Strona główna / Biografie, wspomnienia / Stanisława Celińska. Niejedno przeszłam

Aktualności

09.03.2021

Spotkanie online ze Wiktorem Krajewskim

We wtorek 9 marca o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Wiktorem Krajewskim, autorem książki "Seksoholicy".

Wywiady

19.11.2020

Niksen jest jedną z form dbania o siebie

Czy wiecie, jak ważne jest to, by co jakiś czas wykroić sobie z codzienności chwilę na nicnierobienie? Niby ciągle mówią o tym psychologowie i coache, ale teraz mamy to czarno na białym: Agnieszka Drotkiewicz rozmawia o niezbędności lenistwa z Olgą Mecking, autorką książki o tajemniczym pojęciu "niksen".

Posłuchaj i zobacz

24.01.2021

Ewa Kempsity-Jeznach gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Ewą Kempsity-Jeznach, autorką książki "Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne".

Bestsellery

TOP 20

  1. Modelki z Dubaju Marcin Margielewski
  2. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach
  3. Tytus, Romek i A'Tomek pomagają księciu Mieszkowi ochrzcić Polskę, z wyobraźni Papcia Chmiela narysowani Henryk Jerzy Chmielewski

Fotogaleria

więcej »

Stanisława Celińska. Niejedno przeszłam

Karolina Prewęcka

Wstęp

Rok spotkań

Zwykła i niezwykła jednocześnie. Mama, przyjaciółka, sąsiadka i wielka aktorka. Cieszą ją codzienne drobiazgi. Kilka gatunków herbaty samodzielnie zmieszanych („Co za zapach!”), kwiaty na parapecie („Ten dostałam od Oli, a ten od…”), widok za oknem („Nigdzie nie muszę wyjeżdżać…”).
Wyznacza sobie wielkie cele w aktorstwie. Wszechstronna. Eksperymentuje i broni fundamentów tradycyjnego teatru. Dramatyczna i komediowa. Teatralna i estradowa. W ambitnym kinie i kochanym przez miliony serialu. Zależy jej na całości dzieła, w którym jest. Od początku do końca. Nie wymaga zauważenia swojej kreacji, choć to miłe. Najważniejsze jednak, żeby spektakl czy film miał siłę, pobudzał wyobraźnię, niósł prawdę („Szukam prawdy postaci”, „Trzymam się tematu”).
Zakochana w życiu, dzieciach i wnukach, w ludziach, przyrodzie, zwierzętach. Z pieskiem Teklą była niemal szesnaście lat. Mówi o niej, że mądrością przewyższała człowieka. „To nie pies. To człowiek!”. „Anioł nie pies”. „Córuś”. „Koteczek”. „Teklunia”. Wcześniej były inne psy, koty, świnka morska Rudka. Pielęgnice w akwarium podpływały do jej ręki. Głas­kała ryby, nawet glonojady. Słucha ptaków. Przygląda się niebu. Przytula do drzew. Dostrzega źdźbło.
Zachwycona dziełami ludzkiego geniuszu. Sztuką i wynalazkami ułatwiającymi codzienność. Wpatrzona w rzeźby Michała Anioła, malarstwo van Gogha, w ładne pejzaże i martwe natury, no i w nowe modele wiertarek. Za to wszystko dziękuje Panu Bogu. I za siebie, że jest, że wróciła, bo już jakby jej nie było. Za powtórne narodziny.
„Po co ta książka?” – pyta trochę mnie, bardziej siebie. Chciałaby, żeby to było takie ku pokrzepieniu serc, żeby ten, kto to przeczyta, pomyślał: „Aha, ona jest taka a taka, ma swoje wzloty i swoje upadki. To jest człowiek. Tak jak ja”. Chciałaby, abyśmy w jej opowieści o sobie i w jej Świadectwie o pokonaniu uzależnienia odnajdywali siebie.
Bo życie jest śmieszne, zabawne, ale i groźne. Bogate w różne zjawiska. W życiu trzeba wybierać, decydować, wiedzieć, można jednak też wątpić. Uczymy się panować nad problemami, lecz nie wymagajmy od siebie zbyt wiele.
To był ponad rok spotkań ze Stanisławą Celińską i osobami, które zaprosiła do książki o sobie.

Karolina Prewęcka


Rozdział pierwszy

Metoda małych kroków


17 stycznia 2011,
mieszkanie Stanisławy Celińskiej na warszawskim Mokotowie



Herbata? Mocniejsza czy taka sobie?

