Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Rzeźbiarz

Aktualności

26.04.2021

Spotkanie online z Barbarą Kwintą

W poniedziałek 26 kwietnia o godz. 19:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Barbarą Kwintą, autorką książki "Chwała meksykańskim zakonnicom".

Wywiady

11.03.2021

Między losem a przeznaczeniem - wywiad z Jodi Picoult

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Jodi Picoult. Z autorką "Księgi Dwóch Dróg" rozmawiała Ewa Cieślik z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

23.03.2021

Danuta Awolusi gościem FANBOOK.TV

Zapraszamy do wysłuchania wywiadu z Danutą Awolusi, autorką książki "Nie mówiąc nikomu".

Bestsellery

TOP 20

  1. Tytus, Romek i A'Tomek /kolekcja 25 ksiąg/ Henryk Jerzy Chmielewski
  2. Maria Czubaszek. W coś trzeba nie wierzyć Violetta Ozminkowski
  3. Chorzy ze stresu. Problemy psychosomatyczne Ewa Kempisty-Jeznach

Fotogaleria

więcej »

Rzeźbiarz

Gregory Funaro

Prolog

– Zbudź się ze snu, synu Jupitera!
Tommy Campbell, szybki jak błyskawica skrzydłowy futbolowej drużyny Boston Rebels, otworzył oczy pewien, że zobaczy przed sobą pole punktowe. Słyszał krzyki tłumu – ten znajomy głuchy pomruk, dobiegający z trybun – serce biło mu w oszalałym rytmie, czuł, jak pompuje krew do jego nóg, gdy pędził przed siebie. Tak, był pewien, że złapał piłkę, czuł ten elektryzujący dotyk w palcach i dłoniach, słyszał triumfalny okrzyk: Przyłożenie!
Lecz krzyki kibiców wkrótce ucichły, a kiedy mleczna mgiełka przed oczami Toma zamieniała się w kulę światła, natychmiast zrozumiał, że tylko śnił. Tak, leżał na plecach, na czymś zimnym i twardym jak stal. Czuł się oszołomiony, jakby odurzony narkotykami, a jednocześnie wypełniony energią. Wydawało mu się, że już rozpoznaje ten świetlisty przedmiot, zawieszony nad jego głową.
„Z filmu? Albo ze szpitala. Kiedy operowali mi…”
– Otóż to – rozbrzmiał jakiś głęboki głos po jego prawej ręce. – Wyjdź z kamienia.
– Proszę, panie doktorze, tylko nie kolano – szepnął ochryple Tommy, z trudem wydobywając głos z wyschniętego gardła. – Proszę nie mówić, że to znowu kolano…
Nie usłyszał żadnej odpowiedzi, ale poczuł lekkie ukłucie w przedramieniu. Serce waliło mu jak szalone – jeszcze mocniej niż przed jego debiutanckim meczem na pierwszym roku w Boston College, szybciej niż w czasie pierwszego występu w drużynie Boston Rebels. Ale to było całkiem inne uczucie. Tommy miał wrażenie, że we wnętrzu jego ciała toczy się walka: jedna część próbuje wciągnąć go ponownie w sen, sprawić, by jeszcze raz przeżył te niesamowite chwile z meczu z Dolphins, druga zaś chce przywrócić mu świadomość, nakłonić do powrotu do rzeczywistości – do miejsca, w którym naprawdę teraz przebywał.
– Gdzie ja jestem? – wyszeptał Tommy. Światło nad jego głową było już nieco wyraźniejsze, przyjęło postać białego prostokąta, jakby ekranu zawieszonego metr, może półtora nad jego twarzą, otoczonego nieprzeniknioną ciemnością. Tak, coraz szybciej odzyskiwał przytomność, krew pulsująca w skroniach przywracała sprawność jego zmysłom i odświeżała pamięć.
Popijał piwo na werandzie nad plażą. Wcześniej świętował w Bostonie zwycięstwo swojej drużyny, ale nie zabawił tam zbyt długo – chciał spędzić trochę czasu z rodzicami w Watch Hill w stanie Rhode Island, wkrótce miał bowiem polecieć do Tampy, by przygotowywać się do finału Super Bowl z drużyną Giantsów. Był sam – „Tak, Vicky wyjechała, a mama i tata poszli spać”. Było zimno, blask styczniowego księżyca tańczył na lodowatych wodach Foster Cove – tych samych wodach, w których ulubiony syn Rhode Island pływał niegdyś ze swoim ojcem.
– Tato? – wychrypiał Tommy. – Jesteś tu, tato?
Potem przypomniał sobie osę – „Osa w styczniu?” – cichy syk i kłujący ból, jakby coś ugryzło go w szyję, prosto w żyłę. Tommy Campbell natychmiast poderwał się z miejsca i wyprostował swoje niemal dwumetrowe ciało pewien, że uderzy głową w niski sufit werandy. Nie pamiętał jednak ani uderzenia, ani chwili, gdy upadał na drewnianą podłogę, choć przecież wciąż miał w pamięci znacznie wcześniejszy upadek z meczu z Texansów – ów niesławny upadek, który potem stacje telewizyjne odtwarzały bez końca i który – jak ujęły to te dupki z programów sportowych – kosztował jego drużynę mistrzostwo AFC.
Ale teraz trwał już kolejny sezon, a twardy jak skała dwudziestosześciolatek szybko wrócił do zdrowia. Po kontuzji, która niemal zakończyła jego karierę, Tommy „Soup” Campbell przechwycił rekordową liczbę podań w jednym sezonie. Nieważne, że miał problemy osobiste, że rozstał się z narzeczoną – „Do diabła, w pewnym sensie zawdzięczam to właśnie Vicky!” – liczyło się tylko to, że ukochany skrzydłowy wygrał z przeciwnościami losu, wrócił triumfalnie do NFL i doprowadził swoją drużynę do wielkiego finału. „Do finału, który te same dupki z programów sportowych nazywają już Souper Bowl”.
