Strona główna / Romans / Nie do wybaczenia

Aktualności

23.06.2021

Wojciech Karolak nie żyje

Z ogromnym smutkiem żegnamy Wojciecha Karolaka, wybitnego jazzmana, świetnego autora, mądrego i dobrego człowieka, największego Zająca na świecie.

Wywiady

23.06.2021

Daję głos tym, którzy go nie mają - wywiad z Marcinem Margielewskim

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Marcinem Margielewskim. Z autorem książki "Koszmar arabskich służących" rozmawiał Artur Krasicki z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

24.07.2021

Rozmowa Agnieszką Cubałą

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Agnieszką Cubałą, autorką książki "Warszawskie dzieci '44. Prawdziwe historie dzieci w powstańczej Warszawie".

Bestsellery

TOP 20

  1. Koszmar arabskich służących Marcin Margielewski
  2. Gorzka czekolada i inne opowiadania o ważnych sprawach Praca zbiorowa
  3. Modelki z Dubaju Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Nie do wybaczenia

Laura Griffin

Rozdział 2.

Z każdym mijanym znakiem stopu czy skrzynką na listy jej panika wzrastała. Coraz dalej i dalej od miasta. Coraz mniej szans na ucieczkę. Ale jak uciec? Co mogła zrobić? Zaciskała spocone dłonie na kierownicy, rozpaczliwie poszukując jakiegoś planu. Jej przyjaciółka Alex miałaby pistolet w torebce. Elaina obezwładniłaby gościa kilkoma wyćwiczonymi ruchami. Ale Mia nie miała broni – a już tym bardziej żadnej nie nosiła – i nie potrafiłaby pokonać nawet papierowej torebki.
– W prawo na rozjeździe.
Panika ścisnęła ją za gardło, kiedy zbliżyła się do znaku. Old Mill Road. Tam nie ma nic poza opuszczoną fabryką bawełny.
We wstecznym lusterku mignęły światła innego samochodu. Mia słyszała swój urywany oddech. W uszach dudniła krew. Kończył jej się czas. Zdjęła nogę z gazu. Droga prowadziła nieco w dół, do niskiego mostu. Spojrzała w lusterko.
No dalej, dalej.
– Przyśpiesz. – Znowu poczuła lufę na szyi.
Jedno Missisipi, dwa Missisipi…
– Szybciej!
Mia szarpnęła kierownicą w prawo, a potem w lewo, powodując, że jeep wpadł w poślizg. Wcisnęła hamulec i samochód zatrzymał się, podskakując. Schyliła się i złapała za klamkę drzwi.
Strzał był jak uderzenie pioruna kilka centymetrów od jej głowy. Huk odbił się echem, kiedy otworzyła drzwi i upadła na ziemię. Uniosła głowę i oślepiły ją reflektory innego samochodu.
Zerwała się na nogi i zbiegła z drogi. Obejrzała się i zobaczyła, jak napastnik wysiada z samochodu. Spadły mu okulary, a twarz wykrzywiała wściekłość.
Mia zaczęła biec, ile sił w nogach. Nagle stały grunt zniknął i upadła na kolana, po łydki w wodzie. Znalazła się w rowie. Zaczęła wspinać się wyżej, usiłując wydostać z tej przeklętej wody, garbiąc się i próbując nie rzucać w oczy. Gorączkowo rzuciła okiem przez ramię, gdy samochód, który za nią jechał, zatrzymał się z piskiem. Jego światła oświetliły stojącego w poprzek drogi jeepa.
W zasięgu jej wzroku pojawiła się czarna sylwetka. Szedł po nią! Przerażenie zagotowało jej krew. Pochyliła się i wbiegła głębiej w krzaki.
– Ty tam! – zawołał ktoś. – Stój!
To był ten mężczyzna, który się zatrzymał, żeby jej pomóc. Mia się nie odwróciła. Krzyczał do napastnika.
– Rzuć…
Bum!
A potem ogłuszająca cisza.
Poczuła mdłości, ale biegła dalej. Coś ukłuło ją w udo. Próbowała to odepchnąć, po czym zorientowała się, że to drut kolczasty. Bliska paniki rzuciła się na ziemię i przeczołgała pod ogrodzeniem. Jej sweter zaczepił o drut. Za sobą usłyszała szelest krzaków. Boże, czy on ją widzi? Jej serce waliło teraz jak szalone, oswobodziła ręce z rękawów i poderwała się na nogi.
Bum!
Coś zapiekło ją w ramię tuż nad łokciem. „Trafił mnie!”. Przedzierała się przez krzaki, jedna myśl wybiła się nad inne: „Nie umrę dzisiaj! Nie, nie, nie!”. Odsuwała sprzed twarzy gałęzie i zmuszała oporne nogi do szybszych ruchów. Teren stawał się coraz bardziej stromy, coraz trudniej było się wspinać. Biegła, potykając się, aż uda zaczęły ją piec z wysiłku, a gardło drapać od mroźnego powietrza.
A potem gdzieś w oddali zawyła syrena. Mia zatrzymała się, nasłuchując. Wstrzymała oddech. Przykucnęła i wyjrzała zza liści na dwa samochody na drodze, oba z zapalonymi reflektorami i szeroko otwartymi drzwiami. Odgłos syren przybliżył się.
Gdzie był napastnik?
Światła jeepa zgasły i Mia dostała odpowiedź. Usłyszała zatrzaskiwane drzwi i silnik samochodu ożył. Wyprostowała się i patrzyła z otwartymi ustami, jak jej jeep wyskoczył do przodu, zawrócił i – wciąż bez świateł – wyjechał na drogę i zniknął w ciemnościach.

