Strona główna / Literatura polska / Mama, smoczek!

Aktualności

27.04.2021

Spotkanie online z Tanyą Valko

We wtorek 27 kwietnia o godz. 19:30 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Tanyą Valko, autorką książki "Arabska Żydówka".

Wywiady

11.03.2021

Między losem a przeznaczeniem - wywiad z Jodi Picoult

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Jodi Picoult. Z autorką "Księgi Dwóch Dróg" rozmawiała Ewa Cieślik z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

16.04.2021

Agata Komosa-Styczeń gościem Dzień Dobry TVN

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Agatą Komosą-Styczeń, autorką książki "Taterniczki. Miejsce kobiet jest na szczycie".

Bestsellery

TOP 20

  1. Tytus, Romek i A'Tomek /kolekcja 25 ksiąg/ Henryk Jerzy Chmielewski
  2. Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć Violetta Ozminkowski
  3. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach

Fotogaleria

więcej »

Mama, smoczek!

Magda Fres

ZANIM NASTAŁO LATO

7 maja, czwartek

Eh,
nie mam siły pisać, ale ciągnie mnie do biurka. Rumpel śpi. Biurko ustawiłam pod oknem, żeby mieć widok na las. Jest świeżo zielony.
Wczoraj, pierwszy raz od roku, rozmawiałam przez telefon z Krzysią – promotorką mojej pracy doktorskiej. Powiedziałam, że nie czuję, że jestem matką, bo dziewięć miesięcy ciąży nie wystarczy, żeby z dnia na dzień nią się stać. Jeszcze miesiąc po porodzie tuliłam Rumpelka przy karmieniu, głaskałam po puchatej główce i mówiłam: „To JA jestem twoją mamusią…”, na wypadek gdyby tego jeszcze nie wiedział i przyczepiał się do maminej piersi wiedziony tylko instynktem. W szkole rodzenia moja przyjaciółka Anka opowiadała mi, że wpadła jej w ręce kiedyś książeczka dla matek w połogu, po rosyjsku, wydana jeszcze za króla Ćwieczka, w czasach ZSRR. Tam czarno na białym było napisane, że dziecko samo wybiera sobie rodziców jeszcze przed poczęciem. Chciałam upewnić Rumpelka, że dobrze trafił.
Zwierzyłam się też Krzysi, że kiedy patrzę na inne matki, spacerujące z wózkami po osiedlowych alejkach, nie czuję, żeby cokolwiek mnie z nimi łączyło. Czy naprawdę wyglądam jak one: maszerująca z wózkiem dzień w dzień bez względu na pogodę, pomiędzy karmieniami, zahaczając o sklepy z żywnością ekologiczną?
Bo wydaje mi się, że jestem jedyną matką na świecie. Że moja więź z synem jest wyjątkowa. Że tworzymy osobny gatunek.
Krzysia powiedziała, że mam natychmiast wstać, usiąść przy biurku i to wszystko zapisać. Że mój sporadycznie tworzony blog, który jest jedynie zapisem małych form literackich, nie wystarczy, by przekazać innym, na czym polega moje doświadczenie macierzyństwa. Powiedziała: Małgosiu, marsz do biurka!
Mówisz i masz, Krzysiu.

