Strona główna / Literatura faktu, historia / Sprawczynie

Aktualności

21.01.2020

Spotkanie z synem Seweryny Szmaglewskiej

W niedzielę 2 lutego o godz. 16.30 zapraszamy do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (ul.Tłomackie 3/5) na spotkanie z Jackiem Wiśniewskim, synem Seweryny Szmaglewskiej, autorki książki "Dymy nad Birkenau".

Wywiady

23.01.2020

Wszyscy mamy w sobie

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Craigem Russellem, autorem książki "Czynnik diabła"

Posłuchaj i zobacz

22.01.2020

Wstrząsająca prawda o życiu arabskich księżniczek.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Marcina Margielewskiego "Zaginione arabskie księżniczki".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri
  2. Doktor Sen Stephen King
  3. Upadek Gondolinu. Pod redakcją Christophera Tolkiena J.R.R. Tolkien

Fotogaleria

więcej »

Sprawczynie

Katrin Kompisch

Ofiary, świadkowie, sympatyczki? Kim są „sprawczynie”?

Przez długi czas kobiety w III Rzeszy sprowadzano do roli biernych świadków ówczesnych wydarzeń lub nawet ofiar narodowego socjalizmu. Zarówno przedstawiciele środowisk naukowych, jak i społeczeństwo zgodnie milczeli o ich zaangażowaniu jako sprawczyń. Podobnie czyniła przeważająca część środowisk kobiecych, która w okresie powojennym przyjęła postawę apolityczną i wypowiadała się z pozycji niewinności. Zaledwie kilka przypadków, rozsławionych za sprawą m.in. procesów o zbrodnie wojenne (jak choćby Ilse Koch, „Czarownica z Buchenwaldu”), przez co nie dało się już ich ignorować, zostało nagłośnionych, osądzonych i potępionych. Opinia publiczna sugerowała jednak, że tego rodzaju wstrząsające występki były odosobnione, co miało na celu uniknięcie dyskusji na temat roli kobiet w narodowosocjalistycznych Niemczech. Przyjęte powszechnie założenie o biernej roli kobiet i ich niewinności kontrastowało z toczącą się w latach pięćdziesiątych XX wieku oczyszczającą dyskusją dotyczącą win mężczyzn. 

Wizerunek uczestniczek zdarzeń tamtych lat był w dużej mierze kształtowany przez stereotypy o podłożu seksistowskim, jak choćby w przypadku Irmy Grese – „bestii z Bergen-Belsen”, którą zarówno sądy, jak i prasa opisywały jako „sadystkę z pejczem”. Tego rodzaju charakterystyka, kreśląca obraz sprawczyń jako złych z natury psychopatek, zawężała pole dyskusji i ograniczała możliwość zgłębienia kierujących nimi motywów. Co więcej, demonizowanie zbrodniarek wytworzyło swego rodzaju parasol ochronny dla większości tzw. normalnych kobiet. Przedstawianie kobiet bądź jako niewinnych istot, bądź jednostek wyjątkowo zwyrodniałych nie wykracza tu poza stereotypy, jednak przez swoje uproszczenie utrudnia dojście do prawdy i sprowadza zachowania kobiet do rzekomo naturalnych i charakterystycznych dla ich płci cech determinujących ich czyny. Zwalniało to zbrodniarki z odpowiedzialności za podejmowane przez nie samodzielnie decyzje. 

W wypadku kobiet wyroki uniewinniające w procesach o sprawstwo – o ile udawało się już do nich doprowadzić – były na porządku dziennym. Spośród nielicznych, które w latach powojennych zostały oskarżone o zbrodnie przeciwko ludzkości, na śmierć skazano zaledwie kilka. Większość kategorycznie zaprzeczała zarzucanym im czynom, czyniąc to – nawet według dzisiejszych standardów – w sposób wyjątkowo zuchwały. Procesy kończyły się zazwyczaj niskimi wyrokami pozbawienia wolności, a co więcej – przynajmniej w zachodnich strefach okupacyjnych – skazane stosunkowo szybko opuszczały mury więzień na mocy amnestii. Należy dodać, że uwaga wymiaru sprawiedliwości skoncentrowała się jedynie na wąskiej grupie kobiet mających udział w zbrodniach nazizmu. Były to najczęściej strażniczki w obozach koncentracyjnych, a także lekarki i pielęgniarki w placówkach medycznych, w których dokonywano eutanazji. Pozostałe, w tym członkinie służby pomocniczej Wehrmachtu, funkcjonariuszki Gestapo i pracownice urzędów, uniknęły odpowiedzialności karnej. Co więcej, jedynie w rzadkich przypadkach groziła im odpowiedzialność dyscyplinarna, przez co udawało im się zazwyczaj ujść jakiejkolwiek karze. Utworzone na potrzeby postępowania denazyfikacyjnego izby orzekające (Spruchkammer) kwalifikowały większość funkcjonariuszek narodowosocjalistycznego aparatu państwa do kategorii „sympatyczek”, przyznawanej osobom niemal całkowicie niezaangażowanym w ideologię nazistowską.
Z taką klasyfikacją zgadzają się niemieccy historycy. Dość ogólnikowe stwierdzenie Joachima Festa: „kobiety wybrały Hitlera”, przypisujące żeńskiej części społeczeństwa Niemiec główną winę za powstanie narodowosocjalistycznej dyktatury, nie znalazło zwolenników wśród badaczy, którzy niemal całkowicie wyłączyli kobiety z odpowiedzialności za zaistniały bieg spraw. Uzasadniano to rzekomą bezsilnością niemieckich kobiet w III Rzeszy, czego miał dowodzić fakt, że pomiędzy 1933 a 1945 rokiem rzekomo ani jedna kobieta nie objęła jakiejkolwiek eksponowanej funkcji politycznej.
 
