Strona główna / Biografie, wspomnienia / Jak nie zrobić kariery czyli potyczki z show-biznesem

Aktualności

20.09.2019

Spotkanie z Marcinem Margielewskim w Łodzi

W sobotę 5 października o godz. 17.00 zapraszamy do Empik Manufaktura w Łodzi (ul.Karskiego 5) na spotkanie z Marcinem Margielewskim, autorem książki "Była arabską stewardesą".

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

24.07.2019

Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego książkę "Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi" Julii  Boyd.

Bestsellery

TOP 20

  1. Jej drugie życie Manula Kalicka
  2. Nie mam więcej pytań Gillian McAllister
  3. Wakacje w Trzeciej Rzeszy. Narodziny faszyzmu oczami zwykłych ludzi Julia Boyd

Fotogaleria

więcej »

Jak nie zrobić kariery czyli potyczki z show-biznesem

Lidia Stanisławska

Wdrapywanie się na szczyty fatalnie robi na paznokcie

Teraz z debiutem trudniej. Za ciasno się zrobiło w eterze, jak mawia kontrowersyjny Zbigniew Hołdys – mistrz trafnych skrótów myślowych. Nawet Ewie Demarczyk niełatwo byłoby się przebić i zaistnieć w dzisiejszej estetyce obowiązującej w show-biznesie. Nagromadzenie bodźców ma być tak duże, żeby oddziaływać na różne zmysły. Atak frontalny – słucha się… oczami. Zafascynował mnie więc pomysł, by słuchać plecami do wykonawcy, tak jak w konkursie The Voice of Poland. To chyba ma sens. Niedawno w towarzystwie młodego muzyka z kapeli rockowej zachwycałam się jakąś liryczną piosenką.
– Ale wykonawczyni mnie nie kręci – ziewnął malowniczo. – Ani dupa, ani cyc, ani ordynarny wyraz twarzy – rzekł niby żartobliwie.
Niestety, ziarenko prawdy w tym było. Wystarczy włączyć MTV, gdzie prawie każdy teledysk ociera się o soft porno. Koniecznie wydęte usta, mokre ciała, najlepiej obnażone, sporo gibania. A co i jak śpiewają? Czy to ważne? Kto dziś chciałby mieć w swojej komercyjnej stacji taką laskę jak Edith Piaf. Śmiech na sali. Dlatego cieszę się, że debiutowałam, kiedy bardziej liczył się przekaz emocji, wzruszenie. Bo w dzisiejszych czasach piosenka literacko-poetycka to już pokarm dla elity. O tempora, o mores! Świat idzie do przodu. Cywilizacja i technika pędzą i osobie bez głosu elektronika może go podarować. Usiłuję przywołać moje dziewczyńskie emocje, kiedy śpiewałam sobie a muzom. A robiłam to nieustannie, co zapewne dla domowników było mocno upierdliwe. Wychowałam się w rodzinie z muzyką mającej niewiele wspólnego, choć śpiew był jej nieobcy. Mama występowała amatorsko, mając w repertuarze kultowy utwór Pamiętasz, była jesień Sławy Przybylskiej. Sakramencko trudny do wykonania, zważywszy odległość między dźwiękami zwanymi fachowo interwałami (tę wiedzę posiadłam nieco później). Podobno w czasie jej występu wbiegłam jako dziecię na scenę ze słowami: „Mamusiu, ja ci pomogę”, i dośpiewałam z nią do końca, co rodzicielce nie przypadło do gustu, a widowni i owszem. Mama opracowywała też skecze i monologi, co pewnie wyssałam z jej mlekiem, zważywszy moją namiętność do kabaretu. Ojciec, który pochodził z wielodzietnej rodziny na Pomorzu, poza kolędą i gwizdaniem przy goleniu nie dawał popisów muzykalności, ale za to jego bracia udzielali się pięknymi tenorami w kościelnych chórach. Tak więc sobie przez całe przedszkole radośnie podśpiewywałam, słysząc ciągle: „Zamkniesz ty wreszcie dzioba, wyjcu jeden” – to w domu, a w szkole – „Stanisławska, na zajęciach chemii nie nucimy, bo to znamionuje lekceważenie przedmiotu”. Dziób się otwierał za to ochoczo na wszelkich koloniach i obozach, potem na zajęciach chóru i zespołu wokalnego. To podstawówka. W liceum przeszłam na karierę solową, ba! – prawie gwiazdorską. Zajęcia chóru i zespołu wokalnego prowadził pan Tokarczyk, mężczyzna urodziwy, mówiący z kresowym zaśpiewem, a do dziś wzrusza jego wschodnia składnia: „Dlaczego spóźniłaś?” – to najczęściej nie do mnie, bo od dziecka jestem punktualna, a na zajęciach ze śpiewu zawsze przed czasem. Na tapecie mieliśmy różne pieśni mazowszańskie, W zielonym gaju, Przeleciał ptaszek i Panie Janie.
Głos miałam charakterystyczny i mocny, za co byłam karcona, bo robotę zespołową to zdecydowanie zakłócało, tak więc następowało uciszanie jednostki. A jednostce w duszy grało, więc chciała dać temu wyraz. Gorliwie jeździłam więc na wszystkie możliwe eliminacje piosenki takiej, śmakiej i owakiej – zaangażowanej, poetyckiej, żołnierskiej, radzieckiej itd. Wracałam na ogół z dyplomami, a jak dostałam nagrodę pieniężną, to kupiłam mamie wymarzony kapelusz i płaszcz w SDH (dla młodych: Spółdzielczy Dom Handlowy) w kolorze barszczu zabielanego, co jej nie ucieszyło, bo to, co sobie wymarzyła, było już nieaktualne. Rodzice traktowali moje artystyczne wypaczenie jako niegroźną fanaberię i widzieli przyszłość w jakimś stabilnym przyzwoitym zawodzie. Byli ultramieszczańscy w swoich poglądach na życie. Mój luz w sposobie bycia i tolerancja dla świata były rodzajem kontry do tego, czego doświadczyłam w domu. Przyznaję po latach, że stabilność relacji, które w nim panowały, dawała mi poczucie bezpieczeństwa – jednak pobłażania dla mojej rozwichrzonej natury było nie za wiele.
Mieszkając w małym miasteczku, w którym nie było niestety szkoły muzycznej ani nawet możliwości nauki języka angielskiego, nie odczuwałam jednak głodu kontaktu z kulturą. Pani Celina, księgowa z Domu Kultury, matka mojej przyjaciółki Elwiry, wpuszczała nas obydwie na wszystkie imprezy, jakie się tam odbywały. Podziwiałam występy Steni Kozłowskiej czy filharmonii z pobliskiego Koszalina. Wszystkie te kulturalne „eventy” rozbudzały w nas głębsze potrzeby obcowania z muzyką szlachetną. Pamiętam występ nieznanego wtedy szerzej Konstantego Kulki, który swoim geniuszem wbił nas w dość twarde fotele, grając Paganiniego. Zamiast płakać ze wzruszenia, śmiałam się perliście, bo między utworami wytarł nos i ugniótł sobie małą kulkę, którą pstryknął w wielkiej nieświadomości w kulisy. Zostałam wyproszona z widowni, ale uwrażliwienie na purnonsens mam w sobie do tej pory.
Słuchałam dużo i namiętnie. Breakouci, Trubadurzy, Adamo, Dalida, Beatlesi, Led Zeppelin. Tych zachodnich serwowało nam Radio Luksemburg, rodzimych słuchaliśmy do oporu z płyt winylowych zdartych do białości. Wtedy rozkochałam się w Niemenie. Towarzyszył mi w dusznych rozterkach i młodzieżowych fascynacjach uczuciowych. Śpiewałam z nim nawet przez sen. Znałam każdy obiegnik jego wokalu. Wszystkie nowe wersje (choć to praktyka pożyteczna – bo przedłuża żywot piosenki) wydają mi się świętokradztwem. Wiedziałam, że wyprzedza epokę, zwłaszcza w siermiężnym Peerelu, i że kiedyś będzie bohaterem prac magisterskich muzykologów.
