Strona główna / Literatura światowa / Ambasadorowie

Aktualności

08.10.2020

Ogłoszono finalistów National Book Awards

Powieść "LEAVE THE WORLD BEHIND" Rumaana Alama, która ukaże się nakładem naszego wydawnictwa w przyszłym roku, została właśnie finalistką prestiżowej nagrody literackiej National Book Awards.

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

05.10.2020

Lara Gessler gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Larą Gessler, autorką książki "Orzechy i pestki. Przewodnik mistyczno-kulinarny".

Bestsellery

TOP 20

  1. Nareszcie w Dudapeszcie Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Urodziłam dziecko szejka Marcin Margielewski
  3. To nie jest mój mąż Olga Rudnicka

Fotogaleria

więcej »

Ambasadorowie

Henry James

Rozdział II

Niemniej musiał tego wieczoru przyznać się Waymarshowi, że prawie nic o niej nie wie, a mieszkaniec Milrose, chociaż znał rzeczywiście państwa Munster, nie umiał tej luki wypełnić. Nie odświeżyło jego wspomnień ponowne spotkanie, skwapliwe i przejrzyste aluzje oraz pytania ze strony panny Gostrey ani wreszcie wspólna kolacja zjedzona we troje w restauracji hotelowej i potem przechadzka, w której im towarzyszyła, żeby obejrzeć katedrę w blasku księżyca. Waymarsh nie przypominał sobie wcale panny Gostrey, a kiedy mu zadała kilka pytań na temat osób z jego środowiska, Strether zauważył, że – podobnie jak to było przedtem w rozmowie z nim samym – ta niezwykła kobieta zachowała monopol na wszechwiedzę. Interesowało go szczególnie, jak daleko zajdą – w granicach, o jakich mogła być mowa – stosunki między panną Gostrey a jego przyjacielem, i uderzyło go spostrzeżenie, że gra toczy się całkowicie na polu Waymarsha. Tym silniej wskutek tego odczuł, że sam posunął się dość daleko w nowej przyjaźni, i stwierdził dzięki temu, że istnieje droga znacznie krótsza. Doszedł też od razu do wniosku, do niewzruszonego przekonania, że Waymarsh na żadnym etapie tej znajomości nie będzie umiał z niej skorzystać.
Po wymianie pierwszych słów przywitania rozmawiali wszyscy troje przez kilka minut w holu, następnie zaś dwaj panowie wyszli do ogrodu, a panna Gostrey zniknęła. Strether w odpowiednim momencie odprowadził przyjaciela do pokoju, który dla niego zarezerwował i który przed wyjściem na miasto sumiennie obejrzał; po półgodzinie zostawił tam Waymarsha, wycofując się dyskretnie do własnego numeru. Wkrótce jednak przekonał się, że pod wpływem nastroju lokatora rozmiary pokoju uległy zmianie. W tym dostrzegł pierwszy doraźny skutek spotkania z przyjacielem. Pokój, który przedtem wydawał mu się dość obszerny, stał się teraz za ciasny. Przed przybyciem Waymarsha zmartwiłby się, niemal zawstydził, gdyby nie miał prawa uważać za wzruszenie tego napięcia, w jakim na to spotkanie czekał, lecz był w głębi duszy przekonany, że napięcie rozładuje się z chwilą, gdy oczekiwany fakt nastąpi. Tymczasem – rzecz niezwykła – podniecenie jakby jeszcze wzrosło; właśnie to podniecenie, którego nie umiałby ściślej w tym momencie nazwać, wypędziło go znów na parter i kazało mu przez kilka minut błądzić bez określonego celu. Wyszedł do ogrodu, zajrzał do salonu hotelowego, zobaczył tam pannę Gostrey zajętą pisaniem listów i cofnął się natychmiast; kręcił się nerwowo i tracił próżno czas. Ale przed upływem tego wieczoru miał jeszcze odbyć drugą, bardziej poufną rozmowę z przyjacielem.
