Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Modlitwy o deszcz

Aktualności

30.09.2022

Odsłonięcie tablicy pamiątkowej poświęconej Adamowi Hollankowi

W piątek 7 października o godz. 11:00 zapraszamy na ul. Górnośląską w Warszawie na odsłonięcie tablicy pamiątkowej poświęconej Adamowi Hollankowi, autorowi książki "Plaża w Europie" oraz pierwszemu redaktorowi naczelnemu "Fantastyki".

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Żony Konstancina Ewelina Ślotała
  2. Arabskie opowieści. Historie prawdziwe Tanya Valko
  3. Gra w ludzi Eva Minge

Modlitwy o deszcz

Dennis Lehane

Rozdział 2.

Obróciłem się na swoim miejscu, zaglądając do restauracji i szukając wzrokiem faceta o kasztanowych włosach. Nie dostrzegłem go przy żadnym stoliku. Nie siedział też, przy barze, o ile mogłem się zorientować.
– Kto mówi? – spytałem.
– Cóż za wzruszająca scena rozstania, Pat. Przez chwilę byłem pewien, że chluśnie ci drinkiem w twarz.
Znał moje imię.
Ponownie się rozejrzałem, szukając wzrokiem kogoś z telefonem komórkowym.
– Masz rację – odparłem. – Krzesło jest wolne. Przyjdź i weź je sobie.
Jego głos miał to samo ciche, monotonne brzmienie jak wtedy, gdy rozmawiał ze mną na patio.
– Ma niewiarygodne usta, ta prawniczka. Niewiarygodne. Nie sądzę, żeby to były implanty. A ty?
– Tak – powiedziałem, rozglądając się po przeciwnej stronie ulicy. – Są ładne. Przyjdź po krzesło.
– I ona cię prosi, Pat – ona prosi ciebie – żebyś wsunął jej kutasa między te wargi, a ty mówisz „nie”? Co z tobą, gejem jesteś?
– Pewnie – odparłem. – Przyjdź i poznęcaj się nade mną. Użyj krzesła.
Wpatrywałem się przez zasłonę deszczu w okna po drugiej stronie ulicy.
– W dodatku zapłaciła rachunek – oznajmił. Jego monotonny głos przypominał szept w ciemnym pokoju. – Zapłaciła rachunek, chciała ci obciągnąć, wygląda na sześć, siedem milionów dolców – sztuczne cycki, fakt, ale niezłe, poza tym nikt nie jest doskonały – a ty uparcie mówisz „nie”. Chylę przed tobą czoła, przyjacielu. Silniejszy z ciebie facet niż ze mnie.
Jakiś mężczyzna w czapce bejsbolowej i z parasolem nad głową zmierzał w moją stronę przez mgiełkę deszczu, przy uchu miał komórkę. Szedł krokiem swobodnym i pewnym.
– Rany – odezwał się głos. – Założę się, że lubi sobie pokrzyczeć. Cały czas, „O Boże!” albo „Mocniej, mocniej!”.
Milczałem. Mężczyzna w czapce bejsbolowej wciąż był zbyt daleko, bym mógł widzieć jego twarz, ale zbliżał się coraz bardziej.
– Mogę być z tobą szczery, Pat? Taka dupa trafia się naprawdę rzadko. Gdybym był na twoim miejscu – wiem, nie jestem, ale gdybym był – czułbym się zobowiązany wrócić do tego mieszkania w Exeter i, będę z tobą szczery, Pat, tak bym ją zerżnął, że krew by jej spływała po udach.
Poczułem za uchem strużkę zimnej wilgoci, która nie miała nic wspólnego z deszczem.
– Naprawdę? – spytałem.
Mężczyzna w czapce bejsbolowej zbliżył się na tyle, bym mógł widzieć, jak poruszają mu się usta.
Facet po drugiej stronie milczał, ale słyszałem w tle zgrzyt biegów jakiejś ciężarówki, bębnienie deszczu o maskę wozu.
