Strona główna / Literatura polska / Naprawa i wypożyczanie mężczyzn

Aktualności

20.09.2019

Spotkanie z Marcinem Margielewskim w Łodzi

W sobotę 5 października o godz. 17.00 zapraszamy do Empik Manufaktura w Łodzi (ul.Karskiego 5) na spotkanie z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Była arabską stewardesą".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Naprawa i wypożyczanie mężczyzn

Teresa Ewa Opoka

FIRMA

Minęło już tyle lat, a ona wciąż odczuwała tremę przed teściową, kobietą, która ani razu jej nie skrytykowała, nie przywiązywała wagi do drobnych potknięć, nigdy nie okazywała swojej wyższości. Wobec teścia czuła się swobodniej. Adorował ją w staroświecki, rozbrajający sposób. Jedyny dżentelmen, jakiego znała. Do pokoju wszedł Michał w niebieskim fartuchu i zapytał, czy coś mówiła.
– Żebyś zajrzał do piecyka.
– Coś o dzieciach.
– Że starzy ludzie są jak małe dzieci.
Oliwia ostrożnie odsunęła kieliszki kilka centymetrów od talerzy. Teraz będzie dobrze, pomyślała. Wyglądają jak baletnice czekające na pierwszy akord.
– Źle śpią w nocy?
– Łatwo odwrócić ich uwagę. Zapominają, co chcieli zrobić.
– Właśnie tak się stanie. Nie martw się. Jak usłyszą „Barcelona”, będą zachwyceni. Zobaczysz. – Michał próbował uspokoić żonę, ale sam był coraz bardziej zmartwiony postępowaniem rodziców.
Gdy był u nich ostatnim razem, zauważył ciemnozielony prostokąt nad kanapą zamiast obrazu Fałata. Pozbywali się dzieł sztuki i rodowej biżuterii, by wyremontować rodzinny dom, odzyskany wreszcie po wielu latach sądzenia się z miastem. Najlepiej, gdyby od razu go sprzedali, ale nie mieli zamiaru. Zachodnie skrzydło wynajęli synowi znajomych na restaurację. W pozostałej części wciąż trwały prace, które osobiście nadzorowali – w podeszłym wieku, ale wciąż pełni energii. Na jak długo wystarczy im tego paliwa? Zapowiadali, że chcą założyć własną firmę. Brzmiało to złowieszczo. Nie mieli pojęcia o prawach rządzących ekonomią.
– Jeżeli nie podziała Barcelona, to nie wiem... – Oliwia układała niebieskie kwiatuszki w trzech czarkach. Zapomniała ich nazwy. – Może by ich ubezwłasnowolnić? – zaryzykowała.
– Moich rodziców? – Michał patrzył na nią z góry. – Masz swoich.
– Moi nie żyją, a gdy żyli, to jak najskromniej, by zostawić jak najwięcej. Powiedz sam, czy tak nie było. Nie uprawiali rabunku wybiegającego w przyszłość.
– Przestań. – Spojrzał na nią z niechęcią.
Miał klasę. Nie przypominał, że cały majątek jej rodziców to pięćdziesięciometrowe mieszkanie do podziału pomiędzy troje rodzeństwa. Nie wypominał, że ciężar opieki nad owdowiałą, ciężko chorą matką spadł na nich, bo jej siostra i brat od­mówili pomocy.
– Jaką działalność gospodarczą mogło wymyślić dwoje emerytów? – próbowała zatrzeć złe wrażenie.
– Zaraz się dowiemy – odparł, bo ktoś zadzwonił do drzwi.
Przyszedł Bartek, który wyprowadził się rok temu. Od razu poczuł, że coś się przypala, i Michał popędził do kuchni. Miał pretensje, że go zaprosili. Co z tego, że sobota, on w sobotę jest tak samo zapracowany jak w każdy inny dzień i nie ma czasu na rodzinne obiadki. Studiował na dwóch fakultetach i potrafił jeszcze dorobić. Oliwia powiedziała o rodzinnym zmartwieniu. Że dziadkowie mają zamiar założyć firmę, co prawdopodobnie zakończy się katastrofą, bo nie mają pojęcia ­­­­o prowadzeniu biznesu: dziadek całe życie na uczelni, a babcia w aptece, gdzie nawet prostą rachunkowością zajmowała się księgowa.