Mocniejsza, bez cukru.
Znajomi proszą, żeby podziękować Pani za koncerty. Mówią, że jest Pani im bliska i wywołuje wzruszenie. Przyjaciółka wspomniała swojego ojca, który płakał, gdy słuchał kolęd w Pani wykonaniu.
Dygresja o tyle ważna, że miłość ludzi jest mi potrzebna. Rekompensuje mi to, czego brakowało mi w dzieciństwie. Cieszę się tym. Czuję, że jestem potrzebna innym i mogę coś dać od siebie.
Za wcześnie się urodziłam, tuż po wojnie, w nie najlepszym momencie życia moich rodziców. Ojciec szybko umarł. Nie miałam rodzeństwa. Swoją rodzinę sama powiększyłam, bo urodziłam dwoje dzieci.
Różnie życiorysy się układają. Ktoś od dzieciństwa ma miłość, dom, a czasem jest inaczej… A te kolędy, to chyba dość dawno było. Ostatni spektakl, który zobaczyła moja Mama, w Starej Prochowni, u Siemiona. Mama powiedziała: „Ile pokoleń musiało się na to złożyć, żebyś ty była taka jaka jesteś”. Bardzo musiało się jej to spodobać.
Cytrynka, sok malinowy? Mam tu taki specjalny stoliczek. A nogi się mieszczą pod blatem? Stawiam, żeby nie pisać na kolanie. Tak to właśnie sobie wymyśliłam. Miejsce ciasne, ale własne.
Już przyszłaś. Ciastko poczułaś? Teklunia, spokojnie, nie szczekaj, bo cię wyprosimy, musisz zachowywać się kulturalnie…

Wiele osób mówi mi, także nieznajomych, z różnych stron kraju, że ludzie wręcz Panią kochają.
To wszystko, co słyszę, podnosi mnie na duchu. Miłość innych dodaje mi sił, bo na przykład wczoraj każde wyjście z domu miałam dosyć bolesne. W Klubie Polskim, granym w Teatrze Dramatycznym, muszę ukazać całą potęgę mojej bohaterki Makryny. To postać niebywała. Trochę mnie to kosztuje. Czuję się młodo, ale to nie to, co kiedyś, muszę więcej odpoczywać.
Jest taka starożytna mądrość, że osiągnąć rzeczy wielkie można dzięki metodzie małych kroków. Jest to przydatne w różnych sytuacjach: przy wychodzeniu z nałogów, ale i osiąganiu konkretnych rzeczy. Jeśli się chce wejść – takie to może banalne – na Mount Everest, nie powinno się myśleć: „O Boże, jaka ta góra wysoka. Nie wejdę”. Najlepiej nie myśleć w ogóle o szczycie, ale iść. Każdy etap wykonać starannie. Najpierw zaopatrzyć się w liny, haki, przygotować się, a potem pomału, metr po metrze iść. Po pewnym czasie człowiek patrzy… i oto nagle jest na szczycie.
Tak radzi Marek Aureliusz. Sugeruje, że obowiązek trzeba podzielić na odcinki: „Każdy obowiązek składa się z pewnych jakby części, o te dbać należy i spokojnie, bez zniecierpliwienia wobec osób niezadowolonych z ciebie wypełniać po prostu zadanie, które masz przed sobą”. Marek Aureliusz to postać wiarygodna. Stracił dzieci, więc musiał mieć siłę i wiedział, z czego ją czerpać. Często zdarza się, że robimy coś, a wszyscy dookoła mówią: „Eee, to nie ma sensu”. Ja jednak coś sobie założyłam, wypełniam to i wierzę w to, co robię. Robię to do końca, bo wtedy ma to sens. Nie boję się niczego, jestem spokojna.
Często mówimy z boleścią: „Ile mam do zrobienia…” – i wtedy wyras­ta przed nami ten Mount Everest. Należy wówczas powiedzieć: „Zaraz, spokojnie, pomału…” – i znów od początku: „Każdy obowiązek składa się z pewnych jakby części” i tak dalej. To ważna myśl dla mnie i mam nadzieję, że również dla tych, którzy będą chcieli mnie poznać. Zresztą dzięki mojej Babci znam wiele takich mądrości życiowych. Do zapisanych w książce łatwiej się wraca.


