Strona główna / Literatura polska / Cały Kisiel / Felietony pod choinkę

Aktualności

23.05.2022

Spotkanie z Małgą Kubiak w Warszawie

W środę 25 maja o godz. 18:00 zapraszamy do  Związku Literatów Polskich w Warszawie (ul. Krakowiskie Przedmieście 87/89) na spotkanie z Małgą Kubiak, autorką książki "Małga, córka Kubiaków".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.05.2022

Rozmowa z Tanyą Valko

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Justyny Dżbik-Kluge z Tanyą Valko, autorką książki "Arabska zdrajczyni".

Bestsellery

TOP 20

  1. A koń w galopie nie śpiewa Artur Andrus, Wojciech Zimiński
  2. Zgiń, przepadnij Olga Rudnicka
  3. Viktoria. Miłość zza żelaznej kurtyny Wioletta Sawicka

Felietony pod choinkę

Stefan Kisielewski

Wigilia Polski
czyli wśród serdecznych przyjaciół…

…psy zająca zjadły – dopowie sobie każdy, przeczytawszy powyższy tytuł. Tymczasem nieprawda: wcale jeszcze nie zjadły, na razie tylko owego symbolicznego zająca tu i ówdzie jedzą, ale się po trochu dławią, jest więc nadzieja, iż aktu tego (jedzenia) w ogóle nie dokończą, czego nam wszystkim życzę. A tymczasem zasiadamy do wigilijnego stołu, choinkowe światła mrugają do nas szelmowsko, za oknem mruga złocistym oczkiem pierwsza gwiazdka, słowem, wszystko odbywa się w atmosferze porozumiewawczej, boć to przecież właśnie Wigilia polska, to znaczy taka, gdzie wszelkie animozje zawiesza się na kołku (czy raczej na choince) i wszyscy pospołu, jakobini, żyrondyści czy nawet zgoła rojaliści (myślę rzecz prosta o Cacie-Mackiewiczu), zabierają się do łamania opłatkiem, a potem do postnego barszczu z grzybowymi uszami, kapusty z grzybami tudzież ryby, obowiązkowo słodkowodnej. Tak więc nocy tej następuje prawdziwe zawieszenie broni, czyli zjednoczenie przy rybie – symboliczne, bo ryba, jak wiadomo, stworzenie pokojowe i mało namiętne. Powszechne zatem rozbrojenie duchowe nawiedza w tę Cudowną Noc wszelkie polskie domostwa, bez względu na to, kto je zamieszkuje: wierzący czy niewierzący, pokojowcy czy bellicyści, ufni czy podejrzliwi, uspokojeni czy rozwścieczeni. Mamy, słowem, w tę Noc ogólnonarodowe rozbrojenie. Czy to dobrze, czy źle?
Hm. Zależy – jak wszystko na świecie – od punktu widzenia, a punkty widzenia liczne są jak gwiazdy na niebie i mrugają do nas z gwiezdnej właśnie przestrzeni na najrozmaitsze sposoby. Wszystko jest względne, oprócz zasady względności, jak to pięknie ktoś powiedział – człowiek też jest względny, bo siedzi w nim wielu różnych ludzi, jak szereg drewnianych jajek, włożonych jedno w drugie. Sam jestem również takim wielorakim i względnym jajkiem, stąd też poglądy czy uczucia miewam różne, zależnie od okoliczności i nastroju. Tak na przykład często zżymam się na polski brak pryncypializmu, niepokojące zaniechanie imponderabiliów oraz cywilnej odwagi, na unikanie konfliktów, załatwianie wszystkiego „z rączki do rączki”, z przymrużeniem oka, porozumiewawczym cwaniactwem, drobnym kompromisikiem, układnym tuszowaniem ostrości i łagodzeniem różnic, słowem, na całe to miękkie, lecz lepkie życie, które nas opływa jak lecznicza w zasadzie, choć