Strona główna / Biografie, wspomnienia / Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski

Aktualności

18.11.2019

Informacja o zmianie regulaminu

Informujemy, że z dniem 18 listopada 2019 r. ulegają zmianie niektóre postanowienia regulaminu korzystania z księgarni internetowej Prószyński i S-ka.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

Piękny dwudziestoletni. Biografia Marka Hłaski

Andrzej Czyżewski

Rozdział 11. Spadek

Biografia traktowana ściśle jako opis życia i działalności winna kończyć się, w przypadku Marka Hłaski, na nocy z 13 na 14 czerwca 1969 roku. Niespodziewana, nagła śmierć pozostawia jednak tak wiele spraw niedopowiedzianych i niezakończonych, że relacja ta, aby była pełna, musi być uzupełniona próbą wyjaśnienia choćby najważniejszych spraw i działań, przerwanych w momencie śmierci, i tych spraw, wokół których do dziś krąży wiele sprzecznych opinii.
Wiadomość o śmierci Marka Hłaski pojawia się w Polsce w poniedziałek 16 czerwca, w porannych wiadomościach radiowych. Potem pierwszą gazetą, która ją podaje, jest „Express Wieczorny”. Na pierwszej stronie zamieszcza krótką notatkę o treści:

Tajemniczy zgon Marka Hłaski. Bonn, 16.6. W sobotę w Wiesbaden (NRF) w nie wyjaśnionych w pełni okolicznościach zmarł Marek Hłasko. Istnieje podejrzenie, iż popełnił samobójstwo. Zwłoki Hłaski znaleziono w mieszkaniu jego znajomego. Policja nie podaje żadnych bliższych szczegółów dotyczących przyczyny zgonu, wyklucza jednak możliwość odpowiedzialności za jego śmierć innych osób.
Jak wiadomo, Marek Hłasko, autor wielu opowiadań szkalujących Polskę Ludową, zdradził w 1958 r. ojczyznę i zbiegł do Berlina Zachodniego. Przez pewien czas przebywał w Izraelu, a potem w W. Brytanii i NRF.
Następnego dnia podaje tę informację „Życie Warszawy”. Jednak bez końcowego akapitu.
„Express Wieczorny” następnego dnia dalej drąży temat, pisząc:

Zagadkowe okoliczności zgonu Marka Hłaski. Bonn, 17. 6.

Prasa zachodnioniemiecka podaje szczegóły dotyczące tajemniczego zgonu Marka Hłaski. Są one dość zagadkowe. Hłasko zmarł w Wiesbaden, w mieszkaniu zaprzyjaźnionego z nim redaktora telewizji zachodnio-niemieckiej, Bobermina. Po wieczorze spędzonym w Wiesbaden na libacji z okazji podpisania dwóch nowych kontraktów dla telewizji izraelskiej, Hłasko zażył całą fiolkę proszków nasennych. Rano znaleziono go martwego.
Aktorka filmowa Sonia Ziemann, z którą Hłasko ożenił się przed siedmiu laty, przebywająca w czasie wypadku w zach. Berlinie, powiedziała dziennikarzom, że według niej, Marek Hłasko używający stale środków nasennych, po spożyciu wielkiej, być może ilości alkoholu, po prostu machinalnie zażył cały posiadany przy sobie zapas proszków. Hłasko również w 1964 r. zażył nadmierną ilość środków nasennych. Wówczas jednak udało się go odratować.
Według informacji prasy NRF, Marek Hłasko w ostatnich okresach podlegał silnym depresjom psychicznym.

