cisza.
     Niania Ogg przykuśtykała bliżej.
     - Mogłabym go złapać - oświadczyła. - Jak myślisz?
     Babcia potrząsnęła głową. Usiadła na kamieniu i obejrzała trzymane na rękach dziecko. Był to mniej więcej roczny chłopiec, całkiem nagi pod kocem. Kołysała go odruchowo, wpatrzona w pustkę.
     Niania Ogg zbadała oba ciała z miną kogoś, w kim obcowanie z umarłymi nie budzi żadnego lęku.
     - Może to bandyci... - szepnęła drżąca Magrat.
     Niania pokręciła głową.
     - To dziwne - zauważyła. - Obaj noszą ten sam herb. Dwa niedźwiedzie na czarno-złotej tarczy. Ktoś wie, co to oznacza?
     - To herb króla Verence'a - wyjaśniła Magrat.
     - A kto to taki? - spytała Babcia Weatherwax.
     - Rządzi tą krainą.
     - Ach... to ten król - mruknęła Babcia, jakby doprawdy nie było o czym mówić.
     - Żołnierze walczący ze sobą nawzajem... To nie ma sensu - stwierdziła Niania Ogg. - Magrat, zajrzyj do karety.
     Najmłodsza czarownica zbadała powóz i wróciła z workiem. Potrząsnęła nim; coś wypadło na trawę.
     Burza przetoczyła się na drugą stronę gór, a wodnisty księżyc zalał wilgotne wrzosowiska rzadką zupą światła. Odbijało się od czegoś, co bez wątpienia było bardzo ważną koroną.
     - To korona - szepnęła Magrat. - Ma takie spiczaste końce.
     - Ojej... - westchnęła Babcia.
     Dziecko zamruczało przez sen. Babcia Weatherwax nie lubiła zaglądać w przyszłość, ale teraz czuła, że przyszłość gapi się na nią.
     I Babci wcale się nie podobała jej mina.
     Król Verence spoglądał na przeszłość i dochodził do mniej więcej tych samych wniosków.
     - Widzisz mnie? - spytał.
     - Owszem. Nawet całkiem wyraźnie - odparł przybysz.
     Verence zmarszczył brwi. Byt ducha wymaga o wiele więcej umysłowego wysiłku niż byt żywego. Przez czterdzieści lat król radził sobie całkiem dobrze, nie myśląc częściej niż raz czy dwa razy dziennie. A teraz robił to bez przerwy.
     - Aha... - stwierdził. - Też jesteś duchem.
     - Domyślny jesteś.
     - To ta głowa, którą trzymasz pod pachą - wyjaśnił Verence, całkiem z siebie zadowolony. - Podpowiedziała mi rozwiązanie.
     - Przeszkadza ci? Jeśli tak, mogę ją włożyć z powrotem - zaproponował duch uprzejmie. Wyciągnął wolną rękę. - Miło mi cię poznać. Jestem Champot, król Lancre.
     - Verence. Również. - Zerknął w dół, na twarz starego władcy. - Chyba nie przypominam sobie twojego portretu w Długiej Galerii... - dodał.
     - To było już po mnie - wyjaśnił niedbale Champot.
     - A jak długo tu jesteś?
     Champot sięgnął w dół i podrapał się po nosie.
     - Z tysiąc lat - odparł. W jego głosie zabrzmiał odcień dumy. - Od człowieka do ducha.
     - Tysiąc lat!
     - Prawdę mówiąc, sam zbudowałem ten zamek. Właśnie wyposażyłem go ładnie od wewnątrz, kiedy bratanek uciął mi we śnie głowę. Nie masz nawet pojęcia, jak mnie to zirytowało.
     - Ale... tysiąc lat... - powtórzył niepewnie Verence.
     Champot ujął go pod ramię.
     - Nie jest tak źle - zwierzył się, ciągnąc nie stawiającego oporu króla przez dziedziniec. - W pewnym sensie nawet lepiej niż być żywym.
