Strona główna / Literatura polska / Niechciana prawda

Aktualności

19.01.2021

Spotkanie online z Ewą Kempisty-Jeznach

We wtorek 19 stycznia o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Ewą Kempisty-Jeznach, autorką książki "Chorzy ze stresu".

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

07.01.2021

Krzysztof Pyzia gościem Pytania na śniadanie

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Krzysztofem Pyzią, autorem książki "Stewardesy. Cała prawda o lataniu".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pięć Stawów. Dom bez adresu Beata Sabała-Zielińska
  2. Śreżoga Katarzyna Puzyńska
  3. Uciekłam z arabskiego burdelu Laila Shukri

Fotogaleria

więcej »

Niechciana prawda

Agata Kołakowska

Rozdział 1.

Kiedy Beata spodziewała się usłyszeć już tylko nieodwołalny trzask zamykanych drzwi, te uchyliły się ponownie. Czekała z nadzieją na roześmiane „żartowałem” i figlarny wyraz twarzy wyrażający zadowolenie, że tak łatwo dała się nabrać. Wyjątkowo kiepski kawał, ale trudno, chyba zdołałaby się nawet roześmiać. Niestety, ujrzała jedynie spojrzenie pełne troski. A może raczej współczucia?
– Przepraszam. Choć wiem, że to niewiele zmieni – powiedział ze smutkiem i nieprzystającym do sytuacji spokojem.
Nie wydała z siebie najmniejszego dźwięku. Czuła się otępiała i ogłuszona. Marek czekał jeszcze chwilę na jej reakcję, a potem wyszedł. Nie miała siły mówić. Zresztą nie wiedziałaby, co. Bo jakich słów użyć na wieść, iż mąż odchodzi po dwunastu latach małżeństwa, dobrodusznie przy tym przepraszając? Jakby to, że wziął winę na siebie, mogło zmniejszyć ból, który jej zadał, oznajmiając: „Jestem pedałem”. Nigdy nie słyszała, aby wyrażał się w ten sposób o homoseksualistach. Przed chwilą nazwał tak siebie. Zapytała głupio: „Jak to?”, tylko te dwa słowa huczały w jej głowie. Wzruszył ramionami, wziął głęboki oddech i oznajmił, że od lat to w nim siedziało, ale z tym walczył. Udawał kogoś innego. Wszystko się zmieniło, kiedy poznał Marcina. Dłuższe oszukiwanie nie miało sensu.
Beata stała jak wmurowana na środku korytarza. „Oszukiwanie”, „pedał”, „Marcin”, słowa męża przewiercały ją na wskroś. Wrócił do domu po pracy, wyznał, że jest gejem, dodał, że się zakochał, spakował walizkę i wyszedł. Brzmiało tak prosto. A było takie trudne i niewiarygodne. Zapragnęła nagle, irracjonalnie, żeby miał kochankę. Romans z kobietą nie stawiałby pod znakiem zapytania sensu wspólnych lat. Ich dotychczasowe życie jawiło się jako farsa, w dodatku cholernie mało zabawna. Poczuła mdłości. Pobiegła do łazienki i ukucnęła na śnieżnobiałych, zimnych kafelkach, które wyglądem imitowały starą ceramikę. Wnętrze zaprojektował Marek w stylu dawnych pokoi kąpielowych. Zawsze był czuły na piękno. Wcześniej Beatę cieszył wyrafinowany gust męża, rzadko spotykany u mężczyzn. Teraz jednak jego estetyczna wrażliwość przyprawiła ją o torsje. Z trudem podniosła się z kolan i podeszła do umywalki. Wsparła się rękoma o porcelanę. Odkręciła kran, by opłukać twarz zimną wodą i zmyć niesmak, żal