– I co mnie to? – skwitował Bartek rodzicielskie niepokoje.
– Przecież ty wszystko dziedziczysz – przypomniała Oliwia. – A mogą ci zostawić potężne długi.
– Chcecie mnie napuścić na babcię i dziadka?
– Ależ skąd! – żachnęła się Oliwia. – Po prostu wnuki szybciej znajdują wspólny język z dziadkami aniżeli dzieci.
– Dziadkowie mogą robić, co tylko im się podoba. Cieszę się, że mają nowe pomysły na życie.
Oliwia westchnęła tylko i poprosiła Bartka, by włączył muzykę, gdy dziadkowie staną w drzwiach. Syn się skrzywił, zniesmaczony dziecinną zagrywką rodziców.
– Jesteście beznadziejni – powiedział.
Teściowie przyszli jak zwykle punktualnie. Cyprian wręczył Oliwii bukiet.
– Dla mojej pięknej synowej.
Zdejmowali płaszcze, gdy popłynęła ich ulubiona stara melodia Uliczka w Barcelonie. Krystyna była zachwycona, chciała natychmiast tańczyć. Cyprian się opierał, więc wyciągnęła rękę do wnuka. Była wysoka i chuda jak kij, ale poruszała się z gracją. Na teściu również luźno wisiała marynarka. Twierdzili, że tajemnica zdrowia tkwi w tym, by nigdy nie wstawać od stołu nasyconym. Wystarczy jeść tyle, aby zaspokoić głód. Ich niepospolity sposób bycia na początku ją raził, dopatrywała się sztuczności i pozy, ale z czasem przekonała się, że nie udają. Byli jak para białych niedźwiedzi lub innych zwierząt, skazanych przez cywilizację na zagładę, która znalazła sobie niszę ekologiczną. Lubiła na nich patrzeć i ich słuchać. Stanowili żywą i piękną pamiątkę po minionym czasie. Często siwe głowy pochylali ku sobie, niemal dotykając się skrońmi jak na starych fotografiach. Kiedyś Cyprian przyznał się, że gdy przejeżdżał tramwajem obok apteki, w której pracowała żona, zawsze uchylał kapelusza. Dobrali się jak w korcu maku, to o nich.
Przy drugim daniu Michał nie wytrzymał i zapytał, jaki interes mają zamiar prowadzić.
– Niespodzianka – odparł ojciec.
– My również mamy niespodziankę – uśmiechnęła się Oliwia z dumą. – Prezent na urodziny mamy, zbliżające się urodziny taty i zbliżającą się pięćdziesiątą piątą rocznicę waszego ślubu.
Teściowie wyglądali na uradowanych. Cyprian lekko uścisnął dłoń żony wspartą o krawędź stołu. Spojrzeli na siebie z uśmiechem. Jeśli z czegoś tylko się dało wycisnąć trochę radości, natychmiast to robili, nie lekceważąc żadnej okazji. Krystyna chciała się dowiedzieć, jaka to niespodzianka, i przez kilka chwil przekomarzali się, bo Oliwia prosiła, by oni pierwsi wyjawili swoją. Nie, nie, najpierw wy. Nie, nie, wy macie pierwszeństwo. Wreszcie poirytowany Bartek zwrócił się do matki, by skończyła tę żenadę, i Oliwia uroczyście wręczyła teściom folder wraz z biletami lotniczymi do Barcelony. Dwa tygodnie w uroczym hoteliku. Przecież często mówili, że ich marzeniem jest wycieczka do tego miasta. Dlatego ta piosenka na wejście. Cyprian i Krystyna tylko spojrzeli na siebie i zaczęli nucić:

Uliczkę znam w Barcelonie
Pachnącą kwiatem jabłoni,
Bardzo lubię chodzić po niej
La, lalala, la, lala...