     - To musi być wściekle dziwaczny sens - burknął Verence. - Ja tam lubiłem być żywym.
     Champot uśmiechnął się pocieszająco.
     - Przyzwyczaisz się wkrótce - zapewnił.
     - Ale ja nie chcę się przyzwyczajać!
     - Masz silne pole morfogenetyczne - zauważył Champot. - Możesz mi wierzyć. Znam się na tym. Tak. Powiem wręcz, że bardzo silne.
     - A co to takiego?
     - Wiesz, nigdy nie byłem mocny w słowach. Zawsze łatwiej mi przychodziło walić czymś ludzi. Ale, jeśli dobrze zrozumiałem, wszystko sprowadza się do tego, jak bardzo byłeś żywy. Nazywa się to... - Champot zastanowił się. - Zwierzęca żywotność. Tak, to było to. Zwierzęca żywotność. Im więcej jej miałeś, tym bardziej zostajesz sobą, kiedy już jesteś duchem. Przypuszczam, że kiedy byłeś żywy, byłeś żywy w stu procentach.
     Verence poczuł, że mu to pochlebia.
     - Starałem się mieć zawsze coś do roboty - wyznał skromnie.
     Spacerkiem przeszli przez mur do głównego holu, w tej chwili pustego. Widok prostych stołów wzbudził u króla odruchową reakcję.
     - Jak zapewnimy sobie śniadanie? - zapytał.
     Głowa Champota zrobiła zdziwioną minę.
     - Nijak. Jesteśmy duchami.
     - Ale ja jestem głodny!
     - Nie, wcale nie. To tylko wyobraźnia.
     Od strony kuchni dobiegał brzęk garnków. Kucharze wstali już do pracy, a wobec braku instrukcji, szykowali normalne zamkowe śniadanie. Z mrocznego korytarza prowadzącego do kuchni sączyły się znajome aromaty.
     Verence pociągnął nosem.
     - Kiełbasa - westchnął rozmarzony. - Bekon. Jajka. Wędzona ryba. - Zerknął na Champota. - Salceson - wyszeptał.
     - Przecież nie masz żołądka - przypomniał mu stary duch. - To zwykła siła przyzwyczajenia. Myślisz tylko, że jesteś głodny.
     - Myślę, że mógłbym zjeść konia z kopytami.
     - Owszem, ale tak naprawdę niczego nie możesz dotknąś. Rozumiesz? - tłumaczył łagodnie Champot. - Zupełnie niczego.
     Verence opadł na ławę, ostrożnie, żeby przez nią nie przeniknąć, i ukrył twarz w dłoniach. Słyszał, że śmierć bywa nieprzyjemna. Po prostu nie uświadamiał sobie, jak bardzo.
     Chciał zemsty. Chciał się wydostać z tego nagle obrzydliwego zamku i odszukać syna. Ale jeszcze bardziej przeraziło go odkrycie, że tak naprawdę w tej chwili chce przede wszystkim talerza cynaderek.

 


     Mokry świt płynął przez kraj, pokonał mury obronne zamku Lancre, szturmem zdobył twierdzę i wreszcie przebił się przez okna pokoju na wieży.
     Książę Felmet spoglądał ponuro na ociekający deszczem las. Było go strasznie dużo. Książę nie miał nic przeciwko drzewom jako takim, jedynie widok tak wielu ich w jednym miejscu wpędzał go w depresję. Ciągle miał ochotę je liczyć.
     - W samej rzeczy, kochanie - powiedział.
     Tym, którzy go znali, książę przywodził na myśl rodzaj jaszczurki, możliwe że z gatunku, który żyje na wyspach wulkanicznych, porusza się raz dziennie, ma śladowe trzecie oko i mruga parę razy w miesiącu. On sam uważał się za człowieka cywilizowanego, przeznaczonego do życia w suchym powietrzu i jasnym słońcu porządnie zorganizowanego klimatu.
