Strona główna / Literatura polska / Stateczna i postrzelona

Aktualności

26.04.2021

Spotkanie online z Barbarą Kwintą

W poniedziałek 26 kwietnia o godz. 19:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Barbarą Kwintą, autorką książki "Chwała meksykańskim zakonnicom".

Wywiady

11.03.2021

Między losem a przeznaczeniem - wywiad z Jodi Picoult

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Jodi Picoult. Z autorką "Księgi Dwóch Dróg" rozmawiała Ewa Cieślik z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.03.2021

Danuta Awolusi gościem FANBOOK.TV

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Danutą Awolusi, autorką książki "Nie mówiąc nikomu".

Bestsellery

TOP 20

  1. Tytus, Romek i A'Tomek /kolekcja 25 ksiąg/ Henryk Jerzy Chmielewski
  2. Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć Violetta Ozminkowski
  3. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach

Fotogaleria

więcej »

Stateczna i postrzelona

Monika Szwaja

- Droga pani. Ja nie chcę pani niczego narzucać...
- To niech mi pan nie narzuca! Niech pan coś wymyśli!
- Nie jest mi łatwo wymyślić coś, czego bym już pani nie proponował. A wszystko, co proponowałem, pani odrzuciła. Terapia grupowa według pani nie wchodzi w grę...
- Oczywiście, że nie wchodzi. Nie będę się spowiadała nieznajomym ludziom!
- To nie spowiedź, tłumaczyłem przecież...
- Odpada!
- Terapia indywidualna też pani nie odpowiada...
- Mówiłam już panu - głównie finansowo!
- No tak, ale ja nie mogę czynić wyjątków nawet dla najpiękniejszych pacjentek...
- No więc może jednak zapisze mi pan jakieś pigułki, po których mi ta cholerna nerwica przejdzie! Żeby mi się koszmary nie śniły po nocach!
- Nie ma pigułek, które to pani zagwarantują. Poza tym... farmakoterapii ja sam bym nie chciał polecać; kiedy czytam o skutkach ubocznych, jakie miewają najbardziej renomowane specyfiki, robi mi się słabo.
- No to co pan poleca?
- Już mówiłem.
- Pan żartuje. Mam pisać dzienniczek jak jakaś niewydarzona pensjonarka?
- Może pani to ująć inaczej. Jak Proust na przykład. Albo jak Maria Dąbrowska. Albo jak Tyrmand...
- Pan sobie ze mnie kpi, a ja naprawdę cierpię!
- Wiem, droga pani. A ja naprawdę traktuję panią poważnie, proszę mi wierzyć.
- Nie wierzę.
- A niesłusznie. Niech pani posłucha. Z naszej krótkiej, acz burzliwej rozmowy wywnioskowałem, że jest pani osobą wybitnie inteligentną... proszę nie dziękować, naprawdę tak uważam. I proszę mi nie przerywać! Posiada pani też silny charakter, który pozwoli pani uporać się z problemami, które przyniosły pani ostatnie tygodnie. Bez niczyjej pomocy. Proszę zauważyć, że podkopuję tu własny interes, bo mógłbym pani wmawiać, że bez kosztownych seansów na tej tu leżance nie odzyska pani normalnej kondycji psychicznej. O, śmieje się pani. Jak miło. No więc proszę kupić sobie zeszycik w kratkę, czy tam w linijkę...
- Mam laptopa.
- Świetnie. W niczym nie będzie pani przypominała niewydarzonej pensjonarki. Umówmy się zatem, że za pomocą tego laptopa od dzisiejszego już wieczoru zacznie pani porządkować na piśmie swoje życie. Proszę pisać uczciwie, to nie będzie do publikacji, tylko do pani własnego, że się tak wyrażę, użytku wewnętrznego. Nie musi pani pisać chronologicznie, natomiast koniecznie proszę spróbować komentować wydarzenia. Rozumie pani, co mam na myśli? Szukać związków przyczynowych. Zastanawiać się w tym dzienniku, skąd się biorą problemy i czy naprawdę są problemami. A jeśli są, to czy naprawdę są nierozwiązywalne, jakby się z początku wydawało. Poradzi sobie pani?
- Sądzę, że tak.
- Jestem tego pewien. Proszę się starać pisać codziennie, ale broń Boże, nie na siłę. Jeżeli pani zawali jeden czy dwa dni, nic się nie stanie. Na początek proszę opisać swoje obecne kłopoty i to, co ma pani zamiar z nimi zrobić. A za dwa miesiące, jeżeli metoda nie poskutkuje, proszę się zgłosić, jedną wizytę u mnie będzie pani miała za darmo.
- A jeśli poskutkuje?
- To przyśle mi pani pocztówkę z meldunkiem, że wszystko w porządku. Zgoda?
- Zgoda, doktorze. Ależ z pana szarlatan. Miał mnie pan leczyć, a wszystko zwalił pan na mnie!
- To moja nowa metoda. Opatentuję ją. Wszystkiego dobrego, pani Emilio!