– Barcelona! Och! Barcelona! – zawołała Krystyna. – Jaka szkoda... Co za pech, że nie możemy skorzystać z zaproszenia. – Objęła Oliwię i ucałowała ją w obydwa policzki, a potem odsunęła krzesło i tak samo ucałowała Michała oraz wnuka, mimo iż tłumaczył, że on nie ma nic wspólnego z tym pomysłem.
– Jesteście kochani. Nie macie pojęcia, jak mi żal.
– Pech. Prawdziwy pech – powiedział Cyprian.
– Dlaczego?! – zawołali Michał i Oliwia.
– Przecież możecie sobie zrobić przerwę. Odpocząć wreszcie – zwrócił się do dziadków Bartek.
– Nie możemy – odparła Krystyna, poważniejąc. – Jesteśmy bardzo zajęci. Musicie nas zrozumieć. Zostało nam niewiele czasu. Niemal w ostatniej chwili wpadliśmy na pomysł, by uszczęśliwić trochę ludzi. Ludzie tak rozpaczliwie szukają szczęścia. A my zawsze lubiliśmy robić dobre uczynki. Jesteśmy po prostu skazani na robienie dobrych uczynków.
– Mam nadzieję, że nie przepisaliście domu bezdomnym – wtrącił Michał.
– Nie, nie, nie. Nie obawiajcie się – zapewniała Krystyna. – Proszę, zrozumcie nas. Już wielu naszych przyjaciół odeszło. Niestety nieciekawie. Żadnej niespodzianki. Poza śmiercią oczywiście. Jakoś tak... nijako. Żyli, żyli i umarli. Rozumiecie? – Zgromadzeni przy rodzinnym obiedzie przytaknęli, a seniorka rodu kontynuowała: – W ostatniej chwili. Może nie w tak ostatniej, ale w ostatniej chwili przytomnego pomyślunku olśniło nas, że wstyd umierać, nie zrobiwszy wcześniej nic dobrego dla ludzkości.
– Jak to nic? – żachnął się Michał. – Wychowaliście dwóch wspaniałych synów. Tata zabierał nas na wycieczki, na poszukiwanie skarbów w ruinach zamków. Rozbijaliśmy namiot pod gwiazdami. A góry to nic? Mało? A pierożki? – pochylił głowę i ucałował dłoń Krystyny.
Bartek przypomniał, że gdyby nie dziadek, nie umiałby jeździć na rowerze, a gdyby nie babcia, nie znałby bajek Andersena i Amicisa.
– A ilu inżynierów tata wykształcił i wypuścił w świat – przypomniała Oliwia. – A ile leków mama wydała chorym, cierpiącym. Nigdy się nie pomyliła. Nigdy. Możecie spokojnie umierać. Nie teraz oczywiście – poprawiła się szybko – ale w razie czego całkiem spokojnie. W każdej chwili.
– Ale to są zwyczajne rzeczy – Krystyna się uśmiechnęła i dotknęła koniuszkami palców dłoni synowej spoczywającej na białym obrusie – wynikające ze zwyczajnego, przyzwoitego życia. Przejadła nam się ta zwyczajność. Mamy ambicje. Chcemy czegoś więcej. Jak Kopernik, Maria Skłodowska, Bach, Matka Teresa, Anna Dymna.
– O, Boże kochany – jęknęła Oliwia.
– Babciu, dziadku, zlitujcie się, bo mama nam tu zaraz fiknie – powiedział Bartek.
– Moi kochani – zaczęła uroczyście Krystyna. – Postanowiliśmy, że zanim odejdziemy, zrobimy coś dobrego.
– Babciu. – Bartek zaczął się już denerwować. – Tyle już wiemy. Konkrety. Prosimy o konkrety.
– Coś niezwykłego – powiedział Cyprian.
– I szlachetnego – uzupełniła Krystyna.
– Umówiliście się, że trochę się zabawicie naszym kosztem? – zapytał Bartek, ale nie zważali na niego.