     Z drugiej strony, myślał, takiemu drzewu to dobrze. Drzewa nie mają uszu; był tego prawie pewien. I jakoś sobie radzą bez błogosławionego stanu małżeńskiego. Dąb samiec - musi gdzieś to sprawdzić - dąb samiec po prostu wysypuje swój pyłek na wiatr, a cała ta sprawa z żołędziami... chyba że to dębowe jabłka, nie, raczej na pewno żołędzie... odbywa się gdzie indziej...
     - Tak, mój skarbie - powiedział.
     Tak, drzewa dobrze to sobie wymyśliły. Książę Felmet spojrzał gniewnie na sklepienie liści. Samolubne dranie.
     - Z całą pewnością, najdroższa - powiedział.
     - Co? - warknęła księżna.
     Książę zawahał się, rozpaczliwie usiłując odtworzyć ostatnie pięć minut monologu. Chodziło chyba o niego, o to, że jest tylko w połowie mężczyzną i... kaleką w duchu? Był też przekonany, że słyszał skargę na chłód w zamku. Tak, zapewne o to właśnie chodzi. No cóż, te przeklęte drzewa przynajmniej raz mogą się na coś przydać.
     - Każę ściąć je i natychmiast tu przynieść, umiłowana - obiecał.
     Lady Felmet na moment zaniemówiła, a takie wydarzenie godne jest odnotowania w kalendarzu. Była kobietą potężną i władczą. Ludzie spotykający ją po raz pierwszy mieli wrażenie, że stają przed dziobem galeonu pod pełnymi żaglami. Efekt ten zwiększało jeszcze błędne przekonanie lady Felmet, że do twarzy jej w czerwonym aksamicie. W każdym razie nie kontrastował on z jej cerą, ale wręcz pasował do niej doskonale.
     Książę często myślał o swoim szczęściu, które kazało mu ją poślubić. Gdyby nie potężny napęd jej ambicji, byłby teraz zwykłym miejscowym wielmożą; nie miałby nic do roboty prócz polowania, pijaństwa i korzystania ze swego droit de seigneur*. Tymczasem teraz znalazł się tylko o jeden stopień od tronu i wkrótce będzie władcą wszystkiego, co widzi.
     W tej chwili widział jedynie drzewa.
     Westchnął.
     - Co ściąć? - spytała lodowatym tonem lady Felmet.
     - Drzewa, naturalnie - wyjaśnił książę.
     - A co drzewa mają z tym wspólnego?
     - No wiesz... Jest ich tak strasznie dużo - oznajmił z uczuciem.
     - Nie zmieniaj tematu!
     - Przepraszam, moja najsłodsza.
     - Zastanawiałam się właśnie, jak mogłeś być takim głupcem i pozwolić im uciec? Mówiłam ci, że ten sługa jest o wiele za lojalny. Komuś takiemu nie można ufać.
     - Nie, moja ukochana.
     - I pewnie nie wpadło ci do głowy, żeby kogoś za nimi posłać?
     - Bentzena, moja najdroższa. I dwóch gwardzistów.
     - Aha...
     Księżna urwała. Bentzen, dowódca osobistej gwardii książęcej, był zabójcą tak skutecznym, jak psychotyczna mangusta. Sama by go wybrała. Przez moment poczuła irytację, gdyż straciła szansę krytykowania męża. Szybko jednak odzyskała panowanie nad sobą.
     - W ogóle nie musiałby jechać, gdybyś mnie posłuchał. Ale nie, nigdy.
     - Co nigdy, moja namiętności?
     Książę ziewnął. Miał za sobą długą noc. Szalała burza z piorunami o całkiem zbędnie dramatycznych efektach. Była też ta nieprzyjemna sprawa z nożami.