Rozdział drugi

Dzikie dziecko

początek 2011 roku,
Mokotów



Kim była Pani babcia?
Babcia Janeczka to niezwykle dzielna osoba. Odważna, bardzo silna. Była w obozie w Ravensbrück. Przekłusowała z kolejki śmierci do kolejki pracy za plecami Niemca. Tam kobiety w pewnym wieku szły na śmierć, a młode do pracy. Ustawiały się dwie kolejki. Jak hitlerowiec się odwrócił, to Babcia przebiegła do kolejki pracy. Groził za to strzał w głowę.
Jeszcze przed obozem, ale już w trakcie wojny, podczas strzelaniny Babcia położyła nogę na głowie mojej Mamy. Ochroniła ją. Odłamek wszedł Babci w nogę i już w niej został, a potem dawał o sobie znać. Babcia wtedy mówiła: „O, będzie deszcz”. I z tym odłamkiem odeszła.
Schludna, czysta, pracowita, odpowiedzialna, oszczędna. Jak dostawała coś od kogoś, chowała do szafy na później, bardzo rzadko od razu to wkładała. Z tak silną osobowością w domu czasami było mi ciężko. Nie była z naszej rodziny. To macocha mojej Mamy. Pochodziła z takiego rodu, gdzie było dwanaścioro dzieci. Jedno z nich, dziewczynka, bardzo szybko umarło i podobno było to święte dziecko. Opowiadano mi o niej.
Babcia urodziła się pod zaborem rosyjskim, skończyła chyba tylko cztery lata szkoły elementarnej, nie miała możliwości kształcić się dalej, do końca życia pisała z błędami, ale miała w sobie wrodzoną mądrość i ogładę.
Jak chciałyśmy mieć z Mamą satysfakcję i ubaw, że Babcia jednak nie jest taka doskonała, to podsuwałyśmy jej ulubione cukierki. Bo Babcia miała też słabości. Jedną z nich były cukierki kukułki troszkę nasączone alkoholem, a drugą – śliwki węgierki. Kukułki znikały w trakcie rozmowy, zostawała po nich pusta miseczka, to samo było z węgierkami.
Babcia w nocy wstawała i paliła. To był po prostu komin palący i dymiący, zwłaszcza po wojnie, kiedy się okazało, że mój Dziadek się nie odnalazł. Dziadek, Antoni Łysakowski herbu Leliwa, wspaniały pan w białych rękawiczkach, delikatny i cudowny, zaginął gdzieś bez wieści. Babcia i moja Mama – jego córka – nigdy go nie odnalazły.
Fifka Babci była brązowa w środku od nikotyny. Pewnego razu Babcia, dając mi końcówkę papierosa, poprosiła (a może zdarzało się to częściej): „Stasiuńka, zgaś tego papierosa”. Ja na to: „Oczywiście”, ale ponieważ był ze mnie mały chuligan, pociągnęłam sobie tego papierosa. Pewnie mi za bardzo nie smakował, nie pamiętam dokładnie, ale nie zrobił na mnie kolosalnego wrażenia. Spróbowałam jednak, choć wiedziałam, że nie wolno. Tłumaczyłam sobie, że Babcia przecież nic nie zastrzegła, tylko poprosiła, żebym zgasiła.
Kiedyś Babcia poszła do lekarza, a ten powiedział jej, że posadzi kwiatki na jej grobie. Przestraszyła się tak, że rzuciła palenie natychmiast. Musiała przecież pożyć dla mnie. Ale potem miała ataki w nocy i o mało nie umarła bez tych papierosów.
Nie przypuszczała, że mogę mieć problemy z alkoholem, i robiła fantastyczne wino z głogu i dzikiej róży. Stało w gąsiorach na kredensie. Trzeba było wejść na stołek i pociągnąć z rurki, żeby spłynęło do butelek. Mnie było łatwiej to zrobić, bo Babcia była już w pewnym wieku, a ja – mała koza. „Pociągnij z rurki, Stasiuńka” – mówiła. Bardzo mi to wino smakowało. Fajnie się od niego kręciło w głowie. „Oj, Babciu, coś nie leci. Trzeba jeszcze raz” – kłamałam i pociągałam kilka razy…
Babcia nie miała świadomości, że może mi szkodzić. Wtedy nie mówiło się o alkoholizmie. Mówiło się pijak i już. Nie było również grup AA, a alkohol też był inny. Teraz jest w nim chemia, która uzależnia i niszczy układ nerwowy.