– ... i nie mogę tego zrobić, Melvin, jeśli połowę mojej forsy trzymasz za granicą – usłyszałem, kiedy facet w czapce bejsbolowej mnie mijał. Mogłem się przekonać, że jest przynajmniej dwa razy starszy od mężczyzny z patio.
Wstałem i popatrzyłem wzdłuż ulicy.
– Pat – odezwał się facet w telefonie.
– Tak?
– Twoje życie stanie się... – urwał, a ja usłyszałem, jak oddycha.
– Jakie? – spytałem.
Cmoknął.
– Interesujące.
Potem się rozłączył.
Przeskoczyłem przez kutą w żelazie balustradę, która oddzielała patio od chodnika; deszcz padał mi na głowę i na pierś, kiedy tak stałem przez chwilę; ludzie mnie omijali, czasem ktoś potrącił w ramię. Uświadomiłem sobie w końcu, że nic mi to nie da. Ten facet mógł być wszędzie. Mógł nawet dzwonić z sąsiedniego okręgu. Ciężarówka, która zmieniała ze zgrzytem biegi w tle, nie znajdowała się nigdzie w pobliżu, w przeciwnym razie bym ją słyszał gdzieś obok.
Znajdował się jednak dostatecznie blisko, by wiedzieć, kiedy Vanessa mnie opuściła i zadzwonić w ciągu minuty, która upłynęła od tamtej chwili.
A więc nie przebywał w innym okręgu. Był tutaj, w Back Bay. Ale i tak teren poszukiwań był rozległy.
Znów zacząłem spacerować, starając się uchwycić jego sylwetkę, choćby przelotnie. Wystukałem numer Vanessy, a gdy się odezwała, powiedziałem:
– Nie rozłączaj się.
– Okej.
I rozłączyła się.
Zacisnąłem zęby i wcisnąłem redial.
– Vanessa, posłuchaj przez chwilę, proszę cię. Ktoś ci właśnie groził.
– Co?
– Pamiętasz tego faceta na patio? Myślałaś, że to mój znajomy.
– Tak... – odparła wolno; gdzieś w tle zaskowyczał Clarence.
– Zadzwonił do mnie zaraz po twoim odejściu. To ktoś obcy, Vanessa, ale znał moje imię i twój zawód, dał mi też do zrozumienia, że wie, gdzie mieszkasz.
Usłyszałem ten jej chichot wywołany martini.
– Niech zgadnę – musisz tu przyjechać, żeby mnie pilnować? Jezu, Patrick, po co nam takie gierki. Masz ochotę mnie przelecieć, to trzeba było tak powiedzieć w knajpie.
– Nie, Vanessa. Chcę, żebyś na jakiś czas przeprowadziła się do hotelu. Od razu. Przyślij mi rachunek do biura.
Zamiast chichotu rozległ się pogardliwy śmiech.
– Bo jakiś świr wie, gdzie mieszkam?
– Ten facet to nie jest jakiś świr.
Skręciłem w Hereford, ruszyłem w stronę Commonwealth Avenue. Deszcz zelżał, ale wilgotna mgła zgęstniała, zamieniając powietrze w ciepłą zupę.
– Patrick, jestem adwokatem. Zaczekaj... Clarence, leżeć! Leżeć, i to już! Przepraszam – zwróciła się do mnie. – O czym mówiłam? Ach, tak. Wiesz, ilu gwałcicieli, małych socjopatów czy zwykłych wariatów mi groziło, kiedy nie zdołałam uratować ich przed odsiadką?
– Tym razem może być inaczej.
– Wiem od znajomego klawisza w Cedar Junction, że Karl Kroft – którego nie wybroniłam od zarzutu morderstwa pierwszego stopnia i gwałtu z przyzwoleniem – sporządził czarną listę w celi. Jestem na niej. Dosłownie. I zanim...
– Vanessa.
– ...i zanim mu ją zabrali, Patrick, i umieścili drogiego Karla pod całodobową obserwacją, mój przyjaciel klawisz zdążył zobaczyć tę listę. Powiedział, że moje nazwisko znajdowało się na samym początku. Wyprzedziłam eksżonę Karla, którą raz już próbował zabić piłą.
