Strona główna / Literatura polska / Kamienica przy Kruczej

Aktualności

12.07.2019

Nominacja dla książki Sashy Marianny Salzmann!

Książka Sashy Marianny Salzmann "Poza siebie" znalazła się wsród 14 tytułów nominowanych do Literackiej Nagrody Europy Środkowej Angelus.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Miłość '44. 44 prawdziwe historie powstańczej miłości Agnieszka Cubała
  2. Macho. Instrukcja obsługi Andrzej Gryżewski, Artur Górski
  3. Muszę wiedzieć Kasia Bulicz-Kasprzak

Fotogaleria

więcej »

Kamienica przy Kruczej

Maria Ulatowska

Prolog

O tym, że nie jest prawdziwą Ostaniecką, Tośka dowiedziała się wcześnie, w swoje dziesiąte urodziny.
– Tosiu – powiedziała mama. – Siadaj, tu obok mnie. Chcemy ci coś powiedzieć.
Antonina – Tosia lubiła swoje imię i lubiła jego pełne brzmienie, wydawało jej się takie dorosłe – podbiegła do siedzącej obok mamy i przytuliła się do niej. Tata przysunął sobie bliżej swój ulubiony fotel i wziął dziewczynkę za rękę.
– Postanowiliśmy, że powiemy ci to, gdy skończysz dziesięć lat, bo uznaliśmy, że będziesz już na tyle dojrzała, że wszystko dobrze zrozumiesz – zaczął mówić, a wtedy Tosia mocniej wtuliła się w mamę, bo nagle zaczęła się bać.
Miała ochotę zatkać uszy albo krzyknąć, że nie chce niczego słuchać. No, ale skoro tata uznał, że jest dojrzała, to chyba jednak nie powinna się tak zachować. Spróbowała się wyprostować i zadarła do góry brodę.
– Tosiu – tacie zadrżał głos – nie wiem, jak zacząć… Dobrze, powiem wprost. Tylko proszę, usiądź i wysłuchaj wszystkiego spokojnie i nie przerywaj, dopóki nie skończę.
Antosia skinęła potakująco głową, choć tata wyglądał, jakby jej zapewnienia nie były mu do niczego potrzebne. Nawet na nią nie patrzył. Patrzył na mamę, a mamie zaczęły dziwnie błyszczeć oczy.

P o c z ą t e k

Rozdział 1.