Prasa nie tylko europejska, ale światowa, podaje wiadomość o tej śmierci bez tak uszczypliwych komentarzy. Nie pisze się jednoznacznie o samobójstwie. Jest za to mowa, że zmarł wybitny i znany pisarz. W takim tonie piszą londyńskie „Wiadomości” i „Kurier Polski” w Buenos Aires. Pisze „New York Times” i „Time”. Obszerniej wypowiada się prasa niemiecka: „Frankfurter Allgemeine Zeitung”, „Die Welt”, „Kölner Stadt-Anzeiger” i „Wiesbadener Kurier”. Gazety powtarzają policyjny komunikat, że wykluczony jest udział osób trzecich, a przyczyną śmierci jest prawdopodobnie przypadkowe przedawkowanie środków nasennych połączone z alkoholem.
Matkę wiadomość zastaje na wsi, w Stoczku. Pobyt tam Maria Hłasko traktuje jak ucieczkę od hałaśliwej codzienności Warszawy, nie wsłuchuje się więc od samego rana w dzienniki radiowe. Stara się odnaleźć trochę spokoju w doglądaniu swojego małego gospodarstwa. Ktoś z jej przyjaciół dysponujący samochodem zjawia się tam już w poniedziałek, przywożąc tragiczną wiadomość. Wczesnym popołudniem zapłakana Maria Hłasko jest już w domu w Warszawie. Czekają na nią jej siostry i telegramy, pierwszy od Sonji, następny od Janusza Pileckiego z wiadomością o dacie pogrzebu i zakupieniu dla niej biletu lotniczego. Pogrzeb ma być w piątek. Ale czy możliwe będzie załatwienie na czas paszportu i pozostałych formalności?
We wtorek od rana zbity tłum w Pałacu Mostowskich, w Stołecznej Komendzie Milicji, gdzie wydaje się paszporty. Sytuacja wydaje się beznadziejna, jednak po paru godzinach oczekiwania, w wyniku jakiejś nierozpoznanej do końca interwencji, matka Marka uzyskuje paszport i możliwość wyjazdu na pogrzeb syna.
Jedzie do obcego jej kraju sama, nie znając języka. Jedzie na pogrzeb swojego ukochanego i wytęsknionego synka. Jedzie targana wątpliwościami; dlaczego? jaka była przyczyna? Czy to rzeczywiście samobójstwo, czy zawsze przeczuwany przez nią kryzys zdrowotny, atak serca, zawał?
Pytanie, czy było to samobójstwo, wraca wielokrotnie przy wspominaniu losów Hłaski. Mówiło się o tajemniczej śmierci. Samobójstwo sugerowała wyraźnie polska prasa, insynuując, że tylko taki może być koniec życia emigranta i zdrajcy. Matka zawsze energicznie temu zaprzeczała. Pierwsza informacja prasowa, cytowana wyżej notatka w „Expressie Wieczornym”, zabolała i wzburzyła ją do tego stopnia, że bezpośrednio po powrocie z pogrzebu w Wiesbaden napisała list do naczelnego redaktora tej gazety.

W dniu śmierci Syna mego, śp. Marka Hłasko w Expressie Wieczornym ukazała się notatka, z której wynikało, że syn mój „zdradził Ojczyznę”.
Ze śmiercią Syna mego straciłam wszystko. Był moim jedynym synem. Moim obowiązkiem jako matki jest chronić pamięć mego dziecka. Dziś już tylko to mogę dla niego zrobić. To jest moim prawem, z tego prawa nie zrezygnuję i z całą mocą protestuję przeciw temu zarzutowi.
Nie mam potrzeby tu, na tym miejscu definiować, co to jest zdrada. Wszyscy o tym wiemy. Postawiony mu został bezpodstawnie najcięższy zarzut jaki może spotkać człowieka. Ktoś nieodpowiedzialny nadużył słów, a słowa pisane mają większą wagę niż słowa mówione i należy je dobrze wyważyć, zanim je się użyje.
Tysiące ludzi czytało te słowa. Tysiące ludzi w nie uwierzyło. Tysiące ludzi ma prawo patrzeć na mnie, jak na matkę zdrajcy. Jak żyć dalej z takim piętnem i z takim ciężarem?

Przyznać trzeba, że redaktor naczelny „Expressu Wieczornego” Zbigniew Sołuba na list ten odpowiedział.

Szanowna Pani!
Po przyjeździe z zagranicy zastałem na swoim biurku Pani list. Rozumiem Panią, iż dotknął ją boleśnie zwrot zawarty w notatce zamieszczonej w naszej gazecie po śmierci Pani syna. Bardzo mi z tego powodu przykro. Notatka z tego rodzaju zwrotem – co chciałbym wyjaśnić – nie była naszą własną informacją. Otrzymaliśmy ją z agencji prasowej. Kierując się tym właśnie, by nie ranić uczuć najbliższych Zmarłemu osób pozostałych tu w kraju – redakcja nasza usunęła następnie notatkę w takiej wersji, jaka ukazała się w jednym tylko, o stosunkowo małym nakładzie wydaniu „Expressu”. W wielotysięcznym nakładzie gazety wiadomości tej nie było w przykrym dla Pani sformułowaniu.
Pragnę Panią jeszcze raz zapewnić, iż jest nam bardzo nieprzyjemnie, iż w ciężkiej dla Pani chwili staliśmy się przyczyną dodatkowego odczucia bólu.
Niemniej przeto wybaczy Pani, że do niej muszę – w odpowiedzi na Jej list – stwierdzić to, że nie jesteśmy w stanie podjąć się rehabilitacji pamięci Syna.
Z wyrazami szacunku
Redaktor Naczelny
/ Zbigniew Sołuba/
W domowym archiwum Marii Hłasko zachowały się obydwie wersje notatki, która ukazała się w „Expressie” w dniu 16 czerwca. Jakie były proporcje ilościowe nakładów, w których każdą z tych wersji opublikowano, trudno jest w tej chwili stwierdzić. Nie można więc dociec, w jakiej mierze redaktor Sołuba wyraził szczere ubolewanie, a w jakiej posłużył się dyplomatycznym wykrętem. Fakt pozostaje faktem, że w dniu śmierci Marek Hłasko w swoim rodzinnym mieście został nazwany zdrajcą ojczyzny i zbiegiem.
Ci, którzy dobrze go znali, wykluczali samobójstwo. Zofia Hertz, po wielu latach, w rozmowie z Izą Chruślińską, zanotowanej w książce Była raz „Kultura”, wspomina:

