Strona główna / Literatura polska / Agnieszka Osiecka / Rozmowy w tańcu

Aktualności

19.01.2021

Spotkanie online z Ewą Kempisty-Jeznach

We wtorek 19 stycznia o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Ewą Kempisty-Jeznach, autorką książki "Chorzy ze stresu".

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

07.01.2021

Krzysztof Pyzia gościem Pytania na śniadanie

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Krzysztofem Pyzią, autorem książki "Stewardesy. Cała prawda o lataniu".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pięć Stawów. Dom bez adresu Beata Sabała-Zielińska
  2. Śreżoga Katarzyna Puzyńska
  3. Uciekłam z arabskiego burdelu Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Rozmowy w tańcu

Agnieszka Osiecka

Wieczór pierwszy
POCHMURNO, LEKKIE ROZPOGODZENIE
ONA: Data urodzenia?
JA: 1936.
ONA: Urodziłaś się przed wojną...
JA: Była o tym piosenka. Trochę o mnie, trochę o kolegach: Urodziłam się przed wojną, pod jesień, nie pamiętam, jak wyglądał ten wrzesień, ojciec się trudnił, matka przy mężu, bladzi i smutni - Hitler zwyciężył. - W okupację jadłam brukiew, stać nas było też na cukier... - potem płomienie, strach, dużo krzyku...- front, wyzwolenie... - nie ma już fryców...
ONA: Urodziłaś się przed wojną... Pamiętasz coś?
JA: Spiżarnię mojej babki. Zapach cynamonu, ciemność. Mały tunel. Tajemniczość.
ONA: Jaka ona była, ta babka?
JA: Wysoka, próżna, przystojna. Po kądzieli - znaleźliby się ziemianie, po mieczu - warszawscy rzemieślnicy. Hodowała kanarki i foksteriery. Rozwódka. Jako młoda jeszcze kobieta porzuciła swego zacnego męża, czyli mego dziadka, Józia, który grawerował koty i pająki na puderniczkach, i poszła sobie. Zostawiła dwie wystraszone dziewczynki - cudownie utalentowaną Baśkę i moją mamę, Marię. Mama, niedotulona, nigdy nie wyzbyła się strachu przed życiem. Teraz całe dnie spędza w szlafroku. Ten szlafrok to jest jej marzenie o pieluszce.
ONA: Odziedziczyłaś po matce lęk?
JA: W dużym stopniu.
ONA: To dlaczego nie dopinasz pasa w samolocie i nie płacisz składek w ubezpieczalni?
JA: To po ojcu.
ONA: Był ryzykantem?
JA: Wprost przeciwnie, był tchórzem. Ale był niesamowitym oryginałem.
ONA: Nazywasz go w wywiadach „lokalowym pianistą”, to znowu „wirtuozem”. W czym rzecz?
JA: Robił jedno i drugie. Grał na dancingach i w filharmoniach Lwowa, Budapesztu, Capri, Wiednia, Berlina, Warszawy. Ogólnie jednak trzymał się tradycji austro-węgierskiej. Na co drugie pytanie odpowiadał dowcipem. Był wesoły, ale nie miał żadnych złudzeń co do ludzi. Coś w tym było z ponurego poczucia humoru Vonneguta. Ze mnie ojciec zrobił kompletne dziwadło.
ONA: Chciał, żebyś była Beethovenem w spódnicy?
JA: To było tak: zaraz po wojnie znaleźliśmy się w Wiedniu, u macochy ojca, byłej śpiewaczki operowej - madame Strasser. Ojciec wahał się, czy wrócić, wrócił i pojął, że zrobił błąd. Dookoła pieniła się wprawdzie jeszcze pełna rumieńców „Polska mikołajczykowska”, ale już się czaił stalinizm. Wtedy ojciec, przy niemej zgodzie mamy, ukrył mnie pod kloszem. Zbudował szczelną barykadę między mną a światem: chodziłam na francuski i niemiecki do pani Heller, trochę jakby łysiejącej i bardzo chudej damy, jeździłam taksówką na angielski do metodystów, a pływać uczyła mnie instruktorka, pani Buba. Ojciec chciał nawet, żebym się nauczyła prowadzić szybowiec, ale nas strażnik wyrzucił. Aha, nie wolno mi było czytać gazet!