Otarłem grubą warstwę wilgoci z oczu. Żałowałem, że nie mam kapelusza.
– Vanessa, posłuchaj chwilę. Myślę, że to...
– Mieszkam w budynku z całodobową ochroną i dwoma portierami, Patrick. Widziałeś, jak trudno dostać się do środka. Mam sześć zamków przy drzwiach wejściowych i nawet gdyby ktoś zdołał dostać się do moich okien na czternastym piętrze, są nie do sforsowania. Mam gaz łzawiący, Patrick. Mam paralizator. A gdyby to nie pomogło, mam prawdziwą broń. Załadowaną, zawsze w zasięgu ręki.
– Posłuchaj. Ten facet, którego znaleźli w zeszłym tygodniu na mokradłach z odciętymi dłońmi i językiem... to był...
Podniosła głos.
– Jak ktoś zdoła się przez to wszystko przebić, to mnie dorwie, cholera. Na pewno już próbowali.
– Rozumiem, ale...
– Pa, złotko. Powodzenia z tym świrem.
Rozłączyła się, a ja zacisnąłem w pięści telefon, zagłębiając się w pasaż Commonwealth Avenue – długi na półtora kilometra pas zieleni i hebanowców, małych ławeczek i wysokich posągów – biegnący środkiem alei, między wschodnią i zachodnią nitką jezdni.
Warren Martens powiedział, że przyjaciel Milesa Lovella ubierał się jak zamożny luzak. Że miał w sobie coś, co przywodziło na myśl władzę albo przynajmniej kompleks władzy.
Opis pasował w znacznym stopniu do tego faceta na patio.
Wesley Dawe, pomyślałem. Mógł to być Wesley? Wprawdzie był blondynem, ale wzrost i waga z grubsza się zgadzały, a ufarbowanie włosów nie nastręcza szczególnych problemów.
Mój samochód stał cztery przecznice dalej, przy Commonwealth. Deszcz, choć był niezbyt silny, to jednak padał nieustępliwie, a wilgotna para mogła zmienić się w prawdziwą mgłę. Doszedłem do wniosku, że kimkolwiek był ten facet, chciał mnie zdenerwować, dać do zrozumienia, że mnie zna. Zrobił to sam, z własnej woli, albo nasłany przez kogoś. Ja go nie znałem i fakt ten stanowił moją słabość, jemu zaś nadawał pozory wszechwładzy.
Bywałem już niepokojony przez zawodowców – mafiosów, gliniarzy, gwałcicieli, w jednym przypadku nawet przez autentycznych zawodowych zabójców – więc dni, kiedy bezcielesny głos w słuchawce telefonu mógł mnie przestraszyć i przyprawić o suchość ust, dawno już minęły. Kazał mi się jednak zastanawiać i być może o to właśnie chodziło.
Odezwała się moja komórka. Przystanąłem pod rozłożystą koroną drzewa. Zadzwonił po raz drugi. Żadnych lęków ani suchych ust. Tylko nieznacznie przyspieszony puls. Odebrałem w trakcie trzeciego sygnału.
– Halo.
– Cześć, kolego. Gdzie jesteś?
Angie. Mój puls zwolnił.
– Commonwealth Avenue, idę do samochodu. A ty?
– Przed biurowcem na Jeweler’s Exchange.
– Masz ubaw z handlarzem diamentów?
– O, tak. Jest super. Kiedy się do mnie nie dowala, opowiada swoim ochroniarzom dowcipy rasistowskie.
– Niektóre dziewczyny mają szczęście.
– Tak. Pomyślałam sobie, że sprawdzę, co u ciebie. Chciałam ci coś powiedzieć, ale nie mogę sobie przypomnieć, co to było.
– To świetnie.
– Nie, nie, mam to na końcu języka, ale... I tak muszę kończyć, właśnie wychodzi. Oddzwonię, jak sobie przypomnę.