…Przeżyliśmy ją [śmierć Hłaski] bardzo, ale ani przez moment nie wierzyliśmy w samobójstwo. Marek dużo pił, a na dodatek zażywał garściami różne lekarstwa, mimo że nic mu nie dolegało. Jego pasją było testowanie na sobie wszystkich lekarstw, jakie pojawiały się w zasięgu jego ręki. Kiedyś odwiedził nas przyjaciel Jerzego, Zdzisław Miłoszewski, chory na serce. Akurat wtedy Marek mieszkał u nas. Kiedy zobaczył, że Miłoszewski zażywa lekarstwo na serce, usiłował w niego wmówić, że on też jest poważnie chory, źle się czuje i pomogłoby mu, gdyby Miłoszewski dał mu swoje lekarstwo. A gdy ten odmówił, poszedł do pobliskiej apteki, gdzie udawał atak serca, próbując wyłudzić od aptekarza lekarstwo bez recepty. Na szczęście, aptekarz poznał się na tym i dał mu aspirynę, po której Marek natychmiast „ozdrowiał”.

Leopold Tyrmand w wydrukowanym w „Kulturze” paryskiej wspomnieniu pisał:

…Potem przyjechała jedna Polka z Los Angeles i opowiadała, że jej zdaniem on popełnił samobójstwo, bo gryzły go wyrzuty sumienia, że nie uratował Krzyśka Komedy od śmierci, bo razem pili wódkę, kiedy Komeda tak fatalnie upadł i uderzył się w głowę, i Hłasko, jak podobno miał sobie wyrzucać, zamiast go zatargać za tę skaleczoną głowę do szpitala, jeszcze snuł się z nim na jakichś spacerach po pijacku. To wydaje mi się nie przekonywujące, nie dlatego, że sumienie i wyrzuty to bajka, bo Hłasko był wrażliwszy na sumieniu od wielu znanych mi jako subtelni, przepastni, rozedrgani, wibrujący, czego nawet dowodzić nie trzeba, i na pewno układał sobie różne konfiguracje koszmarów na ten temat w bezsenności. […]
Nie, samobójstwo, ani zapaść przez gołdę, oderwana szajba, czy nawet najprecyzyjniejsze diagnozy psychoanalityczne mnie jakoś nie trafiają do przekonania. Trzeba go było znać, oczko miał na siebie uważne, zanim zażył, długo oglądał Seconal pod światło, czy nie uda się go podzielić na pół. A wódka? Ci, którzy robią z jego picia wielkie eschatologie, to są ci sami co o wszystkim w życiu wiedzą połowę. I to zawsze tę mniej ważną.

Wykluczali samobójstwo jego znajomi i przyjaciele z Izraela. Jerzy Press, który oczekiwał Marka w Tel Awiwie, bardzo dobitnie przy każdej okazji stwierdza, że właśnie w tym momencie, gdy miał pieniądze, kiedy otwierały się perspektywy pracy i zarobków, gdy wreszcie jechał do ukochanej przez siebie kobiety, kupił poprzedniego dnia bilet lotniczy, zawiadomił, że przyjedzie, samobójstwo byłoby zupełnie bez powodu i bez sensu. To miał być po długiej niepewności najpiękniejszy dzień w jego życiu.
Czy całkowita pewność jest w końcu najważniejsza? Czy ta świadomość może coś zmienić? W przypadku Marka Hłaski naprawdę nie ma to istotnego znaczenia. Jego matka i wszyscy dobrze go znający samobójstwo wykluczali. Można jednak stwierdzić, że cały jego tryb życia, nerwowość, niecierpliwość, gwałtowne emocje, tłumiona proszkami bezsenność, niepewność przyszłości, alkohol, niepokój, niedbanie o siebie, był czymś w rodzaju samobójstwa, tyle że rozłożonego w czasie. A do tych wszystkich napięć i zmęczenia doszła gorąca, duszna czerwcowa noc, gdy nawet ludzie zupełnie zdrowi mają kłopoty z niespokojnym sercem i z zaśnięciem.
Jest jeszcze jedna rzecz nie do końca wyjaśniona. Maria Hłasko w brudnopisie listu do adwokata i notariusza, u którego spisała umowę z Sonją, a następnie chciała ją unieważnić, napisała:
Zrobiłam dużo głupstw. Zniszczyłam ostatni list mego syna znaleziony w jego osobistych rzeczach, do kobiety którą kochał. Zrobiłam to ja, matka, bo stała przy mnie Sonja i zalewała się łzami. Chciałam, żeby nie pozostał ślad Jego miłości do innej kobiety.

