Strona główna / Literatura polska / Studnia życzeń

Aktualności

30.05.2022

PIKNIK NA SKRAJU DROGI I INNE UTWORY z Nagrodą Nowej Fantastyki

Z przyjemnością ogłaszamy, że książka "Piknik na skraju drogi i inne utwory" Arkadija i Borisa Strugackich otrzymała Nagrodę „Nowej Fantastyki” w kategorii Wznowienie Roku.

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem jedną z żon Laila Shukri
  2. Sąpierz Katarzyna Puzyńska
  3. Ziobranoc, Europo Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz

Studnia życzeń

Katarzyna Leżeńska

1. Porządek rzeczy

Kawiarnia Starbucks przy Karntnerstrasse rozbrzmiewała wielojęzycznym gwarem, który przypominał monotonne buczenie dolatujące z ula, w takie upalne czerwcowe dni jak ten. Mimo to radosne oświadczenie mężczyzny dopijającego kawę przy stoliku pod ścianą usłyszały tak wyraźnie, jakby mówił do nich, a nie do swojej towarzyszki siedzącej tyłem do sali. Może dlatego, że odezwał się po polsku.
- Podobają mi się, bo są takie długie i sztywne - wyjaśnił, chowając do kieszeni koszuli firmowe plastikowe łyżeczki.
- Wiecznie ten sam kompleks - mruknęła Dominika.
Hanka parsknęła w swoje cappuccino. Imponująca mleczna piana i drobiny cynamonu, którym właśnie okrasiła obficie kawę, udekorowały ją od ucha do ucha wraz z grzywką, niczym tort urodzinowy. Dłuższą chwilę przy stoliku słychać było tylko chichot Dominiki i dziwne odgłosy wydawane przez Hankę, która jednocześnie śmiała się, kaszlała, wydmuchiwała cynamon z nosa i wycierała sobie twarz.
Została im jeszcze niecała godzina do odjazdu warszawskiego pociągu. Ostatnie chwile przed wyjazdem z Wiednia spędzały w Starbucks Café na prośbę Dominiki, która chciała raz w życiu wypić taką samą kawę jak bohaterowie niezliczonych amerykańskich filmów i powieści. Rasowe turystki wybrałyby zapewne kawiarnię hotelu Sacher albo przynajmniej stolik przy cukierni Sachera po przeciwnej stronie ulicy. Żadna z nich nie była jednak rasową turystką. Dominika przyjechała do Wiednia na spotkanie z ekscentryczną tłumaczką, a Hanka. cóż, Hanka po raz pierwszy w życiu dała się namówić na nieplanowaną, nieprzemyślaną i zupełnie nieodpowiedzialną wycieczkę-ucieczkę. Po prostu wstała od komputera, zostawiając rozgrzebany do niemożliwości półroczny bilans, wrzuciła do plecaka dokumenty i dwa ciuchy na krzyż, i pojechała taksówką na dworzec, gdzie Dominika kończyła właśnie skomplikowaną procedurę kupowania zniżkowych biletów.
Przez całe trzy dni czuła się jak zakonnica na gigancie, pląsając między euforią a nieokreślonym poczuciem winy. To ostatnie wynikało bardziej z przyzwyczajenia niż z jakichkolwiek realnych przesłanek, bo przecież poczucie winy bywa morderczo wierne i nie znika automatycznie, gdy nie ma żadnego związku z sytuacją.
Hanka kończyła właśnie cappuccino, kiedy zadzwonił Kuba.
- Elo, dzwonię zgodnie z umową - wychrypiał przez kanał La Manche i pół Europy.
- Cześć, synu, jak tam? - Hanka zerwała się z fotela z przepraszającym uśmiechem i podeszła do okna.
- No nic, wszystko w porzo, od wczoraj nic specjalnego się nie zdarzyło. Gdzie jesteś?
- W metrze - skłamała Hanka nie wiadomo czemu.
- Sama?
- Nie, z Dominiką - odpowiedziała już zgodnie z prawdą. - Jak się czujesz, co słychać?
- Nieźle, nie mam żadnej long story do opowiedzenia, a co u ciebie?
- Dużo pracuję i bardzo za tobą tęsknię... - zaczęła Hanka.
- Cóż, mamusie tak mają - skwitowało dziecko, nie czekając na ciąg dalszy.
