Strona główna / Literatura faktu, historia / 13 po 13. Subiektywny remanent kina

Aktualności

22.11.2019

Drzewo od Davida Attenborough w Warszawie

22 listopada na kampusie Szkoły Głównej Gospodarstwa Wiejskiego przy ul. Nowoursynowskiej 166 został posadzony mamutowiec olbrzymi, będący prezentem od Sir Davida Attenborough oraz jego przyjaciół: Sebastiana Koseckiego, Magdaleny Zaleskiej oraz wydawnictwa Prószyński i S-ka.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Pokrzyk Katarzyna Puzyńska
  2. Cukiernia Pod Amorem. Jedna z nas Małgorzata Gutowska-Adamczyk
  3. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski

Fotogaleria

więcej »

13 po 13. Subiektywny remanent kina

Lech Kurpiewski, Robert Ziębiński

Rozdział X. TWARDZIELE W AKCJI
13 filmów o herosach z żelaza…

1. Szklana pułapka (Die Hard)
Reż. John McTiernan. Wyk. Bruce Willis, Alan Rickman, Bonnie Bedelia, Paul Gleason. USA 1988
RZ: Zacznijmy od klasyki: „Jam częścią tej siły, która wiecznie zła pragnąc, wiecznie dobro czyni”. Tak oto, jak wiesz, pisał…
LK: Goethe… Rany, a mnie się wydawało, że będziemy rozmawiać nie o Fauście, ale o Szklanej pułapce.
RZ: Spokojnie, wszystko jest jak trzeba. Już tłumaczę… No bo jeśli coś sprawia, że film akcji, w którym co chwila pada jakiś trup i ciągle ktoś przeklina, staje się jednym z największych hitów świątecznych nieustannie pokazywanym przez różne telewizje w Boże Narodzenie, to musiała w tym wszystkim namieszać rączka Rogatego. A że w sumie wszystko obróciło się na korzyść tak świąt, jak i filmu, Goethe pasuje tu jak ulał. Zło, pragnąc zła, dobro czyni…
LK: Nie widzę tu wprawdzie żadnych flaszeczek i buteleczek, mimo to zapytam cię tak, jak w Vabanku Moks pytał Nutę: „Chłopie, z czego ty żyjesz?”.
RZ: Widzę, że moje „szatańskie” wytłumaczenie popularności Szklanej pułapki jakoś ci nie leży, może więc spodoba ci się inne, takie w duchu ekumenicznego pojednania.
LK: Zaczynam się bać…
RZ: A nie odnosisz czasem wrażenia, że ten film nie jest niczym innym jak wariacją na temat starej dobrej Opowieści wigilijnej? Mamy motyw świąt teraźniejszych, czyli Bruce Willis, gliniarz z Nowego Jorku, przyjeżdża do żony odnoszącej sukcesy w Los Angeles. Życie im się nie układa, teraźniejszość jest fatalna, a na domiar złego pojawia się duch przeszłości, bo nasz bohater nagle odkrywa, że żona używa w LA swojego panieńskiego nazwiska.
LK: A duch przyszłości?
RZ: No, terroryści, którzy przejmują Nakatomi Plaza. Są siłą niszczącą, tylko od Willisa zależy, czy jemu i żonie jeszcze kiedykolwiek w przyszłości uda się spędzić święta razem.
LK: Naciągnięte to trochę jak moje ścięgno Achillesa po skoku przez kałużę. A nie wydaje ci się, że Szklana pułapka stała się przebojem, bo miała po prostu niezły scenariusz, dynamiczną i spektakularną akcję, no i przede wszystkim charyzmatycznego odtwórcę głównej postaci? Przecież gdyby nie Willis, tego filmu tak naprawdę by nie było. Widzowie kupili tego aktora niemal od razu. Pewnie dlatego, że jego McClane bardzo się różnił od innych bohaterów kina akcji tamtego czasu, zwłaszcza od mięśniaków w rodzaju Stallone’a czy Schwarzeneggera. McClane wprawdzie także zabijał, ale nigdy nie był maszyną do zabijania. Poza tym nie strugał chojraka i z własnej woli nie pchał palca między drzwi. Nigdy jednak, gdy trzeba było, nie cofał się przed niebezpieczeństwem, bo jako stróż prawa czuł się w obowiązku działać. Dlatego biegał boso po szkle, gdy inni wcinali świątecznego indyka.
RZ: A wiesz, że niewiele brakowało, aby w filmie główną rolę zagrał Frank Sinatra? Scenariusz Szklanej pułapki powstał na podstawie powieści Rodericka Thorpa Nothing Lasts Forever, będącej kontynuacją jego bestsellerowego Detektywa, którego ekranizacja odniosła w 1968 roku wielki sukces kasowy. W tej ekranizacji tytułową postać kreował właśnie Sinatra. Tyle że błękitnooki odmówił wystąpienia w jej kontynuacji.
LK: Za mało pieniędzy mu oferowano czy był już za stary?
RZ: Raczej o jakąś ponurą traumę związaną z Detektywem chodziło. Sinatra nigdy dobrze nie wspominał tego filmu. To na jego planie podjął decyzję o rozwodzie z Mią Farrow, który zakończył się skandalem. Farrow o mało co nie wylądowała w wariatkowie, od niego zaś odsunęli się znajomi. Kwasu tam było co niemiara. I tym sposobem projekt filmu, który miał powstać w 1979 roku, wylądował na półce na blisko dekadę. Zresztą, co zabawne, nie tylko Sinatra omal nie sprzątnął Willisowi roli, która uczyniła z niego ikonę współczesnego kina akcji. Zanim scenariusz trafił do Bruce’a, czytał go Stallone, Gibson, Gere, Ford, a nawet sam gubernator Arnold. Wszyscy skrypt odrzucili.
LK: Na szczęście. Wyobrażasz sobie Stalonne’a, który jako McClane gania po wieżowcu i woła do siebie: „Myśl, do cholery, myśl!”. Przecież po takiej odzywce Sly’a wszyscy w kinie pospadaliby z krzeseł.
RZ: A ulubioną scenę masz?
LK: Nawet parę. Jedna z nich to ta, kiedy McClane próbuje włożyć buty ściągnięte z zabitego terrorysty, ale okazują się za małe. Mówi wtedy: „Tyle terrorystów na świecie, a mnie się trafił ze stopami małej dziewczynki”. Zabawna jest też scena w studiu telewizyjnym, gdzie jeden z dyskutantów mówi coś o syndromie helsińskim, a komentator z pewną siebie miną dopowiada: „To w Szwecji”.
RZ: Ja lubię scenę, która nie wiem, czy trafiła tam przez przypadek, czy to zamierzony żart twórców. Gdy ekipa superkomandosów pierwszy raz próbuje odbić Nakatomi z rąk terrorystów, przedziera się przez krzaki dzikiej róży rosnące dookoła budynku. No i co robi jeden z naszych twardzieli? Ano haczy ręką o kolec, krzyczy „auć!” i przykłada paluszek do ust. To, moim zdaniem, kwintesencja zawartej w tym filmie ironii oraz subtelna oznaka dystansu twórców do swego dzieła.