czasem atakiem grożąca kąpiel błotna. Wielokrotnie buntowałem się przeciw tej bezkonfliktowej, łagodzącej, lecz przez to ciężkiej atmosferze, cytując ironiczne słowa wieszcza satyryka: „My Słowianie, my lubim sielanki”, czy też poety Jerzego Lieberta z Piosenki o Warszawie passus: „I duszno tu – by prawdę rzec”. Że duszno, to rzeczywiście święta prawda – ale jednak, mimo wszystko, swojsko: domek ciasny, ale własny. Bo jednak to lepkawe i czasem błotniste ciepełko kompromisów i porozumiewawczych przymrugiwań niekiedy jawi mi się jako coś zbawczo miłego, swojskiego, arcypolskiego i przez to cennego, bo niby co mamy w życiu innego niż nasza tylekroć krytykowana, a tylekroć umiłowana Polska? Bądź co bądź nie tylko cieplej, ale i bardziej po swojemu i prężniej się tu żyje niż w niejednym kraju, tak przynajmniej mówią odwiedzający nas cudzoziemcy, a ja im wierzę, bo mają materiał porównawczy (sam go już tracę, od trzech wszakże lat nosa za granicę nie wysunąwszy). Ciepło nasze często odrzucam, często gromię jako narodową małoduszność, jako strach przed światoburczymi wichrami globu, przed grzmotami historii i błyskawicami idei. Aliści czasem myślę, że strach i groza byłoby żyć poza tym ciepłem, że nie ma co Polaków wyklinać i dźgać ich takim czy innym żądłem (chyba tak jak pułkownik Załuski dźga ich prewencyjnie bagnetem patriotycznej ambicji), bo dosyć się już namarzli i natyrali wśród wichrów i burz, niech mają to swoje azylum dusznego może i złudnego ciepełka, niby złudnego, ale właśnie sytuacje duchowo na pozór kruche i przejściowe wykazują nieraz tendencję do trwania, zresztą cóż jest w historii nieprzejściowe: wehikuł dziejów pędzi coraz to szybciej w miarę doskonalenia się paliwa, parę razy już się po nas przejechał nielicho, ale czasem (choć dawno) szczęśliwie nas ominął, co zjadliwy wieszcz-Krakauer zjadliwymi pokwitował słowy: „Niech na całym świecie wojna… byle polska wieś spokojna”. Ale czy zawsze martwić się trzeba takim spokojem? Hm. Czasem, a w Noc Wigilijną stale, opływa mnie właśnie owo kuszące, obrzydłe, lecz urocze, złudne, lecz tak dotykalne serdeczne ciepełko i oto, wzruszywszy się światełkami choinki i słodkimi jasełkowymi pieniami, wśród których kołyszą się zamglone łzą autoadoracyjnych sentymentów obrazy dzieciństwa, podlawszy nieco jeszcze ten swój sentyment takim czy owakim kieliszkiem, gotówem wyciągać ramiona i wołać z pijackim, lecz szczerym (bo gdzież jest w takiej chwili szczersze?) rozczuleniem: – Bracia, kochajmy się, wszyscy przecież na jednym wozie jedziemy! No i wszyscy rzeczywiście jedziemy, a rozkołysani poezją Nocy Wigilijnej zapomnieć lubimy o wszelkich różnicach, wątpliwościach i niepewnościach, a także rozdwojeniach, roztrojeniach i rozczworzeniach czy zgoła nadrealnych zwielokrotnieniach. Braćmi są tej Nocy i żarliwy chrześcijanin, który świętuje narodzenie najpiękniejszej, wszechobejmującej Miłości świata, i zmysłowy tradycjonalista, któremu choinka (obyczaj wywiedziony wszakże z pogaństwa!), świeczki i siano wystarczą za namacalny przedmiot adoracji, i wreszcie Czerep Rubaszny, któremu znowuż każda okazja, a zwłaszcza