i gniew. Zamiast tego osunęła się na podłogę i oparła plecami o szafkę. Zaczęła płakać. Pomyślała o Bartku, swoim dwunastoletnim synu. Ból ścisnął jej żołądek mocnym skurczem. Na szczęście spędza weekend u dziadków, pomyślała z ulgą. Dobrze, że nie widzi mamy w takim stanie. Urwała kawałek papieru toaletowego i przetarła opuchniętą twarz. Marek okazał się na tyle przewidujący, aby swoje odejście zaplanować w stosownym czasie. Nie chciał robić scen przy dziecku. Oszczędził syna! Łaskawca, prychnęła kpiąco. Ciekawe tylko, kto wytłumaczy nieobecność ojca, kiedy Bartek w niedzielę wróci do domu. Boże, co ja mu powiem, jęknęła i zaczęła nerwowo kołysać się w przód i w tył. Wiedziała, że w tym momencie nie wymyśli nic sensownego. Jedyne, czego teraz potrzebowała równie mocno jak przebudzenia ze złego snu, to alkohol. Wstała z podłogi i skierowała się do kuchni pewna, że w szafce zostało trochę czerwonego wina z wczorajszego obiadu. Upiekła kaczkę z jabłkami, żeby sprawić mężowi przyjemność. Przepadał za tym daniem, a wczoraj wybąkał coś o bólu żołądka i zostawił mięso na talerzu prawie nietknięte. Wtedy zaniepokoiła się, że bierze go jakieś przeziębienie. Teraz miała już jasność, skąd ten brak łaknienia.
Smętna resztka wina zamajaczyła goryczą na języku i pozostawiła w przełyku uczucie palenia. Za mało, pomyślała Beata desperacko, odstawiając butelkę. Zapragnęła upojenia, zapomnienia, odurzenia. Jak niczego innego na świecie. Podeszła do szafy w korytarzu i sięgnęła po płaszcz. Wyszła z mieszkania, za cel obierając sobie pobliski sklep spożywczy.
Zjechała na parter apartamentowca, w którym mieszkali już czwarty rok. Deszcz na zewnątrz lał jak z cebra, tworząc ścianę wody, która przemoczyła Beatę do suchej nitki już po kilku sekundach marszu. Szła szybko, a jasne, domowe pantofle od razu nasiąknęły wodą z potoków płynących ulicami. Nie zwracała uwagi na wilgoć ani zmarznięte stopy. Dopadła sklepowych drzwi, jakby za nimi czekało wybawienie.
– O rety! Ależ pani przemokła! – przywitał ją sprzedawca, a troje snujących się pomiędzy półkami klientów spojrzało na nią z ciekawością. – Zapomniała pani parasola?
– Wino. Czerwone, wytrawne – wycedziła Beata bezbarwnym, nieobecnym głosem.
– Słusznie, powinna się pani porządnie rozgrzać. Inaczej przeziębienie murowane – stwierdził, stawiając butelkę Bordeaux na ladzie.
– Albo dwa wina – powiedziała, krytycznie oszacowując ilość nabywanego alkoholu, i sięgnęła do kieszeni po portmonetkę.
Siwiejący ekspedient przyjrzał się klientce uważniej. Mokre, sięgające do ramion czarne włosy oblepiały jej policzki. Z ubrania kapała woda. Kobieta lekko dygotała, a czerwona opuchnięta od płaczu twarz budziła współczucie.
– Wszystko w porządku? – zapytał zatroskany.