 

Emilka
Łatwo takiemu powiedzieć - niech pani pisze. Kiedy ja prawdopodobnie nie umiem pisać. Moja nauczycielka polskiego twierdziła zawsze, że nie powinnam nigdy w życiu wyjść z pisaniem poza wypełnianie formularzy. Bardzo się ucieszyła, kiedy jej powiedziałam, że idę na studia rolnicze. Swoją drogą, złośliwa jędza, sama też robiła błędy językowe. Mówiła „pomarańcz”. I „winogron”. I uważała, że Gałczyński wszystkie swoje wiersze napisał w delirium, bo ktoś jej powiedział, że facet się upijał w Klubie 13 Muz. W Muzach wszyscy się upijali, po to one są.
Kłopoty.
Mam przeanalizować swoje kłopoty i zastanowić się, dlaczego w nie wpadłam. Oraz czy jestem w stanie z nich wypaść samodzielnie.
Samodzielnie - nie ma mowy. Zresztą nie ma chyba takiej potrzeby, bo jest kochana, stara Lula. Dobrze, że nie wie, że piszę o niej „stara”. Ale ma już swoje trzydzieści pięć. A ja mam dwadzieścia pięć. I trzy czwarte, niech będzie.
No właśnie. I w ciągu tych dwudziestu pięciu cóż to ja zdążyłam osiągnąć? Skończyłam studia, owszem. Bardzo przyjemna specjalność - ogrodnictwo. Ogrodnictwo - rzecz święta; Pan Bóg, gdy świat stworzył, najpierw se na uciechę ogródek założył. Ciekawe, kto to napisał. Wiedziałam, ale zapomniałam. Muszę spytać Lulę.
No. I w tym ogrodnictwie nie przepracowałam ani godziny, jeżeli nie liczyć podlewania kwiatków w doniczkach w willi na Żelechowie.
Boże, jaka to była piękna willa! A jaki widok na Odrę i te wszystkie płynące statki! A jak cudnie było opalać się na tarasie, kiedy Leszek donosił kolorowe drinki...
To se ne vrati, pani Hawrankowa. Zaraz, miałam pisać po porządku.
Leszek - Lesław Brzezicki - to był mój konkubent. Tak to się nazywa, ale mnie się to nie podoba. Kochanek to też nie jest właściwe określenie. Narzeczony. Mieliśmy się pobrać. W bliżej nieokreślonej przyszłości. Poznaliśmy się na Juvenaliach, na których zostałam wybrana Królową Piękności. Nie był to pierwszy raz, z tą królową, bo na drugim i trzecim roku też nią byłam. A ten trzeci raz to już była końcówka studiów, przed samym dyplomem. Strasznie mu się spodobałam i przyleciał po wyborach z takim ogromniastym bukietem tulipanów, za które zapłacił pewnie majątek, bo już było po sezonie na tulipany, poza tym to była bardzo rzadka, holenderska odmiana.
Czy powinnam już wtedy podejrzewać go o coś?
A skądże. Normalny, młody facet, któremu się powiodło. O pięć lat starszy ode mnie. Po studiach marketingowych, pracował najpierw w agencji reklamowej, a potem został jej współwłaścicielem. A jeszcze potem spłacił kolegę i już był całym właścicielem, prezesem i capo di tutti capi. Mieli straszliwe obroty, korzystały z ich usług różne Proctery and Gamble, Johnsony and Johnsony, pampersy, szampony, margaryny i Bóg wie, co jeszcze. Tak przynajmniej twierdził mój Lesio, obrzucając mnie diamentami. No, może diamentami to on mnie nie obrzucał szczególnie często - jeden pierścionek nie czyni wiosny - ale żyło mi się z nim dostatnio i przyjemnie. Całe półtora roku. Prawie dwa lata.
Dlaczego mi się z nim w ogóle żyło?
Bo się zakochałam. Nie jest to nic nagannego, nie zakochałam się dlatego, że miał kupę forsy, tylko dlatego, że recytował mi Gałczyńskiego (tego pijaka), patrzył na mnie maślanymi oczami i mówił, że mnie kocha nad życie. Poza tym po prostu podobał mi się nieprzytomnie, przystojny był i chciałam go mieć, a jak już miałam, to szybko poleciało - wpadłam jak jaka smarkata.
