Strona główna / Romans / Wyspa Palm

Aktualności

28.06.2022

Spotkanie z Zuzanną Gajewską w Elblągu

W poniedziałek 4 lipca o godz. 18:00 zapraszamy do Biblioteki Elbląskiej (Świętego Ducha 3-7, Elbląg) na spotkanie z Zuzanną Gajewską, autorką książki "Burza".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

26.06.2022

Rozmowa z Beatą Sabałą-Zielińską

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Beatą Sabałą-Zielińską, autorką książki "TOPR. Tatrzańska przygoda Zosi i Franka".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żadanica Katarzyna Puzyńska
  2. Wyrwana z piekła talibów Marcin Margielewski
  3. Arabska zdrajczyni Tanya Valko

Wyspa Palm

Dorothea Benton Frank

Rozdział drugi

 

Żuję końce włosów

 

Maj 2002

Pomiędzy śmiercią mamy w 1975 roku a dniem dzisiejszym wydarzyło się w moim życiu tyle, że włosy stanęłyby ci dęba, jakby w nie piorun strzelił. To szczera prawda. Wyszłam za mąż, urodziłam dziecko, rozwiodłam się, przeprowadziłam do taty, ukończyłam szkołę piękności, zostałam stylistką, wychowałam córkę Emily i po drodze nauczyłam się tyle, że głowa mi od tego wiruje jak kulka w dłoniach smarkacza z trzeciej klasy.
Mam kilka zalet: jak nikt znam się na ogrodnictwie i umiem gotować, złociutka, odprawiam wudu nad kurczakiem i wieprzowiną, gotuję smacznie i tanio, po domowemu. No, nie bój się, nie mam zamiaru zanudzać cię każdym szczegółem mojego życia. Chciałam tylko rozjaśnić najważniejsze sprawy. Rozjaśnić? Łapiesz, nie? Fryzjerski dowcip. Chryste, czasami fiksuję. Przepraszam, ryzyko zawodowe.
Gdzie to byłyśmy? Aha, już wiem. Dzień dzisiejszy. Jest coś, o czym wiem tylko ja i South Caroline Federal Bank. Na koncie oprocentowanym mam siedemdziesiąt cztery tysiące osiemset osiemdziesiąt trzy dolary, choć w dzisiejszych czasach trudno się chwalić odsetkami. Ale nie mam długów. Nigdy nie sądziłam, że dożyję takiego dnia, a tu proszę. Tylko że istniała potężna przeszkoda, blokująca mi drogę do domu na plaży.
Tata.
Wiedziałam, że powinnam się wyprowadzić, bo doprowadzał do szaleństwa ten mój południowokaroliński rozumek. Z drugiej zaś strony, bałam się odejść, ponieważ kiedyś tam, w którymś momencie, zapomniałam zacząć żyć.
Uwielbiam, gdy ludzie tak mówią. Zacznij żyć. Co ten idiotyczny banał w ogóle znaczy? (Moim zdaniem, jeśli człowiek chce, żeby traktowano go poważnie, powinien unikać banałów jak zarazy). Jeden facet zajeżdża drugiemu drogę w korku. Ocknij się! Zacznij żyć! Tak wrzeszczy ten drugi. Mój ojciec rok za rokiem spędza przed telewizorem. Zacznij żyć! - myślę sobie. Nie uwierzyłabyś, ale to kretyńskie zacznij żyć wreszcie do mnie dotarło. Wielkie dzięki. Za długo to trwało! Oczy mi się otworzyły po nadzwyczaj bezceremonialnym i okrutnym ciosie, który wymierzyli mi Jim i Frannie.
Jim mieszka w San Francisco, Frannie w Waszyngtonie. To moi najlepsi przyjaciele, odkąd tylko sięgam pamięcią. W zeszłym tygodniu podczas naszej comiesięcznej konferencji telefonicznej tak mi nawrzucali, że miałam się z pyszna. Popełniłam głupią, egoistyczną, drobną pomyłkę, o jeden raz za dużo narzekając na humory taty.
- Anno, dziewczyno! - powiedział Jim. - Frannie i ja nie mamy ochoty słuchać twoich narzekań na Doktora. Są jak stary, znoszony kostium z krempliny.
- Z marynarką w stylu safari - dodała Frannie. - Z watowanymi ramionami i patkami.
- No dobra! - odparłam. Zrozumiałe, że zaczęłam wycofywać się na pozycje obronne. Bo wiesz, jeśli nie mogę zwierzyć się z problemów najlepszym przyjaciołom, to komu mam o nich powiedzieć?
- Daj spokój! To nic nowego.
- Jim ma rację, Anno - powiedziała Frannie. - O ile wiem, nie byłaś na randce od dwóch lat. A w kinie od kiedy? Czy ty w ogóle wiesz, kto to jest Cameron Diaz?
- Wiem, ale kogo to obchodzi?