- ...a w przyszłym tygodniu są moje urodziny. Trzydzieste siódme. Mówię ci na wypadek, gdybyś zapomniał.
- Pamiętam! Jesteś niemiła! - rzucił święcie oburzony Kuba.
- Ja? Niemiła? - bąknęła Hanka zaskoczona. - Bo nie uważam, że twoim psim obowiązkiem jest pamiętać o moich urodzinach?
- No dobra - zreflektowało się dziecko łaskawie. - Będziemy w kontakcie, pozdrówka.
W słuchawce rozległ się charakterystyczny podwójny sygnał. Hanka z westchnieniem nacisnęła klawisz kończący połączenie i wsunęła do kieszeni telefon, który zdaniem twórców reklam ułatwiał komunikację i zbliżenie. Jak widać, przede wszystkim służył do tworzenia zasłon dymnych.
- Już? - zdziwiła się Dominika. - Oszczędny chłopak.
- Oszczędny w słowach - mruknęła Hanka.
- No i dobrze, im mniej mówisz, tym mniej musisz kłamać - oświadczyła autorytatywnie jej najbliższa przyjaciółka.
- Nic dodać, nic ująć - odpowiedziała Hanka, jednocześnie zachodząc w głowę, po jakiego grzyba łgała.
Czy coś by się stało, gdyby Kuba dowiedział się, że korzystając z okazji, pojechała z przyjaciółką na trzy dni do Wiednia? Zapewne nic, poza tym, że naruszyłoby to utrwalony obraz mamusi, która zajmuje się wyłącznie zarabianiem na życie i wychowywaniem dziecka. Dlaczego aż tak jej zależało na tym ponurym w gruncie rzeczy wizerunku? Przecież sama czuła, że od jakiegoś czasu uwiera ją jak przyciasne buty. Widać nie do wszystkiego można się przyzwyczaić.
Dominika zarządziła jeszcze raz to samo, przyniosła kawę i z rozmachem usiadła w swoim fotelu. Dłuższą chwilę w milczeniu przyglądały się stolikom Sachera ustawionym na chodniku przed elegancką witryną cukierni. Tam również kłębił się kolorowy, wszędobylski tłumek zbrojny w plecaczki, plany miasta i przewodniki, ale siedzący samotnie starszy pan, który właśnie rozkładał gazetę, z całą pewnością nie był przypadkowym turystą. Zupełnie siwy, ale bez śladu łysiny, staromodnie zaczesany do tyłu, w letnim jasnym garniturze, wyglądał jak nie z tego świata, choć w rzeczywistości tylko on był tu u siebie. W szczycie sezonu wolał zapewne stolik przy cukierni niż godzinne oczekiwanie na wolne miejsce w kawiarni Sachera okupowanej przez amerykańskich i rosyjskich turystów.
Ruszamy? - zapytała Dominika, ostentacyjnym gestem chowając do kieszeni białą plastikową łyżeczkę. - Może się przydać - wyjaśniła, widząc minę Hanki.
Wiecznie ten sam odruch - mruknęła Hanka i obie znowu parsknęły śmiechem.Dominika zamarudziła jeszcze chwilę przy ladzie z ciastkami. Hanka wyszła na rozsłonecznioną ulicę i przeglądając się w szybie Starbucks Café, założyła swój najnowszy nabytek, słomkowy kapelusz w kształcie dzwonka, w którym wyglądała - co tu dużo mówić - świetnie. Gdyby była mniej pochłonięta kontemplacją własnego odbicia, a potem obserwacją japońskiej wycieczki wylewającej się zza rogu, być może zwróciłaby uwagę na starszego pana przy stoliku u Sachera. Być może zobaczyłaby, że patrzy na nią, jakby ducha zobaczył, że gwałtownie, choć na próżno, przywołuje kelnera, wreszcie wstaje i rusza w jej kierunku. Ale nie dostrzegła tego nawet kątem oka. Ani ona, ani Dominika, która przymykając oczy, z lubością wgryzała się właśnie w owocową tartinkę.
Ruszyły w lewo ku Operze. Starszy pan, z trudem poruszający się o lasce, dotarł do rogu Karntnerstrasse w chwili, gdy zniknęły już z powierzchni ziemi. Dosłownie - były w połowie schodów do metra.