Bardzo późno, wówczas dopiero, gdy Strether spędził w jego pokoju całą godzinę, Waymarsh zdecydował się spróbować – wątpliwego zresztą – wypoczynku. Sporo czasu wypełniła kolacja oraz po kolacji spacer przy księżycu, dla Strethera uroczy jak marzenie, jakkolwiek romantyczne wrażenia utonęły w prozaicznym żalu, że nie wzięto cieplejszych płaszczy; rozmowa o północy wynikła z tej przyczyny, że Waymarshowi, gdy już uwolnili się – jak to on sformułował – od towarzystwa wytwornej panny Gostrey, nie podobała się palarnia, a kłaść się do łóżka nie miał jeszcze wcale ochoty. Miał zwyczaj mówić, że
dobrze zna sam siebie, i tego właśnie argumentu użył, oświadczając, że z pewnością nie zdoła zasnąć. Znał siebie dość dobrze, by wiedzieć, że czeka go całonocna męczarnia, jeżeli przed pójściem spać nie osiągnie należytego stopnia znużenia. Starania o to wymagały do późnej godziny obecności Strethera, polegały bowiem na wciąganiu go w wyczerpującą rozmowę; dla naszego przyjaciela dodatkową, dość ciężką próbą był widok Waymarsha siedzącego bez marynarki na brzegu łóżka. Waymarsh, wyciągając przed siebie długie nogi i pochylając szerokie plecy, milczał, na przemian podpierając to łokieć, to brodę. Poza ta wydawała się Stretherowi szczególnie i jakby rozmyślnie niewygodna; lecz cóż uderzyło Strethera już w pierwszej chwili, kiedy zobaczył adwokata z Milrose stojącego z niepewną miną przed wejściem do hotelu? Właśnie wrażenie niewygody, jakby zaraźliwej, a przy tym bezpodstawnej i niepotrzebnej. Strether czuł teraz, że jeżeli się z tym wrażeniem nie oswoi – lub jeśli Waymarsh nie zmieni postawy – on też może stracić gotowość czy może nawet ugruntowaną już skłonność do cieszenia się z rzeczy przyjemnych. Gdy po raz pierwszy weszli razem do pokoju, który Strether wybrał poprzednio dla przyjaciela, Waymarsh rozejrzał się w milczeniu i westchnął, a towarzysz jego zrozumiał, że to westchnienie jest objawem nałogowego niezadowolenia lub wręcz zwątpienia w możliwość szczęścia. Strether w tym momencie znalazł klucz do zrozumienia wielu późniejszych spostrzeżeń. Z wszystkich tych oznak już zaczął się orientować, że „Europa” jak dotąd nie przemówiła do Waymarsha i że nie umie on dostroić się do jej tonu, tak iż po trzech miesiącach bliski jest zrezygnowania z wszelkich w tej mierze nadziei.
To właśnie wyrażała jego postawa, gdy przysiadł na brzegu łóżka, tak że gazowa lampa świeciła mu prosto w oczy. Już samą pozą mówił niejako, że nie warto zabiegać o poprawienie szczegółów, skoro całość zawiodła.
Miał dużą kształtną głowę, dużą bladą twarz, pobrużdżoną i wyrazistą; górna jej część – wysokie czoło działacza politycznego, bujne, rozsypane włosy, smolistociemne oczy – musiała nawet skarlałemu pokoleniu przypominać znane ze sztychów i rzeźb oblicza zasłużonych dla narodu wielkich mężów z pierwszej połowy stulecia. Reprezentował typ amerykańskiego męża stanu ze świetnych lat Kongresu, nacechowany siłą osobowości i budzący zaufanie; te wartości wyczuwał w nim Strether we wczesnym okresie przyjaźni. Powstała nawet legenda, że do zapuszczenia brody skłoniła Waymarsha chęć ukrycia dolnej, słabo rozwiniętej i niekształtnej części twarzy, dzięki