Matka była przekonana, że niszczy list do tej drugiej, do Esther. Ale dlaczego on, zamierzając do niej jechać, mając kupiony bilet lotniczy, wiedząc, że wkrótce się z nią zobaczy, decydowałby się na pisanie listu, który, nawet wysłany w sobotę rano, nie zdążyłby go wyprzedzić? Po co? I dlaczego Sonji tak szczególnie miałoby zależeć na zniszczeniu śladu miłości Marka do innej kobiety? Nie była już formalnie żoną, a o miłości Marka do Esther wiedziała nie tylko ona.
Nasuwa tu się inne wytłumaczenie – że list był do Sonji. Żyjąc przez ostatnie kilka tygodni w stanie niezdecydowania i rozdarcia między dwiema kobietami, podjąwszy ostatecznie decyzję powrotu do Izraela i odejścia tym samym od Sonji – a raczej niewracania do niej; nie chcąc mówić jej o tym przez telefon, zdecydował się napisać. W momencie otrzymania listu przez Sonję sam byłby już w bezpiecznej odległości, w Izraelu. List, tak czy inaczej, był pisany po angielsku, bo i z Esther, i z Sonją korespondował w tym języku. W nagłówku mogło nie być imienia. Marek prawie zawsze tytułował listy: kotku, kochanie. Maria Hłasko angielskiego zupełnie nie znała, w obecności Sonji w list nawet głębiej nie zajrzała. Sonja zaś natychmiast mogła zorientować się, że list jest do niej. I to tłumaczy fakt, że zależało jej na jego zniszczeniu. Burzył bowiem legendę o zamierzonym powrocie do niej po sukcesach wspólnej pracy i po pojednaniu w Izraelu. Dlaczego Sonja wcześniej tego listu nie zniszczyła? Bo nie miała okazji. Wszystkie rzeczy osobiste Marka, znalezione przy nim, znajdowały się na policji. Zostały wydane dopiero jego matce, po ustaleniu, że jest ona jedyną spadkobierczynią syna. Wersja, że był to list do Sonji, wydaje się więc najbardziej prawdopodobna.
Niestety, jest jeszcze jedna sprawa z tym listem związana. Spontaniczne działanie matki, chcącej, aby nie pozostał ślad miłości jej syna do innej kobiety. Dlaczego? Czyżby na nic poszły starania Marka, aby szczerze opisać matce, dlaczego małżeństwo z Sonją się rozpadło, dlaczego nie mógł tak dłużej żyć? To były naprawdę szczere i przekonujące listy, takie jak do matki w zaufaniu powinno się pisać. Czy rzeczywiście Maria Hłasko nie potrafiła zrozumieć swojego syna?
W tych środowiskach, które w każdej sprawie dopatrują się skomplikowanych intryg i spisków, krążyła też uporczywie opowieść, że śmierć Marka Hłaski nie była ani samobójstwem, ani śmiercią naturalną. Że został znaleziony wcale nie w domu, w łóżku, lecz był wyrzucony przez okno, a całą sprawę później zatuszowano i sprokurowano wersję oficjalną. Można by tę opowieść uznać za możliwą i prawdopodobną, gdyby zdarzyła się w Sofii, Budapeszcie, Pradze czy Belgradzie. Ale stało się to w Niemczech Zachodnich, w czynszowym budynku mieszkalnym, w gęsto zabudowanym osiedlu. Kto zdołałby ukryć i zatuszować zdarzenie, które z okien, w krótką, jasną noc czerwcową, mogłoby widzieć wielu świadków? Kto wreszcie w tamtym kraju byłby zainteresowany osłanianiem sił, które takiej zbrodni miałyby dokonać?
Chcąc zebrać jak najwięcej informacji na ten temat, zwróciłem się do policji w Wiesbaden z prośbą o udostępnienie protokołu policyjnego dotyczącego śmierci Marka Hłaski. Otrzymałem odpowiedź, że akt już nie ma, zostały zniszczone wskutek przedawnienia. Zachowano by je tylko wtedy, gdyby sprawa była bardziej skomplikowana, przekraczająca zakres rutynowych czynności policyjnych. Można więc z całą pewnością stwierdzić, że wersja morderstwa politycznego nie jest prawdopodobna i udowodnić się nie da.
Nieoczekiwana śmierć kogoś, dla kogo pisanie było głównym celem życia, budzi zainteresowanie, czy pozostały jakieś niewydane albo nieukończone utwory. Nagły wyjazd z Kalifornii, pozostawienie tam swoich osobistych rzeczy tak jak przy wyjeździe na wakacje, wcześniejsze opowieści o różnych rozpoczętych utworach – wszystko to skłaniało do przypuszczeń i chaotycznych działań, których celem miało być zabezpieczenie hipotetycznej spuścizny literackiej pisarza. Trzeba założyć, że większość tych działań prowadzona była w dobrej wierze. Ale nie da się nie zauważyć, że powstało przy tej okazji wiele kolejnych legend i mitów, że najhałaśliwiej zachowywali się ci, których można by podejrzewać o własny interes, że wreszcie sporą część energii zużyto na wzajemne oszczerstwa.
Powstała legenda, uporczywie wracająca do dziś, że pozostawione w rękopisach utwory, w tym co najmniej jedna zakończona książka pt. Małpy, różne notatki i szkice, zostały w całości zniszczone, razem z samochodem Marka, gdzie złożono wszystkie jego osobiste rzeczy. A miało się to stać wskutek karygodnej lekkomyślności dwóch dziewczyn, którym Marek, wyjeżdżając, powierzył opiekę nad swoimi rzeczami. Opowiadali o tym przyznający się do współautorstwa niektórych z tych zaginionych utworów. Powtarzały to w dobrej wierze osoby prawdziwie zainteresowane twórczością Hłaski. Rozprzestrzeniali te plotki również dalsi znajomi Marka, chcąc w ten sposób oczernić tych, którzy byli blisko pisarza w ostatnim okresie jego pobytu w Kalifornii.
Aby jednoznacznie ustalić kwestię spuścizny literackiej po Hłasce, trzeba przyjąć za punkt wyjścia fakt, na który mało kto zwraca uwagę. Marek Hłasko przez cały czas swojego pobytu za granicą nie był pisarzem, który musiał szukać wydawcy. Odwrotnie. To wydawcy nagabywali jego, aby wreszcie oddał im coś do druku.
W języku polskim stałym wydawcą Hłaski był Instytut Literacki w Paryżu. A nawet gdy dwa ostatnie utwory Hłaski (Sowa, córka piekarza i Nawrócony w Jaffie) nie podobały się Redaktorowi Giedroyciowi, to Hłasko nie napotkał trudności w wydaniu ich przez londyńskie środowiska emigracyjne. Instytut Literacki czekał na przesłanie jakiegoś tekstu, zapłaciwszy za niego z góry. Pisze o tym Jerzy Giedroyc w liście do Marii Hłasko, już w jakiś czas po śmierci pisarza:

Rzeczywiście przed półtora rokiem wydaliśmy systemem fotograficznym dwie książki Marka Hłaski „Cmentarze. Następny do raju” oraz „Opowiadania” w nakładzie 1000 egzemplarzy każda książka.
Za książki te nie przewidywaliśmy honorarium gdyż na rok przed śmiercią Marek Hłasko otrzymał od nas kilka zaliczek w wysokości około 3.000 franków na rachunek książki, którą miał dla nas przygotować i której nigdyśmy nie otrzymali.
Wydawca niemiecki, firma Kiepenheuer & Witsch, mająca prawa do utworów Hłaski, również do tłumaczeń na inne języki niż niemiecki, też cały czas czekała na możliwość wydania jakichś utworów, z góry bowiem za nie zapłaciła, dosyłając Hłasce do Los Angeles liczne zaliczki. Także w Stanach Zjednoczonych miał już wyrobione nazwisko; już w roku 1959 wyszły tam, przychylnie przyjęte, jego książki. Wszystko to ma o tyle znaczenie, że stwarzało sytuację, w której Marek mógł każdy utwór literacki, który ukończył, natychmiast publikować i musiało mu, ze względu na pieniądze, na tym zależeć. Na pewno więc nie pozostawił „w szufladzie” skończonych, gotowych do druku utworów. To co uważał za gotowe, zabrał ze sobą. Była to jedyna „amerykańska” krótka powieść, wydana później w Polsce pod tytułem Palcie ryż każdego dnia, której on w trakcie pisania nadawał różne tytuły. Jeszcze więc raz trzeba stwierdzić – gdyby miał coś ukończonego, zabrałby ze sobą.
Ale to można sobie spokojnie uświadomić dopiero teraz. Bezpośrednio po śmierci Marka Hłaski znajdujący się na miejscu, w Kalifornii, nie tyle przyjaciele, ile zainteresowani nim znajomi rozpoczęli szeroko zakrojoną akcję „ratowania” jego spuścizny. Zamiar tego ratowania został rozgłoszony na cały prawie świat. Listy krążyły pomiędzy Los Angeles, Nowym Jorkiem, Paryżem, Niemcami i Londynem. Kopie tej korespondencji otrzymywała zszokowana śmiercią syna i zupełnie zdezorientowana matka. Przyjmując za dobrą monetę każdą deklarację o przyjaźni z Markiem, nie była w stanie informacji tych wtedy weryfikować. A nie pamiętała zapewne, co o głównym organizatorze tej akcji pisał do niej Marek jeszcze w 1967 roku.