Ich spojrzenia się spotkały. Wiedziała, że nie zdawał sobie sprawy, jak bardzo niestosowne w tym momencie zadał pytanie. Mimo to zdenerwowała się. Czy musi się tłumaczyć, dlaczego wygląda jak kłębek nieszczęścia? Chciała wykrzyczeć, że nigdy w życiu nie czuła się gorzej i absolutnie nic nie jest w porządku! Niech zwróci się do niej jeszcze raz z podobnym pytaniem, kiedy okaże się, że jego żona jest lesbijką. Wiedziała jednak, że ten wybuch niczego by nie zmienił. Nic nie mogło wyrwać jej z tego bagna, w którym właśnie ugrzęzła. Najgorsza była świadomość, że właściwie tkwiła w nim już od dawna, tyle tylko że kompletnie nieświadomie. Wszystkie ścieżki jej życia prowadziły do tej chwili. Do momentu, w którym ona, trzydziestopięcioletnia żona geja stoi w sklepie i kupuje wino, aby zapić palące upokorzenie.
– Ile płacę? – odparła tylko, drżącymi dłońmi odgarniając grzywkę z czoła.
Mężczyzna uśmiechnął się niepewnie i zapakował butelki do torebki. Zrozumiał, że nie kupowała wina, aby się rozgrzać. Zrobiło mu się jej żal. Niestety na ludzkie nieszczęścia niewiele da się poradzić.
Kiedy wyszła na ulicę, padało jeszcze intensywniej. Tak mocno, że z trudem łapała oddech. Mogła zatem płakać do woli, nie wzbudzając zainteresowania przechodniów. Bardziej dziwił ich brak parasola niż mokre strugi na jej twarzy.
Po wejściu do mieszkania skierowała się od razu do kuchni, nie zawracając sobie głowy zdejmowaniem płaszcza ani mokrymi plamami, jakie na dębowym parkiecie zostawiały przemoczone i ubłocone buty. Z szuf­lady wyjęła korkociąg i wprawnym ruchem otworzyła wino. Nie sięgnęła po kieliszek, tylko piła łapczywie cierpki płyn prosto z butelki. Jakby od tego zależało jej życie. Po kilku łykach wytarła usta wierzchem dłoni. Usiadła przy kuchennym stole. Butelkę postawiła przed sobą. Zastygła w bezruchu, wpatrując się w słoje na powierzchni mahoniowego blatu, po czym sięgnęła ponownie po wino. Przycisnęła chłodne szkło do rozpalonych policzków. Chwilę później wróciła do systematycznego opróżniania zawartości. Łyk za łykiem. Po kwadransie odczuła przyjemne mrowienie w całym ciele. Lekko ścierpły jej nogi i ręce, co dawało przyjemne wrażenie znieczulenia. Była lekko odurzona, ale rozrywający ból duszy nie pozwalał o sobie zapomnieć. Jak to w ogóle możliwe, do cholery?!, powtarzała w kółko. Życie przelatywało jej przed oczami. Życie z Markiem. Obrazy pojawiały się i znikały, zastępowane przez kolejne, jeszcze bardziej bolesne. Pierwsza randka, zaręczyny, ślub, kupno mieszkania, narodziny Bartka, święta, sylwestry w górach, Marek niesie ją do szpitala na rękach, kiedy skręciła kostkę, tańczą na plaży w jego urodziny, ostatnia przeprowadzka, marzenia, plany. Istny film z ich życia. Zupełnie jak u kogoś na chwilę przed śmiercią. Zresztą tak właśnie czuła się Beata, jakby zapadała w nicość. Poczuła przejmujące zimno. Nie wiedziała, co się z nią dzieje. Ma gorączkę? A może to szok, rozpacz, niedowierzanie, poczucie wstrętu mroziły jej ciało na kość. Chwyciła butelkę i poszła do sypialni. Położyła się na łóżku, które do tej pory dzieliła z Markiem. Jego poduszkę zrzuciła na podłogę. Nie chciała na nią patrzeć ani czuć jego zapachu. Leżała, patrząc w okno, za którym nie było widać nic poza czarnym jak jej myśli, nocnym niebem. Leżała i piła. Piła, by się rozgrzać. Nie myśleć. Zasnąć.