taka chrześcijańska i narodowa, i powszechna dobra jest, aby napchać kałdun i opić się „jako wieprz w karmniku” (kto bez tego grzechu, niech rzuci kamieniem!). I takie oto polskie, arcypolskie serdeczne zjednoczenie następuje tej nocy, polskie i w tym, że na drugi dzień, gdy przeminą sentymenty i pitne uniesienia, na placu zostaje takoż arcypolski kacenjamer i znikąd wtedy nie widać wyjścia czy pomocy, przyniesie ją chyba zbawczy „klin”. Lecz tego nie polecam nikomu: trzeba się przemóc i narodowego kaca przeżyć do dna, do samego dna niesmaku, lęku i niepewności, bo tylko z tego zrodzić się może coś naprawdę twórczego. Niedaleko zajdzie ten, co wciąż o sobie wątpi, ale jeszcze bardziej niedaleko ten, co z siebie arcyzadowolony, a o swe porażki stale oskarża innych. I tu szukać trzeba drogi: jak się wyzwolić od ciepełka fałszywego, aby znaleźć ciepło prawdziwe – narodowe i wspólne? A może wszystko to tylko fantasmagoria i złuda złud?
Rzecz w tym, że bracia Polacy są zarazem nadmiernie z siebie zadowoleni i także nadmiernie zwątpiali, co w sumie stan wytwarza nie do uspokojenia: wciąż chodzą obolali i na honorze dotknięci, a przez to bardziej drażliwi niż ktokolwiek inny, bo skoro bardziej ambitni, to i bardziej wymagający, wówczas zaś, w swoim pojęciu, bardziej pokrzywdzeni. Skomplikowany to stan, przez arcymądrego, wiedeńskiego, a dziś ogromnie w Ameryce sławnego i wziętego profesora Zygmunta Freuda „kompleksem” przezwany. Aby sprawę lepiej zbadać, zastanówmy się bliżej nad obolałościami dzisiejszego powojennego Polaka. Co on sobie ciągle myśli a myśli? Ano myśli, że są na świecie narody potężne, ogromniaste, wsławione, radzieckie i amerykańskie, angielskie, francuskie, a on przecież, choć wcale od nich nie mniej zdolny czy zmyślny, mniej jest w świecie znany i sławny, mniej ma wpływu i znaczenia, często w dziejach na drodze czy zgoła na zawadzie się znajdował, jego ciepło zaś i swojskość wcale światowe się nie stały, jak stał się angielski pudding czy amerykański świąteczny indyk, a przecież to nasze polskie ciepło i swojskość lepsze są i prawdziwsze, i czulsze niż Opowieść wigilijna Di­ckensa czy jakieś amerykańskie Przeminęło z wiatrem, tyle że tamto sławne i powszechne, a my nieznani i na boku, prowincjonalni i ubodzy krewni. Hm. Jak z tego widać, Polacy czują się zarazem wielcy i mali, przenieść tego nie mogą, że choć tak wielcy, tak są zarazem mali. Istna doskonała ilustracja do Freuda teorii snów, gdzie kompleks wyższości i kompleks niższości zawsze, nieodłącznie razem, pod rączkę sobie chodzą. Widzę to również jak na dłoni w Amerykańskich wakacjach, jakie drukuje w „Tygodniku” nasz przyjaciel Marek Skwarnicki. Ileż tam kompleksów źle ukrytych, ileż z trudem hamowanej gorzkawej ironii, że to niby te Amerykany takie potężne i bogate, a jakież dziecinne i prymitywne, jakież nonsensowne mają westerny i reklamy, jakie płaskie obyczaje, morały i przykazania, nie to co my (my Marek Skwarnicki?), my, subtelni, mądrzy naszą goryczą, doświadczeni widzeniem obu stron każdej rzeczy, tyle że skrzywdzeni, bo choć lepsi, to biedniejsi i mniej sławni. Kompleksy, te