To bydlę, o którym Ci pisałem, dostanie ode mnie po mordzie we właściwym czasie i we właściwym miejscu. Na przyszłość, jak ktoś będzie się Ciebie pytać o mnie, najlepiej kieruj tych wszystkich wszarzy z ich pytaniami wprost do mnie. Już ja im tak wytłumaczę, że im odejdzie ochota do rozmów ze mną na zawsze. Zresztą, jak pamiętasz, już jako dziecko potrafiłem być bardzo nieprzyjemny. […]
Człowiek ten uchodzi tu za bardzo niebezpiecznego; jak się okazuje, narobił w Polsce jakichś długów, z których nie jest w stanie się wypłacić, naobiecywał i w związku z tym proszę Cię: zapomnij o nim. Zresztą jest to figura zbyt mierna, aby dłużej się tym zajmować. To wszystko zresztą mój błąd. Ale czy mogłem przewidzieć, że człowiek sześćdziesięcioletni zachowywać się będzie jak dziecko, uwodzić cudze żony, obiecywać niestworzone rzeczy?

O drugim z aktywnych organizatorów, też podającym się za bliskiego przyjaciela, sam Marek nie pisał nic, ale z relacji innych wynika, że uważał go za grafomana i nie chciał odbierać jego telefonów. Niestety, zdezorientowana matka pisarza dawała wiarę i ulegała panicznym opiniom; nie tych co trzeba uważała za przyjaciół, a do osób, które w istocie przyczyniły się do zachowania pozostałych po Marku papierów, słała obraźliwe listy.
Z zachowanych relacji i korespondencji, jak i rezultatów wizyty Marii Hłasko w 1970 roku w Kalifornii można odtworzyć najbardziej prawdopodobną wersję zdarzeń. Wyjeżdżając w pośpiechu, Marek pozostawił swoje rzeczy pod opieką mieszkającej w sąsiednim domu, zaprzyjaźnionej z nim polskiej aktorki Teresy Watras i jej znajomej, według relacji innych znajomych, byłej przyjaciółki Marka, też Polki. Dziewczyny zszokowane wiadomością o jego nagłej śmierci miały na tyle przytomności umysłu, że odmówiły wydania czegokolwiek zgłaszającym się w pośpiechu, a niedokładnie znanym im osobom. Czekały na jakieś rozstrzygnięcia prawne i ustalenie osób mających prawo do spadku. Oczywiście, chroniąc rzeczy przed nieznajomymi, natychmiast naraziły się na opinię „idiotek” i „złodziejek”. Opinie te dotarły również i do matki Marka.
Z chwilą ustalenia, że osobą upoważnioną przez władze stanu Kalifornia do likwidacji spraw związanych ze spadkiem po Marku jest adwokat Kaplan (ten sam, który prowadził Marka sprawę rozwodową i korespondencję z wydawcami), zrobiono rzecz jedynie słuszną, to znaczy jemu przekazano wszystkie rzeczy zmarłego. W ślad za tym poszły w świat informacje, że został on na pewno podkupiony przez Sonję i że wspólnie z nią zmarnują te materiały. Dopiero później się okazało, że były to zwykłe pomówienia.
Tu trzeba znów wrócić do wydarzeń czerwca 1969 roku. Maria Hłasko, otrzymawszy paszport, odebrawszy przesłany jej bilet lotniczy, po nerwowej bieganinie po Warszawie, aby załatwić wszystko w porę, aby kupić lub pożyczyć odpowiedni na pogrzeb strój, znajduje się sama w Wiesbaden. Czeka na nią zarezerwowany przez Sonję hotel. Czeka też była synowa.
To jest pierwsze spotkanie matki pisarza i jego byłej żony. W roku 1957, w trakcie kręcenia Ósmego dnia tygodnia, charakter znajomości i ukrywanie zażyłości pomiędzy Markiem i Sonją nie upoważniały w żadnym stopniu do zapraszania jej do domu i przedstawiania matce. Marek znał ponadto stosunek matki do Niemiec i Niemców. Poza tym film kręcony był przeważnie we Wrocławiu. Sonja w Warszawie przebywała krótko. Była korespondencja – Sonja po ślubie wszystkie swoje listy rozpoczynała zwrotem „Kochana mamo”. Przez pewien czas, gdy Marek przestał do matki pisać, robiła to Sonja. To ona przesyłała też życzenia świąteczne i paczuszki z prezentami. Korespondencyjnie więc wzajemne relacje były dobre. Niewiele wiadomo o bliższych szczegółach tego pierwszego bezpośredniego spotkania. Okoliczności były nadzwyczajne i zbyt tragiczne. Sama Maria Hłasko przyznawała, że Sonja starała się otoczyć ją gościnnością i serdecznością. Zapisywała to potem na karb jej aktorstwa i chęci jak najlepszego odegrania roli zmartwionej synowej i wdowy.
Znaleźli się też w Wiesbaden Polacy. Janusz von Pilecki – tłumacz Marka na język niemiecki, zaprzyjaźniony z Sonją, oraz znający Marka od dawna Jan Rojewski i Piotr Guzy, którzy na pogrzeb przyjechali z Monachium, gdzie stale mieszkali. Oni w następnych dniach sprawili, że Maria Hłasko nie czuła się zupełnie osamotniona, mogąc odezwać się do kogoś po polsku.
Pogrzeb odbył się w piątek, 20 czerwca 1969 roku, o godzinie piętnastej na Cmentarzu Południowym w Wiesbaden. Jeszcze tydzień wcześniej Maria Hłasko była na wsi u siebie, w ulubionym krajobrazie szukając spokoju i wypoczynku, czekając na kolejną wiadomość od syna, na propozycję kolejnego z nim spotkania, co obiecywał w ostatniej kartce. Teraz, gwałtownie przeniesiona do kraju, który uważa za wrogi, otoczona mową, której nienawidzi, stoi nad grobem swojego syna. Wydaje się to koszmarnym snem. Jest tylko jedna rzecz, która daje jej coś w rodzaju pociechy. Pisze o tym po kilku dniach w kartce do pozostałej w Polsce siostry, Teresy Czyżewskiej:

Wiesbaden, 25 VI. Reniu Najdroższa! Dopiero tu, na obcej ziemi, ja, matka dowiedziałam się kim był Marek. Tu był traktowany jak wielkość. Na tej manifestacji, którą nazywamy pogrzebem widziałam prawdziwą rozpacz obcych ludzi. Do dziś składane są kwiaty na jego grobie. […] Jest mnóstwo spraw do załatwienia dla mnie. Jeszcze z milicji nie odebrane jego rzeczy. Przedłużam wizę. Nie martw się o mnie. Marysia.

I dopisek Sonji:

Liebe Grüsse Sonja.

Pogrzeb był bardzo uroczysty, wybrano piękne miejsce na starym przypominającym park cmentarzu, liczne wieńce, mnóstwo kwiatów, reporterzy, kronika filmowa, która uwieczniła tragiczną scenę, gdy Maria Hłasko gwałtownie pochyla się nad otwartym grobem, drżącymi rękami rozsupłując mały woreczek z ziemią przywiezioną ze Stoczka, z Polski.
Później mnóstwo spraw do załatwienia, do załatwienia w atmosferze pośpiechu, bo nie wiadomo, czy jeszcze i kiedy będzie można do Wiesbaden przyjechać. Uzyskanie stwierdzenia o prawie do spadku, podjęcie z policji osobistych rzeczy Marka, wreszcie, z inicjatywy Sonji, uregulowanie spraw związanych ze spadkowymi prawami autorskimi.
Pogrzeb odbył się 20 czerwca, a już we wtorek 24 czerwca, po dwudniowych prawie rozmowach i negocjacjach z udziałem sprowadzonego z Frankfurtu notariusza i adwokata, Maria Hłasko podpisuje umowę, ustanawiającą spółkę Marsonni, w której głównym udziałowcem jest Sonja Ziemann, zarządcą praw autorskich do wszystkich znanych i nieznanych utworów Marka Hłaski. Umowa sformułowana według wzoru w takich przypadkach stosowanego cedowała na tę spółkę zarządzanie całością praw do twórczości pisarza, w zamian za 20 procent dochodów płynących z tych praw. Osiemdziesiąt procent miała otrzymywać Maria Hłasko. Ponieważ w momencie spisywania umowy aktualny bilans rozliczeń z tytułu sprzedaży praw autorskich był trudny do ustalenia, a jedyną pewną wielkością było ujemne saldo tych rozliczeń u Kiepenheuera, Sonja zaproponowała, że zaliczkowo, przez okres trzech lat, będzie miesięcznie płacić matce Marka niewielką jak na zachodnie stosunki, a sporą na polskie warunki kwotę, co najmniej sto dolarów miesięcznie. Po tym okresie zostanie ustalony dalszy tryb postępowania, zależnie od stanu interesów.
Zawarta umowa, założywszy, że realizowano by ją zgodnie z jej treścią, była dla Marii Hłasko korzystna. Innych możliwości załatwienia tej sprawy w tamtym okresie właściwie nie miała.
Nieszczęśliwym trafem następnego dnia po podpisaniu umowy docierają do Marii Hłasko „przyjaciele” syna. Znany jej z korespondencji i być może z Warszawy Jan Rojewski i Piotr Guzy, pisarz, debiutujący równocześnie z Markiem w Almanachu Literackim, który też wyemigrował z Polski. Obaj panowie, zupełnie bezinteresownie nieznoszący Sonji, równie bezinteresownie zaczęli przekonywać Marię Hłasko, że Sonja ją oszukała, że wydarła jej spuściznę po Marku, że nieprawdą są informacje o jego długach, przeciwnie, Sonja była mu winna wielkie pieniądze, że na to wszystko mają dowody. Takich dowodów nie mieli i mieć nie mogli, a wszystkie te zarzuty oparte były wyłącznie na domysłach i pomówieniach.