Mia miała krew na rękach. Splotła palce i zacisnęła dłonie, usiłując powstrzymać drżenie.
– Powinna pani pojechać na szycie.
Zerknęła na sanitariuszkę, która oczyszczała ranę. Miała krótkie brązowe włosy i rozsądne podejście, które przypominało Mii jej siostrę.
– Coś czuję, że trochę tu pobędę – powiedziała Mia, kiedy kolejny detektyw w cywilu podszedł, by z nią porozmawiać. Detektyw Macon. Na imię miał Jonah, Jonasz, jak ten z historii o wielorybie, co było łatwe do zapamiętania, ponieważ był olbrzymim, umięśnionym mężczyzną. Zapisał już pół notesu informacjami, które mu podała, ale wyglądało na to, że potrzebuje czegoś więcej.
– Jeśli pani pozwoli – skinął głową – jeszcze kilka rzeczy.
Mia odetchnęła głęboko i przygotowała się psychicznie.
– W kwestii Minute-Mart – przewrócił kilka kartek w notesie. – Mówiła pani, że przyjechała tam około dwudziestej pierwszej pięćdziesiąt pięć?
– Mniej więcej.
– I robiła pani zakupy?
– Kupowałam lody – odpowiedziała. – Jechałam do domu obejrzeć film.
– A Frank Hannigan wszedł do sklepu, kiedy pani wychodziła?
Jej wzrok powędrował do grupki policjantów i techników kryminalistyki, stojących obok ciała Franka. Jej gardło boleśnie się zacisnęło.
„Nie będę pani zatrzymywał. Do zobaczenia, pani doktor”.
Poczucie winy było jak pętla zaciskająca się wokół szyi. A gdyby została i chwilę dłużej z nim pogawędziła? Czy to by cokolwiek zmieniło? Czy Frank Hannigan byłby teraz w domu z żoną, zamiast leżeć na asfalcie z dziurą w piersi?
– Proszę pani?
Spojrzała na detektywa.
– On już tam był. Musiał wyjść tuż po mnie. – Zacisnęła usta, żeby powstrzymać szczękanie zębów. Miała na sobie tylko koszulę nocną, dżinsy i mokre kapcie; jej sweter został gdzieś, zaplątany w drut kolczasty.
– Dobrze, ale nie widziała pani Hannigana, dopóki nie ruszyła drogą na zachód, zgadza się?
Mia spojrzała na swoje dłonie. Tyle krwi. Próbowała zatamować lejącą się krew, kiedy uklękła obok niego, z desperacją przyciskając ręce do rany. Ale było jej tak wiele – przesączała się przez jego koszulę, kurtkę, zbierała się ciepła i lepka między jej palcami. I to straszne bulgotanie…
– Proszę pani?
– Słucham?
– Nie widziała go pani, kiedy była w banku?
– Nie. – Na wspomnienie bankomatu i pistoletu przystawionego do policzka zalała ją nowa fala strachu. – Może zobaczył mnie na drodze, kiedy wjeżdżałam albo wyjeżdżałam z banku. Jechałam, hm, dość niestandardowo. Mówił pan, że zadzwonił pod 911?
– Telefon nastąpił o dziesiątej szesnaście. Powiedział centrali, że widział panią w banku, i sądzi, że ktoś pani grozi bronią.
Mia ponownie zacisnęła ręce. Jej żołądek też się zacisnął.
– Dobrze, a potem, kiedy samochód się zatrzymał i Hannigan wyskoczył ze środka, mówiła pani, że rozmawiał z napastnikiem?
– To właściwie nie była rozmowa. Powiedział: „Ty tam!”, jakby chciał zwrócić na siebie jego uwagę, powstrzymać go przed tym, co chciał zrobić.
Powstrzymać go przed zabiciem mnie.
Znowu spuściła wzrok i poczuła, że zaraz zwymiotuje.
– Oho. Głowa między kolana. – Sanitariuszka wepchnęła jej głowę między nogi i Mia zaczęła wpatrywać się w pęknięcie w płycie chodnikowej, czekając, aż nudności miną. Usłyszała kroki, gdy podszedł ktoś jeszcze.
– Zaraz kończymy – poinformował tego kogoś Macon.
W zasięgu jej wzroku znalazły się zniszczone nike’i i sprane dżinsy.
– Caramia?
– Słucham?
Mężczyzna przykucnął i położył rękę na jej kolanie. Nigdy wcześniej nie dotknął jej nigdzie w pobliżu kolana i w normalnych okolicznościach prawdopodobnie stanęłaby w płomieniach. Teraz robiła, co w jej mocy, żeby nie zwymiotować na jego buty.