2. W samo południe (High Noon)
Reż. Fred Zinnemann. Wyk. Gary Cooper, Grace Kelly, Thomas Mitchell, Lloyd Bridges. USA 1952
Kto jest najbardziej eleganckim i najbardziej dystyngowanym twardzielem w historii westernu? Oczywiście Gary Cooper jako szeryf Kane, bohater W samo południe. To, rzec można, szeryf jak z żurnala, zapięty na ostatni guzik i prosty jak świeca (no ale czy może być inaczej, jeśli ktoś ma kręgosłup moralny nietknięty najmniejszą nawet skoliozą?). Najciekawsze jednak, że Kane nie jest przy tym postacią z papieru, lecz człowiekiem z krwi i kości. To w dużej mierze zasługa samego Coopera, jak i reżysera Zinnemanna. W samo południe uchodzi dziś za klasyka westernu, ale jest to przecież film, który zapoczątkował dekonstrukcję tego najbardziej chyba skodyfikowanego z hollywoodzkich gatunków. Nie mówiąc już o tym, że fabuła posiada też jakby drugie dno. Opowieść o szeryfie stającym do samotnej walki z czterema bandytami jest bowiem nie tylko trzymającą w napięciu historią z Dzikiego Zachodu i moralitetem o walce dobra ze złem. To także studium zbiorowego strachu i zakamuflowany obraz Stanów Zjednoczonych początku lat 50. ubiegłego wieku, kiedy to komisja senatora McCarthy’ego wszędzie tropiła wrogów Ameryki. Film jest bardzo starannie dopracowany formalnie: podziw budzi zwłaszcza jego precyzyjny montaż oraz spójna konstrukcja oparta na klasycznej jedności czasu (czas ekranowy jest tutaj tożsamy z rzeczywistym), miejsca i akcji. Do historii kina – obok przewodniego motywu muzycznego autorstwa Dimitri Tiomkina – przeszła zwłaszcza jedna scena. Ta końcowa, kiedy Kane po swoim zwycięstwie (fakt, że odniesionym z niewielką pomocą małżonki, która strzeliła jednemu ze zbirów w plecy, co było dość znaczącym odstępstwem od zasad westernowego savoir-vivre’u) ze wzgardą rzuca odznakę szeryfa na ziemię. Wprost pod nogi mieszkańców miasteczka, dla których dobra podjął walkę, a którzy opuścili go w potrzebie. Ów gest gorzkiego rozczarowania misją i ludźmi znalazł potem wśród filmowych stróżów prawa legion naśladowców (był wśród nich choćby Brudny Harry), i nie tylko w kinie amerykańskim. Warto też przypomnieć, że szeryf Kane wspierał przemiany polityczne w Polsce. W roku 1989 podczas historycznych wyborów do Sejmu z plakatów nawoływał Polaków do głosowania na kandydatów Solidarności. I znów wygrał. Lubię go za to jeszcze bardziej.
(lk)