Czy wtedy miałam odwagę marzyć, że dołączę do tego świata? To był inny kosmos, odległy o lata świetlne i niedostępny dla „cebuli” z małego miasta. Niestety, zaszczepiono mi reguły pokory i skromności, co bywa może i przymiotem w innych dziedzinach, ale na pewno nie w show-biznesie. To bolesny defekt i hamulec w parciu do przodu. Nie pchaj się na afisz! Siedź w kącie, znajdą cię! Co ma być, to będzie! Ostatni będą pierwszymi! – takie hasła w odniesieniu do kreowania swojego losu to prawdziwe dyrdymały. Trzeba było generacji, żeby tę pasywność wyplenić.
Miałam też sferę alternatywnych zainteresowań. Kółko literackie, teatralne, zaczytywanie się w klasykach, nowinkach literackich, to mnie kręciło w równym stopniu. Zasługa to mojego wybitnego polonisty Eustachego Bindasa, który założył sobie, że wyfruwając w świat, nie mamy prawa nosić w sobie kompleksu prowincji. Czytaliśmy prasę literacką, wiedzieliśmy wszystko o najnowszych premierach teatralnych z nazwiskiem suflera włącznie (jasne, że żartuję). Taka więc byłam rozdwojona. Układałam scenariusze na akademie ku czci, pisałam wierszyki, śpiewałam piosenki na szkolnych potańcówkach z własnym pierwszym zespołem bigbitowym. Toteż dawano mi spokój z rachunkiem różniczkowym i tablicą Mendelejewa. „Ona i tak pójdzie na polonistykę”. Nawet zdawałam na Uniwersytet Gdański. Pojechałam na kursy przygotowawcze do Trójmiasta i… się zakochałam. Jak powszechnie wiadomo, miłość gorliwość edukacji mocno osłabia, bo chcesz się uczyć zupełnie czegoś innego… Ale do niedorosłego etapu mojego życia w tym spokojnym miejscu w północnej Polsce zostało sporo sentymentu. Może zbyt pobieżnie się po nim przemknęłam, tak więc się poprawiam… „Jest miasteczko gdzieś nad rzeczką, sympatyczne dość miasteczko”, śpiewał onegdaj Andrzej Dąbrowski.
Kiedy w moim miasteczku mieszkałam, było miastem powiatowym, dziś jest gminą. Dzieciństwo ani sielskie, ani anielskie, ot, zwyczajne. Chociaż małe miasteczka są może słabszą trampoliną w dorosłość, nie pamiętam, żeby kiedykolwiek było mi nudno. Bo nudę ma się w sobie. Spokój małych miast pozwala na spokojne dorośnięcie. Było skromnie, ale nie bidnie. Bezpiecznie. Od pierwszej klasy chodziłam do szkoły sama. Świat zewnętrzny nie serwował tylko zagrożeń. Zapracowani rodzice szybko musieli zaszczepić nam (mnie i mojej siostrze) samodzielność i przerzucić na nas część obowiązków. Chwała im za to. To sprawiło, że nie byłyśmy tak wydelikacone, stałyśmy się odporniejsze na kłody, których życie nam nie szczędzi. Bo nadopiekuńczość rodzicielska powinna być karana jakimiś paragrafami. Mdli mnie, kiedy obserwuję parasol, jaki obecni rodzice roztaczają nad swoimi dziećmi. Na szczęście nie wszyscy. Sławno było zlepkiem różnych kolorowych ludzi, którzy przyjechali na Ziemie Odzyskane budować sobie nową jakość życia. Dużo tu było Kresowiaków. Część zasiliła kadrę nauczycielską. Była świetnie wykształcona, co zapewniało nam edukację na takim poziomie jak w większych ośrodkach. Mama pracowała w Społem – spółdzielni spożywców, która istnieje do dziś – chociaż w formie szczątkowej. Ojciec, technik budowlany, latami dojeżdżał świtem do Koszalina, do pracy całe czterdzieści kilometrów, by potem ślęczeć nad deską rysowniczą, kreśląc jakieś plany – co dla mnie, urodzonej humanistki, było głęboką magią. A nie daj Boże przesunąć mu na desce gumkę czy ołówek o dwa milimetry – draka na całego. Chodzący pedant zniewolony przez porządek. Dlatego cieszyłam się wrednie, jak wysypał cukier albo spadł mu nóż na podłogę. Wtedy nabierał człowieczego wymiaru. „O Jezu! Co tak wyjesz i wyjesz – kwitował moje wokalne próby. – Chyba wyjdę na balkon, żeby sąsiedzi nie myśleli, że cię tłukę” – często przytaczał ten okolicznościowy żarcik, bo ciągle buczałam coś pod nosem. Dziś nie wydaję bezpłatnych dźwięków i do szału doprowadza mnie ciągłe upraszanie mnie w sytuacjach prywatnych o zaintonowanie czegoś, bo jestem wyśpiewana do syta.
Żyłam sobie dość beztrosko w tym całym odzyskanym miasteczku, ograniczonym dwiema gotyckimi bramami pamiętającymi jeszcze Piastów, z dziwnym uczuciem, że to jest jakaś forma przetrwalnikowa i że na pewno się stąd wyrwę. Dokąd i kiedy, tego jeszcze nie przewidywałam. Do tej pory ludzkość nie rozsądziła spornej kwestii, na ile nasza przyszłość determinowana jest przez przeznaczenie, na ile sami budujemy sobie swój los. Czy boksować się z nim? Czy dryfować spokojnie, omijając trwożliwie (tchórzliwie) ewentualne rafy? Nie sądzę, by do końca świata, może i jeden dzień dłużej, ten dylemat został rozsądzony. W moim przypadku buddyjskie „Jesteś jak liść na wodzie, niech więc twój los cię niesie” – jest bardziej trafione. Jako osobie niezbyt walecznej wygodniej było mi się zdać na okoliczność, skoro Bozia i tak się śmieje z naszych planów.
A wracając do dzieciństwa i wczesnej młodości (które to lata według wszelkich szkół psychologicznych kształtują wrażliwość i osobowość każdego człowieka oraz stanowią o późniejszych fobiach i życiowych wyborach), to wybaczam mojemu poloniście, że palcem rozmazywał mi tusz na rzęsach, hałaśliwie mnie przy tym karcąc, że za wcześnie na makijaż (po cholerę siedziałam w pierwszej ławce – dobrze mi tak). Wybaczam Żanecie od francuskiego, co to miała łzy w oczach, jak źle napisałam dyktando, i zatapiała mnie w oceanie poczucia winy, trepowi od PO (przysposobienie obronne), że jak robił czepek Hipokratesa z bandażu, to mnie obmacywał. Mamie wybaczam, że przy każdym późnym powrocie do domu i przekrzywionym klipsie mawiała, że wrócę kiedyś z brzuchem, a potem zaprosiła mnie do kawiarni Magnolia na lody, bo przed maturą znajomy ginekolog pogratulował, że córkę ma przeczystą jak święta Cecylia. Wyraźnie ją tym zawstydził. Ojcu wybaczam, że tak strasznie był zatrzaśnięty od środka, jak na introwertyka przystało. Ciężko się było doprosić jakichś głasków i przejawów cieplejszych uczuć, choć uczciwości i porządności był wielkiej. Wybaczam swojemu dzieciństwu, że byłam rzadko chwalona i wzmacniana. To co się robiło dobrze, to był standard, a za błędy się po tyłku dostawało, co, jak wiadomo, misternemu budowaniu własnej wartości nie służy. Nawet grubemu księdzu katechecie wybaczam brak poczucia humoru. Czesław mu było na imię. Kiedy opowiadał, że w dzieciństwie kopnął go w kącie, w którym klęczał, prąd, tak że omal nie zemdlał, spontanicznie dodałam, że musiał być duży kąt i mocny prąd, za co niestety musiałam odmówić litanię. Uff. W ten oto sposób jestem rozliczona z dzieciństwa i nie muszę swoim nauczycielom wysyłać fucków ze sceny…
(…)