 

- Czemu nie powiedziałaś, że się wybierasz do Wiednia? - matka przyglądała się Hance z lekkim wyrzutem. - Jak już tam byłaś...
- Daj spokój! - przerwał jej ojciec. - Martwiłaś się, że świata nie widzi poza liczeniem słupków, a jak wreszcie się na coś zdobyła, to jej robisz wyrzuty jak nastolatce.
- Ja po prostu skorzystałabym z okazji i spróbowała z kimś się skontaktować - upierała się matka.
- Ale to nie ty pojechałaś, tylko ona.
- Hop, hop, tu jestem. - Hanka zdecydowała się jednak włączyć: - Po pierwsze, po drugie i po trzecie pojechałyśmy na weekend, mamo. Żadna kancelaria prawna nie pracowałaby w sobotę czy niedzielę tylko dlatego, że ja przyjechałam.
- Nie tłumacz się. - Ojciec rzucił matce poirytowane spojrzenie. - Wyjechałaś, dobrze się bawiłaś i świetnie. Opowiadaj.
Hanka rozwinęła barwną opowieść o swej zagranicznej wycieczce, choć tak naprawdę, przy jej dotychczasowym trybie życia, trzydniowy wyjazd do Żyrardowa czy do Koluszek byłby dla niej porównywalną atrakcją. Ojciec wytrzymał szczegółową relację ze zwiedzania wnętrz Hofburga, wystawy malarstwa w Muzeum Sztuki Nowoczesnej. Nie wytrzymał przy muzeum Freuda.
- A na Praterze byłaś? - wtrącił się.
- Byłam - jęknęła Hanka - ale to nie dla mnie.
- Jak to? - zdziwił się ojciec. - Nas trzeba było kijem wyganiać.
- Ale to było dwadzieścia pięć lat temu - przypomniała mu matka. - Przyjechałeś z trochę innego kraju. Nie pamiętasz? Tylko my i jeszcze jacyś ludzie poszli na Prater, bo pół wycieczki zwiało, a reszta poszła handlować i posypał się cały plan.
- Skakałeś na bungee? - zapytała Hanka.
- Skąd, nikt mi tego nie zaproponował - wyznał ojciec tęsknie. - A ty? Skoczyłaś?
- Nie, no coś ty - pokręciła głową Hanka. Nie dość, że sama nie skoczyła, to jeszcze zapowiedziała Dominice, że nigdy już się do niej nie odezwie, jeśli naprawdę skoczy, tak jak buńczucznie zapowiadała.
- Dlaczego?
- Bo jestem, tato, jedynaczką.
Ojciec roześmiał się jak zawsze po tym stwierdzeniu, matka jak zawsze spojrzała na niego z przyganą. Nauczona przez własną matkę, sama od maleńkości pouczała Hankę o „szczególnej odpowiedzialności jedynaków za los rodziny”. Oznaczało to na ogół rezygnację z szaleństw, ekscesów i wszystkiego, co niosłoby bodaj cień zagrożenia, poczynając od wejścia na czubek jabłonki, a na włóczeniu się stopem po Polsce kończąc. Oznaczało mniej fantazji, ale za to aż za dużo wyobraźni. Może nie dodawało skrzydeł, ale z całą pewnością ujmowało niepotrzebnych, bo prowokowanych na własne życzenie, zakrętów i zawirowań. Przede wszystkim zaś uczyło unikać ryzyka i skoków na bungee.
Z punktu widzenia Hanki było to w jej sytuacji najlepsze z możliwych uposażenie psychiczne.