Dlaczego żerowałam na nim, zamiast pójść do uczciwej pracy?
Dobrze. To jest może pierwszy haczyk na mnie. Nie powinnam była zawisać na facecie tylko dlatego, że było go stać na utrzymanie narzeczonej. Powinnam była znaleźć sobie pracę, możliwie ciężką i harować jak wołek roboczy, psując sobie manicure i hodując kwiatki rzadkich odmian. Na przykład w Zarządzie Zieleni Miejskiej - na klombach albo na cmentarzu.
Zaraz, zaraz. Akurat w Zarządzie Zieleni już czekali na mnie z otwartymi ramionami. Nigdzie na mnie nie czekali z żadnymi ramionami. Nie ma pracy ogólnie, nie ma i dla świeżo upieczonych ogrodników po szczecińskiej akademii.
Mogłam sobie założyć kwiaciarnię.
Też nie do końca. Bo żeby założyć kwiaciarnię, trzeba mieć jakiś kapitał zakładowy. A ja żadnego kapitału nigdy nie posiadałam. Leszek posiadał, ale gdybym założyła kwiaciarnię za jego pieniądze, to też by wyszło, że na nim żeruję. Jeden diabeł.
Uważam, że co do żerowania, to jestem usprawiedliwiona. Ostatecznie są na świecie niepracujące żony i nikt przytomny nie ma im za złe, że utrzymują ich mężowie.
Ale ten mój prawie mąż okropnie mnie oszukiwał.
A skąd ja miałam o tym wiedzieć? Nie siedziałam mu w księgach i jak mówił, że ta najnowsza reklama pasty do zębów Blend-a-med, co to lata przed każdymi „Wiadomościami”, w najdroższym paśmie reklamowym, to dzieło jego agencji - to mu wierzyłam!
No i przejechałam się na tej wierze w Lesia Brzezickiego. Strasznie się przejechałam.
To w ogóle wyglądało jak scena z jakiegoś tandetnego filmu o gangsterach.
Mieliśmy wybrać sobie wycieczkę do jakiegoś przyjemnego, ciepłego kraju, bo Leszek pracował ostatnio bardzo dużo, dwa lata nie miał urlopu (wyskakiwaliśmy wprawdzie kilka razy na narty i na żagle, ale to dosłownie na trzy-cztery dni) - tym razem to miały być trzy tygodnie w dowolnie przeze mnie wybranym zakątku świata. Oglądaliśmy foldery, których naznosił do domu chyba ze cztery kilogramy, atmosfera się zrobiła taka jakaś beztroska... o mało to się nie skończyło w łóżku, tylko że w jakimś momencie zadzwonił telefon. Leszek odebrał i natychmiast się zdenerwował. Zaczął kląć jak furman do tej słuchawki, potem kazał mi wziąć prysznic. Trochę się na niego obraziłam, bo jeżeli chciał sobie swobodnie porozmawiać, to mógł wyjść do drugiego pokoju, przecież ja bym go nie podsłuchiwała! Ale i tak miałam zamiar się wykąpać, bo jakoś tak parno było tego dnia, czułam się trochę nieświeża. Poszłam do łazienki.
Boże święty! Gdybym wiedziała, co zobaczę, jak wyjdę spod tego prysznica, to bym pod nim siedziała do skończenia świata!
Nie, nie mogłabym siedzieć tam do skończenia świata, bo przecież ten facet tam po mnie przyszedł! Omal nie dostałam zawału, kiedy zobaczyłam typa w kominiarce i z jakąś potworną armatą pod pachą! I ten typ mi podaje ręcznik, jak gdyby nigdy nic!
- Pani Emilia Sergiej? - pyta.
Byłabym się rozwrzeszczała jak wariatka, ale mnie kompletnie zatkało. A typek spokojnie melduje, że nic mi nie grozi, że jest policjantem i uprzejmie prosi mnie o przejście do salonu!
No więc przeszłam, w tym ręczniku, bo nie zabrałam ze sobą szlafroka do kąpieli. I tu dopiero dostałam szoku.
Typów w kominiarkach było tam chyba ze czterech. Dwaj stali po bokach krzesła, na którym siedział Leszek - z kajdankami na rękach! Jacyś cywilni faceci robili bałagan w mieszkaniu. A jeden taki, szalenie arogancki dupek, przedstawił mi się jako prokurator jakiśtam, nie pamiętam - i oświadczył, że Leszek jest aresztowany za handel narkotykami!