Ale teraz działo się z nim coś niedobrego. Czuł to w klatce piersiowej, w palcach u nóg i rąk – gwałtowne, bolesne pulsowanie krwi. Tommy próbował rozejrzeć się dokoła, odwrócił się od tego jaśniejącego białego prostokąta, ale coś więziło jego głowę, zaciskało się na jego czole i skroniach, nie pozwalało się poruszyć. Tommy instynktownie próbował sięgnąć do góry i natychmiast uświadomił sobie, że jego ręce także są unieruchomione. Choć nie widział swojej klatki piersiowej, ud ani kostek, nagle poczuł dokuczliwy ucisk także w tych miejscach.
– Tato, jesteś tu? – zawołał ponownie. – Upadłem na werandzie, tak? Podwiesili mnie na wyciągu? – Mówił teraz pełnym, nieco drżącym głosem, wszystkie jego zmysły działały normalnie. Nagle ekran nad jego głową zamigotał i ożył.
Tommy ujrzał posąg, marmurową postać na czarnym tle, która wisiała w ciemności tuż nad jego twarzą. Przedstawiała nagiego mężczyznę – Tommy pomyślał, że to zapewne jakiś grecki bóg, choć nie był tego pewien, nie przypominał sobie, by kiedykolwiek wcześniej go widział. Jednocześnie miał wrażenie, że skądś go zna. Znajoma wydawała mu się nie tyle dziwna poza – biodra wypchnięte lekko do przodu, prawa ręka z miseczką w dłoni uniesiona do toastu – ani kręcone włosy („A może to były winogrona?”) otaczające twarz boga. Nie, chodziło raczej o jego twarz, a właściwie o ciało…
Kiedy jego rozgorączkowany umysł usiłował sobie przypomnieć, zrozumieć, posąg zaczął się obracać wokół własnej osi, jakby stał na płycie gramofonowej. Dopiero teraz Tommy zauważył, że za mężczyzną znajduje się inna postać – jakieś dziecko? – sięgająca mu ledwie do pasa. Dziecko – „Czy to naprawdę dziecko? Dlaczego ma takie dziwne nogi? I stopy?” – trzymało w dłoniach kiść winorośli i uśmiechało się psotnie. Zdawało się, że kryje się za mężczyzną, być może go podpiera.
„Tak!” – pomyślał Tommy – „Ten facet z miseczką wygląda jak pijak, który ledwie trzyma się na nogach!”
Nie wiadomo dlaczego, pośród tych splątanych myśli, pośród oszołomienia i strachu, w umyśle Tommy’ego pojawiły się nagle fragmenty wspomnień ze studenckich balang; z nocy spędzonych z kumplami w Vegas; z tego dętego przyjęcia na Manhattanie, gdzie poznał Vicky…
„Tato od początku jej nie lubił. Pieprzone modelki. Miał rację. Musiało mi chyba całkiem odbić, kiedy się oświadczyłem tej…”
– Otóż to – powtórzył tajemniczy głos. – Otrząśnij się ze snu, synu Jupitera.
Tommy próbował odwrócić głowę, przebić wzrokiem ciemności, lecz wciąż widział jedynie dziwny obraz, wyświetlony na ekranie. Teraz zamiast całej postaci widniało tam zbliżenie głowy posągu. Tak, to winogrona i liście otaczały twarz boga – twarz o zamglonych oczach i rozchylonych lekko ustach.
– Kim jesteś? – zawołał Tommy. – Co ja tutaj robię?
Wpadł w panikę, zaczął się szarpać, gdy obraz przed jego oczami ponownie uległ zmianie. Obserwował bezradnie, jak przesuwa się w dół piersi mężczyzny, po jego nieco wydętym brzuchu, aż na pozbawione włosów krocze – w miejsce, gdzie powinien być jego penis.
Tak, ten dziwny facet czy też bożek nie miał fiuta – między jego nogami wisiały tylko opuchnięte jądra.
– Co tu się dzieje, do cholery? – wrzasnął Tommy.
Pocił się obficie na całym ciele, serce waliło mu młotem, więzy wrzynały się w ciało niczym sznurki w wielkanocną szynkę. Nagle obraz znów się zmienił, a Tommy Campbell zobaczył samego siebie, zobaczył na ekranie swoją twarz – siebie leżącego na stole, z głową obwiązaną paskiem. Tyle że nie widział samego paska: jego głowę otaczały kiście winogron i liście, podobnie jak twarz boga, którego przed chwilą mu przedstawiono.
– Co to ma, kurwa…
Tommy nagle zamarł, patrzył z przerażeniem, jak obraz zaczyna się powoli przesuwać w dół jego ciała. Kamera musiała wisieć gdzieś nad nim – za ekranem, nieco na prawo, mniej więcej w tym miejscu, z którego dochodził głos – chociaż Tommy nie widział ani kamery, ani trzymającego ją człowieka, lecz jedynie swoją własną muskulaturę. Zaczął gwałtownie drżeć, miał wrażenie, że nawet jego mózg wije się bezsilnie we wnętrzu czaszki. Ogarnięty grozą próbował się uwolnić, a ciało widoczne na ekranie szarpało się i skręcało w odpowiedzi na każdy jego ruch. Lecz choć był wyjątkowo silnym mężczyzną, nie miał najmniejszych szans; równie dobrze mógłby próbować się uwolnić z wnętrza marmurowego bloku. Co najgorsze, Tommy Campbell nie mógł oderwać wzroku od samego siebie, obserwował mimowolnie, jak na ekranie pojawia się jego opalona, pozbawiona włosów klatka piersiowa – tak, był na niej pasek! – a potem brzuch.
Dopiero wtedy Tommy Campbell zrozumiał.
– To nie może się dziać naprawdę – skomlał. Natarczywe, ogłuszające bicie serca było niczym herold zwiastujący to, co kryło się jeszcze za horyzontem, co musiał ujrzeć za moment. – Ja jeszcze śnię!
– Nie, mój Bachusie – odpowiedział mu głos z ciemności. – W końcu się obudziłeś.
Gdy Tommy Campbell zobaczył w końcu to, czego się obawiał, jego ciałem zaczęły wstrząsać spazmatyczne drgawki, a serce przestało bić i zamarło na zawsze.