Małpy – czyli rozkosz bycia znanym

Bergman powiedział kiedyś, że popularność to kara, która smakuje jak nagroda. Jest w tym pewien paradoks. Artysta pracuje, by zostać uznany, czyli zyskać akceptację prasy, środowiska, autorytetów – to go nobilituje i zaowocuje hasłem w encyklopedii. Jednak większość pragnie popularności, co trzymając się źródłosłowia, oznacza bycie znanym powszechnie. Ta narkotyczna dążność, by być rozpoznawanym w pierwszym rzucie oka i ucha, wpędza w nie lada pułapki. Artysta to taki dziwny stwór – całe życie ugania się za popularnością, a potem zakłada ciemne okulary, aby go nie rozpoznano. U nas w nadwiślańskiej krainie, po latach dyskretnego traktowania życia gwiazd, teraz pomylono wolność słowa z dowolnością. Kiedy jesteś na świeczniku, to zapomnij o swojej prywatności. Zapytał kiedyś redaktor Lis (dla mnie wzór cnót dziennikarskich) panią Aleksandrę Kurzak, uznaną sopranistkę, czy może spokojnie wyjść na ulicę czy z samolotu. A może oblega ją od razu tłum fanów? Ta rozsądna i niezwykle utalentowana śpiewaczka stwierdziła z westchnieniem ulgi, że na szczęście aż tak rozpoznawalna nie jest. Było to szczere. Jej wystarczą pełne rzędy w wielkich salach operowych świata, wiele sprzedanych płyt i nieustanna chęć rozwoju. Lis podsumował tę wypowiedź we właściwy sposób: że jest artystką elitarną, nie do powszechnego użytku, dla wybranych. Dzisiejsze czasy uginają się pod liczbą osób znanych z tego, że są znane. Nikt nie zadaje sobie trudu, aby dokopywać się czy dociekać, co ten czy ów celebryta w życiu zrobił, czego dokonał, żeby się w taki nadmierny sposób nim zajmowano.
Zaprosiłam kiedyś swoją przyjaciółkę fotoreporterkę na interesującą wystawę.
– Nie chce mi się ruszać z domu – odparła, z trudem hamując ziewanie. – A gęby będą? – ożywia się nagle. – Początkowo nie zrozumiałam. – No, małpy?
– Nie wiem. Będzie ten i tamten.
– Tego i tamtego mi nie kupią.
No i już. Liczą się tylko ci, którzy są nie uznani, lecz znani. To taki dziwny i nieszczęśliwy traf. Pamiętam, jak na festiwalu gwiazd w Międzyzdrojach wybitny aktor Zbigniew Zapasiewicz przechodził przez hol hotelu Amber przez nikogo niezaczepiony i niezauważony, podczas gdy tłumy gapiów i fotoreporterów niemal masakrowały gwiazdki znane tylko z telewizyjnych seriali. A uzdolniona w aktorstwie Joanna Szczepkowska, typ raczej intelektualistki niż gwiazdy, w tym samym miejscu nad morzem przechadzała się sobie spokojnie i anonimowo, gdy nagle podbiegła do niej starsza dama. Pani Joanna myślała, że będzie prosić o autograf, ale ona poprosiła o… zrobienie jej zdjęcia wraz z wnuczkiem, bo pani Joanna wygląda tak uczciwie (w domyśle: nie ukradnie aparatu).
Wracając do Bergmana: popularność jest nagrodą, która wyrywa ludzi z magmy anonimowości wśród szaraków, więc ego podpowiada: oto jestem kimś nadzwyczajnym, ludzie się do mnie uśmiechają, poklepują po ramieniu, słodzą komplementami. Przepuszczają w kolejce, dają lepsze kęsy w sklepach, dziękują za dostarczone wrażenia. Czujemy się dziećmi lepszego Boga, lepiej o sobie myślimy. Czasem aż za dobrze. Na wyrost. Przesadna uprzejmość ze strony innych usypia czujność – że trzeba mieć się na baczności. Jesteś na widoku, więc na świeczniku. Zawyża to samopoczucie. Przewrotna prawda Bergmanowskiego skrótu polega też na tym, że można cię opluć i skrytykować, obrazić. A w dobie Internetu hulaj dusza. Utworzono nawet nowy termin językowy: hejterzy (od angielskiego hate – nienawidzić). Bezkarność wypisujących jest tak wielka, jak poziom ich frustracji. Ile przeczytałam wpisów na temat ludzi znanych, tak pełnych jadu i nieżyczliwości, że wprowadziło mnie to w osłupienie, to tak jakby komentowani wyrządzili wpisującym się osobistą krzywdę. Jakby z ich powodu przeżyli wielki prywatny dramat.