8 maja, piątek

Moim pierwszym dzieckiem była Lena. Nigdy nie dowiedziałam się, jakiej była płci, ale im dłużej i uważniej wsłuchuję się w siebie, tym bardziej jestem pewna, że to była dziewczynka.
Zapragnęłam jej jeszcze jesienią. Leżałam wieczorem, próbując zasnąć, i poczułam – tak właśnie było, poczułam to, a nie pomyślałam – że chciałabym mieć dziecko, że Krzysztof jest wspaniałym mężczyzną, że byłby dobrym ojcem, że ja byłabym dobrą matką, że moglibyśmy stworzyć dziecku świat pełen miłości, dobra i piękna.
Zaskoczyło mnie to uczucie.
Usiadłam na łóżku, serce waliło mi jak młotem pneumatycznym, ale podjęłam już decyzję. Zastanawiałam się tylko, czego pragnie Krzysztof. Do tej pory nie chcieliśmy dzieci. Jeżeli teraz powiem mu, że zmieniłam zdanie, to może być koniec naszego związku…
Postanowiłam więc poczekać na sygnał z jego strony. Nie trwało to długo, bo zaraz po Bożym Narodzeniu powiedział ni stąd, ni zowąd: „Żonko, ja chcę mieć bejbika”.
Trzy tygodnie później byłam już w ciąży. Miałam też nierozpoznaną depresję, zespół wypalenia zawodowego, syndrom stresu pourazowego, a do tego zapalenie pęcherza i straszną grypę. Na grypę i wysoką gorączkę wzięłam ibuprom, bo tylko to było w domu. Nie wiedziałam, że już jestem w ciąży i że ibuprom działa poronnie.
Tydzień po chorobie zrobiłam sobie test ciążowy. Zostawiłam go w łazience na pralce i wróciłam do łóżka. Krzysztof nie mógł się doczekać, aż miną trzy minuty, i wystartował jak z procy, a ja za nim. Potknęłam się o własne nogi i runęłam na podłogę jak długa. Nie wiedziałam wtedy, że wskutek tego upadku w mojej macicy zrobi się krwiak, który doprowadzi do odklejenia się kosmówki. Nie wiedziałam, że kosmówka dostarcza płodowi tlen i bez niej płód się udusi.
Tym bardziej byłam zaskoczona, kiedy zaczęłam krwawić. Przez ostatnie dwa tygodnie byłam już na zwolnieniu lekarskim od psychiatry. Zaczęłam terapię. Byłam pewna, że jak odetnę się od źródła stresu, to trauma zniknie. Że ciąża da mi siłę na przetrwanie wszystkiego.
Nie wiedziałam, że to ja powinnam własną siłę przekazać dziecku, a nie czerpać ją od niego. Nie miałam szans donosić tej ciąży, bo mój organizm był zbyt słaby. A ja wierzyłam, że wystarczy miłość…
Z namaszczeniem kolekcjonowałam zdjęcia USG. Kiedy leżałam w szpitalu, na patologii ciąży, najpierw było lepiej. Dzwoniłam do Krzysztofa, pękając z dumy: „Bejbik ma już dwa i pół centymetra!”. Krzysztof puszył się: „Ale bykol!”. Śmialiśmy się, pewni, że wszystko będzie dobrze, trzeba tylko przetrwać najtrudniejsze momenty.
Ale nie było.

Od tego czasu minął ponad rok. Oto, co wtedy napisałam:

12 lutego, wtorek

Pierwszą poznałam zaraz po przyjściu do szpitala. Kiedy weszłam do sali, ona już tam była. Przy łóżku siedziała jej koleżanka Beata, kierowniczka ze sklepu spożywczego. Grały w karty. Przywitałam się powściągliwie i wybrałam łóżko najbliżej okna. W sali było zimno, a przez nieszczelne okno wdzierał się wiatr.
Beata wyszła po jakiejś pół godzinie, Pierwsza szybko zasnęła, chociaż była dopiero siódma wieczorem. Strasznie chrapała.
W szpitalu czas płynie zupełnie inaczej.
Słuchałam radia przez moją komórkę. Program I nadawał audycję o Zbigniewie Herbercie i jego żonie. Słuchałam z przejęciem.
W nocy moje łóżko tak strasznie skrzypiało, że budziłam się za każdym razem, kiedy się przewracałam.
Rano przeniesiono nas do sąsiedniej cieplejszej sali, gdzie był telewizor. Pierwsza szybko wkradła się w moje łaski, opowiadając okraszone dużą dawką humoru niestworzone historie o dwójce swoich dzieci.
Okazało się, że przez dwa lata chodziłyśmy do tej samej podstawówki, tylko do równoległych klas. Teraz mieszkamy na dwóch końcach miasta i gdyby nie szpital, nigdy nie spotkałybyśmy się. Potem się okazało, że kiedyś, służbowo, przyszłam do sklepu, w którym pracowała. Obie pamiętałyśmy powód, dla którego przyszłam, ale siebie nawzajem już nie.
Pierwsza dużo się przeciągała, jeszcze więcej mówiła o jedzeniu. Była naprawdę piękną kobietą (co ja mówię, nadal jest) w typie Nigelli Lawson. Opowiadała na przykład, że kiedy ugotuje krupnik na kilogramie skrzydełek, to zanim poda zupę rodzinie, siada sobie przy stole w kuchni i wyjada te wszystkie skrzydełka.
Miała zwyczaj podjadania w nocy. Budziła się i szła do lodówki, najadała się, po czym wracała do łóżka szczęśliwa i syta. Kiedyś zrobiła zupę pomidorową i po obiedzie została jeszcze jedna porcja, którą przezornie schowała. Mąż wrócił w nocy z pracy, zajrzał do lodówki, ucieszył się, że żona zostawiła mu zupę. Dwie godziny później Pierwsza wstała i podążyła do kuchni. Kiedy zobaczyła, że ktoś jej wyjadł zupę, zrobiła taką awanturę, że do dziś ją pamięta.
Kiedy przychodził mój mąż, przynosił mi sok z żurawin albo coś innego, siadał na stołku przy łóżku i mówił: „Małgosiu, żono, jaka ty jesteś piękna”. Pierwsza najpierw pochrząkiwała, a potem otwarcie zanosiła się głośnym śmiechem, bo twierdziła, że jeżeli ktoś – tak jak ja – ma przyklapniętą fryzurę, pryszcza na czole, opryszczkę na ustach, jest bez makijażu, w piżamie ze świnką (zresztą najładniejszej na oddziale) – to po prostu nie może być piękny. I mój mąż jest albo ślepy, albo zaślepiony miłością.
Ale najlepsze było to, że gdy na obiad podawano kapustę kiszoną z kminkiem, to robiłyśmy konkurs pierdzenia. I Pierwsza zawsze wygrywała.