     Wspomniano już, że książę Felmet znalazł się o jeden stopień od tronu. Stopień, o którym mowa, tkwił u szczytu schodów prowadzących do głównego holu. Z tych schodów stoczył się w ciemności król Verence, by wylądować - wbrew wszelkiemu prawdopodobieństwu - na własnym sztylecie.
     Jednakże jego osobisty lekarz wyjaśnił, że jest to śmierć z przyczyn naturalnych. Bentzen odwiedził księcia i wytłumaczył, że upadek ze schodów ze sztyletem w plecach to choroba wywołana przez nierozsądne mielenie językiem.
     Zaraziło się nią już kilku członków królewskiej gwardii, którzy mieli kłopoty ze słuchem. Wybuchła niewielka epidemia.
     Książę zadrżał. Pewne szczegóły minionej nocy wydawały mu się równocześnie zamglone i okropne.
     Próbował się uspokoić, że wszelkie nieprzyjemności dobiegły końca i że ma już królestwo. Niewielkie, co prawda, i składające się głównie z drzew, ale jednak królestwo. Razem z koroną.
     Jeśli tylko uda się ją znaleźć.
     Zamek Lancre został wzniesiony na skale przez architekta, który słyszał o Gormenghaście, ale nie dysponował odpowiednim budżetem. Poradził sobie nieźle z drobną konfekcją barbakanów z wyprzedaży i przecenionych piwnic, przypór, blanków, maszkaronów, wież, dziedzińców, fortec i lochów. Właściwie znalazł wszystko, czego trzeba zamkowi, z wyjątkiem może porządnych fundamentów i zaprawy murarskiej, której nie wypłukuje lekki deszcz.
     Zamek wznosił się na zawrotnej wysokości tysiąca stóp ponad spienionym nurtem rzeki Lancre. Co jakiś czas odpadały od niego jakieś kawałki.
     Choć był niewielki, mieścił tysiące schowków, gdzie można by ukryć koronę.
     Księżna wyszła z godnością, by znaleźć kogoś innego, kogo mogłaby karcić. Felmet pozostał sam, smętnie wpatrzony w pejzaż za oknem. Zaczynało padać.
     Jakby deszcz był znakiem, rozległo się potężne stukanie do bramy. Poważnie zaniepokoiło zamkowego lokaja, który w ciepłej kuchni grał w Okalecz Pana Cebulę z zamkowym kucharzem i zamkowym Błaznem.
     Burknął coś niechętnie i wstał.
     - Słychaś głuche stukanie - oznajmił.
     - Jakie? - zdziwił się Błazen.
     - Głuche, idioto.
     Błazen przyjrzał mu się z niepokojem.
     - Głuche i słychać? To jakiś rodzaj zen, prawda?
     Kiedy lokaj poczłapał w stronę wejściowej bramy, kucharz rzucił do puli kolejnego miedziaka i ponad kartami surowo spojrzał na Błazna.
     - Co to jest zen? - zapytał.
     Brzęknęły dzwonki na czapce.
     - No wiesz - odparł Błazen bez namysłu. - To podsekta systemu filozoficznego sumtina z obrotowego Klatchu. Charakteryzuje ją prostota i surowość, a oferuje adeptom osobiste ukojenie i zespolenie osiągnięte drogą medytacji i ćwiczeń oddechowych. Interesującym aspektem tego systemu jest stawianie pozornie bezsensownych pytań w celu poszerzenia bram percepcji.
     - Możesz powtórzyć? - spytał podejrzliwie kucharz.
     Był zirytowany. Kiedy zaniósł do głównego holu śniadanie, miał uczucie, że coś próbuje wyrwać mu tacę z rąk. A jakby tego było mało, książę posłał go z powrotem po... Kucharz zadrżał. Po owsiankę! I jajko na miękko! Był już za stary na takie fanaberie. Miał swoje przyzwyczajenia. Był kucharzem wiernym prawdziwej feudalnej tradycji. Jeśli coś nie miało jabłka w pysku i nie dało się upiec, on nie chciał tego podawać.