Pod naciskiem połączonych sił rodziców i teściów Hanka zgodziła się na wyjazd syna na wakacyjny kurs angielskiego do szkoły gdzieś w sercu Szkocji. Tydzień po wyjeździe Kuby czuła się jak ryba wyrzucona z wody. Ściśle mówiąc, jak trzydziestosiedmioletnia ryba wyrzucona z wody.
W gruncie rzeczy co za różnica? „Trzydziestosiedmioletnia wdowa z dorastającym synem” brzmiało równie źle jak „Trzydziestodwuletnia wdowa z ośmiolatkiem”. Tak w każdym razie należałoby wnosić ze stanu życia uczuciowego i towarzyskiego Hanki w ciągu ostatnich sześciu lat.
Był to stan zerowy z wyraźnym wahaniem w kierunku stanów minusowych czy raczej depresyjnych. Nie dlatego, że Hanka jakoś szczególnie pielęgnowała swoje wdowieństwo. Zresztą nie bardzo miała na to czas i siłę jako etatowa ojco-matka i nieetatowa właścicielka firmy usług księgowych. Samo tak wyszło. Starzy znajomi omijali ją pełnym szacunku, dużym łukiem. Najpierw bali się jej rozpaczy, a potem sztucznego ożywienia wywołanego źle dobranymi lekami antydepresyjnymi. W końcu unikali Hanki już tylko z przyzwyczajenia. Nowe znajomości traktowała tak krytycznie i ostrożnie, że żadnej z nich nie dała szansy na wyjście poza zdawkowe kontakty. Tak przynajmniej twierdziła Dominika, której ulubionym zajęciem było analizowanie życia Hanki i pouczanie o tym, co dla niej najlepsze. Ale nawet ona w końcu odpuściła sobie próby umawiania i namawiania, nie mówiąc już o swataniu przyjaciółki. Sama przetrwała wszystkie uniki i humory Hanki tylko dlatego, że z natury rzeczy uważała siebie za wymarzone towarzystwo na każdą pogodę. Chyba nigdy nie przyszło jej do głowy, że ktokolwiek mógłby go nie pragnąć. Tym sposobem stała się jedynym towarzystwem Hanki. Patrząc na nie, nikt by w to nie uwierzył, bo różniło je niemal wszystko. Niemal, bo obie były samotne, choć Dominika, w przeciwieństwie do Hanki, ostentacyjnie celebrowała swoją samotność z wyboru.
Jednak Hanka nie czuła się samotna. Jej czas i energię niemal w całości zużywał Kuba, jego zajęcia, lekcje, problemy i kolejne fascynacje. Miała to szczęście, że w przeciwieństwie do wielu znanych sobie niekoniecznie samotnych matek nie nudziła się, mając za jedyne towarzystwo własne dziecko. Zatem długo nie czuła się samotna. Mniej więcej do ostatniej zimy, a dokładniej do powrotu Kuby z obozu narciarskiego.
Odprowadziła na dworzec miłe, gadatliwe dziecko. Po dwóch tygodniach z pociągu powrotnego wysiadł uśmiechnięty, ale zręcznie unikający czułych uścisków kandydat na młodzieńca, a jego powitalne „Cześć, mamo”, rozjechane między basem a sopranem, tylko przez chwilę mogło się wydawać oznaką zapalenia gardła.
Z całą pewnością zaczęło się to już znacznie wcześniej, tylko ona nie przyjmowała do wiadomości oczywistych oznak zbliżającej się przemiany. W każdym razie metamorfoza Kubusia, który z miejsca zażyczył sobie, by od teraz zwracać się do niego „Jakub”, wydała jej się niemal magiczna. Prawie cały następny miesiąc zajęło Hance pogodzenie się z tym, że magiczna, czy nie, jest to z całą pewnością przemiana nieodwracalna. Dziecko szykowało się do stawiania żagli na własnej łódeczce, gdzie żadną miarą nie było miejsca dla mamusi, choćby najukochańszej.
Oczywiście już dawniej docierało do niej, że dziecko nie jest i nie może być towarzyszem życia. Ale dopiero teraz, kiedy niemal z tygodnia na tydzień Kuba oddalał się od niej, całkowicie pochłonięty sobą, uświadomiła to sobie z całą oczywistością. Nie chodziło o brak porozumienia czy kontaktu - to przebiegało na zupełnie innym, głębszym i trudnym do nazwania obszarze. Tam gdzie ona była kobietą, a jej syn materiałem na mężczyznę, tam gdzie on był młody, a ona stara, niezależnie od tego, na ile lat wyglądała i jak się czuła. Bo taki był nieuchronny porządek rzeczy.