3. Zabójstwo (The Killing)
Reż. Stanley Kubrick. Wyk. Sterling Hayden, Coleen Gray, Vince Edwards, Jay C. Flippen. USA 1956
Magazyn „Variety” nazwał ten film jednym z pięćdziesięciu najlepszych kryminałów w historii gatunku. Zabójstwo opowiada historię starzejącego się przestępcy Johnny’ego Claya (świetny Sterling Hayden), który przygotowuje się do ostatniego skoku. Pieniądze z napadu mają zagwarantować mu spokojne życie. Niestety, jak to w takich przypadkach bywa – idealny plan bierze w łeb, a prosta robota zamienia się w koszmar.
Oparty na powieści Lionela White’a film Kubricka byłby zapewne kolejnym sprawnie nakręconym czarnym kryminałem, gdyby reżyser nie postanowił poeksperymentować z nowatorskim montażem. Kamera wyczynia z obrazem cuda, a historia opowiadana jest z różnych perspektyw. I do tego dochodzi jeszcze puenta – słynna scena z lotniskiem i walizką do dziś budzi dreszcz emocji.
Znany ze swojego ekscentryzmu Kubrick wielokrotnie podkreś­lał, iż Zabójstwo było tak naprawdę jego pierwszym autorskim filmem. Dopiero tutaj, a nie we wcześniejszym, Killer’s Kiss, udało mu się stworzyć dzieło zamknięte i doskonałe. Trudno się z nim w tej kwestii nie zgodzić. Za stosunkowo małe pieniądze (budżet zamykał się w 300 tysiącach dolarów) późniejszy twórca Lśnienia stworzył majstersztyk kina noir. I to dość przewrotny, bo skoncentrowany nie tyle na akcji i pokazywaniu skoku, ile jego konsekwencjach. Poszatkowana narracja omija sam napad, a pokazuje, jak w rzeczywistości odnajduje się główny bohater, który jest twardzielem w bogartowskim stylu. I tak jak większość postaci granych przez Bogarta, jest skazany na porażkę.
Fatalizm tej opowieści to wielka zasługa scenarzysty filmu, znakomitego pisarza Jima Thompsona (postać niestety wciąż w Polsce nieznana). W 1996 roku Tarantino wraz z Robertem Rodriguezem w Od zmierzchu do świtu oddali hołd pisarzowi, wplatając w fabułę filmu wątki z jego powieści Ucieczka gangstera (sfilmowanej przez Sama Peckinpaha). Mało kto zdaje sobie z tego sprawę, ale miejsce, do którego uciekał grany przez Clooneya bohater, El Ray, to wymyślona przez Thompsona kraina, w której przestępcy ukrywali się przed policją. Ale to początek zupełnie innej opowieści.
(rz)