     Błazen zawahał się z kartą w ręku, stłumił panikę i zastanowił się szybko.
     - Widzę, wujaszku - zapiszczał - że masz dziś tyle pytań co żagli na morzu.
     Kucharz odprężył się wyraźnie.
     - Niech będzie - mruknął, nie do końca przekonany.
     Na wszelki wypadek Błazen przegrał jeszcze trzy kolejne rozdania.
     Lokaj tymczasem odsunął skobel wiklinowej furtki i wyjrzał na zewnątrz.
     - Kto tam stuka głucho? - zahuczał.
     Przemoczony i przerażony żołnierz zawahał się.
     - Jeśli głucho, to jak usłyszałeś?
     - Jeśli masz zamiar tyle gadać, to możesz sobie tam zostać na cały dzień - odparł spokojnie lokaj.
     - Nie! Muszę natychmiast zobaczyć się z księciem! - wykrzyknął gwardzista. - Czarownice wędrują po świecie!
     Lokaj miał już odpowiedzieć: Wybrały dobrą porę"albo Sam bym chętnie gdzieś wyjechał"; urwał jednak, gdy spojrzał w twarz przybysza. Zrozumiał, że nie warto się wysilać. Ten człowiek wyraźnie zobaczył rzeczy, których przyzwoici ludzie nie oglądają...

     - Czarownice? - powtórzył lord Felmet.
     - Czarownice! - mruknęła księżna.
     W pełnym przeciągów korytarzu jakiś głos, cichy jak wiatr w odległych dziurkach od kluczy, zawołał z nutą nadziei:
     - Czarownice!
     Ci o psychicznych skłonnościach...
     - To jest wtrącanie się i tyle - oświadczyła Babcia Weatherwax. - Nic dobrego z tego nie wyjdzie.
     - To bardzo romantyczne - stwierdziła z uczuciem Magrat i westchnęła.
     - Gu gu gu - powiedziała Niania Ogg.
     - W każdym razie - rzekła Magrat - zabiłaś tego okropnego człowieka.
     - Nigdy w życiu. Po prostu zachęciłam... sprawy, żeby potoczyły się właściwym kursem. - Babcia Weatherwax zmarszczyła czoło. - Nie miał ani krzty szacunku. Kiedy ludzie przestają okazywać szacunek, zbliżają się kłopoty.
     - Izi wizi wazi pim.
     - Ten drugi przyjechał tutaj, żeby go ratować! - krzyknęła Magrat. - Chciał, żebyśmy go ukryły! To oczywiste! To przeznaczenie!
     - Tak, oczywiste... - mruknęła Babcia. - Przyznaję, to oczywiste. Ale to, że coś jest oczywiste, nie oznacza jeszcze, że jest prawdą.
     Zważyła w dłoniach koronę. Wydawała się bardzo ciężka w sposób, który wykracza poza funty i uncje.
     - Tak, ale rzecz w tym... - zaczęła Magrat.
     - Rzecz w tym - przerwała Babcia - że ludzie będą go szukać. Poważni ludzie. I będą szukać na poważnie. W stylu rozwalić ściany i podpalić strzechę". I...
     - Jak tam mój malusi?
     - ...I, Gytho, jestem pewna, że wszystkie poczujemy się lepiej, jeśli przestaniesz tak gruchać - warknęła Babcia. Nerwy zaczynały ją zawodzić. Zawsze to robiły, kiedy nie była pewna, co począć. Poza tym wszystkie trzy schroniły się w domku Magrat i wystrój też źle na nią działał. Magrat wierzyła w mądrość Natury, w elfy, w uzdrawiającą moc kolorów i wiele innych rzeczy, z którymi Babcia Weatherwax wolała nie mieć do czynienia.
     - Nie będziesz mnie chyba uczyć, jak się opiekować dzieckiem - odparła gniewnie Niania Ogg. - Mnie, która ma piętnastkę własnych.