w dół i te w górę, wyłażą naszemu Markowi wszystkimi porami, podobnie jak i innemu amerykańskiemu wędrowcowi, Wiesławowi Górnickiemu, o którym na tym miejscu też pisałem. Do obu nieświadomie zawistnych, przez co wyższości pełnych wędrowników te same więc kieruję słowa: nie tędy droga, Kochani, ani przez wywyższanie się, ani przez poniżanie, ani przez zazdroszczenie, ani przez pogardzanie. Jak byśmy się dorobili amerykańskiego bogactwa, to byśmy pewno stracili tę chwalebną, polską subtelność uczuć – zresztą rodacy z Ameryki to już też Amerykany z ciała i z ducha. Rzecz w tym, że koń nie może żałować, iż nie jest słoniem, a zając, iż nie jest koniem, ani czuć się z tego powodu pokrzywdzony, bo każdy może być naprawdę zadowolony dopiero wtedy, gdy będzie dumny z tego, że jest i pozostaje – sobą. W epoce miliardowego, niepowstrzymanego rozrostu ilościowego ludzkości (nie przestanę twierdzić, że to jest w ogóle najważniejsza sprawa dzisiejszego świata, a jak na złość wcale się o niej najwięcej nie mówi) nie ma mowy, żeby ktoś kogoś, ot tak, dla ambicji i dobrego samopoczucia, doganiał czy przeganiał. Proporcje ilościowe stają się niewymierne, nieobliczalne, nieprzewidywalne – schronieniem pozostaje tylko jakość, tylko treść i jej odrębność. Jeśli jesteś sobą, naprawdę sobą, to nie masz co się nad kogoś wywyższać ani przed kim poniżać, ani też zazdrościć, że nie jesteś kimś innym i w innej sytuacji: każda sytuacja, jeśli jest własna i autentyczna, stanowi istność samą w sobie i nic jej w kategoriach treściowych ani zagrozić, ani zdominować czy przegonić nie może – największy zając nie będzie koniem, najmniejszy koń nie będzie zającem, nie ma o to obawy i nie warto, i w ogóle nie potrzeba się tym martwić czy mózgownicę turbować. Chodzi tylko o tę własną treść, na którą składa się wiele – wiele rzeczy niematerialnych, choć z materią na tym świecie zroś­niętych. A cóż jest treścią tego, co zwiemy Polską? Polska to formalnie pojęcie geograficzne, statystyczne, materialne, ale nie to wszystko przecież jest jej celem: jej celem treściowym jest kultura, twórczość, wierzenia, obyczajowość, styl życia i mowy. To właśnie jest jej istotnym zadaniem: Polska geograficzna czy statystyczna stanowi tylko środek, tylko materialny pretekst, celem pozostaje odrębność i autentyczność kulturalna – po cóż byśmy się tyle o Polskę biedzili, jeśliby nie było tej własnej i atrakcyjnej treści? Nie po to się, jak wiadomo, żyje, aby jeść, ale po to się je, aby żyć – po cóż więc byłaby Polska, gdyby nie miała treści, tylko formę! A treścią, treścią narosłą przez wieki, jest dla mnie, powtarzam (dla nas!), kultura, obyczaj, mowa – dlatego tyle się o te rzeczy szarpię i handryczę. Twórzmy skarby niematerialne, wtedy nikt nam ich nie odbierze ani nie ukradnie, najwyżej z nich skorzysta, tak jak świat korzysta z legendarnego ciepełka angielskiego świątecznego plum puddingu, wtedy nie będziemy potrzebowali puszyć się, a skrycie martwić, żeśmy inni niż liczbowi mocarze tego świata, ani hodować zawistno-pysznych kompleksów jak Marek czy Wiesio, pielgrzymi wciąż, nie wiedzieć po co i z czyjego ramienia, z wysoka sądzący i klasyfikujący. A przecież wystarczy tylko być sobą i patrzeć.