Dopiero wraz z pojawieniem się w latach sześćdziesiątych XX wieku ruchu kobiecego i powiązanym z nim początkiem studiów nad kobietami w ujęciu historycznym uwaga naukowców – zwłaszcza historyczek – silniej skupiła się na żeńskiej połowie społeczeństwa. Zamierzeniem badaczek owego czasu było jednak wyłącznie uwypuklenie historycznej obecności wyemancypowanych kobiet poprzez wykreowanie pozytywnej żeńskiej tożsamości; na konstruktywną, krytyczną rozprawę z zagadnieniem roli pokolenia własnych matek i babek zabrakło już miejsca. Zamiast tego w centrum uwagi badań historycznych nad kobietami znalazły się m.in. żeńskie ofiary ideologii narodowosocjalistycznej oraz bojowniczki ruchu oporu. W świetle ówczesnych ustaleń w ramach patriarchalnego państwa rządzonego przez narodowych socjalistów wszystkie kobiety były ofiarami represji. Uwidocznił się przy tym swego rodzaju paradoks: forsowane przed środowiska feministyczne teorie nie dość, że w żadnym stopniu nie przyczyniały się do zmiany podrzędnego statusu kobiety jako płci drugiej kategorii, całkowicie podległej woli mężczyzn, to jeszcze utrwalały go. 

Wyobrażenie kobiety w narodowosocjalistycznych Niemczech koncentrowało się na jej roli pani domu i matki; kobiece sieci wsparcia gwarantowały przetrwanie w trudnym okresie na tyłach. Nie wspomina się o politycznym wymiarze tego rodzaju postaw w czasach dyktatury. Dopiero pod koniec lat siedemdziesiątych XX wieku zaczęto bardziej krytycznie przypatrywać się temu pozytywnemu wizerunkowi kobiety tamtych czasów. Czy kobiety nie wspierały NSDAP? Czy nie istniały nadzorczynie w obozach koncentracyjnych, skazane za zbrodnie przeciwko ludzkości? Czy nie należałoby się przyjrzeć konserwującemu system postępowaniu niemieckiej kobiety i pani domu, uważanej do tej pory za apolityczną, i zrewidować nasz pogląd na tę kwestię? Tymczasem jeszcze w 1985 roku, w swojej książce Die friedfertige Frau, Margarethe Mitscherlich, posługując się psychoanalitycznym modelem interpretacji, usiłowała dowieść, że antysemityzm kobiet był jedynie przejawem naśladownictwa i chęci dopasowania się do wzorca kreowanego przez mężczyzn. 

W latach osiemdziesiątych XX wieku dzieje narodowosocjalistycznych Niemiec zaczęło stopniowo zgłębiać nowe pokolenie historyczek, przy czym, co ciekawe, ukierunkowanie ich badań na płeć miało swoje źródła w pracach naukowców spoza Niemiec. Powoli zaczął wyłaniać się pełniejszy obraz zróżnicowanego życia kobiet w III Rzeszy. Coraz częściej okazywało się, że twierdzenia o ich (współ)udziale w wydarzeniach tamtych lat nie są pozbawione zasadności. Z drugiej jednak strony w dalszym ciągu świadomie pomijano niektóre negatywne aspekty wizerunku kobiet, chcąc uzyskać „możliwie spójną, pozbawioną sprzeczności, uwarunkowaną płciowo identyfikację”. 