     - Powiedziałam tylko, że musimy się nad tym zastanowić.
     Przez chwilę obie spoglądały na siebie groźnie.
     - I co? - spytała Magrat.
     Babcia zastukała o brzeg korony. Zmarszczyła czoło.
     - Po pierwsze, musimy go stąd zabrać - oświadczyła. Uniosła rękę. - Nie, Gytho. Jestem pewna, że twój domek jest idealny i w ogóle, ale nie jest bezpieczny. On musi się znaleźć daleko stąd, bardzo daleko, gdzie nikt nie będzie wiedział, kim jest. I jeszcze mamy to... - Przerzuciła koronę z ręki do ręki.
     - Ach, drobiazg - uspokoiła ją Magrat. - Po prostu schowaj ją pod kamieniem albo gdzieś. To łatwe. O wiele łatwiejsze niż ukrycie dziecka.
     - Wcale nie - zaprzeczyła Babcia. - Kraj jest pełen dzieci i wszystkie wyglądają tak samo, ale raczej nie ma tu wielu koron. A one mają sposoby, żeby ktoś je znalazł. Tak jakby przyzywały ludzkie myśli. Jeśli wepchniesz ją pod kamień, w ciągu tygodnia da się przypadkiem odnaleźć. Zapamiętaj moje słowa.
     - To prawda. Rzeczywiście - przytaknęła z zapałem Niania Ogg. - Ile to razy rzucałaś magiczny pierścień do morza, potem wracałaś do domu, szykowałaś kawałek ryby na podwieczorek i miałaś go z powrotem...
     Zastanawiały się w milczeniu.
     - Nigdy - rzekła z irytacją Babcia. - I ty też nie. W każdym razie on może zechce kiedyś ją odebrać. Prawnie należy do niego. Królom bardzo zależy na koronach. Doprawdy, Gytho, czasem opowiadasz takie...
     - Zrobię herbatę, dobrze? - przerwała jej wesoło Magrat i wybiegła do kuchni.
     Dwie stare czarownice siedziały po dwóch stronach stołu w uprzejmym i pełnym napięcia milczeniu. Wreszcie odezwała się Niania Ogg.
     - Ładnie się tu urządziła, prawda? Kwiaty i w ogóle. Co to jest, co wisi na ścianach?
     - Amulety - odparła kwaśno Babcia. - Albo coś podobnego.
     - Miłe - przyznała grzecznie Niania Ogg. - I te wszystkie szaty, różdżki...
     - Nowoczesność! - parsknęła Babcia Weatherwax. - Kiedy ja byłam młoda, miałyśmy bryłę wosku i parę spinek. I musiałyśmy się z tego cieszyć. Za tamtych lat same przygotowywałyśmy zaklęcia.
     - No tak... Ale od tego czasu wiele wody przez nas przepłynęło - oznajmiła z mądrą miną Niania Ogg.
     Uspokajająco kołysała dziecko.
     Babcia Weatherwax pociągnęła nosem. Niania Ogg trzy razy wychodziła za mąż i rządziła plemieniem dzieci i wnuków rozrzuconych po całym królestwie. To fakt, czarownicom wolno zawierać małżeństwa. Babcia musiała to przyznać, chociaż niechętnie. Bardzo niechętnie. Raz jeszcze z dezaprobatą pociągnęła nosem. To był błąd.
     - Co to za zapach? - spytała gniewnie.
     - Ach... - Niania Ogg podniosła się ostrożnie. - Pójdę i zobaczę, czy Magrat nie ma jakichś czystych ściereczek. Dobrze?
     Babcia została sama. Czuła się zakłopotana, jak każdy, kto zostaje sam w cudzym pokoju i walczy z chęcią, by wstać i obejrzeć książki na półce nad kredensem albo sprawdzić, czy nie ma kurzu nad kominkiem.
     Obróciła w dłoniach koronę. I znowu wywarła na niej wrażenie większej i cięższej niż w rzeczywistości.