– Jednocześnie tajemniczego i dziecinnie prostego – dodał Cyprian.
– A można zarobić na waszej tajemnicy? – zapytał wnuczek.
– Jest warta z milion. Milion dolarów oczywiście – powiedział Cyprian. – Gdybyśmy postanowili opatentować nasz pomysł. Nawet milion milionów.
– Miliard? – zapytała Oliwia.
– Może nawet więcej – odparła Krystyna. – Zanim odejdziemy, pragniemy podzielić się naszym szczęściem. Byłoby szczytem egoizmu zabierać naszą tajemnicę do grobu. Ludzie tak pragną szczęścia i nie mają pojęcia, gdzie go szukać. Kręcą się w kółko, a bywa, że nie potrafią w nie uwierzyć. Sprzedażą tej tajemnicy zajmie się nasza firma.
– Czy my dowiemy się, jaka to tajemnica? – zapytał Michał. – Zupełnie za darmo?
– Oczywiście synku – powiedziała Krystyna. – Ale musimy was przygotować stopniowo. Pragniemy oszczędzić wam szoku. Nie dlatego, że jest tak straszna, tylko tak prosta, a jednocześnie wspaniała. – Starsza pani zawiesiła głos i popatrzyła po twarzach obecnych.
– Babciu, wal – nie wytrzymał Bartek.
– Że trzeba być dobrym – oznajmiła Krystyna.
Miała rację. Obecni nie mogli wykrztusić słowa. Zaskoczenie przewyższyło ich przygotowanie.
– Słucham? – pierwsza odezwała się Oliwia. – Że jak?
– Powinniśmy być dla siebie dobrzy – powtórzyła Krystyna. – Patrz, jak to działa. – Dotknęła palcami odsłoniętego ramienia synowej. – Ja jestem dobra dla ciebie, ty dla ojca, ojciec dla Michała, Michał dla Bartka... I tak dalej. Powinniśmy sobie nawzajem pomagać w wędrówce przez to coś, co każdy musi przejść.
Przez minutę wszyscy zajęli się kaczką na talerzu. Pierwszy oprzytomniał Bartek:
– A może wydrukowałbym ulotki, a babcia zaniosłaby do swojej apteki i pani magister dokładałaby każdemu za darmo do leków? Każdy by się zapoznał i się poprawił. Albo może jeszcze lepiej: rozdawać ludziom na ulicy. Albo wtykać za wycieraczki. Emerytki tak dorabiają.
– Niestety, mój chłopcze – powiedział Cyprian – darmowej wiedzy ludzie nie cenią. Jutro idę zarejestrować naszą firmę. W dziale usług dla ludności.
– A konkretnie? – dopytywał się coraz bardziej zaciekawiony Bartek.
– Naprawa mężczyzn. Na razie tylko naprawa popsutych, ale mamy w planie poszerzyć usługi o ich wynajmowanie. Nie mamy jednak odpowiednich funduszy. Wystąpiliśmy o kredyt hipoteczny, ale to potrwa.
– Dlaczego tylko mężczyzn? – zapytał Michał.
– A jak myślisz? Mężczyźni częściej się psują – odrzekła Krystyna. – Kobiety są z lepszego materiału, lepszej jakości. Tak podają statystyki socjologiczne.
Michał przypomniał, że pierwsza kobieta została ulepiona z żebra Adama, a Krystyna, która musiała być w świetnej formie dzisiejszego dnia i nieźle się bawiła skołowaną i przestraszoną rodziną, odparowała, że tak się akurat złożyło, że tylko to Adamowe żebro było wykonane z najlepszego materiału – tytan, diament, włókno węglowe.
– Na pewno nie chcecie jechać do Barcelony? – zapytała Oliwia bez większej nadziei w głosie.
Krystyna spojrzała na Cypriana i naradzając się bez słów, raz jeszcze zaśpiewali.