Ten sam nieuchronny porządek rzeczy wyrwał Hankę z łóżka telefonem w środku nocy.
- Bierz taksówkę i jedź do szpitala, my już jedziemy - rzuciła matka. - Dzwonili, że jest źle.
Przez ostatnich parę lat babcia Hanki, Rozalia, bała się już tylko przewlekłej choroby i przykucia do łóżka. Od czasu do czasu bała się też nagłej śmierci w kąpieli, ale matka Hanki, zaprawiona i w kąpielach, i w rozmowach z babcią, za każdym razem uspokajała ją trzeźwą uwagą, że nagła śmierć kąpanego to duży kłopot, ale raczej dla kąpiącego. „Jakoś sobie poradzę - stwierdzała sucho, nie przerywając namydlania. - A ty będziesz czyściutka do trumny”. To zwykle rozśmieszało babcię, na tyle by w spokoju dokończyć kąpiel. Dużo mniej śmieszyło matkę Hanki, ale cóż miała robić?
Jeśli chodzi o inne lęki, to w zupełności koiły je comiesięczne wizyty księdza z miejscowej parafii, podczas których babcia Rozalia sumiennie aktualizowała swoją przepustkę do życia wiecznego.
Kiedy więc zamilkła aparatura reanimacyjna rozbrzmiewająca w szpitalnym korytarzu, pogrążonym w nocnej ciszy, kiedy czerwona jak burak młoda lekarka powiedziała już oniemiałej matce Hanki wszystko, co w takich sytuacjach trzeba powiedzieć, kiedy minęło pierwsze zdumienie i okazało się, że to wszystko prawda, Hanka pomyślała, że czasami Pan Bóg traktuje poważnie życzenia tych, którzy całe życie traktowali go poważnie. To nie była przewlekła choroba. To było nagłe zatrzymanie krążenia. Tyle że babcia, leżąca nieruchomo na szpitalnym łóżku, nie wyglądała wcale jak pokorna służebnica posłuszna wszelkim wyrokom. Wyglądała jak wojownik pokonany w równej walce.
Resztę krótkiej czerwcowej nocy Hanka spędziła u rodziców. Przeleżała tych parę godzin w ciemnościach tak jak, sądząc po odgłosach, reszta rodziny, zbyt oszołomiona, by odpłynąć w najpłytszy nawet sen.
Z samego rana zadzwonił Kuba.
- Cześć mamo, wszystkiego najlepszego, happy birthday - rzucił wesoło. - Jestem pierwszy?
- Tak - mruknęła. - Dziękuję, synku.
- Aż tak się przejmujesz, że to już trzydzieści siedem?Przejmowałam się do wczoraj, pomyślała Hanka.
- Nie, Kuba, babcia-prababcia umarła dziś w nocy - powiedziała.W słuchawce zapadła cisza.
- No wiesz, była już bardzo stara... - zaczął Kuba ostrożnie, słysząc pochlipywanie Hanki.
- Pogrzeb będzie w środę.
- I cały czas tak płaczesz?
- Nie cały czas.
- To nie płacz. Przecież to nie twoja mama.
- No wiem.
- Chcesz, żebym wrócił? - zapytał Kuba tym samym tonem, jakim przez dobre trzy lata pytał „Chcesz herbaty?”, widząc matkę znowu w ciemnym pokoju, pod kocem, odwróconą tyłem do świata.
Biedny rycerzu mamusi, który z każdego końca świata przybiegniesz na ratunek, grzechocząc kredkami w tornistrze, pomyślała Hanka i od razu przestała płakać.
- To chyba byłoby bez sensu - powiedziała możliwie swobodnym tonem. - Zadzwonię do ciebie koło południa, dobrze?
- Koło mojego południa. Mam wtedy przerwę na obiad - uściśliło dziecko. - To co? Trzymaj się i ucałuj ode mnie babcię Martę.
- Ucałuję.
- Mocno ucałuj, cześć - rzucił i rozłączył się.
- To Kuba? - zapytała matka, kompletnie już ubrana i gotowa na spotkanie z nieuchronną koleją czynności urzędowych. - Może nie trzeba było mówić. Dowiedziałby się po powrocie.
- Mamo, nie mam przed Kubą żadnych tajemnic! - niemal oburzyła się Hanka.
- Może pora by już mieć - mruknęła matka i wyszła z pokoju, nie zwracając uwagi na rzadką minę jedynej córki.
Ten i następne dni minęły jak sen. Hanka uczestniczyła w czynnościach urzędowych i organizacyjnych z niejasnym uczuciem déja vu, choć sześć lat wcześniej wszystko zorganizowało się samo, w każdym razie poza nią i bez jej udziału. Tamten tydzień sprzed sześciu lat pamiętała, jak pamięta się swoje fotografie albo filmy z wakacji. Gdzieś stała, gdzieś siedziała, ktoś coś do niej mówił, świeciło lipcowe słońce, a ona była w grubym czarnym swetrze. Tamten tydzień i wiele tygodni po nim spędziła w odległej krainie xanaksu, teraz wystarczyła waleriana, przynajmniej Hance. Matka radziła sobie dużo gorzej. Bez względu na to, co mówili inni, dla niej śmierć babci Rozalii była śmiercią nagłą. Co z tego, że babcia miała dobrze ponad dziewięćdziesiąt lat, a matka ponad sześćdziesiąt? Poczucie osierocenia nie ma przecież wieku.