4. Zbieg z Alcatraz (Point Blank)
Reż. John Boorman. Wyk. Lee Marvin, Angie Dickinson, John Vernon.
USA 1967
Ten film narodził się przy okazji Parszywej dwunastki. Na planie kręconego w Londynie jednego z najlepszych filmów wojennych wszech czasów spotkali się Lee Marvin i zaczynający wówczas karierę brytyjski reżyser John Boorman (który asystował na planie). Połączyła ich wspólna niechęć do scenariusza Zbiega z Alcatraz. Ponoć wszystko w nim było nie tak poza jednym – postacią głównego bohatera. Marvin zapragnął zagrać Walkera, zdradzonego twardziela, który mści się na kumplach, Boorman zaś zobaczył w nim postać, która może otworzyć mu drzwi do amerykańskiej kariery. Panowie rozpoczęli więc pracę nad przerabianiem skryptu, który ku ich zaskoczeniu uzyskał akceptację wytwórni MGM. Ku zaskoczeniu, bo Zbieg z Alcatraz jak na lata 60. był opowieścią niezwykle brutalną i mocną. Walker po skończonej robocie zostaje oszukany przez żonę i kumpla. Postrzelony, okradziony i zostawiony na pewną śmierć, jednak przeżywa i postanawia zabić wszystkich, który zabrali jego pieniądze. Zbieg z Alcatraz powstał na motywach tej samej powieści, na której podstawie Mel Gibson lata później zrealizuje znacznie słabszą Godzinę zemsty. U Boormana Walker to zimny wyrachowany drań, który zrobi wszystko, aby odzyskać kasę. Będzie nawet w stanie zawrzeć pakt z diabłem. Po pierwszych pokazach filmu część producentów ponoć zażądała poprawek i innego montażu, ale szefowa studia stwierdziła, że jeśli ktoś będzie chciał coś zmieniać, to tylko po jej trupie. I prawie tę decyzję przypłaciła głową. Zbieg… bowiem okazał się wielką finansową klapą. Ale odniósł za to artystyczny triumf. Zimny, mroczny, depresyjny czarny kryminał nie tylko unieśmiertelnił Marvina, ale też rozpoczął w kinie gatunkowym modę na niezwykle stonowane, chłodne zdjęcia oraz narrację balansującą na pograniczu jawy i snu. Bo wszystko tu jest rozmyte, niewyraźne. Niby oglądamy, jak bohater ściga swoich dłużników, ale gdzieś w tyle głowy kołacze myśl – on nie żyje, zabili go, a to są jego rojenia. W powieści bohater przeżył i stał się kluczową postacią całej serii. Tu tak naprawdę nigdy się tego nie dowiemy. I bardzo dobrze, bo to właśnie ta niepewność czyni ten film arcydziełem.
(rz)

5. W kręgu zła (Le cercle rouge)
Reż. Jean-Pierre Melville. Wyk. Alain Delon, Gian Maria Volonte,
Yves Montand, André Bourvil. Francja, Włochy 1970
To najlepsze dzieło genialnego filmowego samouka, Francuza od młodych lat zafascynowanego kinem amerykańskim, zwłaszcza gangsterskim filmem noir. Ma ono w sobie wszystko, co stanowi o charakterze pisma autora Samuraja i Gliny, zwanego niekiedy reżyserem nocy. Jest tu więc sensacyjna akcja – w centrum Paryża dwaj kryminaliści oraz jeden rzadko trzeźwiejący ekspolicjant napadają na sklep jubilera – o której opowieść nie wiadomo kiedy zmienia się w przypowieść. O przeznaczeniu, przed którym nie można uciec, a także o świecie, gdzie wszyscy są winni i gdzie jedynie pewne są męska przyjaźń i honor. Mamy tu chłodne zamglone zdjęcia wielkiego miasta, klimaty jak ze złego snu i jest dużo hipnotycznej ciszy. Na przykład trwająca 26 minut sekwencja rabunku biżuterii obywa się bez jednego nawet słowa, a mimo to, mając w sobie coś z intrygującego układu choreograficznego, cały czas trzyma widza w napięciu. Są tu też wspaniałe kreacje aktorskie na czele ze świetnym, „niekomediowym” Bourvilem w roli nieustępliwego inspektora policji (aktor po raz pierwszy przy okazji tego właśnie filmu kazał przed swoim nazwiskiem na tzw. liście płac dopisać i imię André). Komisarz Mattei w ujęciu Bourvila to chyba zresztą największy w tej historii twardziel, bo wykonując swoje obowiązki, musi się cały czas mierzyć nie tylko z przestępcami, ale też z poczuciem przyzwoitości, której resztki w nim jeszcze drzemią. Innym charakterniakiem jest grany przez Montanda Jansen, który, by wykonać mistrzowski strzał wyłączający system alarmowy, musi najpierw pokonać siebie i swój alkoholizm. A Delon i Volonte grają facetów twardych z zasady. Niektórzy uważają, że W kręgu zła to ostatni wielki film gangsterski w wydaniu klasycznym. Chyba słusznie.
(lk)