Uliczkę znam w Barcelonie,
Bardzo lubię chodzić po niej
La, la, la
Bardzo dziękujemy,
Lecz nie pojedziemy.

Oliwia poczuła wzbierającą w niej złość – na lekkomyślność starych ludzi, ich beztroskę... Przepowiedziała im plajtę.
– Po trzech dniach splajtujecie. Zobaczycie. Który mężczyzna do was przyjdzie? Przecież każdy uważa się za coś wspaniałego. Prawda, Michał? – zwróciła się o pomoc do męża, a on przytaknął.
– Naturalnie, że tak – zgodziła się Krystyna. – Mężczyzna nie ma pojęcia, że się zepsuł. Kobieta go przyprowadzi.
– Akurat – powiedział Michał, wstając z krzesła.
Zaczął zbierać brudne talerze, a Bartek mu pomagał. Cyprian zabrał swoją filiżankę i wyszedł za nimi do kuchni.
Teściowa popatrzyła na Oliwię i przechyliła głowę w jej stronę, zniżając głos:
– Czy mogę cię o coś zapytać? Masz tyle przyjaciółek...
– O, nie, nie, nie. Niech mama na mnie nie liczy. – Oliwia aż się zarumieniła. Wypiła trzy kieliszki wina i mogło się jej wyrwać coś niepotrzebnego.
– Spokojnie, skarbie. Pytanie brzmi tak: Wiem, że małżeństwa, nawet tak zwane udane, czasem się kłócą. Słyszałam o tym. Widziałam na filmach, ale to skrajne, wyolbrzymione przypadki. Powiedz mi, z jakiego powodu w zwykłym życiu można pokłócić się z mężem.
Oliwia odparła bez namysłu i zgodnie z prawdą:
– Z każdego, mamo. Z każdego.
Krystyna patrzyła przez dłuższą chwilę na synową, wreszcie zaproponowała, by pokłóciła się z Michałem.
– Teraz, przy was? – zapytała wkurzona Oliwia. – Zwykle kłócimy się po wyjściu gości. Ale wyjątkowo mogę to zrobić dla ciebie. – Zaczerpnęła głęboko powietrza i wrzasnęła w stronę kuchni: – Michał! Co się tak guzdrzesz?! Co tam robicie?!
Do pokoju zajrzał Michał, by zapytać, co jest.
– Co cię ugryzło?
Odparła, że nic, że chciała pokazać mamie, jak się robi małżeńską kłótnię. Michał pokiwał ze zrozumieniem głową i się wycofał.
– A mama z tatą nigdy? – zapytała Oliwia.
– Nie. Nie mamy powodu. Może kiedyś, gdy byliśmy młodzi, jakieś dąsy, ale to naprawdę musiało być dawno.
– I jak chcecie radzić w ciężkich przypadkach małżeńskich?
– Czy onkolog musi chorować na raka, by leczyć nowotwory?
Po deserze starsi państwo się pożegnali. Na przystanek odprowadził ich Michał. Oliwia zauważyła na komodzie papierową teczkę zostawioną przez teściową. Złapała ją, by dogonić teściów na schodach, ale uczyniła to tak niezręcznie, że ze środka wysypały się zadrukowane kartki. Przykucnęła i mimo woli przebiegła wzrokiem po tekście, który na pierwszy rzut oka wyglądał na ankietę.
– O, w mordę jeża – zaklęła zaskoczona.
Bartek podniósł kilka kartek i przeczytał głośno:
– „Kiedy ostatni raz dałeś swojej żonie, w nawiasie: narzeczonej, kwiaty bez żadnej okazji?” Ja cię sunę – dodał od siebie. – „Kiedy ostatni raz nosiłeś żonę, w nawiasie: narzeczoną, na rękach?”
– O, w kolano motyla! – zawołała Oliwia.
– „Czy wychodzisz do przedpokoju, gdy słyszysz, że twoja żona, w nawiasie: narzeczona, przekręca klucz w zamku? Pomagasz się jej rozebrać, odbierasz od niej mokrą parasolkę, siatki z zakupami?” O, kurwa! „Czy otwierasz drzwi samochodu...” – Bartek podniósł głowę. – Miałaś, mamo, rację. To katastrofa.
(…)