1940

Maria Parzyńska otworzyła drzwi. Spieszyła się, bo już minęło południe, a ona jeszcze nie zrobiła obiadu. Zorientowała się, że nie wystarczy ziemniaków i teraz martwiła się, czy zdoła je kupić. Cóż, warzywniak częściej bywał zamknięty niż otwarty. Otwierano go, jeśli był towar. Pocieszała się jednak, że może dziś sklep będzie otwarty. A jeśli nie, zajrzy od tyłu do spożywczego, na parterze kamienicy, w której mieszkali Parzyńscy. Oni i wielu innych lokatorów.
W tym sklepie nie handlowano warzywami ani owocami, ale właściciel, pan Dawid Szelenbaum, zachował do tej pory różne kontakty handlowe, więc chociaż Żydzi nie mieli już w zasadzie prawa do niczego, on umiał jakoś zapewnić dostawy towarów do swojego sklepu, a dla stałych klientów znalazł czasem nawet to, czego nie było w asortymencie sklepu i to, co kupowało się wyłącznie na kartki (brak kartek nie przeszkadzał, a że cena była trochę wyższa, cóż, każdy to rozumiał). Sam właściciel, wraz z rodziną, mieszkał na Grzybowie, w dzielnicy żydowskiej. Mieszkali tam od dwudziestu lat.
Teraz nie chciał się pokazywać za często na Kruczej, aby swoim semickim wyglądem nie sprowadzić na sklep nieszczęścia. Wobec wydanego dwudziestego pierwszego stycznia 1940 roku zarządzenia dotyczącego konfiskaty majątku prywatnego w Generalnym Gubernatorstwie (tak zwanej ordynacji sekwestracyjnej), administracja niemiecka była uprawniona do zajmowania własności należącej i do Polaków, i do Żydów. Z tym że własność żydowską grabiono w pierwszej kolejności, więc fakt, że sklep należy do Żyda (jakikolwiek sklep), owi właściciele starannie ukrywali.
Chociaż Dawid Szelenbaum od kilku miesięcy nie pokazywał się już w sklepie, prowadzonym teraz tylko przez ekspedientkę, dla „swoich” spożywczak był jednak dobrze zaopatrzony. „Swoimi”, czyli stałymi klientami, byli oczywiście przede wszystkim mieszkańcy kamienicy, w której się mieścił.
Przy ulicy Kruczej 46.
Trzypiętrowa kamienica, pokryta płaskim, trochę tylko spadzistym dachem, ozdobiona była od frontu żeliwnymi balkonami, których kute balustrady wyginały się nad łukiem bramy; wejście do bramy także zdobiły żeliwne zawijasy, a strzegły go dwa przycupnięte po bokach – gnomy? krasnale? domowe skrzaty? Z bramy można było się dostać na dwie klatki schodowe, do lewego i prawego skrzydła kamienicy, na górę wiodły schody z artystycznie wykonanymi poręczami, a obydwa korytarze były zawsze świeżo odmalowane i dokładnie wysprzątane. Od samej bramy szło się po pięknie ułożonej kostce, a każdy wjazd „pojazdu” na kółkach – na przykład wózka dziecięcego – powodował miły dla ucha równomierny turkot. Gdy już minęło się podjazd, wejścia na schody i wyłożony kostką korytarz, ukazywało się podwórko, gdzie na centralnym miejscu królował trzepak, miejsce spotkań służących i zabaw dzieci – tych, którym rodzice pozwalali się bawić na podwórku. Po obu bokach, pod frontowymi skrzydłami kamienicy stały wygodne ławki również żeliwne, z drewnianymi siedzeniami, jak w parku – na których można było przysiąść w celu wymiany poglądów z sąsiadką lub sąsiadem.
Z podwórka wiodły tak zwane schody kuchenne, wejście na nie nie było już tak ozdobne, ot, zwykłe drzwi, zwykłe klatki schodowe, balustrady bez ozdób, proste, skromne – cóż, kuchenne po prostu.