czemu niewtajemniczeni mogli przypuszczać, iż tylko ta broda zakłóca wspomniane podobieństwo. Waymarsh potrząsał grzywą, miał zwyczaj patrzenia swymi pięknymi oczyma prosto w twarz słuchacza lub widza, nie nosił okularów i znał sztukę mierzenia każdego, kto się doń zbliżał, wzrokiem dumnym, a jednak zachęcającym, jak patrzą zazwyczaj posłowie na swoich wyborców. Przyjmował cię tak, jak gdybyś zapukał i otrzymał od niego pozwolenie wejścia. Strether, który Waymarsha przez długi czas nie widział, dzięki świeżości spojrzenia mógł teraz ocenić jego postać bardziej niż kiedykolwiek sprawiedliwie. Głowa Waymarsha była większa, oczy piękniejsze, niżby wymagała jego kariera; lecz ostatecznie znaczyło to, że kariera ta miała własny wyraz; sprawiła, że o północy, w jaskrawym świetle gazowej lampy hotelowej sypialni w Chester, Waymarsh wyglądał jak człowiek, który w ostatniej chwili umknął przed niebezpieczeństwem całkowitego nerwowego załamania. Dowodziło to jednak pełni życia, tak jak ją rozumiano w Milrose, a Strether sądził, że wobec tego pełnia życia stanowi żywioł, w którym Waymarsh mógłby pływać bez trudu, gdyby tylko zechciał. Niestety, sztywna, przygarbiona postawa, w której uparcie trwał na skraju łóżka, wcale nie świadczyła o zdolnościach do pływania, nasuwała natomiast Stretherowi obraz bardzo przygnębiający, obraz pasażera pochylonego do przodu na ławce wagonu podczas przedłużającej się podróży. Biedny Waymarsh miał zatem pod tym kątem odbierać wszystkie wrażenia w ciągu całej udręki pobytu w „Europie”.
Przez pięć lat, poprzedzających ten okres niespodzianej, krótkotrwałej, oszałamiającej niemal, względnej swobody – dwaj przyjaciele w nawale zajęć i trosk zawodowej pracy, wśród przeciwności i kłopotów nie znaleźli ani jednego dnia, żeby się spotkać; ten fakt w pewnej mierze tłumaczy ostrość, z jaką Strether dostrzegał teraz wiele charakterystycznych cech Waymarsha. Te spośród nich, które stracił od najdawniejszych czasów z oczu, odnalazł w pamięci; inne, których nie sposób było zapomnieć, ukazały mu się – niby grupa z rodzinnej fotografii na progu domu – skupione w oczekiwaniu i wyzywające. Pokój w stosunku do swej długości był dość wąski, a Waymarsh wysuwał tak daleko stopy, obute w ranne pantofle, że jego przyjaciel musiał przez nie prawie przeskakiwać, gdy ustawicznie podrywając się z krzesła, biegał nerwowo tam i sam. Mieli pewne tematy przygotowane, jako nadające się do poruszenia, i inne – nietykalne; między tymi ostatnimi zwłaszcza jeden wykluczony tak bezwzględnie, jakby ktoś białą kredą skreślił go z czarnej tablicy.
Waymarsh, mając lat trzydzieści, ożenił się, lecz od piętnastu lat nie żył z żoną. Przy świetle gazowej lampy Strether bardzo wyraźnie uświadomił sobie, że nie wolno mu pytać o tę sprawę. Wiedział, że małżonkowie żyją nadal w separacji, że pani Waymarsh mieszka w hotelach, wędruje po Europie, maluje się i pisuje obelżywe listy do męża, a ten cierpiętnik nie oszczędza sobie na pewno nigdy przykrości czytania ich wszystkich. Strether chętnie szanował chłodny półmrok kryjący tę stronę życia przyjaciela; w tej dziedzinie panowała tajemnica i Waymarsh nigdy nie zdradził jej ani słowem. Strether, który starał się – ilekroć to było w jego mocy – oddawać pełną sprawiedliwość Waymarshowi, szczególnie