14 lutego, czwartek

Druga pojawiła się w naszej sali późnym wieczorem, mniej więcej w połowie filmu z serii Okruchy życia. Położyła się na wolnym łóżku, którego żadna z nas nie wybrała, bo kółka miały zepsute hamulce i łóżko żyło własnym życiem.
Zaimponowała nam tym, że pod jedno z kółek położyła zakrętkę od słoika, całkowicie rozwiązując problem.
To ponoć stary szpitalny sposób.
Tylko że ja i Pierwsza byłyśmy w szpitalu tylko jako pacjentki, a Druga w nim na co dzień pracowała. Jako salowa. Szybko wtajemniczyła nas w meandry swojej ciężkiej pracy. Od tej pory wiem naprawdę wiele na temat gruntówek (czyli bardzo dokładnego sprzątania sal szpitalnych, łącznie z myciem ścian) oraz o czyszczeniu sal operacyjnych. Wiem też, ile Druga zarabia za tę ciężką pracę – sześćset pięćdziesiąt złotych netto miesięcznie za pełen etat. Przy trójce dzieci w różnym wieku taka praca ma swoje zalety, twierdziła Druga, zwłaszcza nocki, bo można wrócić do domu, zdążyć ugotować obiad, posprzątać, zrobić zakupy, a nawet zdrzemnąć się, zanim dzieciaki wrócą ze szkoły i przedszkola. Posiadanie trójki dzieci w różnym wieku też ma swoje zalety, bo starsze opiekują się młodszym.
Do Drugiej przychodził jej obecny partner życiowy, widać było, że bardzo w niej zakochany. Druga opowiedziała, jak się poznali i jak sekretnie spotykali, kiedy jeszcze żyła ze swoim mężem pijakiem. Otóż spotykali się, kiedy Druga miała w szpitalu nocki, przemycała ukochanego, by pospiesznie kochać się w zapomnianej szpitalnej komórce, palić papierosy i wyznawać sobie miłość.
Pewnego dnia Druga nie wytrzymała („nie zdzierżyłam” – powiedziała) i kiedy jej pijany mąż się awanturował, zadzwoniła po policję i poprosiła, aby zabrali go na izbę wytrzeźwień. Ona w tym czasie, w środku nocy, spakowała wszystkie rzeczy swoje i dzieci i przewiozła je taksówkami do mieszkania swojego ukochanego. Zabrała nawet niewielkie meble i trochę sprzętów kuchennych. Jej wybranek czekał przed klatką schodową, z poświęceniem nosił wszystkie tobołki. Przeprowadziła się do sąsiedniej dzielnicy, więc dzieci nie musiały zmieniać szkoły ani przyjaciół. Od tego czasu żyją we czworo słodko i szczęśliwie.
Często mówiłam Drugiej, że ją podziwiam, bo jest naprawdę bardzo odważną kobietą. Ona odpowiadała, że to normalka, że przecież gdybym ja nie zdzierżyła, to postąpiłabym tak samo.