Zupełnie zdezorientowana matka pisarza wierzy bezkrytycznie Rojewskiemu i Guzemu, nie wiedząc na przykład, że Marek już dawno zerwał jakiekolwiek stosunki z Rojewskim, w listach wyrażał się o nim bardzo źle, a z Guzym też w ogóle się nie kontaktował. Rojewski zapytany później przez adwokata Sonji, jakie dowody ma na poparcie swoich twierdzeń, zgodnie z prawdą odpowiedział, że żadnych. Tak więc po raz kolejny i ostatni losy tym razem spuścizny Hłaski zależały od wpływów i rad tego człowieka. Rad, które okazały się bardzo szkodliwe.
Do całej tej sprawy włącza się wieloletni współpracownik wydawnictwa Kiepenheuer & Witsch, Wilhelm Moll. Przekraczając daleko swoje uprawnienia, przy pomocy polskich znajomych Marka przekonuje matkę Hłaski, że jej syn nie ma w wydawnictwie żadnego zadłużenia, że Sonja kłamie, że właśnie Sonja winna była mu znaczne kwoty. Niestety, Maria Hłasko nie wie, że ten sam Wilhelm Moll podpisany jest pod szczegółowym rozliczeniem, które wydawnictwo K&W przesłało Hłasce w końcu 1968 roku do Kalifornii. Rozliczenie to wykazywało zadłużenie pisarza na kwotę około 44 tysięcy marek. I to rozliczenie było bezsporne. Nie wie też, że Moll albo zamierza rozstać się ze swoim macierzystym wydawnictwem, albo jest już w trakcie zrywania z nim współpracy. Wierzy całkowicie człowiekowi, który okazuje jej wylewną serdeczność, zwracając się do niej per „matko”, obiecując nazwać swojego przyszłego syna imieniem Marek. Obiecuje wydać wszystko to, co ewentualnie znajduje się w pozostawionych przez Marka papierach. Obiecuje też z tego tytułu znaczne zyski.
W rezultacie Maria Hłasko, zawierzywszy tym sugestiom i bezinteresownie szkodliwym i naiwnym pomówieniom, robi to, co najgorsze. Bez próby porozumienia się z Sonją i wyjaśnienia swoich wątpliwości, przy pomocy podsuniętej jej kancelarii adwokackiej, występuje ze stwierdzeniem, że umowę zawartą z byłą synową uważa za nieważną, gdyż została oszukana i wprowadzona w błąd. Nie miejsce tu na szczegółowe relacjonowanie tych działań, wystarczy stwierdzić, że Sonja poczuła się głęboko dotknięta, a notariusz, który umowę z Sonją spisywał, poczuł się też urażony w swoim zawodowym honorze. To wszystko stało się przyczyną sporu z Sonją trwającego do końca życia Marii Hłasko. Sporu zupełnie niepotrzebnego, szkodliwego dla obu stron, ale co gorsza, blokującego w znacznym stopniu możliwość rozpowszechniania utworów Marka Hłaski. Rezultatem tego sporu będzie też wytoczony Marii Hłasko proces sądowy o naruszenie umowy i praw autorskich, który niewątpliwie przyczynił się do pogorszenia jej stanu zdrowia. Proces udało mi się zakończyć dopiero trzy lata po jej śmierci.
(…)