Podzieli się Pani jakąś sentencją babci Janeczki?
Wypisywałam je na kafelkach na piecu. Są wyryte we mnie. Tu jest stara makatka, którą haftowała Babcia przy mnie. Traktuję ją jak relikwię. Jest już strasznie wypłowiała, ale widać napis: „Przy muzyce i robocie człek zapomni o kłopocie”. To absolutna prawda. Jest tu śmieszna rzecz na tej makatce, bo ten wyhaftowany kontrabasista jest leworęczny.
Dobrze jest mieć coś takiego przed oczami, bo człowiek zapomina o sprawach podstawowych, jak tlen, którym oddycha. Warto do nich wracać. Muzyka zawsze działa na mnie terapeutycznie. Tak samo jak praca.
Kolejna sentencja Babci: „Stasiuńka, nigdy nie pokazuj całej dupy, tylko zawsze kawałek”. Inaczej mówiąc: „Zachowaj dystans – w zawodzie, w małżeństwie”. Nawet w najbardziej intymnych sytuacjach zachowaj dystans. Trzeba umieć zaciekawiać sobą.

Uszanować własną przestrzeń…
Dobrze to pani powiedziała…
Babcia była niezwykle zabawna. „Nos. Co się stało z moim nosem?” – mówiła, jak już była starsza. „No, taka kluka się zrobiła”. Jak jechałyśmy razem tramwajem, to po wyjściu komentowała: „Ty widziałaś? Jaki ona miała nos? No, kluka”. Przewrażliwiona była na tym punkcie.
Dziadek podobno nigdy nie wiedział, kiedy Babcia miała tak zwane kobiece dni, a wtedy zwykle mężczyzna chce uciekać z domu. Babcia nie obarczała go tym, nie okazywała tego, że ją boli głowa i inne rzeczy. To było jej drugie małżeństwo. Pierwsze było utrzymywane w pewnej tajemnicy, nieudane. Jej pierwszy mąż pił. Poślizgnął się, spadł ze schodów i zmarł. Złośliwcy twierdzili, że Babcia być może mu w tym pomogła. Posmarowała te schody czymś… Ale to niemożliwe, bo była naprawdę dobrym i bardzo wierzącym człowiekiem.
A ten drugi związek z Dziadkiem był na zasadzie ognia i wody, bo Dziadek był nieśmiały, delikatny, farmaceuta, meteorolog o dużych zdolnościach aktorskich. Mama mówiła, że jestem do niego podobna. Ręce mam podobne. I to aktorstwo… Dziadek ostatnią koszulę by zdjął dla potrzebującego, a potem pupa by mu zmarzła. Taki był. Ja kiedyś podobnie się zachowywałam, potrafiłam oddać wszystko. Jak ktoś stwierdzał, że mu się coś mojego podoba, od razu chciałam to oddać, taki odruch miałam. Jak to się mówi, byłam za dobra. Teraz nieco się zmieniłam. Zaczęłam się chronić. Poza tym mam rodzinę…
Po wspaniałym Dziadku zostało mi tylko jedno zdjęcie. Gdzieś tu wisi. Miał taki orli nosek, chopinowski. Mama też taki miała. 

Urodziła się Pani tuż po wojnie…
Tak, tuż po wojnie. Mieszkałam przy ulicy Stalowej na warszawskiej Pradze. Urodziłam się z włosami do ramion, czym wprawiłam wszystkich w zdumienie. Miałam gęste ciemne włosy. Na Stalowej spędziłam najważniejsze pierwsze trzy lata życia, bo teraz już wiem, że w dziecku wszystko się w tym okresie kształtuje.
Byłam wtedy dosyć zaniedbana, zawszona, niedożywiona. Babcia podejrzewała nawet u mnie krzywicę. Kto wie? Miałam dużą głowę i problemy z kolanami. Przewracałam się. Należę do pokolenia powojennego, słabego i silnego jednocześnie. Dorastałam w czasach PRL i trzeba było wtedy walczyć o siebie.