– Jak ręka?
– W porządku. – Spojrzała na niego. To był błąd. Jego ciemnobrązowe oczy patrzyły na nią badawczo i widziała, że on wie, że ona kłamie. Bolało jak cholera. Gorzej niż cokolwiek, czego wcześniej doświadczyła. I powinna być wdzięczna, że to nie ona leżała na ulicy, na którą pada lodowaty deszcz ze śniegiem, otoczona ekipą techników kryminalistyki.
Usiadła prosto i odgarnęła włosy z twarzy. Ric wstał. Mia czuła na sobie jego wzrok, jeszcze bardziej przenikliwy niż zazwyczaj, kiedy odwróciła się do Macona.
– Jestem jeszcze do czegoś potrzebna? Naprawdę chciałabym wrócić do domu.
– Przydałoby się kilka szwów – powiedziała sanitariuszka, przyklejając ostatni plaster ściągający na rozcięcie na jej ręku. – Inaczej będzie pani miała paskudną bliznę. Możemy panią podrzucić do szpitala, wracając do remizy.
Mia odetchnęła głęboko. Ostatnim miejscem, gdzie chciała się teraz znaleźć, była jakaś poczekalnia na ostrym dyżurze. Sama myśl przyprawiała ją o dreszcze.
– Nic mi nie będzie.
Kobieta spojrzała na nią surowo, odkładając bandaże i maść.
– Ja z tobą pojadę – powiedział Ric. – Dadzą ci też pewnie jakieś proszki przeciwbólowe.
Mia zerknęła na niego przelotnie. Nie widziała go od miesięcy, od kiedy latem pracowali razem nad pewną sprawą. Jednak zajęło jej tylko sekundę, żeby zauważyć każdy szczegół jego wyglądu: szczupłą, szeroką w ramionach sylwetkę i ciemne włosy, które były dłuższe, niż pamiętała, i w lekkim nieładzie. Miał na sobie swoją podniszczoną skórzaną kurtkę i dżinsy, co zdradziło jej, że nie jest dziś na służbie. Czy był już w łóżku, kiedy go tu wezwano? Czy był z kobietą?
Nie mogła uwierzyć, że jej myśli powędrowały w tym kierunku, ale Ric Santos miał reputację, a Mia nie mogła się powstrzymać, żeby o tym nie pomyśleć za każdym razem, kiedy go widziała.
– Nic mi nie jest. To powierzchowna rana. – Odwróciła się do Macona. – To już wszystko, detektywie?
Macon spojrzał na Rica, a potem z powrotem na Mię.
– Jeszcze tylko kilka spraw. Potrzebujemy listy mienia, które zostało skradzione razem z?pani jee­pem.
– Mienia?
– Karty kredytowe, klucze, telefon komórkowy – powiedział Macon. – Wszystko, czego napastnik może później użyć.
Mia popatrzyła na niego szeroko otwartymi oczami. Niebezpieczny kryminalista miał nie tylko jej samochód, ale też jej klucze. Mógł dostać się do jej domu, użyć jej kart kredytowych. Znowu poczuła mdłości. Wstrząsnął nią potężny dreszcz.
– Jeśli w samochodzie była twoja torebka, on zna już twój adres. – Ric zdjął kurtkę i podał jej.
Spojrzała na nią nieufnie. Czy to oferta zawarcia pokoju? Jego sposób przeprosin za to, że okazywał jej sympatię, kiedy czegoś od niej potrzebował, a kiedy już to dostał, znikał z powierzchni ziemi? Ignorując jego spojrzenie, wzięła kurtkę, wsunęła ręce w ciepłe rękawy i odwróciła się do Macona.
– Klucz od domu jest na breloczku – powiedziała. – No i moja torebka i mój portfel.
– Masz kogoś, do kogo możesz zadzwonić? – zapytał Ric. – Przyjaciela czy krewnego, do którego możesz pojechać po wizycie w szpitalu?
Mia popatrzyła na niego.
– Ktoś musi obejrzeć to ramię – dodał, a jego ciemne oczy prowokowały ją, żeby rzuciła mu wyzwanie.
Jednak ona wiedziała, co to znaczy rzucić mu wyzwanie, i teraz nie miała na to siły.
– Mogę do kogoś zadzwonić. – Zerknęła na zegarek. – Robi się późno, ale…
– Zrób to – powiedział Ric. – Nie powinnaś dziś wracać do domu.