Kiedyś Bogusław Linda w wywiadzie z Wojewódzkim przyznał (choć mamy go za twardziela), że runęła na niego taka fala krytyki w Internecie, iż go to prawdziwie podłamało. Zrobił sobie przerwę w swoich filmowych działaniach. Chciał się wylizać z ran po tej agresywnej anonimowej wredocie. Myślę, że podobne ataki należy po prostu ignorować, uśmiechając się, wybaczać i robić swoje. Poziom agresji osoby, która wypisuje takie teksty, jest wprost proporcjonalny do jej braku zadowolenia z własnego życia. Tutaj trzeba raczej uruchomić współczucie. Wychodzę z założenia, że z zawiścią, tak jak z innymi negatywnymi uczuciami, jest jak z trutką na szczury. Zjesz trutkę i myślisz, że szczur zdechnie. Ciesząc się tak zwaną popularnością umiarkowaną, byłam w okresie rozkwitu zawodowego zarazem rozpoznawana, doznałam paru próbek smaku popularności.
Nie zawsze okazywanie, że nie jesteś the best, sprawia przykrość. Bywają sytuacje, kiedy nie mając w sobie ani deka masochizmu, odczuwamy rozkosz, słuchając impertynencji. Wszystko zależy od okoliczności.
Kiedyś w sylwestrowe popołudnie wsiadałam do kompletnie pustego pociągu, wzdychając, że gros ludzkości właśnie się szykuje, by beztrosko balować, a ty, artysto, do roboty! Pociąg był nie tylko bez żywej duszy, ale także mizernie oświetlony, no i konduktora ani śladu. Pewnie już w lokomotywie przepijał z motorniczym noworoczny toast. Wszystko to wyglądało jak w thrillerze, ale odrzuciłam ponure skojarzenia i powtarzałam sobie projekty balowych konkursów. Nagle drzwi przedziału się otworzyły i z impetem wkroczył doń młody człowiek. Ogolona głowa, kropki na powiekach, sznyty na przegubach, groza. Żywa ilustracja „Bronek, nie zapomnij Wronek”. Przypominały mi się historie przeczytane w „Detektywie”, obejrzane programy 997. Przecież gdyby mnie poćwiartował, obrabował, zmienił rysopis i wyrzucił przez okno, nikt by tego nie zauważył. Chryste, pomóż mi, co się robi w takich razach? Aha, nie wolno okazywać strachu, bo to rozzuchwala bandziorów. Czyli precz z syndromem ofiary, choć pot ciekł mi po plecach, zwłaszcza że młodzian przyglądał mi się bacznie, nie kryjąc, delikatnie mówiąc, dezaprobaty. Zgromiłam go dumnym spojrzeniem, chwyciłam bagaże i zamaszyście poszłam do drugiego wagonu. Uff, co za ulga. Trwała tylko kilka minut. Potem drzwi się rozsunęły, wszedł mój oprawca, siadł naprzeciwko i znowu pełne odrazy spojrzenie. Jeszcze chwila, a odfrunę na zawał. Ale on przemówił (hurra!!!) i nawiązuje
kontakt.
– Ty jesteś, ta no… Sta… Sta…
– Stanisławska – pomogłam mu z uśmiechem.
– No właśnie! Kobieto – wyartykułował, a odraza na jego twarzy sięgnęła zenitu. – Jak ja nie cierpię, jak ty śpiewasz! A zwłaszcza o tych dzwonkach znad łąki (miał na pewno na myśli Dzwon znad doliny) – i… wyszedł. Nigdy przedtem ani potem żaden „antykomplement” mnie tak nie uszczęśliwił!
Inna bolączka popularności. Osoba znana powinna być stale odpicowana i zadbana, żeby broń Boże innych nie rozczarować. Kiedyś świtem wbiegam do osiedlowego sklepu, włosy w kitkę, zero makijażu. Ekspedientka z uśmiechem pełnym skrywanego współczucia:
– Marniutko jakoś dzisiaj, pani Lidko, pani wygląda, widziałam panią w Pytaniu na śniadanie, to powiem krótko – w telewizji a w sklepie – pani, to niebo a ziemia – dołożyła do tego bolesne westchnienie, więc wrzuciłam tych parę bułek i chodu!
A kiedyś w przerwie sztuki (czasem zdarza się mi chodzić do teatru) w foyer był bufet. Ustawiłam się potulnie w kolejce, a za mną słyszę konspiracyjny szept: „Patrz, te artystki chyba za mało zarabiają, nie stać ich na nowe rajstopy, bo oczko ma jak byk. A może fleja jakaś”. Spojrzałam i faktycznie zaciągnęłam pończoszki chyba torebką albo pierścionkiem. Nawet nie miałam odwagi się obrócić do jakże życzliwych mi osób. Pomyślałam, że zawsze muszę mieć rezerwową paczkę rajstop w torebce.