18 lutego, poniedziałek

Pierwszej i Drugiej polepszyło się w krótkim czasie i zostały wypisane ze szpitala. Pierwsza odwiedziła mnie jeszcze dwa razy. Za każdym razem na pożegnanie całowała mnie w oba policzki i mówiła: „Pozdrów pana ŻONO-JAKA-TY-JESTEŚ-PIĘKNA”.
Wkrótce przyszła Trzecia. Przywieźli ją razem z łóżkiem, nie wiem dlaczego. Była ode mnie dziesięć lat młodsza i odwiedzało ją wielu młodych przyjaciół. Skądś pojawiali się koledzy z liceum i z pracy, sąsiedzi, krewni. Narzeczony przynosił jakąś skomplikowaną grę planszową i grali w nią godzinami. W sali ciągle było tłoczno.
Trzecia pracowała jako menedżer w McDonald’s. Była niewysychającym źródłem informacji na temat tego, co, o jakich porach i w których McDonaldach w mieście można jeść, a czego nie należy. Od tej pory, zbłąkana w podróży, w przydrożnym McDonaldzie kupiłabym owocogurt, ale nigdy, przenigdy nie kupiłabym niczego na nocnej zmianie (dla tych, którzy się boją własnej wyobraźni: frytki są kilkakrotnie podgrzewane, hamburgery fruwają po całej kuchni ku uciesze personelu pracującego bez nadzoru, sałatki są drugiej świeżości itp.).
Trzecia na zawsze zmieniła atmosferę sali. Nie zapomnę nigdy, jak bardzo się zdziwiłam, gdy pewnego dnia przyłapałam ją w łazience na goleniu nóg. Przysięgam, że to prawda.
Najwyraźniej była zupełnie nieobeznana z zasadami pobytu w szpitalu: nóg nie golimy, nie malujemy się, wymieniamy się babskimi gazetkami, a najważniejsze chwile w ciągu dnia to posiłki.
Kiedy Trzecią wypisali, zostałam w sali sama z Kuchnia.tv. Wypiłam cały sok żurawinowy, przeczytałam wszystkie książki i babskie gazetki, przesłuchałam płyty. Wszystko zrobiło się przygnębiające.

22 lutego, piątek

Przez trzy dni byłam trumną.
Pierwszego dnia, niczego nie przeczuwając, podczas porannej toalety przeczesałam dłonią włosy i w lustrze mignął blask hebanu i świeżej politury. Jeszcze raz przejechałam dłonią po włosach dla większej pewności. To, co zobaczyłam, nieodparcie przywodziło na myśl jedną z nowych trumien na wystawie zakładu pogrzebowego w mojej dzielnicy. W oknie wystawowym były trzy: zwykła sosnowa, lekko heblowana, po jej prawej stronie pociągnięta politurą, dostojna, o czerwonawym odcieniu ze złoconymi rogami i wreszcie hebanowa, pięknie błyszcząca, wyściełana białym atłasem, zamocowanym do drewna za pomocą drobnych, srebrnych gwoździków.
Zamknęłam oczy i ponownie spojrzałam w lustro. Czerń i błysk. Wyszłam z łazienki, mocno potrząsając głową na wszystkie strony, próbując odgonić zwidy. Wróciłam do sali i cicho położyłam się na swoim łóżku.
Cały dzień towarzyszyły mi niepokój i nerwowość. Odwiedziła mnie przyjaciółka, przyniosła pasztet ze śliwkami. Kiedy wzięła mnie za rękę, wyczuła napięcie. „To przez te badania jutro – uspokoiła mnie. – Nie przejmuj się tak bardzo, wszystko będzie dobrze”. Odetchnęłam, ale tylko na chwilę. Kiedy wyszła, poczułam, jak powoli i nieubłaganie sztywnieje całe moje ciało.
Wieczorem w lustrze zobaczyłam już wyraźnie heban i politurę. „Nie, nie, nie!” – powiedziałam głośno do lustra. „To niemożliwe, za bardzo się martwię” – dodałam już ciszej.
W nocy niewiele spałam, łóżko zaczęło skrzypieć pod moim ciężarem, bolało mnie całe wnętrze owinięte cienką skórą. Miałam problem z przewróceniem się z boku na bok.
Drugiego dnia rano ominęłam lustro w łazience szerokim łukiem. Przeglądałam się w oczach innych, ale nie mówili nic. Leżałam nieruchomo, czekając, aż pielęgniarka zawoła mnie na badanie. Kiedy w końcu zajrzała do sali, dobitnie wykrzykując moje nazwisko, zwlokłam się z łóżka i z trudem dotarłam do gabinetu USG.
Lekarka wetknęła do mojego wnętrza sondę. Kiedy to robiła, przez chwilę wydawało mi się, że usłyszałam zgrzyt zawiasów otwieranego wieka. Starałam się odczytać z jej twarzy, co zobaczyła na ekranie. Kręciła sondą w tę i we w tę bez słowa. Patrzyłam trochę na kalendarz na ścianie, trochę na sufit, czekając na jej komentarz, ale milczenie przeciągało się. W końcu powiedziała:
– Bardzo mi przykro, ma pani w środku trupka.
– Ale tydzień temu było jeszcze wszystko w porządku! – krzyknęłam i natychmiast zaczęłam płakać.
– Nie może pani tak… – Lekarka spojrzała na mnie wymownie. – Musimy go ze środka wyciągnąć… Rozumie pani? Musimy wyczyścić… – Chwyciła mnie za rękę. – Ja to jutro zrobię. Nie może pani tak zostać… – Kolejne wymowne spojrzenie.
– Dlaczego nie dziś? – zapytałam.
– Bo musi być pani na czczo. A dziś już pani nie jest – powiedziała sucho.
– Mam być trumną do jutra?! – krzyknęłam.
Lekarka westchnęła.
– Chce pani relanium?
Kiwnęłam tylko głową.
Wróciłam do sali, z trudem przebierając drewnianymi nogami. Położyłam się na łóżku, czekając, aż lek zacznie działać. W pierwszym odruchu chciałam pogładzić się po brzuchu, ale pod palcami wyczułam tylko chłód politury i twardość drewna. Relanium zakręciło kurek z łzami.
Trzeciego dnia miałam nadzieję, że szybko zmienią mi postać i przestanę być trumną, może tuż po porannym obchodzie. Czekałam jednak aż do popołudnia, robiło mi się coraz bardziej niedobrze, czułam, że moje atłasowe wnętrze kurczy się w rozpaczliwej próbie pozbycia się martwego ciałka. Kiedy w końcu przypięli mnie pasami i powtykali rurki w różne otwory, zaciągnęłam się mocno powietrzem z maski, a następne, co pamiętam, to zdanie:
– Proszę przejść na swoje łóżko, jest po pani prawej ręce.
Posłusznie wypełniłam polecenie, zwinęłam się na prawym boku w pozycji embrionalnej.
– Nie tak – usłyszałam. – Proszę się położyć na wznak.
Ponownie posłuchałam. Nie mogłam jeszcze otworzyć oczu. Czułam tylko ból po przemianie. Kiedy sięgnęłam pod kołdrę, wyczułam pod dłonią znajomą krągłość ud i bioder, ciepło ciała, aksamit skóry.
Znów byłam pojedyncza.