Pogrzeb to jedna z tych nielicznych już rodzinnych uroczystości, która potrafi na tyle wytrącić z codziennej rutyny bliższych i dalszych krewnych, by spotkali się i naprawdę dostrzegli wzajemnie. Wokół trumny milkną rozmowy, ale parę metrów dalej ci, którym zazwyczaj nie chce się nawet zadzwonić z życzeniami noworocznymi, w zdumieniu stwierdzają, że może nie cała rodzina to kupa zgredów i nudziarzy.
Rodzina po mieczu zgromadziła się w całej swej okazałości i hałaśliwości. Bracia ojca, ich żony i dzieci wypełnili trzy czwarte miejsc przy stole podczas obiadu. Rodzina po kądzieli, cóż, składała się z Hanki i jej matki.
Ciekawy przyczynek do losu jedynaków, myślała Hanka, grzebiąc bez apetytu w deserze. Podobno są egoistyczni i nie umieją się dzielić zabawkami, słodyczami, uwagą rodziców. Za karę nie mają potem z kim dzielić opieki nad starzejącymi się rodzicami ani bólu po ich odejściu.
Wychyliła się, by szepnąć to na ucho Dominice, która od zawsze zazdrościła jej świętego spokoju jedynactwa. Siedziała trzy miejsca dalej i zapewne zdążyła już oczarować najmłodszego z braci stryjecznych Hanki, świeżo upieczonego doktora nauk medycznych.
Bo Dominika czarowała wszystko, co się rusza, i była to bodaj najistotniejsza różnica między nią a Hanką. Ta ostatnia należała do osób, które - jak to się mówi - zyskują przy bliższym poznaniu. Wobec obcych, a nawet wobec dalszych znajomych była mniej więcej tak bezpośrednia i otwarta jak przeciętny pracownik urzędu skarbowego wobec petentów z zaległymi odsetkami do zapłacenia.
Miejsce po prawicy młodego kuzyna było jednak puste. On sam siedział z wypiekami na twarzy, wpatrując się zbolałym wzrokiem w paterę z piętrowo ułożonymi ciastkami. Wyglądał, jakby siłą woli próbował powstrzymać się od ataku na kremówki, ale mały paluszek szepnął Hance, że siłą woli powstrzymuje się raczej, by nie ruszyć za Dominiką wchodzącą właśnie do damskiej toalety. W przeciwieństwie do nieszczęsnego kuzyna Hanka mogła dołączyć do niej bez przeszkód.
- Co ci jest? - przestraszyła się, widząc twarz przyjaciółki.