podziwiał w nim godność tego milczenia, a nawet zaliczał ją do argumentów – a wszystkie argumenty rozważył i uszeregował skrupulatnie – uzasadniających, dlaczego w hierarchii swoich znajomych stawiał Waymarsha wysoko, w rzędzie tych, którym się życie udało. Bo Waymarsh, mimo że przepracowany, zgnębiony, wyraźnie zmalały, mimo że otrzymywał od żony przykre listy i nie lubił Europy – osiąg­nął sukces. Strether oceniałby własne osiągnięcia życiowe o wiele wyżej, gdyby mógł do nich włączyć coś tak wspaniałego jak to szlachetne milczenie. Waymarsh mógł przecież dawać do zrozumienia, że to nie żona jego, ale on ją opuścił; mógł zachować pozory, maskując upokarzający fakt, że został porzucony. On jednak trzymał język za zębami i pomnażał swój majątek; obu tych sukcesów Strether mu zazdrościł. Wprawdzie on także miał swoje sekrety i cenił sobie własną dyskrecję, ale w jego przypadku chodziło o zupełnie inne sprawy; dochody natomiast, jakie sobie zapewnił, wyrażały się sumą zbyt znikomą, żeby się mógł nimi chełpić.
– Nie bardzo pojmuję, po co ci to było potrzebne. Nie jesteś chyba chory? – odezwał się wreszcie Waymarsh, mając oczywiście na myśli podróż Strethera do Europy.
– Ano – odparł Strether, starając się dostroić do tonu przyjaciela – nie czuję się najgorzej, odkąd tu jestem, ale przed wyjazdem byłem dość wyczerpany.
Waymarsh podniósł na niego melancholijny wzrok.
– Nie wyglądasz ani gorzej, ani lepiej niż zwykle.
Nie brzmiało to całkowicie sceptycznie, raczej jak apel o prawdomówność, i Strether miał wrażenie, że przemówił do niego głos miasta Milrose. Od dawna już w głębi ducha rozróżniał – chociaż nie śmiał nigdy tego powiedzieć – głos Milrose od wszystkich innych, nawet od głosu Woollett. Głos Milrose w jego przekonaniu najbliższy był tradycji. Nieraz w życiu zdarzało mu się, że ton jego wprawiał go w chwilowe zakłopotanie, i w tej chwili, z niejasnych przyczyn, zmieszał się nagle. Nie można wszakże lekceważyć faktu, że pod wpływem zmieszania uciekł się do obłudy.
– Krzywdzisz człowieka, który już czuje się lepiej dzięki radości spotkania z tobą.
Waymarsh wbił w umywalnię milczące, obojętne spojrzenie, jakim Milrose we własnej osobie mogłoby skwitować niespodziewany komplement ze strony Woollett. Strether czuł się w tym momencie wcieleniem Woollett.
– Miałem na myśli – podjął Waymarsh – że widywałem cię w gorszej kondycji. Wyglądasz lepiej niż przy naszym ostatnim spotkaniu. – Waymarsh, mówiąc o wyglądzie Strethera, wcale na niego nie patrzył, jak gdyby posłuszny jakiemuś instynktowi wstydu. Efekt był tym jaskrawszy, gdy wpatrując się w dalszym ciągu w miednicę i dzbanek, dodał: – Utyłeś, zdaje się, od tamtych czasów.
– Obawiam się, że tak – ze śmiechem odpowiedział Strether. – Tyje się od wszystkiego, co człowiek pochłania, a trzeba przyznać, że pakowałem w siebie więcej, niż mogłem pomieścić. Wsiadłem na statek zmęczony jak pies.
Humor tych słów brzmiał jednak dość nieszczerze.