Jonah siedział w ciasnym biurze na tyłach Minute-Mart, usiłując odkryć tożsamość mężczyzny z nieostrego i źle oświetlonego nagrania z monitoringu. Dobrą wiadomością było to, że zewnętrzna kamera, zamontowana na południowo-wschodnim rogu budynku, była skierowana na parking, kiedy Mia zatrzymała samochód przed sklepem. Zła wiadomość była taka, że napastnik wsiadł do jeepa od zachodniej strony i przez to osłonił się – czy to specjalnie, czy przypadkiem – przed kamerą. Dlatego też, mimo nagrania, wszystko, co wiedzieli, to że szukali białego mężczyzny średniej postury, który być może, a być może nie, jeździł ukradzionym jeepem.
– Widzę tylko cień – powiedział Ric, przewijając to ujęcie na komputerze, żeby móc enty raz je obejrzeć.
Jonah nie był pewien, czego się po tym spodziewał, ale spieranie się z Rikiem nie miało sensu. Był jak pitbull, kiedy na czymś się koncentrował, a jego koncentracja stała się ostra jak nóż, kiedy tylko przyjechali na miejsce zbrodni.
Albo dokładniej: kiedy tylko przyjechali na miejsce i zobaczyli ofiarę siedzącą w ambulansie.
– Coś tu jest nie w porządku – powiedział teraz Ric.
Jonah wypił kolejny łyk chłodnej kawy. Przez ostatnie dwie godziny menedżer sklepu pilnował, by ich kubki były pełne, ale detektywi cały dzień prowadzili obserwację i już dawno przekroczyli moment, w którym kofeina w czymkolwiek pomagała.
Jonah otrząsnął się ze zmęczenia i spróbował skupić. W jego partnerze widać było napięcie, które przebijało zmęczenie.
– Masz na myśli kąt nagrania?
– Mam na myśli samochód. Dwudrzwiowy jeep. – Ric jeszcze raz wcisnął „play” i oglądał nieostrą postać, podchodzącą do samochodu i, czego nie było widać, wsiadającą przez drzwi kierowcy kilka minut przedtem, nim Mia wyszła ze sklepu. – Popatrz na parking. Explorer, tahoe, nawet lexus. Każdy jest czterodrzwiowy i każdy jest wart więcej niż ten jeep.
– Może kierowcy nie zostawili otwartych drzwi – zasugerował Jonah.
– Przynajmniej dwaj zostawili. Popatrz na nagranie. Cholera, facet z lexusa nawet zostawił kluczyki w stacyjce, kiedy wbiegł do sklepu po papierosy.
Jonah potarł oczy.
– Może podjechała, a jemu spodobało się to, co widzi, i zdecydował się na ten samochód, mimo że to oznaczało wdrapanie się na tylne siedzenie.
Ric wbił w niego świdrujące spojrzenie. Nie podobał mu się ten scenariusz i Jonah wiedział dlaczego. Po pierwsze, to sugerowało, że Mia została specjalnie wybrana przez napastnika. Po drugie, sugerowało też, że ten gość nie zamierzał po prostu jej wypuścić, przyjacielsko machając na pożegnanie ręką, kiedy pojechał z nią do Old Mill Road.
Mężczyzna podszedł do jeepa od południowo-wschodniej strony parkingu, co oznaczało, że mógł przyjść z każdego miejsca po przeciwnej stronie od sklepu: pralni, sklepu zoologicznego lub cukierni z pączkami. Żadne z tych miejsc nie miało nadzoru kamer. I oczywiście mógł przyjść z jakiegokolwiek innego kierunku. Po prostu jakiś facet przechodzący obok, szukający łatwego celu.