– Super.
– Okej. McGarrett jest na zewnątrz.
Rozłączyła się.
Wyszedłem spod drzewa i zdążyłem zrobić cztery kroki, kiedy widocznie sobie przypomniała, bo moja komórka ponownie zadzwoniła.
– Już sobie przypomniałaś? – spytałem.
– Cześć, Pat – usłyszałem kasztanowowłosego faceta. – Lubisz deszcz?
W mojej piersi pojawiło się nagle drugie serce i zaczęło gwałtownie uderzać.
– Uwielbiam. A ty?
– Zawsze go lubiłem. Pozwól, że spytam – rozmawiałeś ze swoją partnerką?
Stałem pod ogromnym drzewem po południowej stronie pasażu. Wykluczone, by mógł mnie widzieć od północy. Pozostawał wschód, zachód i południe.
– Nie mam partnerki, Wesley.
Spojrzałem ku południu. Chodnik po drugiej stronie był pusty, jeśli nie liczyć młodej kobiety, którą po śliskim betonie ciągnęły trzy wielkie psy.
– Ha! – zawołał. – Szybko, Pat. Niezły jesteś, kolego. Czy po prostu zgadłeś?
Skierowałem wzrok na wschód, w stronę Clarendon Street. Tylko ludzie przechodzący przez ulicę na zielonym świetle, nikt z komórką przy uchu.
– Jedno i drugie, Wesley. Jedno i drugie.
– No cóż, naprawdę jestem z ciebie dumny, Pat.
Obróciłem się bardzo wolno w prawo i przenikając wzrokiem gęstą zasłonę mgły i mżawki, ujrzałem go.
Stał na południowo-wschodnim rogu Dartmouth i Commonwealth. Zakrył górną część ciała przezroczystą kurtką z kapturem. Kiedy nasze oczy się spotkały, uśmiechnął się szeroko i pomachał.
– Teraz mnie widzisz... – powiedział.
Zszedłem z chodnika i samochody, które właśnie ruszyły spod świateł, przemknęły tuż obok mnie. Jakiś karmann omal nie zahaczył o moje kolano, trąbiąc ogłuszająco i skręcając odrobinę w prawo.
– Oj – powiedział Wesley. – Niewiele brakowało. Ostrożnie, Pat. Uważaj.
Ruszyłem skrajem pasażu w stronę Dartmouth, nie odrywając od Wesleya oczu. Cofnął się odruchowo o kilka kroków.
– Znałem raz faceta, którego potrącił samochód – oznajmił i w tym momencie zniknął za rogiem.
Rzuciłem się biegiem i dotarłem do Dartmouth. Samochody zasnuwały spalinami ulicę, deszcz syczał pod kołami. Wesley stał u wylotu alei, która biegła równolegle do Commonwealth Avenue od strony Ogrodu Publicznego aż do Fens, półtora kilometra dalej na zachód.
– Facet się potknął i zderzak wozu walnął go w głowę, kiedy gość się podnosił. Zrobił mu z płata czołowego jajecznicę.
Światło zmieniło się na żółte, co stanowiło pretekst dla ośmiu kierowców na dwóch pasach jezdni, by przyspieszyć i przemknąć przez skrzyżowanie.
Wesley znowu mi pomachał i zniknął w alejce.
– Zawsze uważaj, Pat. Zawsze.
Rzuciłem się przez ulicę w chwili, gdy jakieś volvo skręciło w prawo, w Commonwealth i przecięło mi drogę. Kobieta za kierownicą potrząsnęła głową, patrząc na mnie znacząco, i jechała dalej.
Dotarłem do chodnika i powiedziałem do słuchawki, biegnąc jednocześnie ku wylotowi alejki:
– Wesley, jesteś tam jeszcze, kolego?
– Nie jestem twoim kolegą – wyszeptał.
– A powiedziałeś, że jesteś.
– Kłamałem, Pat.