– Ja także przyjechałem tutaj zmęczony jak pies – odparł mu przyjaciel – i resztkę sił straciłem w pogoni za wypoczynkiem. Wiesz, Strether… doprawdy, cieszę się, że nareszcie mam kogoś, komu mogę to powiedzieć… Co prawda skłamałbym, gdybym twierdził, że z tym na ciebie czekałem… Nie, zwierzałem się ludziom przygodnie spotykanym w podróży. Otóż ten kraj stanowczo nie jest dla mnie. Nie znalazłem tu nigdzie nic dla siebie. Owszem, nie przeczę, są piękne miejscowości, wspaniałe zabytki, ale cóż z tego, jeżeli nie czuję się swojsko. Dlatego pewnie tak mało przybrałem na wadze. Nie czuję ani trochę tej nadzwyczajnej poprawy, którą mi przepowiadano. – W końcu wybuchnął: – Wiesz, mam ochotę już wracać.
Oczy miał teraz utkwione w twarz Strethera, należał bowiem do ludzi, którzy patrzą w oczy rozmówcy, kiedy mówią o sobie. To dało Stretherowi okazję do przyjrzenia mu się uważnie, dzięki czemu natychmiast sam siebie ujrzał w jak najlepszym świetle.
– Miła wiadomość dla przyjaciela, który specjalnie przypłynął zza oceanu, żeby się z tobą zobaczyć.
Trudno o coś wspanialszego niż ponury błysk oczu Waymarsha, kiedy odpowiadał na te słowa.
– A więc po to przyjechałeś?
– No, w znacznej mierze po to.
– Z twoich listów wnioskowałem, że coś się za tym kryje.
Strether się zawahał.
– Za moją chęcią spotkania się z tobą?
– Nie, za twoim wyczerpaniem.
Strether potrząsnął głową z uśmiechem, nieco przyćmionym przez pewne skrupuły.
– Były po temu różne przyczyny.
– A nie było przypadkiem jakiejś szczególnej przyczyny, która cię skłoniła do podróży?
Tym razem nasz bohater mógł odpowiedzieć zgodnie z sumieniem:
– Owszem. Była taka przyczyna. Jest pewna sprawa, ściśle związana z moim przyjazdem.
Waymarsh czekał chwilę.
– Sprawa zbyt poufna, żebyś mógł o niej mówić?
– Nie, w każdym razie nie wobec ciebie. Ale skomplikowana.
– No – odezwał się znów Waymarsh po nowej pauzie – możliwe, że tutaj stracę rozum, ale dotychczas, o ile wiem, jeszcze to nie nastąpiło.
– Wszystko ci wytłumaczę. Ale nie dzisiaj.
Waymarsh zesztywniał jeszcze bardziej i ciaśniej zsunął łokcie.
– Dlaczego nie dzisiaj, skoro i tak wcale nie jestem ­śpiący?
– Dlatego, mój kochany, że ja chcę spać.
– Na czym więc polega to twoje wyczerpanie?
– Właśnie na tym, że potrzebuję ośmiu godzin snu na dobę.
I Strether zaczął wywodzić, że Waymarsh dlatego nie poprawił się dotychczas, bo nie kładzie się o właściwej porze do łóżka. W rezultacie Waymarsh – trzeba mu oddać sprawiedliwość – uległ i zgodził się wypróbować skuteczność tej rady. Strether łagodnie, lecz energicznie pomógł mu się położyć i znów, dzięki oddanym usługom, zdobył pewną przewagę we wzajemnych stosunkach, ponieważ przygasił lampę i postarał się o cieplejsze koce. Obudziła się w nim jakaś pobłażliwość wobec Waymarsha, który w łóżku wydawał się niezwykle duży i czarny, utulony w pościeli niby pacjent w szpitalu, i z kołdrą podciągniętą pod brodę dziwnie jakby uproszczony. Gdy Strether krzątał się około drobiazgów, pełen niejasnej litości, jego przyjaciel odezwał się z głębi łóżka wyzywającym tonem:
– Czy ona rzeczywiście na ciebie poluje? Czy to kryje się za tym wszystkim?
Strether zmieszał się, widząc, w jakim kierunku zmierzają podejrzenia Waymarsha, i chcąc zyskać na czasie, spytał:
– Za moją podróżą?
– Za twoim wyczerpaniem czy jak tam chcesz to nazwać. Wiesz, wszyscy mówią, że ona cię przypiera do muru.
Stretherowi zawsze było łatwo o szczerość.
– A więc przyszło ci do głowy, że po prostu uciekłem przed panią Newsome?