Najbliższą Pani osobą we wczesnym dzieciństwie była babcia?
Nie. Najbliższą mi osobą był wówczas Ojciec. Był już wtedy chory, ale o tym dowiedziałam się potem.
Tak mało wiem o swoich przodkach. Choć teraz są różne metody, żeby dowiedzieć się czegoś o swoim pochodzeniu. Słyszałam, że można posłać swój włos do Szwajcarii, gdzie genetycy odczytują z niego rodowód. Chociaż wiedza o tym może nas kosztować dużo emocji…
Pierwsza żona mojego Dziadka, mama mojej Mamy, nazywała się Saliszczewskaja. Była Rosjanką, prawdopodobnie z Ukrainy, o czym dowiedziałam się dopiero po śmierci Mamy. W moich żyłach płynie również – o czym Mama mi mówiła – krew hiszpańska.

Czy Pani prababka była Hiszpanką?
Podejrzewam, że mogliśmy mieć raczej cygańskich przodków. Rozmawiałam o tym z Jerzym Celińskim, kaskaderem. Mama Ojca miała ciemną karnację, a ojciec też miał urodę cygańską. No i strasznie mocno działa na mnie muzyka Romów. Żartuję czasem, że mogłabym wrócić do picia tylko przy niej. Jest cudna, ma w sobie taką wyjątkową afirmację życia i wolność. Jest w niej coś przepastnego. W recitalu Piękny świat śpiewam pieśń Papuszy, cygańskiej poetki, z muzyką Jerzego Tyszkowskiego. Papusza, czyli Bronisława Wajs, została wyklęta przez Cyganów z powodu ujawnienia w swojej twórczości szczegółów z ich życia. W jej poezji jest tkliwość, żałość, żal za minionymi latami, a przede wszystkim miłość do przyrody.
Przypomniałam sobie właśnie, że po raz pierwszy tę pieśń wykonywałam przed laty w spektaklu Żywy trup. Żartobliwie nazywam ten utwór ekologicznym:
Oj, jak pięknie żyć
To wszystko widzieć
Oj, jak pięknie żyć
To wszystko słyszeć
Oj, jak pięknie
Czarne jagody
Jak łzy cygańskie zbierać
Oj, jak pięknie żyć
Ptasich pieśni w noc wielką słuchać
Oj, jak pięknie żyć
I nocami nad wodę chodzić
Ryby zimne jak zimna woda
W ręce brać
Oj, jak pięknie las wielki szumi
On mi pieśni śpiewa
Oj, jak pięknie rzeki biegną
Moje serce cieszą
Jak pięknie patrzeć w wodną toń
I wszystko jej powiedzieć
Nikt mnie nie zrozumie
Tylko lasy i rzeki
Co opowiadam, wszystko już przeszło
Wszystko z sobą zabrało
I młode lata.

Mama mówiła mi, że Ojciec też był ze szlacheckiego rodu herbu Zaremba. Wiem, że są miejscowości Celiny Szlacheckie i Celiny Włościańskie. Może właśnie stamtąd wywodzą się Celińscy?
Herby tak na co dzień nie mają znaczenia, ale nabierają go, gdy człowiek się pogubi i powinien uzmysłowić sobie, że nie wyleciał sroce spod ogona. Kiedy zachowywałam się nieodpowiedzialnie, czasem miałam taki przebłysk świadomości, kim jestem, skąd się wzięłam, co Mama mi mówiła o rodzinie – i otrząsałam się. Wiedziałam, że powinnam wrócić na pewien poziom i w życiu, i w zawodzie. I utrzymać go.