Dom może nie był najpiękniejszy, ale dla jego mieszkańców liczyło się przede wszystkim, że do tej pory stał nienaruszony – a był czerwiec tysiąc dziewięćset czterdziestego roku – i wszyscy mieli nadzieję, że w takim stanie przetrzyma wojnę. Każdy wierzył, jeszcze wierzył, że trwająca wokół pożoga lada dzień się skończy. Wszyscy starali się żyć i przeżyć. Nawet pomagali sobie, jak mogli.
Krucza 46.
Dom, który trwał, a wraz z nim jego mieszkańcy.

Maria Parzyńska otworzyła z impetem drzwi i… potknęła się o zawiniątko, które leżało na wycieraczce. Mały tobołek poruszył się i pisnął.
– Ludzie! – krzyknęła w przestrzeń. – To chyba dziecko.
Pochyliła się i podniosła maleństwo, bo w istocie było to dziecko. Opatulone w koc i zieloną chustę.
Raptem na klatkę schodową weszła lokatorka z pierwszego piętra, Weronika Ostaniecka. Spojrzała z zaciekawieniem na sąsiadkę i ten dziwaczny tłumoczek, z którego już wyraźnie dochodziło popłakiwanie.
– Pani Mario? – Zawiesiła głos. – Dziecko? Czyje? Skąd?
Pani Parzyńska miała około czterdziestu pięciu lat, mieszkała tylko z mężem, mniej więcej w tym samym wieku. Jedyne ich dziecko, syn Marian, przepadło gdzieś w zawierusze wojennej. Żona Mariana, Adela, zmarła jeszcze przed wojną. Dzieci nie mieli. A nawet gdyby – to nie byłyby takie malutkie. Weronika Ostaniecka miała więc prawo być zdziwiona, choć może nie powinna o nic pytać. Czasy nadeszły przecież takie, że naprawdę najlepiej nic nie wiedzieć i nic nie widzieć. Jednak pani Weronika była osobą bardzo życzliwą całemu światu, dzieci uwielbiała wręcz do szaleństwa, tym bardziej że jakoś nie doczekała się własnych, mimo przekroczenia trzydziestu lat. A tak prawdę mówiąc, trzydziestu czterech. Za Alfreda wyszła w roku tysiąc dziewięćset trzydziestym, byli już więc tak długo małżeństwem, że przestali wierzyć, iż kiedykolwiek rodzina im się powiększy. Los swój znosili z pokorą, choć także z wielkim żalem, którego starali się nie okazywać. Jednak pani Weronika nie mogła obojętnie przejść obok żadnego dziecka. A już na pewno nie obok takiego, które płacze.
Pani Parzyńska z osłupieniem patrzyła na trzymane w ramionach zawiniątko. Dziecko, zapewne zdziwione zmianą położenia i zafascynowane twarzą, której nie znało, ucichło i wpatrywało się w panią Marię szeroko otwartymi, ciemnogranatowymi oczami.
– Ono… to dziecko, po prostu… po prostu tu leżało – wykrztusiła, spoglądając na sąsiadkę z niedowierzaniem. – Ja, ja tylko otworzyłam drzwi i ono tu było – mówiła, kręcąc głową. – Mało brakowało, a bym na nie nadepnęła.
Weronika Ostaniecka położyła dłoń na ramieniu oszołomionej kobiety i obracając ją trochę, prawie wepchnęła do mieszkania, z którego ta właśnie wychodziła.
– Nie stójmy tu – powiedziała. – Trzeba obejrzeć to dziecko i zastanowić się, co teraz.
Po wyplątaniu niemowlaka z koca i chusty, a następnie z becika i pieluch, całkiem już przemoczonych, okazało się, że to dziewczynka. Wyglądała na zdrową i zadbaną. Pani Parzyńska przyniosła lniane prześcieradło, pocięła je na kawałki i jakoś, wspólnie z sąsiadką, zawinęły w nie dziewczynkę, która, chyba zmęczona tym wszystkim, uspokoiła się i usnęła.
– Pani Mario – zawołała raptem Weronika Ostaniecka, która zbierała porozrzucane na podłodze okrycia ich „znaleziska” – tu są jakieś papiery, niech pani spojrzy!