     Babcia zauważyła lustro nad kominkiem. Raz jeszcze spojrzała na koronę: kusiła ją. Prawie błagała, żeby przymierzyć. A właściwie dlaczego nie? Sprawdziła jeszcze, czy nie ma w pobliżu koleżanek, po czym szybkim ruchem zdjęła kapelusz i wsadziła koronę na głowę.
     Wydawało się, że pasuje. Babcia wyprostowała się z dumą i władczym gestem machnęła dłonią w stronę kominka.
     - A pospiesz się z tym - poleciła. Skinęła arogancko na szafkowy zegar. - Ściąć mu głowę i tyle - rozkazała.
     Uśmiechnęła się posępnie.
     I zamarła. Usłyszała krzyki, tętent koni, śmiertelny szept strzał i głuchy, zduszony odgłos włóczni przebijających ciało. Szarża za szarżą odbijała się echem w jej głowie. Miecz uderzał o miecz, o tarczę albo o kość... bez ustanku. Lata przemykały w myślach w ciągu zaledwie sekundy. Chwilami leżała pośród zabitych albo wisiała na gałęzi drzewa; zawsze jednak znalazły się ręce, które podnosiły ją znowu i układały na aksamitnej poduszce...
     Babcia bardzo ostrożnie zdjęła z głowy koronę... Wysiłek ten wcale nie przyszedł jej łatwo. Położyła ją na stole.
     - Więc tyle znaczy dla ciebie być królem - szepnęła. - Zastanawiam się, dlaczego tak im zależy na tym stanowisku.
     - Słodzisz? - odezwała się Magrat od drzwi.
     - Trzeba urodzić się błaznem, żeby zostać królem - dodała Babcia.
     - Słucham?
     Babcia obejrzała się.
     - Nie zauważyłam, kiedy weszłaś. O co pytałaś?
     - Cukru do herbaty?
     - Trzy łyżeczki.
     Była to jedna z nielicznych zgryzot w życiu Babci Weatherwax: mimo wszelkich wysiłków, osiągnęła szczyt swej kariery z cerą niczym jabłko i ze wszystkimi zębami. Żadne uroki nie potrafiły zmusić kurzajki, by zapuściła korzenie na jej urodziwej, choć odrobinę końskiej twarzy. Ogromne dawki cukru dawały tylko niewyczerpaną energię. Raz nawet odwiedziła w tej sprawie maga, a ten wyjaśnił, że to skutek metabolizmu. W pewien niewyjaśniony sposób poczuła się wtedy ważniejsza od Niani Ogg, która - jak podejrzewała - nigdy w życiu nie widziała metabolizmu.
     Magrat posłusznie wsypała trzy czubate łyżeczki. Byłoby miło, pomyślała, gdyby ktoś czasem dla odmiany powiedział dziękuję".
     I nagle uświadomiła sobie, że korona ją obserwuje.
     - Czujesz to, prawda? - spytała Babcia. - Gytha przecież mówiła. Korony przyzywają do siebie.
     - Jest okropna.
     - Nie. Jest tylko tym, czym jest. Nic nie może na to poradzić.
     - Przecież to magia!
     - Jest tylko tym, czym jest - powtórzyła Babcia.
     - Chce mnie zmusić, żebym ją przymierzyła - oznajmiła Magrat. Jej dłoń zawisła nad koroną.
     - Stara się, owszem.
     - Ale ja będę silna.
     - Mam nadzieję - rzekła Babcia z nagle stężałą twarzą. - Co robi Gytha?
     - Myje dziecko w zlewie - wyjaśniła niezbyt precyzyjnie Magrat. - Jak zdołamy ukryć coś takiego? Co by się stało, gdybyśmy ją gdzieś głęboko zakopały?
     - Borsuk by ją wykopał. Albo ktoś akurat szukałby złota czy czegoś innego... Albo drzewo wplotłoby w nią korzenie, potem burza by je przewróciła, a ktoś by ją podniósł i włożył...