- Posłuchaj, złotko - ciągnęła Frannie - i pamiętaj, mówię to z czystej sympatii, ale wydaje nam się, że po powrocie z pracy kręcisz się bez celu po podwórku, gotujesz obiad i idziesz spać, a następnego dnia to samo od nowa! Zachowujesz się, jakbyś miała sześćdziesiąt lat! Jak lubiła powtarzać moja stara kochana babcia z Waterford, musisz przewietrzyć dupę. Częściej się baw, przepraszam, w ogóle zacznij się bawić, a wtedy tata nie będzie tak cię irytował. Ani nas!
- Anno! Musisz się wygrzebać z tej koleiny i nigdy więcej do niej nie wpadać!
Sapnęłam, wyrzucając wstręt do siebie i frustrację wywołaną słowami przyjaciół. A niech to piekło pochłonie. Nie znosiłam się mylić.
- No dobra, oboje macie rację! Oboje, wiem. - Żułam końce włosów, okropne przyzwyczajenie, ale od wczesnego dzieciństwa przynosiło mi ulgę.
- To dobry początek. Chodzi tylko o to, że nie cierpię, kiedy taka jesteś. Frannie też nie. Do diabła, oboje cię kochamy!
- Słuchaj Jima. Musisz wyprowadzić się od taty, Anno, sama doskonale o tym wiesz. To nie jest naturalne, żeby nasze pokolenie przechodziło menopauzę pod dachem tatusia. Magnolia nie wygląda ładnie, kiedy więdnie na gałęzi w cieniu tatusia.
- Chryste! Menopauza! Akurat to musiałaś wybrać ze wszystkich odpychających i wstrętnych rzeczy! - To pewnie ten przysłowiowy kubeł zimnej wody. Boże. Rzeczywistość naprawdę jest do dupy! Czasami. - Frannie? Dobra, masz rację. Wiem, że nie uwierzycie, ale szukam domu na Wyspie Palm. Poniekąd.
- Co?
- Wreszcie! Wielki Boże, kobieto! - ucieszył się Jim. - Wielki Boże!
Prawie słyszałam, jak Jim usiadł prosto, a Frannie odetchnęła tak mocno, że mogłaby całą woskowinę z mojego ucha wdmuchnąć prosto do mózgu.
- Tylko się upewnij, że masz pokój gościnny - powiedziała przeciągle Frannie. - Miło będzie popatrzeć na ocean.
- Marzenie ściętej głowy, ale tak, szukam. Może coś się znajdzie.
- Słodkie Majteczki, jeśli jakakolwiek kobieta zasługuje na dom na plaży, to właśnie ty!
Zachichotałam, kiedy Jim nazwał mnie Słodkimi Majteczkami. Powiedziałam im, że studiuję ogłoszenia i że zwróciłam się do agenta handlu nieruchomościami. Wszyscyśmy się zgodzili, że dom to sprawa podstawowa dla moich stosunków z Emily oraz mojego zdrowia psychicznego.
- Bóg jest dobry, Anno, ale tańczysz w małej łódeczce! A jeśli naprawdę coś znajdziesz? Stary Doktor będzie wył jak dziki zwierz przy pełni księżyca!
- No to będzie wył. W końcu na pewno coś znajdę, ale jak go o tym powiadomić?
- Dziewczyno, posłuchaj swojego byłego męża. Powiesz mu, że ja ci poradziłem tak zrobić i Frannie też.
- O, to rzeczywiście rozwiąże cały problem!
Chciałabym, żeby rozwiązało, ale wiedzieliśmy, że tak nie będzie. Tak, Jim to mój były mąż, niedługo do niego dojdziemy. Teraz wystarczy, jak powiem, że Jim był moją największą miłością, chociaż jego hormony miały inne plany wobec naszego małżeństwa. Frannie z kolei to najważniejsza przyjaciółka w całym moim życiu. Gdyby nie ona, moja Emily uczyłaby się teraz w jakiejś podrzędnej szkole, a nie na Georgetown University. Frannie jest absolwentką tej uczelni i jedną z najbardziej wpływowych lobbistek w Waszyngtonie. Ruszyła do akcji i zaskarbiła sobie uznanie Emily. Frannie i Jim to zaangażowani bojownicy o prawa kobiet, wierzą, że każda powinna stać na własnych dwóch nogach. Uwielbiam ich oboje, odkąd umarła mama. Wtedy mnie uratowali, choć przypuszczałam, że byli już trochę zmęczeni tym ciągłym stawianiem mnie do pionu. Nie mogłam ich za to winić.
- Zrobię to - oznajmiłam. - Mam mnóstwo szmalu w banku, wystarczy na depozyt i wiem, że dostanę hipotekę. Do diabła, pracuję u Harriet już milion lat.
- Jeśli potrzebna ci pomoc, daj znać - powiedział Jim.
- Dzięki, serduszko, ale zamierzam sama sobie poradzić.
- Jednakże? - roześmiała się Frannie.