9 maja, sobota

Czytam te zapiski sprzed roku i mam wrażenie, że dotyczą wydarzeń z zeszłego tygodnia. Ból jest jeszcze świeży.
Lena nie ma grobu. Została wysłana do badań i nie wiem, co się z nią stało. Pewnie została zutylizowana.
Zamówiliśmy za nią mszę (w tak zwanej intencji własnej), na którą przyszły nasze rodziny i przyjaciele. Wszyscy wiedzieli, że to pogrzeb. (O Jezu, ale ze mnie mazgaj, płaczę jeszcze teraz, kiedy to piszę).

10 maja, niedziela

Dopiero znacznie później ze strony poronienie.pl dowiedziałam się, że istnieją podstawy prawne do wydania aktu zgonu dziecka, które nie miało aktu urodzenia. Czyli mogłam domagać się przekazania mi ciała i zrobić pogrzeb.
Do mnie należałoby też nadanie imienia dziecku, wtedy jeszcze nie wiedziałam, że to była córka. Byłam jednak zbyt skamieniała w swoim bólu, żeby walczyć o jakiekolwiek dokumenty.
Lena może i miała tylko dwa i pół centymetra, ale była bardzo przez nas kochana.
Krzysztof wziął zaległy urlop i wyjechaliśmy na tydzień na wieś. Jednego dnia siedzieliśmy na łące przy domu, w pełnym słońcu, piliśmy piwo za piwem, aż całkiem się upiliśmy. To był dobry początek żałoby; przez następne dwa miesiące codziennie płakałam.
Na początku maja obudziłam się i chciało mi się wstać z łóżka. W połowie miesiąca poszliśmy na kontrolną wizytę do mojej ginekolożki. Przejrzała wyniki badań, z których jednoznacznie wynikało, że nic mi nie jest. Zbadała mnie. Powiedziała: „Ma pani teraz owulację, proszę państwa, można się starać”. Pobiegliśmy do domu co tchu i dwa tygodnie później odebrałam wynik testu na obecność gonadotropiny kosmówkowej we krwi – słabo dodatni.
To był początek Rumpelka. Rósł we mnie długo, a ta ciąża była jak podróż w nieznane. (…)