P r z e d t e m

Rozdział 2.

1937

Szymon Kornblum szedł ulicą krokiem prawie tanecznym. Gdyby nie to, że był mężczyzną statecznym, już trzydziestosiedmioletnim, podskakiwałby z radości. Magdalena, Magdusia, jego Madzia, powiedziała: tak.
Tak! Tak! Tak!
Zgodziła się wyjść za niego, w co nie mógł do tej pory uwierzyć. Nieważne, że był szalenie przystojnym, miłym, całkiem zamożnym człowiekiem i miał spore, wspaniale umeblowane i doskonale wyposażone mieszkanie w samym centrum stolicy. Nieważne, że był szanowanym lekarzem i członkiem różnych ekskluzywnych towarzystw. Nie liczyło się nawet to, że pisywał artykuły medyczne do specjalistycznej prasy, a te artykuły były przedrukowywane w pismach zagranicznych. Kilka razy był również za granicą, zapraszano go do udziału w sympozjach i często proponowano mu wygłaszanie referatów.
Był jednak Żydem i wiedział, że obecnie to mu nie pomoże. Właściwie to był Polakiem, ale rozróżnienie tych dwóch narodowości, jeśli ktoś nosił nazwisko, które można było uznać za żydowskie, wydawało się za trudne. Albo… nie chciano tego rozróżniać. Antysemicka nienawiść w Polsce, której wybuch nastąpił w latach 1933–1936, teraz jeszcze się nasiliła. Obóz Narodowo-Radykalny, rozwiązany w roku 1934 przez władze za swoje radykalne poglądy, kontynuował działalność nielegalnie i poczynał sobie coraz śmielej, zdobywając coraz większą popularność wśród młodzieży akademickiej. Po śmierci Józefa Piłsudskiego ideologia antysemicka stała się głównym elementem porozumienia politycznego.
Po ogłoszeniu przez premiera Składkowskiego „wojny ekonomicznej” przeciwko Żydom w czerwcu 1936 roku; po wezwaniu przez przywódcę ONR, Bolesława Piaseckiego, do poparcia nazizmu i wygnania Żydów z Polski; po nasilającej się liczbie napadów i rozbojów – dziesiątki tysięcy Żydów wyemigrowało z Polski do Palestyny; wyjechali również ci, którzy Żydami byli tylko z urodzenia, bez wyznania.
Pomimo to Szymon nie chciał opuszczać Polski. Nawet wtedy, gdy polski związek zawodowy lekarzy ogłosił, że obecnie przyjmować będzie w swoje szeregi wyłącznie Polaków – co szczególnie dotknęło doktora Kornbluma, który był aktywnym członkiem związku od kilku lat. Nie rozumiał tych rozgraniczeń. Owszem, wyznawał judaizm jak jego rodzice i dziadkowie, i zapewne pradziadkowie, ale przede wszystkim był Polakiem. Kochał swoją ojczyznę i nie wyobrażał sobie, że mógłby mieszkać w innym kraju. Palestyny nie znał i, prawdę mówiąc, nie tylko mało o niej wiedział, ale też niewiele go obchodziła. Miał więc nadzieję, że ten antysemicki obłęd niebawem się skończy i chociaż sporo słyszał i wiedział o rozwoju nazizmu, chciał wierzyć, że to przejściowe szaleństwo. Ponieważ jednak był wykształconym, inteligentnym i światłym człowiekiem, gdzieś tam, z tyłu głowy, miał pewność, że ta jego wiara w rychłą zmianę świata jest trochę śmieszna. Dlatego też, pomimo swojej już przeszło rok trwającej miłości do Magdaleny Krzeszewskiej, nie oświadczał się i próbował walczyć z tym uczuciem. Ale kilka dni temu umarła matka dziewczyny. Wczoraj odbył się pogrzeb. Magda została sama na świecie, bo jej ojciec zmarł kilka lat po narodzinach dziewczynki, tak więc w ogóle go nie pamiętała. Wraz z mamą mieszkała w niewielkim mieszkaniu przy Nowogrodzkiej. Mama pracowała jako ekspedientka w sklepie bławatnym mieszczącym się w kamienicy, w której mieszkał Szymon, a uprzednio także jego rodzice, przy Kruczej 46. Sklep od lat był własnością Kornblumów.
– Magdusiu – tłumaczył ukochanej. – Zostałem właścicielem tego sklepu tak trochę wbrew woli. Sklep był własnością mojego dziadka, Abrahama Strontza.
– To tata twojej mamy, prawda? – spytała Magda, słysząc inne nazwisko.
– Tak, mojej mamy – potwierdził Szymon i opowiadał dalej: – Moja mama, Salomea, była jedyną córką Strontzów, więc gdy wyszła za Izaaka Kornbluma, mój dziadek od razu scedował sklep na zięcia. Zamalował dotychczasowy napis na szybie wystawowej sklepu i zamówił inny: „Sklep bławatny – Strontz & Kornblum”.
Szymon zamilkł i przypomniał sobie, że gdy dziadek Abraham umarł, ojciec Szymona zamalował dotychczasowy napis i umieścił nowy: „Sklep bławatny – Kornblum & Kornblum”. Gdy zmarł ojciec Szymona, Szymon kazał zmazać z okna wystawowego drugą część informacji i pozostało tylko: „Sklep bławatny”.
Od początku ten sklep był kością niezgody w stosunkach między ojcem i synem. Starszy pan Kornblum był do sklepu bardzo przywiązany, dbał o jego rozwój, ciągle coś zmieniał, poprawiał, unowocześniał. Wełny musiał mieć najlepsze, sprowadzane wprost z Bielska. Inne tkaniny też starannie wybierał, toteż sklep cieszył się popularnością i bardzo dobrze prosperował. Na stałe zatrudnione były zawsze dwie ekspedientki, a czasami pomagały im uczennice ze szkoły handlowej, zaliczające w ten sposób obowiązkowe praktyki.
Sklep stanowił całe życie Izaaka, a Szymon, jego jedyny syn i spadkobierca, w ogóle się nie interesował ani rodzinną firmą, ani handlem w ogóle. Już jako mały chłopiec łamał nogi lub ręce drewnianym pajacykom i wszystkim zabawkom, jakie wpadły w jego łapki – a potem składał te połamane kończyny, obtykał je patyczkami i zawijał bandażami.
– Mamełe – ogłaszał pani Salomei – ja będę pan doktor.