- Okay, będę się wściekała, jeżeli mi się nie uda, ale przysięgam na Boga, zrobię to.
- Dopilnuj tylko, żeby był tam pokój dla mnie. Rozpowiem po całym San Francisco, że mam dom na sławetnej Wyspie Palm.
- Z widokiem na ocean, proszę.
- Wszystko notuję - odparłam.
Tak to było. Wiedziałam, że czas niszczenia reputacji taty musi się skończyć albo stracę w ich oczach szacunek. Ta niewinna comiesięczna pogaduszka z Jimem i Frannie przepaliła do szczętu mój od dawna przeterminowany bezpiecznik. Wyłoniłam się jako kobieta z misją pirotechniczną.
Byłam jak przedsiębiorca pogrzebowy, codziennie czytałam ogłoszenia i nekrologi - z należytym szacunkiem, to oczywiste. Wiadomo było powszechnie, że w taki to sposób "klasyczne domy" na Wyspie Palm wchodzą na rynek. Smutne: ktoś musi kopnąć w kalendarz.
Jeśli nieboszczyk miał ponad osiemdziesiątkę, istniała szansa, że jego potomstwo dorobiło się własnych nowiutkich domów z oknami Andersona oraz drzwiami Pella i teraz chciało jak najszybciej sprzedać rodzinną siedzibę. Tak właśnie kupowałam dom i powtarzałam sobie, że nie ma w tym nic przerażającego ani bezwzględnego.
A utwierdzała mnie w tym przekonaniu Marilyn Davey, moja agentka. Dzwoniła, kiedy trafiała na coś mieszczącego się w zasięgu moich możliwości finansowych. Jechałyśmy na miejsce i naszym oczom ukazywał się następujący widok: sprzedający ściskali dłonie kupującym. Tak było za każdym razem.
- Cholera!
Widziałam, jak miele pod nosem przekleństwa za kierownicą swojego granatowego bmw. Kiedy wysiądzie z auta, będzie mnie przepraszać.
- Nie ma sprawy - odpowiadałam. - Odpowiedni dom sam mnie znajdzie we właściwym czasie.
Najwyraźniej sporo ludzi miało takie same zamiary jak ja, mimo to nie traciłam nadziei. Podliczywszy swoje szanse, doszłam do wniosku, że jestem następna w kolejce po międzygalaktyczny, wielowymiarowy, karmiczny akt boskiej sprawiedliwości i otrzymam - w najgorszym razie - należne mi miejsce na tej planecie. Daj mi tylko, Panie, ten cholerny dom, dobra? Choć nigdy nie twierdziłam, że coś się mi należy, tym razem w to uwierzyłam. W dzieciństwie byłam pozbawiona możliwości przebywania na Wyspie Palm, moja córka została zmuszona do mieszkania razem z dziadkiem, wszyscy dość się namęczyliśmy.
Nie chciałam wielkiej wspaniałej rezydencji nad oceanem, przede wszystkim dlatego, że nie było mnie na nią stać. Może los dorzuci splendor w późniejszym okresie. Byłabym w siódmym niebie, gdyby udało mi się nabyć dom za rozsądną cenę.
I wreszcie cudowna wiadomość! Pan Randolph Simmons, mieszkaniec Wyspy Palm, lat osiemdziesiąt osiem, w zeszłym tygodniu podczas rodzinnego grilla udławił się kawałkiem wieprzowiny i oddał ducha Bogu. Jego dzieci, które w tym czasie grały w piłkę, myślały, że to atak serca. Kiedy później uświadomiły sobie, że odpowiednia pomoc mogła uratować mu życie, były załamane, zawstydzone i pełne żalu. Kiedy usłyszałam nowinę w salonie, uznałam to za znak od Boga. W tym samym czasie Marilyn dowiedziała się o wszystkim od jednego z potomków pana Simmonsa. Tanie domy pozostają na rynku przez jakieś dwie sekundy, ponieważ informacje o nich rozchodzą się szybciej niż karaluchy po zapaleniu światła. A dziwnym zbiegiem okoliczności dom Simmonsa oddalony był o kilka domów od tego, w którym mieszkałam jako dziecko. Złożyłam ofertę i uścisnęłam dłonie. Marilyn i ja obejmowałyśmy się i piszczały jak nastolatki.
Teraz muszę powiedzieć tacie. Pociłam się całą drogę do domu.
Najpierw zadzwoniłam do moich przewodników duchowych, by dodali mi odwagi. Zamknęłam się w pokoju i wykręciłam numery.
- Jim? Poczekaj chwilę, zadzwonię do Frannie.
- Hej!
- Hej, Frannie! - powiedział Jim. - Dobra, aniele, wykrztuś to wreszcie! Popijam merlota, a wszyscy wiemy, że kalifornijskie wina nie wystarczają na długo!