- Pan oszalał - mówię. - Jakie narkotyki! Leszek, o co chodzi?
A Leszek siedzi i nic.
- Dla pana Brzezickiego - powiada ten cały prokurator - lepiej będzie, jeżeli pod nieobecność adwokata słowa nie powie. My, niestety, posiadamy liczne dowody przestępstwa, spodziewamy się znaleźć jeszcze liczniejsze, w związku z czym zawiadamiam panią uprzejmie, że dom jest zabezpieczony na potrzeby śledztwa. Tu są wszystkie potrzebne w tej sprawie papiery, nakazy, co tylko pani chce.
Trochę mnie odetkało.
- I co, będziecie mi taki bałagan robić nad głową?
- A nie, nie nad głową. Widzi pani, my tu musimy mieć pełną swobodę...
- Czy to znaczy, że mam się wynieść z domu?
- Niestety, tak. Kolega pomoże się pani spakować, proszę wybaczyć, ale musi to się odbyć pod naszym okiem. W ciągu trzech dni proszę się zgłosić w prokuraturze i zawiadomić nas o swoim aktualnym adresie. Tu jest moja wizytówka. Willę musi pani opuścić. O ile wiem, zameldowana na stałe jest pani w Węgorzynie. Może pani tam pojechać. Ale proszę nas zawiadomić, jeśli zechce pani wyjechać ze Szczecina.
- Pan oszalał?
- Nie. Przeciwko pani Sergiej nie toczy się żadne postępowanie, natomiast będzie pani musiała składać pewne wyjaśnienia. Co do swoich powiązań z panem Brzezickim przede wszystkim.
- A co tu jest do wyjaśniania? Mieliśmy się pobrać jesienią! Leszek!
A Leszek jakby mnie nie słyszał. Zwątpiłam.
- Dobrze - powiedziałam. - To ja się wyniosę. Samochód mogę zabrać? Jest mój.
- Tego chryslera? Niestety, nie dzisiaj. Samochód też jest zabezpieczony. Ale jest możliwe, że będzie go pani mogła odzyskać... za jakiś czas. Jeżeli uda się udowodnić, że został zakupiony za pieniądze niepochodzące z przestępstwa. I że jest czysty.
- Ale o jakim przestępstwie pan mówi?
- Dowie się pani wszystkiego we właściwym czasie. Na razie proszę tylko przyjąć do wiadomości, że pani narzeczony w środowisku, o którym pani najwyraźniej nie ma żadnego pojęcia, posiadał wiele mówiący pseudonim - Kałach. Nie był znany z delikatnego załatwiania spraw...
No i tym Kałachem mnie załatwił ostatecznie. Nie mogłam już słowa więcej wykrztusić. Leszek siedział wciąż na krześle i udawał, że mnie nie ma w pokoju. Ani nikogo innego.
Chciałam coś do niego zagadać, zapytać, ale ostatecznie nic nie wykrztusiłam. Bo co miałam powiedzieć?
Poszłam się ubrać - w asyście jakiegoś wypłosza w cywilu. Nie próbowałam z nim rozmawiać i on też się nie rwał do konwersacji. Pozwolił mi wziąć ubranie i pójść do łazienki - widocznie jego kumple łazienkę już obejrzeli i uznali, że nic w niej nie schowałam. Za to kiedy pakowałam ciuchy - oczywiście nie wszystkie, tylko taki najpotrzebniejszy zestaw, który mi się zmieścił do dwóch toreb - każdą sztukę oglądał pracowicie.
No i tak zostałam z tymi dwiema torbami na ulicy! Bo panowie władza skończyli swoje czynności służbowe, zabrali Lesia do radiowozu, zapieczętowali chatę, garaż z moim samochodem, bramkę wejściową i pojechali w siną dal.
I gdyby mi nie przyszło do głowy zadzwonić do Luli, to może do tej pory bym tam siedziała.
Lula, jak to dobra przyjaciółka, przyjechała natychmiast taksówką, o nic mnie nie pytała, złapała moje torby, wrzuciła do samochodu, mnie prawie wepchnęła na siedzenie i pojechałyśmy do niej. Strasznie byłam zdenerwowana i wcale nie zauważyłam, że ona jest prawie tak samo przejęta jak ja. Powiedziała mi potem, że ze swojego muzeum wyleciała jak z procy, nikomu się nie tłumacząc. Rzuciła tylko portierce: „tragedia w rodzinie” i już jej nie było.