Teraz popularni popularnością gwiazdorską w odróżnieniu od popularności standardowej mają dopiero przegwizdane. Wystawanie przed domami, wysiadywanie na płotach, drzewach. Wrócę do Bogusława Lindy: musiał postawić wysoki mur, ale nie był on przeszkodą dla fotografów. Tomasz Kot, choć przeniósł się do Kalisza, też był napastowany przez paparazzich, aby dać się pstryknąć z rodziną. Zaangażował nawet straż miejską, policję – nic z tego. Upierdliwość ścigających naprawdę uprzykrzała mu życie. Rysio Rynkowski wyniósł się aż na Pojezierze Brodnickie. Kupował sobie w gminnym sklepiku „krzynkę” piwa, kiedy przydybał go jakiś fotoreporter i zrobił mu zdjęcie. Artysta tej miary z taką ilością browaru to wstyd i hańba, niezły kąsek dla tabloidów. Rychu już miał go chwycić za klapy, ale tamten pokorniutko mówi, że od publikacji może odstąpić, ale w zamian za fotkę żony przy nadziei będącej. Nie wiem, jak się rzecz cała skończyła, ale morał jest taki, że jak chce się gwiazdę dopaść, to nie da rady schować się nawet w brodnickiej głuszy. Chociaż Rysio ze śmiechem przyznaje, że raz przecenił swoją popularność na wawelskim dziedzińcu, kiedy to cała wycieczkowa zawartość ruszyła w jego kierunku. No to teraz się zacznie, myślał i już szukał długopisu, żeby natrzepać autografów, ale nagle ta cała małoletnia czereda zniknęła w jakimś zaułku. Poszedł sprawdzić, co tam takiego ciekawego może się mieścić, co przebija ważnością jego osobę, a tam duży świecący napis: WC. Oto jak fizjologia wygrała ze znaną fizjonomią!
Jeżeli jesteś powszechnie znany, to musisz też niekiedy wspinać się na szczyty dyplomacji, by nie dać odczuć, że się wynosisz ponad innych, że jesteś zarozumiałym bufonem, który pogardza maluczkimi. Ktoś chce zagadnąć, zrobić sobie z Tobą, Artystą Powszechnie Znanym, pamiątkową fotografię, wmówić ci, że jesteś niesamowity, zamęcza banałami. Chce uzyskać autograf nie tylko dla siebie, ale też dla kuzyna i brata we wojsku. I co ty masz robić? To nic, że jesteś zmęczony, zirytowany, głodny albo czujesz ucisk w pęcherzu. Jeśli ci zależy na miłości publiki, to cierpliwie rozdawaj drogocenne uśmiechy, ściskaj dłonie, podpisuj kolejną serwetkę swoim znaczącym nazwiskiem (bywa, że zdobisz nim najdziwniejsze rzeczy, w tym rękę, nogę, gips na wyżej wymienionych kończynach czy obszerny kark). Fotografuj się, toń w mniej lub bardziej udawanych uśmiechach. A jeśli nauczono cię, Artysto Znaczący, asertywności, to chociaż myślisz: „Od… się ode mnie wszyscy”, mówisz kategorycznie: „Przepraszam, jestem zmęczony, nie mam ochoty na rodzinne fotki” – i wówczas dochowujesz się łatki zarozumialca. A jak się nie napijesz postawionego przez wielbicieli drinka, to i mniej cenzuralnie cię ocenią, zaczynając na ch… Chwała Bogu, że dotyczy to głównie męskiej części idoli. A sympatia wielbicieli na pstrym koniu jeździ, mogą cię znielubić w sekundę, tak jak cię latami wielbili.
Wojtkowi Młynarskiemu zdarzył się wyjątek w tej regule. Wszedł po koncercie do hotelowej restauracji, i wówczas pewien podpity jegomość krzyknął do drugiego:
– Tego wysokiego wyjątkowo nie lubię.
Artysta to z uśmiechem zignorował. Za chwilę ten nie-wielbiciel pojawił się przy stoliku.
– Mogę „mystrza” prosić na „chwylke” do naszego stoliczka?
Wypili po setuni. Mistrz zaproponował na drugą nóżkę i dziękując, odszedł do swojego towarzystwa. Odchodząc, usłyszał:
– Myliłem się co do niego, to jednak wybitna inteligencja i subtelna kultura.
(…)