***
Obudził ją zgrzyt zamka w drzwiach. Trochę niepewny. Jakby ktoś zastanawiał się, czy ma prawo wejść do środka. Beata przetarła zaspane i opuchnięte od płaczu powieki i wyszła do przedpokoju. Pod bosymi stopami czuła chłód parkietu, a w sercu przejmujące zimno. Trzeba mieć tupet, żeby pokazywać mi się teraz na oczy, pomyślała, spodziewając się, że w drzwiach ujrzy męża. Nie myliła się.
– Co tutaj robisz?! – warknęła.
– Jak to, co? Podobno tutaj właśnie mieszkam.
– Chyba mieszkałeś – prychnęła, maskując złością ból.
– Nie mam pojęcia, o co ci chodzi, kochanie.
– Zabieraj się i spadaj do swojego kochasia! Po co przylazłeś?
Marek przez chwilę patrzył na żonę w skupieniu. Jak krzyczy, nerwowo gestykulując, i zaczął się śmiać. Skręcał się, wstrząsany falami dzikiego śmiechu. Ocierał płynące ciurkiem łzy i z trudem łapał powietrze. Po raz pierwszy w życiu widziała go tak rozbawionego.
– Co cię tak bawi?! – wrzasnęła, nie poznając swojego głosu, który brzmiał agresywnie i obco.
– Beata, jak zwykle nie poznałaś się na żartach.
– O czym ty mówisz?! To miał być żart?!
Kiwnął głową potakująco.
– Niezły, prawda? Chyba nie uwierzyłaś, że jestem homo? – Wyraz rozbawienia na jego twarzy zastąpiło niedowierzanie.
Przedziwna mieszanina sprzecznych emocji kotłowała się w sercu Beaty. Zastanawiała się, czy rozszarpać Marka na drobne kawałki za taką zabawę jej kosztem, czy może wymyślić bardziej wyrafinowaną torturę. Pod powierzchnią złości jednak czaiły się pokłady błogości, która w jednej chwili opatuliła ją szczelnie. Nigdy przedtem nie czuła takiej ulgi. Zrobiła się tak lekka, że mogłaby, gdyby tylko zechciała, wznieść się w powietrze. Oparła się plecami o ścianę i osunęła, siadając na podłodze.
– Boże, to cudownie – westchnęła. – Nie wiesz nawet, jak się cieszę, choć prawdopodobnie już nigdy się do ciebie nie odezwę – zagroziła. – To wspaniale, że nie jesteś gejem – powtarzała w kółko. – Nienawidzę cię za ten durny dowcip, ale… co za ulga… – odetchnęła głęboko, czując się najszczęśliwszą kobietą na świecie.
Nagle usłyszała stłumione szczeknięcie.
– Co to było? Tylko nie mów, że kupiłeś psa. Przecież wiesz, że Bartek ma alergię.
– Nic podobnego – zaprzeczył Marek.
– Przecież słyszę – upierała się, rozglądając po przedpokoju.
Szczekanie stawało się coraz głośniejsze i napastliwe. Marek nie kłamał. W istocie nie kupił psa. To zwierzak sąsiadów z dołu dopominał się o coś. Beata z trudem otworzyła zaspane i sklejone od płaczu powieki. Marek i cudowne uczucie ulgi zniknęły wraz ze snem, a jawa kopnęła Beatę w brzuch tak mocno, aż kobieta zwinęła się w kłębek, zanosząc się płaczem. To był tylko sen? Dlaczego, do cholery?, zawodziła zdruzgotana, czując na policzkach piekące łzy. Przekonała się właśnie, że powiedzenie o ranie w sercu nie jest metaforą. Czuła tę ranę najbardziej fizycznie i realnie jak to możliwe. Zwlekła się z łóżka i poszła do kuchni zaparzyć kawę, której aromatyczny zapach zawsze poprawiał jej nastrój. Co prawda wcześniej nie sprawdzała, czy kofeina pomaga na rozpacz po odejściu męża do innego mężczyzny, ale dziś nie oczekiwała od kawy walorów smakowych, chciała jedynie utrzymać się w pionie.
Po takiej ilości wina, jaką wczoraj wypiła, powinna się czuć dużo gorzej. Silne emocje musiały zadziałać jak swoisty filtr i wchłonęły alkohol, bo Beata czuła się obolała, wyczerpana i zdruzgotana, ale przynajmniej wolna od mdłości i bólu głowy. Spojrzała na tarczowy zegar malowany w róże, który wisiał na kuchennej ścianie. Już dwunasta, niewiarygodne, pomyślała. Próbowała sobie przypomnieć, kiedy ostatnio wstała tak późno. Chyba nigdy, była bowiem rannym ptaszkiem i do południa zawsze załatwiała najważniejsze sprawy.