W domu od razu zajęła się mną w ten sposób, że dała mi jakiegoś barszczyku i kazała zjeść. Myślałam, że nie przełknę ani łyczka, ale przełknęłam. Stała nade mną jak kat nad dobrą duszą i pilnowała, żebym gryzła każdy kartofelek i każdą pływającą kiełbaskę. Nigdy bym się nie spodziewała takiego rezultatu, ale jak się uporałam z barszczykiem, to coś się we mnie odblokowało i zaczęłam ryczeć, łzy się ze mnie lały jak z fontanny dłuższy czas, a ona mi tylko podawała chusteczki do nosa.
Nie mogłam sobie poradzić z myślą, że Leszek cały czas mnie oszukiwał. To było jakieś takie idiotyczne i nierealne; przecież kochaliśmy się i mieliśmy zamiar się pobrać. Wszystko było jak najlepiej, a tu nagle ciach - jak nożem. Było, nie ma.
I ten Leszek - jak obcy. Siedział na tym krześle, skuty, obojętny, w ogóle na mnie nie spojrzał!
Przez kilka pierwszych nocy nie mogłam spać, jadłam tylko wtedy, kiedy Lula mnie zmuszała, ale znowu coś się we mnie zablokowało i żadne zupki już nie pomagały. Najgorsze było to, że nie potrafiłam się zdobyć na żaden czyn. Nie chodzi mi, oczywiście, o czyn zbrojny w celu odbicia Leszka z turmy, do której go zapakowano, tylko o jakąkolwiek decyzję, a choćby pomysł dotyczący mojej własnej przyszłości. Zaczęło się zanosić na to, że zostanę u Luli do końca życia, siedząc na jej kanapie i patrząc na ścianę.
Po prostu nie byłam w stanie wyobrazić sobie przyszłości. Jakiejkolwiek.
Lula nic nie mówiła, tylko martwiła się o mnie, co było dosyć widoczne na jej poczciwym obliczu, które nie nadaje się do ukrywania uczuć. W końcu przyniosła mi telefon do jakiegoś genialnego psychiatry, który wyciągnął jej koleżankę z ciężkiej depresji. Zaofiarowała się nawet, że mi go sfinansuje, bo gość strasznie dużo każe sobie płacić. To mnie wreszcie ruszyło, dotarło do mnie, że siedzę na karku kobiecie, która żyje z pensji kustosza w muzeum i zrobiło mi się wstyd. Na jej miejscu większość ludzi zaproponowałaby mi najdalej po dwóch dniach, żebym udała się po pomoc do tatusia i mamusi.
Tatusia i mamusi w żadnym wypadku nie mam zamiaru w to wplątywać. Na szczęście, oboje brzydzą się wszelkiego rodzaju wiadomościami kryminalnymi, więc raczej nie zobaczą mojego Leszka w kronice policyjnej, a nawet jeśli, to pewnie wolno go pokazywać tylko z zamazanymi oczami, a oni widzieli go wszystkiego dwa razy. Nie rozpoznają.
Zadzwoniłam do nich, informując oględnie, że zmieniłam adres i zerwałam z Leszkiem, odmówiłam dokładniejszych zeznań, twierdząc - i tylko to było prawdą - że najpierw sama muszę się z tym uporać, poprosiłam, żeby dzwonili tylko na moją komórkę albo na Luli telefon domowy. Wyraźnie im ulżyło, kiedy się dowiedzieli, że jestem u Luli. W swoim czasie dowiedzą się całej prawdy.
Lula, oczywiście, zgodziła się, żebym u niej mieszkała, dopóki czegoś sobie nie znajdę. Oświadczyła nawet, że się cieszy, bo odkąd umarł ze starości jej kot Arystofanes, zwany Arkiem, czuła się bardzo samotna. Wzruszyła mnie bardzo, kiedy po raz pierwszy w życiu - jak twierdzi - zrobiła sobie debet na koncie i pożyczyła mi tysiąc złotych - na przetrwanie.
Dobrze, jak na pierwszy raz, to i tak sporo napisałam. Nie wiem jeszcze, czy mi to pomaga, czy nie, ale jakoś mnie nie brzydzi specjalnie. Mogę pisać dalej.
Oczywiście, dopiero jutro. Lula woła na kolację.