– No, wiem tylko tyle, ile widzę. Jesteś bardzo przystojnym mężczyzną. Sam się dzisiaj przekonałeś – rzekł Waymarsh – jakie dobre wrażenie zrobiłeś na tej damie. Może jednak – ciągnął na wpół z ironią, a na wpół z niepokojem – sytuacja jest odwrotna i to ty na nią polujesz? Czy pani Newsome także przyjechała? – wymówił to zdanie z jakimś żartobliwym przerażeniem.
Strether uśmiechnął się, dość jednak blado.
– Cóż znowu! Pani Newsome, dzięki Bogu, została spokojnie w domu. Im dłużej się nad tym zastanawiam, tym bardziej jestem z tego rad. Wybierała się, ale zrezygnowała po namyśle. Przyjechałem niejako w jej zastępstwie; toteż w pewnej mierze miałeś słuszność w swoich przypuszczeniach, bo zleciła mi pewne sprawy. Jak widzisz, moja podróż rzeczywiście ma wiele wspólnego z jej osobą.
Waymarsh oczywiście widział; widział wszystko, co się widzieć dało.
– A więc, tak jak przypuszczałem, jest między innymi także jakiś szczególny powód?
Strether raz jeszcze obszedł dokoła pokój, poprawił na przyjacielu kołdrę, wreszcie skierował się do drzwi. Czuł się tak, jak pielęgniarka, która zasłużyła sobie na odpoczynek, spełniwszy dokładnie wszystkie obowiązki.
– Między innymi jest coś więcej jeszcze, ale nie chcę teraz wdawać się w tę historię. Nie bój się, nasłuchasz się jeszcze na ten temat ode mnie tyle, że będziesz miał wyżej uszu. Jeżeli będziemy nadal trzymać się razem, liczę na twoje rady w pewnych sprawach.
Waymarsh odpowiedział na ten hołd w charakterystyczny dla siebie wymijający sposób.
– To znaczy, że nie masz nadziei, byśmy nadal trzymali się razem?
– To znaczy, że widzę pewne niebezpieczeństwo – ojcowskim tonem odparł Strether – ponieważ słuchając twoich lamentów, zacząłem się obawiać, że jesteś zdolny palnąć to głupstwo i wrócić do kraju.
Waymarsh przyjął naganę jak duże, skarcone dziecko i chwilę milczał.
– Co chcesz ze mną zrobić?
Stretherowi, który dokładnie to samo pytanie postawił niedawno pannie Gostrey, przyszło na myśl, że w jego ustach brzmiało ono zapewne równie żałośnie. Tyle tylko, że odpowiedział Waymarshowi bardziej rzeczowo, niż jemu odpowiedziano:
– Zabiorę cię z sobą zaraz do Londynu.
– Och, w Londynie dopiero co byłem! – jęknął nieco łagodniej Waymarsh. – To nie dla mnie.
– Ale ja chyba jestem dla ciebie – powiedział Strether z humorem.
– Więc muszę jechać?
– Będziesz musiał jechać znacznie dalej.
– Trudno! – westchnął Waymarsh. – Rób ze mną, co chcesz. Ale powiesz mi wszystko, zanim mnie powleczesz na drugi koniec świata?
Nasz bohater, trochę skruszony, a trochę ubawiony, tak się znowu zatopił w rozważaniach, czy tego popołudnia, gdy sam stawiał czoło analogicznemu wyzwaniu, wyglądał podobnie – że na chwilę stracił wątek.
– Czy ci powiem? O czym?
– Jak to o czym! O tym, co cię tutaj sprowadziło.
Strether zawahał się na moment.
– Wiesz, to jest sprawa tego rodzaju, że choćbym chciał, nie mogę jej przed tobą zataić.
Waymarsh patrzał na niego ponuro.
– Wynika z tego, że przyjechałeś dla niej, czy tak?
– Dla pani Newsome? Ależ tak, oczywiście. Jak najbardziej tak!
– To dlaczego mówiłeś, że ci chodziło o mnie?
Strether, zniecierpliwiony, kręcił nerwowo klucz w ręku.
– To proste, chodziło mi zarówno o nią, jak i o ciebie.
Waymarsh w końcu odwrócił się z gniewnym pomrukiem do ściany.
– No, ja z tobą ślubu nie wezmę.
– Jeżeli o to chodzi, to ja z tobą także nie…
I Strether roześmiał się, uciekając z pokoju.
(…)