     - Chyba że byłby tak opanowany jak my - zauważyła Magrat.
     - Chyba żeby był. Naturalnie - przyznała Babcia, przyglądając się swoim paznokciom. - Chociaż z koronami problem nie polega na wkładaniu, tylko na zdejmowaniu.
     Magrat podniosła koronę i obróciła w dłoniach.
     - Nawet nie wygląda na koronę - stwierdziła.
     - Na pewno wiele ich już widziałaś. I oczywiście jesteś ekspertem.
     - Widziałam kilka. Mają więcej klejnotów i taki kawałek materiału w środku - odparła wyzywająco Magrat. - A to tylko cienki pasek...
     - Magrat Garlick!
     - Widziałam! Kiedy uczyłam się u Mateczki Whemper...
     - ...niechodpoczywawspokoju...
     - ...niechodpoczywawspokoju. Często zabierała mnie do Ostrego Grzbietu albo do Lancre, jak tylko do miasteczka trafiała wędrowna trupa i grali aktorzy. Bardzo lubiła teatr. Mieli tam tyle koron, że wszystkim nie pogroziłabyś laską... Chociaż... - zastanowiła się. - Mateczka mówiła, że są zrobione z blachy i papieru. A zamiast klejnotów mają kawałki szkła. Ale wyglądały bardziej prawdziwie niż ta. To dziwne, prawda?
     - Rzeczy, które próbują wyglądać jak rzeczy, często wyglądają bardziej jak rzeczy niż same rzeczy. To powszechnie znany fakt. Ale nie powiem, żeby mi się to podobało. Więc oni wędrowali i grali coś w tych koronach, tak?
     - Nie wiesz, co to teatr? - zdziwiła się Magrat.
     Babcia Weatherwax, która nigdy nie przyznała się do ignorancji w jakiejkolwiek dziedzinie, nie wahała się ani chwili.
     - A tak - powiedziała. - To jedna z tych nowomodnych rzeczy, co?
     - Mateczka Whemper mówiła, że jest zwierciadłem życia - wyjaśniła Magrat. - I że zawsze potem ma lepszy nastrój.
     - Nie dziwię się - stwierdziła Babcia Weatherwax. - Pod warunkiem że grają odpowiednio. Czy to dobrzy ludzie, ci teatralni gracze?
     - Chyba tak.
     - I wędrują po kraju, mówisz? - Babcia zamyśliła się, wpatrzona w drzwi spiżarni.
     - Cały czas. Teraz też jest w Lancre jedna trupa. Tak słyszałam. Nie widziałam ich, ponieważ... no wiesz... - Magrat spuściła głowę. - Kobieta nie powinna samotnie bywaś w takich miejscach.
     Babcia pokiwała głową. Pochwalała takie zwyczaje, przynajmniej dopóki nikt nie sugerował, że sama powinna się do nich stosować.
     Zabębniła palcami po obrusie Magrat.
     - Pewno - mruknęła. - Dlaczego nie? Idź, powiedz Gycie, żeby dobrze opatuliła dziecko. Dawno już nie słyszałam, jak gra teatr. Odpowiednio.
     Magrat była oczarowana, jak zwykle. Teatr składał się z kilku łokci pomalowanej derki, drewnianej sceny ułożonej na beczkach i pół tuzina ławek stojących na rynku. Ale jednocześnie udawało mu się być Zamkiem, Innym Skrzydłem Zamku, Tym Samym Skrzydłem Trochę Później, Polem Bitwy i Drogą za Miastem. Popołudnie ułożyłoby się znakomicie, gdyby nie Babcia Weatherwax.
     Po kilku przenikliwych spojrzeniach w stronę trzyosobowej orkiestry, w nadziei że ustali, który instrument jest teatrem, stara czarownica w końcu zwróciła uwagę na s