 

Lula
Dobrze, że Emilka poszła w końcu do tego psychiatry - tylko nie jestem całkiem pewna, czy on ją poważnie potraktował. Kazał jej pisać pamiętnik. Może to i dobrze - taka forma psychoterapii.
Wygląda na to, że teraz będziemy prowadziły dziennik synchronicznie, ona w swoim komputerku przenośnym (dobrze, że go jej nie zabrali, to czysty przypadek, że tydzień wcześniej pożyczyłam go od niej, żeby napisać referat), a ja - starą metodą - w kolejnym zeszycie.
Ile ja już tych zeszytów zapisałam? Nie liczyłam nigdy, ale jest tego sporo. Obawiam się, że przy Emilce jestem beznadziejnie staroświecka. Stara panna, muzealniczka, z pamiętnikiem w torbie...
Emilka oburzyła się niedawno na określenie „stara panna”. Nie ma już starych panien - powiedziała. Nie ma obowiązku wychodzenia za mąż.
- Popatrz, ja prawie wyszłam i nic dobrego z tego nie wynikło - dodała z pewną nutką goryczy. - O wiele bezpieczniej jest żyć tak jak ty, na własny rachunek. Jeżeli spotka cię jakieś niepowodzenie, będziesz wiedziała, komu je zawdzięczasz.
Och, tak, oczywiście. Wiem, komu zawdzięczam swoje niepowodzenia. Również w miłości. Sobie i tylko sobie. Jestem beznadziejnie nieatrakcyjna, zasadnicza, nieładna, za gruba, za leniwa, żeby się odchudzać - i na dodatek intelektualistka. To znaczy, wydawało mi się, że chcę być intelektualistką.
Ciekawe, czy Wiktor wystraszył się, że mógłby mieć żonę intelektualistkę?
Pochlebiasz sobie, Ludwiko Kiszczyńska. Wiktor w ogóle nie brał ciebie pod uwagę jako potencjalną żonę. Wiktora od początku zawłaszczyła Ewa, biegała za nim, narzucała mu się, aż wreszcie go dopadła.
A jednak zawsze lubiliśmy się z Wiktorem. On naprawdę chętnie ze mną przebywał i rozmawiał. Nie tylko o koniach i o tym, kto dzisiaj zleciał z siodła na jeździe, a komu się koń ochwacił. Bieda w tym, że zawsze, kiedy zaczynaliśmy jakieś poważne rozmowy o życiu, sztuce, literaturze; rozmowy, które mogłyby nas naprawdę zbliżyć - nie wiadomo skąd zjawiała się Ewa. Niestety - dużo ładniejsza ode mnie.
Nie ma o czym mówić.
O ile mi wiadomo, nie są najszczęśliwszym małżeństwem.
Na poprzednich urodzinach Rotmistrza zachowywali się, jakby nie przepadali za sobą. Cóż - tak bywa, kiedy główna księgowa uprze się zostać żoną artysty. I pomyśleć, że ja poszłam na historię sztuki!
Ciekawe, czy im to minęło, czy może się pogłębiło? Niedługo będzie okazja sprawdzić, Rotmistrz kończy dziewięćdziesiąt lat i spotkamy się znowu. Trochę się boję - czy on aby jeszcze żyje? Z drugiej strony - babcia Stasia przecież by nas zawiadomiła, gdyby odszedł na zawsze. Może powinniśmy spotykać się częściej niż raz na pięć lat?
Nie ma co gdybać, tylko trzeba jechać. Ciekawe, kto przyjedzie tym razem? Myślę, że stara, wypróbowana gwardia: Wiktor z Ewą (niestety), Jasiek Pudełko, Rysio Pańczyk, może Krystyna... Reszta już pięć lat temu zapomniała. Albo nie chciała przyjechać.