- Nie wiem, chyba niestrawność. - Dominika skończyła myć ręce i w skupieniu lustrowała makijaż. Była tak blada, że Hanka bez wysiłku dostrzegła, gdzie kończył się jej podkład. Przy tym odcieniu kredowej bieli żaden podkład nie był wystarczająco „naturalny”. - Drugi dzień mam mdłości.
- I co, wymiotowałaś?
- Nie, ale cały czas jestem na skraju pawia.
- Chodź, zamówię ci herbatę - zaproponowała Hanka.
Drzwi toalety otworzyły się i do środka weszła chudziutka staruszka w czarnej eleganckiej szmizjerce. Hanka uśmiechnęła się słabo i wbiła wzrok w sztywną szarą kokardę wpiętą w starannie zebrany w tyle głowy siwiutki kucyk.
- Widziałaś? - mruknęła Dominika za drzwiami.
- Kokardę? - domyśliła się Hanka.
- Jaką kokardę? Tę kobietę.
- To Dorota Frankowska, przyjaciółka babci Rozalii.
- Boże, jaka piękna twarz - wybuchnęła Dominika ze zdumiewającą jak na nią egzaltacją. - A jakbyś zobaczyła, z jakim facetem tu przyszła!
- Opanuj się - zniecierpliwiła się Hanka.
- Pewnie wnuk, a może syn, bo takie same oczy - zamyśliła się Dominika. - Szkoda, że nie w moim typie - westchnęła.
Hanka spojrzała na nią ze zdziwieniem, bo po dwudziestu latach znajomości dowiedziała się, że w grę w ogóle wchodzi jakiś typ. Dotychczas wydawało jej się, że idzie wyłącznie o to, by typ nosił spodnie lub - od biedy - szkocką spódniczkę.
- Nie widziałaś? - zdziwiła się Dominika. - Miałaś go przy stole na lewo w skos.
- Ty jesteś nienormalna - zawyrokowała Hanka. - Nawet na stypie nie umiesz odpuścić.
- O co ci chodzi? - oburzyła się Dominika. - Przecież właśnie mówię, że odpuszczam.
Hanka westchnęła i podeszła do matki, która tłumaczyła coś właśnie Dorocie Frankowskiej.
- Wysłaliśmy telegram tam, gdzie zawsze - dosłyszała.
- Niesłychane. - Dorota pokręciła głową z niedowierzaniem. - Zawsze była dziwaczką, ale to. Albo umarła, albo na starość jej rozum odjęło.
No tak, pomyślała Hanka, znowu o Juli. Znowu nieobecna jest głównym tematem rozmów obecnych. Żadna uroczystość rodzinna nie mogła się odbyć bez rozważań o tajemniczej siostrze babci Rozalii. Nawet dziś, na pogrzebie Rozalii, żałobnicy pytali o Julę.
Tylko Jula nigdy niczego nie była ciekawa. Jak widać, nawet ostatniej drogi starszej siostry.