Z rozwijającej się stopniowo pomiędzy zwolennikami obu „obozów” dyskusji wyłonił się w początkach lat dziewięćdziesiątych XX wieku regularny „spór historyczek”, w którym zderzyły się dwie krańcowo różne koncepcje. W swojej książce Mothers in the Fatherland amerykańska historyczka Claudia Koonz akcentowała aktywną i świadomą rolę kobiet w utrwalaniu dyktatury narodowego socjalizmu. Stanowczo sprzeciwiła się jej Gisela Bock, która w kobietach czasów III Rzeszy widziała przede wszystkim ofiary. Według niej, nawet kobiety piastujące stanowiska kierownicze musiały podporządkować się patriarchalnym strukturom nazistowskiego państwa. W ten sposób odmawiano kobietom prawa do podmiotowości. Takie podejście wywołało falę krytyki; obawiano się, że tego rodzaju postawa może doprowadzić do zatarcia granic pomiędzy kobietami-ofiarami Holokaustu a – na przykład – nadzorczyniami w obozach koncentracyjnych. 

Dopiero w połowie lat dziewięćdziesiątych udało się dzięki pogłębionym badaniom wypracować swego rodzaju kompromis pomiędzy obiema stronami sporu. Zaczęto uważniej i bardziej wnikliwie przypatrywać się poszczególnym grupom kobiet. Okazało się przy tym, że o ogóle kobiet w narodowosocjalistycznych Niemczech nie może być mowy. Istotną różnicę stanowiło bowiem to, z jakiej warstwy społecznej wywodziła się kobieta, czy była Aryjką, czy Żydówką, czy wykonywała pracę zarobkową, czy zajmowała się domem, czy była niezamężna, czy żyła w zalegalizowanym prawnie związku, wreszcie jakie cechowały ją przekonania polityczne. Wyszło na jaw, że kobiety miały niczym nieskrępowane możliwości włączenia się w nurt narodowosocjalistycznego państwa i – co prawda w zróżnicowany sposób – chętnie z nich korzystały. Począwszy od połowy lat dziewięćdziesiątych XX wieku, zaczęły się ukazywać liczne prace poświęcone zagadnieniu kobiety w narodowym socjalizmie. Większość z nich została jednak opublikowana w czasopismach fachowych i opracowaniach naukowych, co znacznie zawęziło krąg ich odbiorców
.
Publiczny wizerunek III Rzeszy kształtowali przez długi czas jej najpotężniejsi przedstawiciele – mężczyźni. Po 1945 roku ich rzekoma wszechwładza służyła wielu osobom zaangażowanym w narodowosocjalistyczną dyktaturę jako usprawiedliwienie dla własnych czynów. Wiadomo było jednak, o czym piszą m.in. Daniel Goldhagen i Christopher Browning w książce Wehrmachtsausstellung, że zbrodniarzami stawali się nawet zwyczajni z pozoru mężczyźni. 

Autorzy badań nad problematyką sprawstwa, dla których impulsem była zainicjowana przez Goldhagena debata, odrzucili tymczasem monokauzalne koncepcje wyjaśniające i skoncentrowali się na uwypuklaniu złożonych, przeplatających się motywacji uczestników Holokaustu – mężczyzn, z uwzględnieniem zarówno przejawów patologii indywidualnych, jak i czynnika w postaci psychologii tłumu. Konieczne stało się zrewidowanie roli antysemityzmu, zajmującego przez długi czas centralne miejsce. Okazało się, że wystarczy stosunkowo nieliczna grupa żądnych mordu sprawców z przekonania, wspieranych przez „działających pod przymusem sytuacyjno-organizacyjnym” sympatyków, aby dokonała się rzeź na nieznaną dotąd skalę. Aktywni sprawcy, z zapamiętaniem oddający się zbrodniczym praktykom, znajdowali się w mniejszości wśród mężczyzn-współuczestników Holokaustu. Większość sprawców była „nastawiona biernie”, a ich zachowanie cechowało się „tchórzostwem, apatią i posłuszeństwem wobec autorytetów”. Taka charakterystyka koresponduje z opisami czynów popełnianych przez kobiety, przez co zaciera się postulowany w tym względzie rozdział pomiędzy płciami. 

W obliczu nowych ustaleń dotyczących problematyki sprawstwa dotychczasowe postrzeganie „złych” wodzów narodowego socjalizmu i omamionej przez nich ludności jest dziś wyraźnie kwestionowane. Wydaje się jednak, że pod pojęciem „ludności” rozumie się – podobnie jak do tej pory – przede wszystkim mężczyzn, uznawanych w różnym stopniu za odpowiedzialnych za dokonane zbrodnie. Kobiety uchodzą tymczasem za apolityczne i przez to niewinne. Za ich domenę w III Rzeszy jest wciąż uznawane niemal wyłącznie gospodarstwo domowe. To właśnie tam, w obrębie rodziny, kobieta – opiekunka domowego ogniska i matka – tworzyła swój nieskażony przez system, szczęśliwy świat. 