Kim był Pani ojciec?
Ojciec do wojny mieszkał w Łowiczu ze swoją pierwszą żoną. Był dyrektorem szkoły muzycznej, pianistą. Mam plakaty z nim i inne pamiątki po nim od mojej starszej przyrodniej siostry, Eli. Jego pierwsza żona była niepełnosprawna, może sparaliżowana? Podczas bombardowania miasta Ojca z siostrą nie było w domu, a ona tam została. Zginęła. Wtedy Ela przyjechała z Tatą do Warszawy. Ela ma teraz siedemdziesiąt sześć lat. I można powiedzieć, że trochę mnie wychowała.
Tata poznał moją Mamę po wojnie. Mama też była muzykiem. Grała na skrzypcach. I gdy teraz myślę o Ojcu, przychodzi mi do głowy sentencja z wiersza księdza Jana Twardowskiego: „Śpieszmy się kochać ludzi, tak szybko odchodzą”. Ojciec bowiem zmarł, kiedy miałam trzy lata. Zresztą gdy człowiek osiąga pewien wiek, coraz częściej tak sobie myśli, ponieważ zaczynają umierać nasze koleżanki i koledzy, ludzie z naszego pokolenia. Myślę czasem: „Cholera, a jak nie zdążę? Muszę się spotkać”. Tak było na przykład z Tadeuszem Łomnickim.
Byłam wtedy w Poznaniu, a on mieszkał w tym samym mieszkaniu co ja tuż przed nim, bo grałam przez rok w tamtejszym teatrze. Łomnicki próbował wtedy Króla Leara. Przyjechałam do Poznania z sentymentu. Zobaczyłam się z Tadziem na chwilę. Żartowaliśmy, że da mi klucz do siebie… Miałam jakieś przeczucie. Zdopingowałam ówczesnego dyrektora Teatru Nowego Eugeniusza Korina, żeby robił zdjęcia, żeby zostało jak najwięcej materiałów z prób do przedstawienia. Planowaliśmy sobie jeszcze z Tadziem porozmawiać, bo te spotkania zawsze dużo mi dawały zawodowo i życiowo. Ale on był wtedy zmęczony, a ja też czegoś się uczyłam i nie chciałam mu przeszkadzać. I niestety… Nie dane nam było więcej zamienić słowa.
Udało mi się natomiast dorwać Gustawa Holoubka na tarasie w Radziejowicach w Domu Pracy Twórczej. Długo dyskutowaliśmy.
Trzeba dostrzegać takie chwile. Odczytywać ZNAKI, których jest bardzo dużo, ale które lekceważymy, choćby z braku czasu. Rozwiewamy nasze przeczucia, mówiąc sobie: „Co tam. Coś mi się wydawało. To nieważne”, ale instynkt działa, myśl się pojawia. Nie ma przypadków, mam na to dowody. Wierzę w to, że włos z głowy nie spadnie wbrew Boskiej Woli. Wszystko jest efektem przeznaczenia.
Tylko żeby odczytywać ZNAKI, trzeba trochę spokojniej żyć. A człowiek, gdy jest młody, niestety goni, pędzi, traktuje życie po łebkach. Dopiero na starość wie, że trzeba zwolnić, pożyć pełniej, smakować każdą sekundę. Staram się to robić i wiem, że tak jest dobrze.

Co jeszcze wie Pani o ojcu?
Całe życie go szukam, również w moich partnerach.
Grał w domu, przeważnie Chopina. Kiedy miałam niecałe trzy lata, słuchając takiego samego utworu w radiu, mówiłam: „O, tata gra”. Zresztą zawsze jak widzę klawiaturę, to coś się ze mną dzieje w środku. Być może brał mnie na kolana i razem siadaliśmy przy instrumencie?
Chciałabym wiedzieć, czy Ojciec mnie kochał. To strasznie dla mnie ważne. Nie pamiętam dokładnie jego twarzy, ale wręcz czuję do dziś ciepło bijące od niego. Przed oczami ciągle mam taką scenę: on siedzi na tapczanie, ja drepczę dookoła niego i czeszę go. Mojej Mamy z tego pierwszego okresu życia nie pamiętam. Pamiętam za to babcię Celińską, mamę Ojca. Wpychała we mnie jedzenie na siłę, zwłaszcza płatki owsiane. Znienawidziłam je. Nie tknęłam ich do osiemnastego roku życia. Pragnęłam jeść coś innego. Pamiętam, że pewnego razu, gdy jeszcze byłam malutka, wracałam z Babcią Janeczką do domu ze sklepu. Babcia niosła świeżutkie bułki w siatce. Zanim doszłyśmy do domu, zjadłam chyba wszystkie.
Wracając do Ojca… Był nie tylko pianistą. Wymyślił specjalną maszynę dla muzyków, która zapisywała dźwięki wydobywające się z instrumentu. Tata miał bardzo twórczy umysł. Musiał być niezwykle ciekawym czło­wiekiem. Zostały mi po nim między innymi dwa notesy. Pisał w nich piórem, przepięknym, drobnym, kaligraficznym charakterem. Tworzył taki rodzaj własnej encyklopedii. Po latach ja też zaczęłam pisać tylko i wyłącznie wiecznym piórem, jakbym podświadomie dążyła do tego piękna zawartego w piśmie Ojca.
Wychowałam się „pod fortepianem”. Instrument po Ojcu stoi teraz u mojej córki. Po wojnie nie było pracy. Mama grała na ulicach na skrzypcach, tak jak to jest pokazane w Zakazanych piosenkach. Ludzie z balkonów i okien rzucali jej pieniądze do czapki położonej na ziemi. Ale mimo biedy rodzice organizowali przyjęcia, które przyprawiały mnie o wściekłość i zawroty głowy. Nigdy nie lubiłam spędów. To znaczy, lubiłam, jak piłam – przez kilka lat, do czterdziestego pierwszego roku życia. Ale wtedy najważniejsze w nich było samo picie.
Goście w tym wczesnym dzieciństwie wprowadzali mnie w jakiś szał. Chciałam zwrócić na siebie ich uwagę. Waliłam ich głową w brzuch, wyciągałam nocnik na środek pokoju, załatwiałam się przy ludziach. Wszystko po to, żeby się ktoś mną zainteresował. Zresztą wszyscy przez całe życie szukamy ROZMÓWCY, kogoś, kto nas DOSTRZEŻE w tym zabieganym świecie.