Polskość to dla mnie, człeka mało imaginatywnego, idea zupełnie wystarczająca, aby zapewnić życie, w tym stopniu oczywiście, w jakim ludzkie jednostkowe życie wymaga i potrzebuje ogólnych, zbiorowych idei. W ostatnim numerze „Więzi” kolega Wojciech Wieczorek wyrzuca mi, że uchylam się od idei bardziej koncepcyjnych czy rzekomo ambitniejszych woluntarystycznie, jak na przykład socjalizm. Rzeczywiście – uchylam się – i będę się uchylał. Mam bowiem nieufność do koncepcji nazbyt bezcielesnych, wydedukowanych – przyziemny ze mnie (choć wierzący w duszę) realista i konkretysta – jako materiał ideotwórczy wystarczy mi to, w czym tkwię i do śmierci tkwić będę, choć nikomu innych wiar nie zabraniam.
Powiecie, że polskość to też nie wiadomo co, że jest, jak wszystko, w ciągłym ruchu, zmienna i kontradykcyjna. Oczywiście! Powiedziałbym nawet więcej, to mianowicie, od czego dziś zacząłem: że polskość bywa wręcz obrzydła (choć pewien mój otarty po świecie przyjaciel twierdzi, że wszystkie narody są obrzydłe – każdy na swój sposób), że ma cechy drażniące, że często historyczne cnoty tego narodu przepoczwarzają się w swoją odwrotność, w serwilizm, w wieprzowatość, w małość, w niesolidność i egoizm. Ale właśnie antypolskość jest też składnikiem polskości: krytyka jednych wobec drugich, obrazoburcza reakcja na narodową duszność (wraca ta reakcja „co rok w każdym pokoleniu”), bluźnierstwa przeciw ojczyźnie – to też jest polskie, arcypolskie. Krytycyzm wobec siebie (a jest wobec czego!) większy u nas bywa niż gdzie indziej: niezła to wcale cecha, pozwala tu żyć, a nawet każe, nawet kusi i uwodzi. Krytycyzmu, gniewu, irytacji, ironii nie wyzbywam się więc nigdy: tylko dzisiaj, raz w roku, w Noc Wigilijną, noc Miłości i Rozrzewnienia, pozwalam sobie na luksus owego ciepełka tak złudnego, a wciąż się nas czepiającego, ciepełka, przed którym w inne dni i noce roku bronię się i otrząsam. W tę rozgrzeszającą, oczyszczającą noc nie razi mnie ani małoduszność, ani bezpryncypialność, ani kompromisowość, ani owa pijacka „sztama”, „grabula”, „sitwa”, ani mruganie okiem i fałszywe pijackie serdeczności czy gromkie toasty, ani bełkot „bruder­szaftów” i rubaszność dymiących się z wódy czerepów. W tę noc dostępuję objawienia, że to wszystko to jednak prawda, a więc ciepło, a więc wspólność, a więc jakaś tam siła i autentyczność, w której tkwić będę do śmierci, z której nie wybawią mnie ani trzymiesięczne, ani trzyletnie wycieczki do dalekiej Ameryki. My już przed polskością nie uciekniemy, drogi Marku. Rzecz tylko w tym, aby była to polskość BEZ KOMPLEKSÓW.
Bez „kompleksów” – otóż to! Siedząc właśnie pod wigilijną choinką, dumam nad tym, że istotą mego działania w tych tutaj niniejszych felietonach jest walka przeciw kompleksom, walka o polskość bez obolałości, bez zranień duchowych, zrostów, przerostów, niedo­rostów, bez za wielkich ambicji i za małych ambicji, bez pyszałkowatości i bez upokorzeń, o polskość ZWYCZAJNĄ, normalną. Sam jestem kompleksiarz zawołany, mam takowe różne, na wierzchu i w środku, hoduję przerozmaite mole zakryte i robaki uporczywe, Freud na pewno miałby ze mnie pociechę. Dlatego właśnie pewno walczę z kompleksami tym namiętniej – najgwałtowniej walczy się o coś, gdy się tego czegoś nie ma. Skorom ja urazowiec, niechże inni będą od tego wolni!