Ric przejechał ręką po włosach i odchylił się na krześle.
– Nie cierpię tej sprawy, a ma dopiero trzy godziny.
Jonah też jej nie cierpiał. Każda sprawa, która obejmowała zabitego gliniarza – nawet emerytowanego gliniarza – była pieprzonym nieszczęściem. Niektórzy gliniarze mieli opory przed prowadzeniem takich spraw, jakby pech ofiary miał się w jakiś sposób przenieść na nich.
– Hej, wy jeszcze tutaj siedzicie?
Jonah odwrócił głowę, ale pytanie nie było warte odpowiedzi. W drzwiach stał Vince Moore. Zjadł już połowę czegoś, co wyglądało na wczorajszego hot doga, na koszulę nakapała mu zalewa z ogórka konserwowego.
– Znaleźliśmy na miejscu zbrodni łuski – powiedział z pełnymi ustami. – Dwie. Jedną w rowie, jedną na poboczu. Chcecie, żebym wysłał je do Austin?
– Laboratorium stanowe jest zawalone robotą – rzucił Ric. – Wyślij je do Centrum Delfy.
Jonah popatrzył na partnera. Centrum Delfy było prywatnym laboratorium, co oznaczało, że wykonanie tam badań jest kosztowne. Ale nikt pewnie nie zakwestionuje wydatku w takiej sprawie, nie kiedy w kostnicy wylądował były policjant z San Marcos.
– Ej, a ta babka nie pracuje przypadkiem w Centrum Delfy? – Moore uśmiechnął się lekko, odwracając się do Rica.
– Która babka?
– Ta z dzisiaj. Ta z tymi zderzakami. – Moore zrobił sugestywny ruch wolną ręką.
– Jest specjalistką od DNA – potwierdził Ric, skupiając uwagę z powrotem na nagraniu.
– To o co w tym chodzi? Posuwasz ją czy jak?
Ric spojrzał na niego.
– Widziałem, jak rozmawiacie – powiedział Moore. – Patrzyła na ciebie w taki sposób, że pomyślałem, że wy…
– Nie. – Ric poruszył myszą i ponownie odtworzył nagranie.
– Więc pożyczyłeś jej swoją kurtkę, ale jej nie posuwasz. To masz coś przeciwko, żebym do niej zadzwonił?
– Wal śmiało.
Na twarzy Moore’a pojawił się zadowolony uśmieszek, zgniótł opakowanie po hot dogu i cisnął je do kosza stojącego obok nóg Jonah. Nie trafił.
– To do zobaczenia.
Kiedy zniknął, Ric w dalszym ciągu gapił się na ekran komputera, jakby miało się tam ukazać coś nowego.
– Wiesz, że on to zrobi – powiedział Jonah.
Partner popatrzył na niego, zaciskając szczęki. Zerknął na puste wejście.
– Skąd w ogóle wie, gdzie ona pracuje?
– Każdy gliniarz w naszym wydziale wie, gdzie ona pracuje – powiedział Jonah. – W zeszłym roku prowadziła wykład, pamiętasz? O śladowym DNA.
Nie rozwinął tematu, ale widział, że Ric zrozumiał, o co mu chodzi. Doktor Voss weszła na podium z tymi jej włosami w rudawym odcieniu blond, spiętymi w kucyk, i w śnieżnobiałym fartuchu laboratoryjnym, i zanim wykład się skończył, każdy z mężczyzn na sali rozebrał ją wzrokiem co najmniej tuzin razy.
Ric potarł czoło.
– Cholera. To będzie popaprana sprawa. Czuję to w kościach.
Jonah patrzył na nagranie, na którym Mia siadała za kierownicą swojego jeepa, nieświadoma, że za chwilę zobaczy, jak ginie policjant, i będzie uciekać, żeby uratować życie.
– Tak – westchnął. – Ja też to czuję.