Muzykalność odziedziczyła Pani po rodzicach.
Tak. Dostałam ją od rodziców w darze. Pianino zawsze było w domu. I zawsze czułam głód muzyki. Mama nie chciała mnie posłać do szkoły muzycznej, bo bała się, że wybiorę sobie ten trudny zawód. Sama więc nauczyłam się grać. No i Mama nie miała wyjścia – w końcu pokazała mi nuty, a potem denerwowała się, kiedy fałszowałam.
Mam to do dziś, że jeżeli jestem wesoła czy smutna, to śpiewam. Babcia Janeczka nie lubiła skrzypiec, ale podobało się jej, jak grałam na pianinie. Mówiła mi w młodości: „Stasiuńka, graj. Jak jest ci źle, to graj”. Nie zawsze o tym pamiętałam.
Przez moment, a właściwie przez kilka lat, kiedy byłam już dojrzałą kobietą, alkohol wszystko mi zastąpił i to było najgorsze. Nałóg może przysłonić człowiekowi cały świat, ale kiedy odetnie rzecz, od której się uzależnił, ma przed sobą pełną paletę barw, między innymi muzykę.
Lubię dotykać białych i czarnych klawiszy i wydobywać z nich muzykę zależnie od nastroju, na przykład nokturny Chopina. Może niedoskonale mi to wychodzi, ale daje uspokojenie. Bywa, że biorę wnuczkę Lilkę na kolana i razem siadamy przy klawiaturze. Czasami gram małe własne kompozycje. Przyznam szczerze: bywa, że towarzyszą temu łzy. I tak sobie gram, gram, aż się wypłaczę. Ale nie wstydzę się łez! Jak mówił poeta Tadeusz Różewicz: „Nie wstydźcie się łez, nie wstydźcie się łez młodzi poeci”. Niech każdy poczuje się poetą w związku z tym, że płacze…
A ten instrument, który jest tutaj, kupiłam sobie za ostatnie pieniądze. Służy mi. Na przykład przed wyjazdem do Wrocławia na koncert poświęcony Ewie Demarczyk dostałam nuty i mogłam sobie poćwiczyć. Kiedy mieszkałam w Poznaniu – z dziećmi, w teatrze – nie miałam tam pianina. Co prawda stało jedno na korytarzu, ale ogólnodostępne. Brakowało mi instrumentu. Nie tylko mnie. Córka Ola też gra. Już jako sześciolatka komponowała. Sprzedałam złote pierścionki od Mamy, tylko kamienie zostawiłam, i za to kupiłam elektryczną klawiaturę, żeby coś tam mieć własnego.

Żeby dotykać tych czarnych i białych klawiszy…
No właśnie. Wygrała pani bon towarowy… (śmiech)
Niedawno z okazji Roku Chopinowskiego w Programie Pierwszym Polskiego Radia można było posłuchać nokturnów granych przez Artura Rubinsteina. Wprawiły mnie w osłupienie. Coś nieprawdopodobnego! Po prostu zwariowałam z zachwytu. Rubinstein stwierdził kiedyś, że w miarę upływu lat przestał się spieszyć. Chociaż pianista Janusz Olejniczak powiedział, że Rubinstein na starość zwolnił, bo nie miał już takiej techniki jak kiedyś. Nie wiem, czy Olejniczak ma rację. Ale jest taki dowcip, który mnie ciągle bawi… Pytają wybitnego muzyka: „Dlaczego pan tak wolno gra?”. A on na to: „Bo umiem”.
(…)