Czy udaje mi się ta akcja? Hm. Nie wszyscy chcą się uwolnić od swych urazów. Niektórzy pokochali je, żyją nimi i z nich, pieszczą się z nimi i prezentują je wciąż, a także sprzedają. Ci zarzucają mi, że chcę rzeczywistość spłaszczyć i spłycić, zafałszować i upiększyć, że dobrze jest właśnie mnie, a nie im. Ha, cóż: w tym kraju bywa się autorytetem moralnym, dopiero gdy się przegra, skrwawi, przeżyje martyrologię, dostanie w łeb i wreszcie zginie. – Przegrał i zniszczyli go, a więc był porządny człowiek – mówią ludzie. Czyżby kompleks i nałóg klęski?
Ale młodzież często sprawę rozumie – ona też chce się wyzwolić z urazów, ona też chce polskości autentycznej, ale normalnej i nie pali się do masochistycznych przyjemności napawania się i zbawiania włas­nymi klęskami, własnym duchowym rozdwojeniem czy wyidealizowaną mizerią. Młodzież mnie pociesza. A także usatysfakcjonował mnie pewien „szkop”. Niedawno wyszedł w Niemczech Zachodnich zbiór moich artykułów i felietonów pod łącznym tytułem An dieser Stelle Europas. Rzecz frapująca: jak reagują i jak zareagują Niemcy, przed dwudziestu jeszcze laty straszliwi, bezlitośni egzaminatorzy polskości. I oto parę dni temu otrzymałem recenzję, której autor pisze, że jest to pierwsza książka ze wschodniej Europy, jaką przeczytał, w której mimo wojennej często i gorzko krytycznej tematyki – nie ma „kompleksów”. Czyli, że „wschodni Europejczyk” też człowiek – i to zgoła, choć tyle przeszedł, normalny. Ucieszył mnie bezmiernie: o to mi właśnie szło! Ale u nas ta rzecz oceniona nie będzie – przyzwyczailiśmy się sprzedawać nasze kompleksy i obolałości, a w każdym razie oferować je wciąż, nawet za pół ceny. Osobiście radzę wybierać kupców i namyślać się: nie wszędzie w świecie dotarło nasze swojskie ciepełko i nasze swojskie rozdrapywanie ran, przekonał się o tym Marek w srebrzystej neonowej Ameryce. Przekonał się o tym, ale skąd jego zdziwienie i ukryte żale czy pretensja: wszakże wiadomo, że świat jest duży, a Polska mała, za to tylko jedna. To przecież nie żaden wstyd!
Ale dość już długiego a zawiłego ględzenia w podniosłą, rozjarzoną raz w roku choinkowymi światłami, świeczkami, ognikami, ogniem zimnym i gorącym, sztucznym i prawdziwym – Noc Wigilijną. Wieczerza z rybą (słodkowodną) czeka. Przed tym odmówmy tylko krótki, pozytywistyczny paciorek. O Polskę zwykłą, taką jak inne narody, modlił się bliski memu sercu, choć sam chory i obolały, ale przeciwny kompleksom wieszcz-Krakauer Stanisław Wyspiański. O polskość zwykłą, nieobolałą, bez kompleksów proś­my więc, takowej wszystkim Polakom w kraju i na emigracji, za morzami, za górami, po wszelkich zakątkach globu naszego utrapionego przebywającym – gorąco przy opłatku w Warszawie (niżej podpisany) i Krakowie (Redakcja „Tygodnika” prześwietna) z całego serca (i połamanego mózgu) życząc. Niech żyje!
1964