Ric zatrzymał się przed jasno oświetlonym jednopiętrowym domkiem i pokręcił głową. Powinien był się domyślić. Można polegać na Mii, że otrzymawszy doskonałe instrukcje, co należy zrobić, postąpi kompletnie odwrotnie.
Kiedy szedł betonową ścieżką, jeszcze raz sprawdził adres. Aleja Jagodowa czterysta pięćdziesiąt pięć. Ta nazwa brzmiała jak z powieści, dom też tak wyglądał. Na podwórku stał ogromny dąb. Równo przycięte krzewy rosły po obu stronach chodnika. Dom był okazem osobliwej architektury lat trzydziestych dwudziestego wieku, którą lubili cyzelować ludzie ze zdecydowanie zbyt dużą ilością czasu. Elewacja była biała, okiennice czarne, a szeroka weranda zawalona stosami pustych pudeł.
Ric zerknął na pudła, dzwoniąc do drzwi. Wyglądało na to, że dopiero się wprowadziła. Ale z tego, co wiedział, mogła się równie dobrze wprowadzić kilka miesięcy temu. Nie widział jej od lata. Minęły cztery miesiące, od kiedy do niej dzwonił. Nie żeby za nią tęsknił. Właściwie o niej nie myślał – z wyjątkiem tych kilku razy późno w nocy, gdy wracał po pracy do pustego domu.
Usłyszał kroki i zobaczył, jak światło w judaszu zniknęło, kiedy sprawdzała, kto stoi za drzwiami. Szczęknął zamek i drzwi się otworzyły.
– Jest trzecia piętnaście w nocy – powiedziała, opierając pięść na biodrze.
Przebrała się z różowej jedwabnej koszulki we flanelowe spodnie od pidżamy i obcisły T-shirt. Zmusił się, żeby się nie gapić.
– Przejeżdżałem tylko, żeby sprawdzić, czy wszystko w porządku. Twój dom jest oświetlony jak stadion.
Cofnęła się, żeby go wpuścić, a on wytarł buty o wycieraczkę, zanim wszedł do środka. Wyglądała, jakby przed chwilą się wykąpała, a jej ręka była owinięta świeżym bandażem.
– Ten zapach to kawa?
Założyła za ucho mokry kosmyk.
– To zależy. Czy jesteś tu służbowo, czy odwiedzasz mnie jako przyjaciel?
Przyjaciel. Nikt tak o niej nie myślał.
– Chyba po trochu i tego, i tego. Jak wróciłaś ze szpitala do domu?
– Sophie po mnie przyjechała.
– A Sophie to…?
– Znasz ją. – Przeszła obok niego i ruszyła korytarzem. Była boso. Ric poszedł za nią. – Pracuje w Centrum Delfy. Widziałeś ją tysiące razy.
– Recepcjonistka – przypomniał sobie. – Ta ze świetn…
– Tak. – Spojrzała na niego przez ramię z irytacją.
– Chciałem powiedzieć „ze świetnym głosem”. – Wszedł za nią do kuchni, w której pełno było tekturowych pudeł. – Słyszałem, że dorabia wieczorami jako piosenkarka w nocnym klubie w Austin.
Mia sięgnęła po kubek i jej T-shirt uniósł się, ukazując kawałek kremowej skóry.
– Z cukrem?
– Bez.
Nalała kawy, a on oparł się o kuchenny blat i skrzyżował ramiona na piersi.
– Myślałem, że zostaniesz u kogoś, dopóki nie zmienisz zamków.
Podała mu kubek, potem dolała kawy do własnego, który stał na składanym stoliku pod oknem wychodzącym na podjazd. Zwlekała z odpowiedzią.
– Zadzwoniłam do jednego z tych całodobowych serwisów.
– Założę się, że to nie było tanie.
Wzruszyła ramionami.
– Sophie ma gościa. Nie chciałam im przeszkadzać.
Obserwował ją uważnie. W takim razie Mia nie miała chłopaka. Ani nawet byłego chłopaka, z którym utrzymywałaby przyjazne stosunki i który zaoferowałby jej nocleg u niego na kanapie. Ric pozwoliłby jej przenocować u siebie, ale nie ufał sobie, że nie wykorzysta wątłej równowagi jej umysłu.
Chociaż nie wyglądała na kruchą i osłabioną. Obserwował ją znad kubka. Przeciwnie, na kompletnie rozbudzoną, pełną energii i całkowicie zajętą jakimiś kuchennymi porządkami, które obejmowały ze sto słoiczków z przyprawami. Jednak lata doświadczenia z kobietami podpowiedziały mu, że słabość nie zniknęła, lecz po prostu została ukryta.
(…)