Przechodząc przez salon, rzuciła okiem na więdnące lilie stojące w kryształowym wazonie na komodzie. Oklapnięte liście idealnie obrazowały samopoczucie Beaty. Czuła się słaba, zbolała i godna współczucia. Pogoda za oknem wtórowała smętnemu nastrojowi. Choć po wczorajszej ulewie nie było już śladu, to listopadowy wiatr w parze z ciemnoburymi, złowrogimi chmurami nie przynosił nadziei. Zresztą Beacie przez myśl nawet nie przeszło, aby wierzyć w lepszą przyszłość. Uświadomiła sobie, że szczęście minęło bezpowrotnie. Zakładając, że lata spędzone w kłamstwie można uznać za szczęśliwe. Teraz jednak Beata oddałaby wszystko, aby cofnąć czas o ten jeden dzień. Żyłaby spokojnie, o niczym nie wiedząc. I byłoby dobrze!
Nie zdążyła rozsiąść się w fotelu z filiżanką mocnej kawy, kiedy trzykrotnie zadzwonił domofon. Krótki, urywany, nerwowy dźwięk. Kto dobija się tak desperacko, zastanawiała się, idąc z ociąganiem do przedpokoju. Nie ruszyłaby się z miejsca, gdyby nie myśl, że może Bartek wrócił wcześniej od dziadków. Twarz przyjaciółki, która pojawiła się na wyświetlaczu domofonu, przypomniała jej o wizycie u fryzjera i zakupach, na które się niedawno umówiły. Zaledwie trzy dni temu, a Beata miała wrażenie, że w odległej przeszłości. W innym życiu, do którego nie miała już wstępu, jakby nigdy nie istniało. Otworzyła drzwi i przez chwilę, którą zajęło Renacie wjechanie windą z parteru na trzecie piętro, zastanawiała się, czy nie udawać, że wszystko jest tak jak dawniej, choćby jeszcze przez jakiś czas. Przynajmniej do momentu, aż sama wszystkiego nie poukłada. Jej plan legł w gruzach szybciej, niż się zrodził. Bowiem już na progu Renata krzyknęła przerażona:
– Jezus Maria! Co się stało?!
– Jak to, co się stało? – próbowała jeszcze udawać Beata. – Nic.
– Nie ściemniaj – rzuciła Renia, wchodząc do środka i lustrując przyjaciółkę od stóp do głów. – Dwunasta, a ty jeszcze w piżamie.
Renata dobiegała czterdziestki. Jednak wigorem i niesłabnącą energią przypominała raczej nastolatkę. Zdjęła z głowy czarny beret i potrząsnęła blond czupryną, którą z zasady obcinała na krótko. W nieco chłopięcym uczesaniu zawsze było jej do twarzy. Beata odrobinę zazdrościła przyjaciółce bujnych kształtów, sporych piersi i krągłych bioder, którymi sama nie mogła się pochwalić. Choć Renia czasami narzekała na nadmiar centymetrów tu i ówdzie, to jednak figurę miała bardzo proporcjonalną do wzrostu, którego natura jej nie poskąpiła.
– Wiesz, raczej nie pójdę z tobą do fryzjera – powiedziała Beata, niemrawo wieszając w szafie płaszcz Reni.
Renata badawczo przyglądała się przyjaciółce, ale nie musiała specjalnie wytężać wzroku, by dostrzec, że oczy jej się zaszkliły, choć ze wszystkich sił powstrzymywała łzy.
– Jakoś nie mam ochoty – dodała Beata, choć słowa z trudem przechodziły przez ściśnięte gardło.
– Zauważyłam – szepnęła Renata przerażona. Znały się od piętnastu lat, ale nigdy nie widziała przyjaciółki w kompletnej rozsypce. Na myśl przychodziły jej różne tragedie. Aż bała się zapytać. Objęła ją ramieniem i poprowadziła do salonu.
– Usiądź – powiedziała ciepłym, kojącym głosem, zajmując miejsce tuż obok. – A teraz mów po kolei, co się stało.
– Po kolei? – zapytała z namysłem Beata. – Musiałabym zacząć od imprezy u jego kumpla ze studiów. Tamtego cholernego dnia się poznaliśmy.
– Chodzi o Marka? – domyśliła się Renia.
– Trudno w to uwierzyć. – Wzruszyła bezradnie ramionami. – Ja nie jestem w stanie. Nie pojmuję! Jak on mógł mnie tak oszukiwać? Tyle lat, do cholery!
– Nie bardzo rozumiem, o czym mówisz… – wtrąciła delikatnie Renata.
– On jest gejem! Wyobrażasz sobie?! – ryknęła żałośnie, zanosząc się szlochem.
– Co?!
– Odszedł wczoraj do swojego kochanka. Dasz wiarę? Do kochanka!
(…)