Dotarłem do alejki i pośliznąłem się na mokrym bruku, uderzając ramieniem o przepełniony kontener ze śmieciami. Z jego wnętrza wyleciała w górę przemoczona papierowa torba, a po stalowej krawędzi przemknął szczur, zeskoczył na chodnik i pomknął przed siebie. Rzucił się za nim kot, przyczajony dotąd pod śmietnikiem i oba zwierzaki pokonały dystans do następnej przecznicy w jakieś sześć sekund. Kot wyglądał na dużego i wrednego, ale i szczurowi nic nie brakowało; zastanawiałem się, kto tak naprawdę kontroluje tę gonitwę. Gdybym miał się założyć, postawiłbym po namyśle na szczura.
– Grałeś kiedyś w Bronco Buster? – wyszeptał Wesley.
– Co? – spytałem, spoglądając w górę, na schody pożarowe, których poobijane żelazne stopnie spływały wodą. Żywego ducha.
– Bronco Buster – wyszeptał Wesley. – To gra. Spróbuj się w to zabawić któregoś wieczoru z Vanessą Moore. Trzeba wejść na kobietę od tyłu, jak pies na sukę. Słuchasz mnie?
– Jasne.
Szedłem środkiem alejki, spoglądając przez mgłę i mżawkę na tylne drzwi zamożnych domów jednorodzinnych, niewielkie garaże i zacienione miejsca, gdzie fasady sąsiadujących ze sobą budynków nie tworzyły jednej linii.
– Masz ją więc od tyłu i wsuwasz jej kutasa, żeby siedział mocno i twardo, tak głęboko, jak tylko dasz radę. Jak głęboko byłoby w twoim przypadku. Pat?
– Jestem Irlandczykiem, Wesley. Domyśl się.
– A więc nie za głęboko – odparł, a jego szept stłumiło gardłowe „ha-ha”.
Wykręciłem głowę do góry, ku drewnianym balkonom wystającym z domów. Spoglądałem przez szczeliny między szczeblami, szukając czegoś, co przypominałoby kształtem stopy.
– Tak czy owak – mówił dalej – jak już jesteście porządnie złączeni, szepczesz jej do ucha imię innej kobiety, a potem trzymasz się jej jak ujeżdżacz koni, aż dziwka zaczyna szaleć.
Dostrzegłem kilka daszków nad ogródkami, ale były zbyt wysoko, by powiedzieć, czy ktoś tam stoi, poza tym schody pożarowe były trudno dostępne.
– Myślisz, że spodobałaby ci się ta gra, Pat?
Obróciłem się powoli o trzysta sześćdziesiąt stopni, pozwalając oczom odrobinę odpocząć. Mój wzrok ślizgał się po okolicy, szukając czegoś szczególnego.
– Pytałem, czy podobałaby ci się ta gra, Pat.
– Nie, Wes.
– Kiepsko. Pat?
– Co, Wes?
– Spójrz jeszcze raz na wschód.
Obróciłem się o sto osiemdziesiąt stopni w prawo i ujrzałem go u przeciwległego wylotu alejki – wysoką sylwetkę o rozmazanych przez mgłę konturach, z niewyraźnym zarysem telefonu przy uchu.
– Co powiesz? – spytał. – Zabawmy się.
Ruszyłem w jego stronę biegiem, on z miejsca rzucił się do ucieczki. Usłyszałem tupot i klaskanie jego butów na mokrym betonie, po chwili się rozłączył.
Nim dotarłem do końca alejki przy Clarendon Street, zniknął. Na chodnikach kłębili się kupujący, turyści i uczniowie szkół średnich. Widziałem mężczyzn w płaszczach przeciwdeszczowych i żółtych kurtkach, przemoczonych do suchej nitki robotników budowlanych. Widziałem opary unoszące się z kratek ściekowych i otulające taksówki, które przejeżdżały obok. Widziałem chłopaka na deskorolce, który stracił równowagę przed parkingiem przy Newbury. Lecz ani śladu Wesleya.
Tylko mgła i deszcz, które pozostawił za sobą.