Takie wyobrażenie jest fałszywe: całkowicie nieuprawnione jest twierdzenie, jakoby kobietom w czasach narodowego socjalizmu nie wolno było obejmować żadnych funkcji kierowniczych. Przedstawicielka kobiet w osobie Gertrud Scholtz-Klink – przywódczyni kobiet Rzeszy – znalazła się na najwyższych szczeblach władz politycznych Niemiec, choć przysługujący jej zakres władzy niewątpliwie ustępował kompetencjom, jakimi obdarzone były najbardziej prominentne postacie narodowosocjalistycznego reżimu. Kto jednak w III Rzeszy miał decydujący głos? Czy wysoko postawieni politycy mężczyźni również nie byli zależni od woli Führera?
Po 1933 roku wiele kobiet obejmowało niższe rangą stanowiska w administracji i gospodarce. W czasach narodowosocjalistycznej dyktatury ich liczba nie dość, że nie zmalała, to jeszcze wzrosła. Szeroko rozpowszechniony pogląd, jakoby w latach 1933–1945 kobiety realizowały się przede wszystkim w roli gospodyń domowych, zupełnie nie znajduje potwierdzenia w faktach. Reżim nazistowski dokładał wszelkich starań, aby zmobilizować żeńską część społeczeństwa do wysiłku na rzecz gospodarki wojennej, chcąc więc zapewnić sobie jej wsparcie, zmuszony był, zwłaszcza w czasie wojny, mieć wzgląd na potrzeby i postulaty kobiet. Nie pozostawało to bez wpływu na zakres ich swobód i kształt bieżących wydarzeń. Zupełnie bez przeszkód mogły one realizować się w ramach funkcjonujących w III Rzeszy organizacji kobiecych, m.in. Narodowosocjalistycznego Związku Kobiet, Związku Niemieckich Dziewcząt czy Niemieckiego Czynu Kobiet. Kobiety, podobnie jak mężczyźni, zrzeszały się w licznych organizacjach i związkach o charakterze nazistowskim, gdzie jako „przywódczynie w państwie wodzowskim” sprawowały funkcje kierownicze. 

Za pomocą kontrolowanych przez siebie organizacji państwo silnie ingerowało w strukturę, jaką stanowiły rodzina i małżeństwo. Nazistowskie stowarzyszenia młodzieżowe rościły sobie coraz szersze prawo do wychowywania młodych ludzi, zachęcano do donoszenia na najbliższych członków rodziny, za pomocą kursów dla matek, opiekunek, położnych, polityki małżeńskiej itd. narodowosocjalistyczny reżim wywierał znaczący wpływ na prywatną sferę życia obywateli. Nie ulega wątpliwości, że kobiety były bardziej podatne i silniej narażone na tego rodzaju działania. 

Kobiety były również obecne na różnych szczeblach nazistowskiego aparatu terroru. Jako pomocnice sztabowe oraz pomocnice SS odbywały służbę wojenną na terenach okupowanych. Zatrudnione na posterunkach policji i w placówkach SS obsługiwały telefony, dalekopisy i radiostacje. Jako pracownice biurowe grup operacyjnych SS sporządzały raporty o masowych egzekucjach, a jako nadzorczynie SS pilnowały więźniarek osadzonych w żeńskich obozach koncentracyjnych. W Gestapo pracowały jako sekretarki i protokołowały przesłuchania z użyciem tortur. Jako lekarki przeprowadzały eksperymenty na więźniach obozów koncentracyjnych i aktywnie współuczestniczyły w hitlerowskiej kampanii eutanazji. Wiedziały, co dzieje się naprawdę, akceptowały to i wspierały reżim na miarę swoich możliwości. Tymczasem po zakończeniu wojny wiele ze sprawczyń próbowało oczyścić się z odpowiedzialności za własne czyny, kreśląc swój obraz jako „trybika w maszynie” – bezwolnego i bezwzględnie podporządkowanego swoim przełożonym – mężczyznom. To jednak nie do końca prawda: o wiele bardziej na miejscu jest stwierdzenie, że jako „trybiki” z własnej woli utrzymywały w ruchu machinę hitlerowskiego terroru. 

Zakres swobody działania tych z pozoru całkiem zwyczajnych kobiet w czasach narodowosocjalistycznej dyktatury wciąż pozostaje nieznany dla znacznej części ogółu. Sześćdziesiąt lat po zakończeniu wojny nadszedł więc czas, aby zestawić nowe rezultaty badań na temat kobiet w narodowym socjalizmie i tym samym nieco dokładniej niż do tej pory przybliżyć obraz czasów nazizmu. (…)