Może zabiorę Emilkę? Dobrze jej zrobi oderwanie się od kłopotów. Prokuratura, na szczęście, prawie nic już od niej nie chce. I samochód mają jej oddać za kilka dni. Dobrze by było, bo o wiele przyjemniej byłoby nam podróżować luksusowym autem (nigdy nie jechałam samochodem za dwa miliardy!) niż Polskimi Kolejami Państwowymi.
Tak, stanowczo, zaproponuję jej ten wyjazd. Zwłaszcza że ona przecież też kiedyś jeździła konno, sama mi opowiadała o swoich dokonaniach w Akademickim Klubie Jeździeckim. Niech dziewczyna zapomni chociaż przez chwilę o swoich kłopotach. To w gruncie rzeczy dobre dziecko, ta moja Emilka.
Może nie takie dziecko zresztą. Kiedyś ta różnica wieku między nami była wyraźniejsza; pamiętam, jak się złościłam - „dorosła” piętnastolatka - kiedy jechałam z mamą do Węgorzyna, do jej rodziców, po czym nasze rodzicielki zagłębiały się w plotkach, a ja musiałam się opiekować pięcioletnim berbeciem. Teraz obie jesteśmy dorosłe, obie dosyć młode - ja bardziej „dosyć”, za to ona bardziej „po przejściach”. Nawet się trochę wzruszyłam, kiedy to mnie poprosiła o pomoc. Widocznie z nikim tak naprawdę nie zdołała się zaprzyjaźnić podczas studiów. Albo przeciwnie - zbyt wielu było tych przyjaciół, żeby któryś był naprawdę.
Skąd ona wytrzasnęła tego swojego Lesława, nie mam pojęcia. Zdaje się, że to raczej on do niej jakoś dotarł, podobała mu się chyba i nic dziwnego, bo Emilka ze swoją urodą nie może się nie podobać. Wyszła za niego - zaraz, jakie wyszła? Sprowadziła się do niego zaraz po obronie dyplomu, miałam wrażenie, że jest w nim bardzo zakochana. A mnie się on nigdy nie podobał, za gładki. Podobno miał agencję reklamową, to znaczy na pewno ją miał, tylko że nieprawdą jest, jakoby pracował dla tych wszystkich potężnych firm, którymi się chwalił. Raczej służyła mu jako pralnia brudnych, bardzo brudnych pieniędzy. Nie może chyba istnieć podlejsza droga ich zdobywania niż narkotyki. A zdaje się, że nie był on w tym biznesie małą płotką. Kałach! Święty Boże! Omal nie zemdlałam, kiedy czytałam we wszystkich gazetach rewelacje o nim. Prokuratura i policja naprawdę przyzwoicie postąpiły, umożliwiając Emilce wycofanie się po cichu z afery. Miałaby dziewczyna złamane życie. I tak nie jest jej lekko.
Zwłaszcza że została praktycznie bez żadnych pieniędzy, bo te były wszystkie na jego kontach. Na szczęście samochód, który podarował jej niedawno na urodziny, był od początku zarejestrowany na nią i jakoś się go nie czepiają. W ostateczności będzie mogła go sprzedać i za te pieniądze żyć jakiś czas, dopóki nie postanowi, co robić dalej. Chyba będzie musiała obejrzeć się za jakąś pracą?