– Wiesz, Magdalenko – ciągnął Szymon, powracając od wspomnień do teraźniejszości – ilekroć o tym myślę, jest mi bardzo przykro, że sprzeciwiałem się ojcu. Bo widzisz, mnie nigdy nie obchodził ten sklep. Nie miałem do niego serca, zawsze tylko chciałem być lekarzem.
I rzeczywiście – został nim. W 1924 roku skończył studia medyczne na Akademii Medycznej w Berlinie, potem jeszcze przez pięć lat pracował w jednym z berlińskich szpitali i uzyskał specjalizację z ortopedii. Po powrocie do Polski natychmiast znalazł pracę w Szpitalu Klinicznym imienia Dzieciątka Jezus. Rodzice byli dumni z syna lekarza, choć ojciec jednocześnie martwił się o przyszłość ukochanego sklepu.
– Obiecuję ci, ojcze – przyrzekł uroczyście Szymon, składając mu życzenia urodzinowe w 1930 roku, roku śmierci rodziców – że sklepu nie oddam w obce ręce po twojej śmierci, o ile jeszcze wtedy będę żył. Znajdę zaufanego kierownika, który go poprowadzi, a sam będę nadzorował pracę tego kogoś.
I tak też się stało, gdy ojciec Szymona – a właściwie obydwoje rodzice zmarli, jedno po drugim, jak gdyby żyć bez siebie nie mogli. Najpierw ojciec – na rozległy zawał serca, w sierpniu 1930 roku, a trzy miesiące po nim zgasła pani Salomea, w zasadzie z rozpaczy, gdyż żadnej konkretnej choroby u niej nie stwierdzono.
Szymon znalazł sobie zastępcę, któremu powierzył zarządzanie sklepem i opiekę nad nim. Nadzór doktora Kornbluma ograniczał się do składania podpisów na wymagających tego papierach urzędowych i rozliczeniach bankowych. Na szczęście Tadeusz Wolski, który został kierownikiem sklepu, był człowiekiem na wskroś uczciwym, dalekim krewnym matki Szymona. Czuł się członkiem rodziny, a w rodzinie – według jego kodeksu honorowego – obowiązywała bezwzględna uczciwość i lojalność. Dokładał wszelkich sił, żeby firma prosperowała nie gorzej niż dotychczas.
Wszyscy więc byli zadowoleni, sklep miał się dobrze, Szymon cieszył się nie tyle z zysków – choć okazały się niemałe – ile z tego, że udało mu się dotrzymać obietnicy złożonej ojcu.
Pani Krzeszewska, matka Magdaleny, była jedną z zatrudnionych w sklepie ekspedientek, lecz Szymon w ogóle jej nie znał i chyba nawet nigdy w życiu nie widział. Aż do poznania Magdy.
Madzia pracowała jako pomocnica bibliotekarki w czytelni naukowej przy ulicy Tadeusza Żulińskiego (do 1935 roku adres czytelni brzmiał: Żurawia 41 – lecz mimo oficjalnej zmiany nazwy odcinka między Marszałkowską a Poznańską, starzy warszawiacy cały czas mówili o czytelni naukowej przy Żurawiej).
Niebieskooka blondynka, wiotka i niewysoka, miała pięknie zarysowane usta, które wyglądały, jakby prosiły o pocałunki. Tak naprawdę, to Magdusia tylko raz się całowała, po szkolnej zabawie, z pewnym kolegą, który uparł się, że odprowadzi ją do domu. To przeżycie tak jej się nie spodobało, że do tej pory nie pozwoliła nikomu na nic podobnego.
Zaczytana, rozmarzona i pochłonięta książkami, czekała na tę prawdziwą miłość, na dreszcz rozkoszy, słodką niemoc… i niczego podobnego na razie nie doznała.
Poznali się z Szymonem, gdy omal go nie staranowała w chwili, gdy wychodził z bramy kamienicy. Wypadła gwałtownie ze sklepu, gdzie pracowała jej mama. Spieszyła się, bo akurat w tym dniu miała popołudniowy dyżur w czytelni, a zasiedziała się u mamy. Uwielbiała tu przychodzić, kochała zapach tkanin oraz ich miękką delikatność; mogła godzinami pomagać w układaniu bel materiałów na półkach, nigdy jej to nie męczyło i nigdy nie nudziło. Tego dnia jednak została w sklepie zbyt długo i martwiła się teraz, że nie zdąży na czas do pracy. Wypadła więc z drzwi jak rakieta i raptem… leżała jak długa na chodniku, a nad nią pochylał się jakiś ciemnowłosy, ciemnooki mężczyzna.
– Nic się pani nie stało? – spytał, patrząc na nią z niepokojem. Mrużył śmiesznie oczy, trzymając w ręku stłuczone okulary.
– Nie, nic. – Magdalena pokręciła przecząco głową, wstając z ziemi. – Przepraszam pana bardzo, jestem taka nieuważna. Wpadłam na pana, jeszcze raz przepraszam. I pana szkła, ojej…
Potarła ręką czoło, bo coś ją zaszczypało. Wyciągnęła rękę do tego ciemnowłosego mężczyzny, chcąc mu się przedstawić i jeszcze raz przeprosić – i raptem zauważyła, że palce ma poplamione krwią. Zbladła i zachwiała się nagle.
– Ach… – wyszeptała – ja…
– To nic takiego, proszę mi wierzyć. – Nieznajomy już podawał jej śnieżnobiałą chustkę, którą niczym magik wyciągnął chyba z kieszeni. – To tylko draśnięcie, już nie krwawi.
Po chwili do dziewczyny zbliżył się przepiękny czarny pies i wtulił nos w jej rękę.