6. Brudny Harry (Dirty Harry)
Reż. Don Siegel. Wyk. Clint Eastwood, Reni Santoni, Andrew Robinson, John Vernon. USA 1971
Inspektor Callahan, nie bez powodu zwany Brudnym Harrym, strzela, zabija bandytę i poprawia sobie krawat. Takie ma zasady. A charakter jeszcze gorszy. Znajomy policjant mówi o nim: „Nikomu nie jest życzliwy. Nienawidzi angoli, katoli, mośków, makaroniarzy, białasów, żółtków. Wszystkich”. Ale tak naprawdę to jest tylko poza. Callahan bowiem przede wszystkim nienawidzi złych ludzi. Gdy przełożony go zapyta, jak ich rozpoznaje, powie: „Kiedy nagi koleś goni kobietę z nożem i fiutem na wierzchu, to chyba nie zbiera datków na Czerwony Krzyż”. Callahan jest zresztą wrogiem nie tylko przestępców, ale też systemu, w tym sądowniczej biurokracji, która mnożąc przepisy, traci z oczu to, co można by nazwać elementarnym poczuciem sprawiedliwości. W jego mniemaniu prawo, które bardziej się troszczy o bandziora niż o jego ofiarę, jest do niczego. Dlatego Callahan często je nagina do swoich potrzeb, co na początku lat 70. ubiegłego wieku od razu uczyniło go postacią kultową. Zwłaszcza wśród Amerykanów, którzy po zabójstwie Martina Luthera Kinga i Roberta Kennedy’ego nagle poczuli się niezbyt pewnie w swoim kraju. Brudny Harry wychodził niejako naprzeciw ich frustracjom. Był właściwym bohaterem, który pojawił się w kinie we właściwym czasie.
Zasady Callahana, sprowadzające się do tezy, że „strzelanie jest w porządku, o ile zabijani są ci właściwi”, nie wszystkim jednak przypadły do gustu. Niektórzy krytycy oskarżali film o moralny kryptofaszyzm i swoiste „odchylenie prawicowe”. Ten drugi zarzut wyraźnie nawiązywał do politycznych sympatii grającego tytułową postać Eastwooda, który od niepamiętnych lat jest zwolennikiem republikanów. Aktor polemizował z tymi oskarżeniami, twierdząc, że jako artysta jest lojalny nie wobec partii, lecz prawdy.
Wbrew kontrowersjom Brudny Harry, gdzie inspektor Callahan pojawił się na ekranie po raz pierwszy – ściga tu psychopatycznego mordercę, zabijającego przypadkowych ludzi, by wymusić okup od władz San Francisco – okazał się wielkim kasowym przebojem, który wykreował Eastwooda na supergwiazdę. Pozycję aktora przypieczętowały kolejne części serii z Brudnym Harrym w roli głównej, czyli Siła magnum, Strażnik prawa, Nagłe zderzenie i Pula śmierci. Filmy te otworzyły zupełnie nowy rozdział w amerykańskim kinie sensacyjnym. Rozdział, w którym trudno odróżnić dobro od zła, podobnie jak policjanta od bandyty czy gangstera. To nowe zapowiadał już zresztą plakat do Brudnego Harry’ego, gdzie obok zdjęć dwóch postaci widniał napis: „Brudny Harry i szaleniec morderca. Harry to ten z odznaką”. Cudne.
(lk)

(…)