ONA: Pisałaś o tej swojej edukacji?
JA: Bardzo dużo. W siedemdziesiątym roku, w powieści „Zabiłam ptaka w locie” i w osiemdziesiątym trzecim, we wspomnieniach z lat odwilży - „Szpetni czterdziestoletni”. W każdym razie: kiedy przyszło do mnie prawdziwe życie, to ja ani be, ani me.
ONA: A szkoła? Nie oświeciła cię?
JA: Ta moja pierwsza szkoła była bardzo kochana, ale biedna jeszcze, kulawa, taka szkoła na gruzach. Pięćdziesiątka dzieci w jednej klasie, kałamarze, zajączki z UNRRY (tak, pamiętam, jak przyjechały paczki z pomocy amerykańskiej), pończochy w prążki, wycieczki ciężarówkami. Nauczycielka, pani Sznaper, dla której znosiłam wilgotne bzy. Chuligan Maniek, hrabianka Rzewuska. Ot, taka szkoła z Saskiej Kępy. Obok była ślizgawka, a w lecie żaby.
ONA: Więc nic? Żadnych śladów tego czasu?
JA: Jak to nic. Od dziesiątego roku życia, z przerwami, pisałam pamiętniki. Namówiła mnie do tego ciotka Baśka, sama pisząca potajemnie. Część z nich jest we wrocławskim Ossolineum, część w tapczanie.
ONA: Wracasz do nich?
JA: Nigdy, są nieszczere. Ciągle pokazywałam je koleżankom, pisałam „pod kogoś”. Poza tym starałam się przypodobać sobie samej. Jakaś taka marna autopsychoterapia.
ONA: Jesteś kokietką?
JA: I tak, i nie.
ONA: Gdybyś miała jednym słowem nazwać jakąś swoją cechę, to jakie by to było słowo?
JA: Dwoistość.
ONA: Jak myślisz, skąd to się wzięło?
JA: Może z tańcowania na linie między rodzicami. Bo moi rodzice też się w końcu rozwiedli. Nie wiedziałam, czyją stronę wybrać, i zostało to we mnie na zawsze. Mawiałam, że wprawdzie ktoś tam jest bandziorem, ale ma złote serce. Albo flirtowałam z dwoma chłopakami naraz. Jednego trzymałam za rękę, a z drugim rozprawiałam o książkach. Albo o kwestiach politycznych. Nie umiałam dokonać wyboru. Parę lat temu, w Nowym Jorku, Milos Forman spytał mnie: „...a Jaruzelski to człowiek Rosji czy polski patriota?” Odpowiedziałam: „Fifty-fifty”. Myślałam, że z latami mi to przejdzie, ale skąd. To straszne.
ONA: Straszne czy może piękne, podniecające?
JA: Podniecające może, ale piękne w żadnym wypadku.
ONA: Obruszyłaś się na słowo „piękne”.
JA: Bo nie lubię przymiotników, zwłaszcza w takich zestawieniach, w których głucho brzmią. Oczywiście w piosenkach i w wierszach dbam o jakąś „ładność”, ale wystrzegam się przymiotników. Jeśli opisuję poranek i powiadam „litanię dla skowronka już pisze Bóg”, to oczywiście staram się stworzyć obraz pełen słodyczy. Ale nie piszę „dzień był śliczny”. Chociaż czasami takie sformułowanie jest najwłaściwsze.
ONA: Zawsze byłaś taka wyczulona na słowo?
JA: Chyba zawsze. Urodziłam się z poczuciem formy, tak jakbym trzymała w rękach organki i światłomierz. Poza tym rozwinęła to we mnie moja druga szkoła.
ONA: Znam ją. Słynne gimnazjum im. Curie-Skłodowskiej na Saskiej Kępie. Też wspominasz o nim w „Szpetnych czterdziestoletnich”.
JA: Bo to świetna szkoła, świetne nauczycielki. Pani Różańska, która była jedyną osobą w szkole używającą szminki - była to szminka koloru maku - uczyła mnie polskiego. Pani Piotrowska - moralności. Pani Bornholtzowa - historii.
ONA: Podobno zmarła w dniu ogłoszenia stanu wojennego?
JA: A czy to nie idealna data dla historyka? Jeżeli musimy umrzeć, dbajmy przynajmniej o efekty.
ONA: Zależy ci na efektach?
JA: I tak, i nie. Ale wróćmy do szkoły. Tam zakochałam się w „socjalizmie utopijnym”. Jeszcze później, kiedy poszłam na dziennikarstwo, zapytana przez zetempowców „kim jesteś?”, odpowiedziałam: „jestem socjalistką utopijną”.
ONA: Jak wspominasz ten czas?
JA: Okropnie.
ONA: To po co poszłaś na dziennikarstwo? Przecież nietrudno było się zorientować, że to było coś w rodzaju propagandowych kursów.
JA: Poszłam, bo przeczytałam u Kischa: „Dziennikarstwo jest najlepszą szkołą dla (-) pisarza”. Głupia byłam. Na naszym wydziale masa osób trudniła się donosicielstwem, wszyscy bali się wszystkich, a co najważniejsze: nie nauczyłam się niczego. Rzeczywiście, to były takie krótkie kursy!
ONA: Pogratulować! Ale: zapisałaś tysiące stron drobnym maczkiem, zarzucasz teatry swoimi przedstawieniami, a antenę piosenkami, i chcesz powiedzieć, że nie masz żadnego uniwersyteckiego zaplecza?
JA: Nic podobnego. Po dziennikarce, w latach 1957-1962, studiowałam na wydziale reżyserii filmowej w Łodzi. To była ta sama fantastyczna uczelnia, którą rządził profesor Jerzy Toeplitz, a studiował w niej Andrzej Wajda, Romek Polański, Janusz Majewski. Nadzwyczajna uczelnia!
ONA: Masz jakieś filmowe osiągnięcia?
JA: Żadnych. Ale zetknęłam się z wykładowcami z prawdziwego zdarzenia. Na przykład dokumentalista, Jerzy Bossak, albo opiekun mego roku, niezwykle elegancki starszy pan, Antoni Bohdziewicz. Albo sławny operator, Stanisław Wohl. Nauczyłam się od nich, wśród wielu innych rzeczy, montażu filmowego. To mi teraz pomaga w... teatrze. Kiedy w roku 1964 razem z Jankiem Biczyckim wystawiłam kolaż o Polsce „Niech no tylko zakwitną jabłonie”, miałam pełną świadomość, że całej sztuki „wybuchowego” montażu scenek nauczyłam się od filmowców. Tak samo w małym musicalu z roku 1967 - dziś przeżywającym swój come back - w „Apetycie na czereśnie”, klejąc piosenki z prozą, korzystałam z łódzkiej szkoły. Poza tym... śmiesznie tam było.
ONA: W jakim sensie?
JA: Moi koledzy byli strasznymi erotomanami. Zbierali się na słynnych „łódzkich schodach” i przeciągali się jak kocięta. Ja, żeby z kimś potańczyć, musiałam przywozić kawalera z Warszawy. W moich kolegach kochały się wszystkie kelnerki z „Honoratki”. A były to piękne dziewczyny. Nie miałam szans.
ONA: Miałaś kłopoty z mężczyznami? Słyszałam, że zdejmując płaszcz w szatni, zrzucasz go po prostu z ramion, nie oglądając się. Taka jesteś pewna, że ktoś tam stoi.
JA: Ale skąd. To ja zawsze uganiałam się za chłopcami. Od tego serce mi posiwiało, a głowa jeszcze bardziej. Kiedyś upiłam się w tak zwanym Ścieku i wyłam: „Jestem wdową po pokoleniu”.