EKSPONAT PIERWSZY
Bachus

Rozdział 1.

Rozwścieczona doktor Catherine Hildebrant wyrzuciła telefon komórkowy studenta przez okno, a potem obserwowała, jak aparat rozbija się na trawniku i wybucha, wyrzucając w górę obłoczek dymu.
– Jeszcze raz zadzwoni na moich zajęciach komórka, a każę was wyprowadzić na zewnątrz i rozstrzelać!
Nagle Cathy znieruchomiała.
„Przecież pod moim oknem nie ma trawnika” – pomyślała. – „Właściwie w mojej sali w ogóle nie ma okna”.
Telefon wciąż dzwonił. Beethoven, Dla Elizy.
Cathy odwróciła się ponownie do swoich studentów, którzy zamienili się tymczasem w jej kolegów z trzeciej klasy szkoły podstawowej w Eden Park. Pani Miller patrzyła na nią ze zniecierpliwieniem, a Cathy uświadomiła sobie nagle, że nauczycielka czeka na jej prezentację. Natychmiast zapomniała o złości, którą zastąpił strach. Jej koledzy i koleżanki uśmiechali się złośliwie, niektórzy powtarzali scenicznym szeptem: „Żółtek, żółtek!” Czuła, jak robi jej się duszno, spojrzała za zdumieniem w dół, na gładką białą kulę, którą trzymała w dłoniach.
„Co to jest? Po co to przyniosłam i o czym miałam opowiedzieć klasie?”
Przy akompaniamencie śmiechów i gwizdów biała kula rozpadła się nagle na tysiące śnieżnych płatków, a szkolna klasa Cathy zamieniła się w jej sypialnię, wypełnioną porannym słońcem. Na nocnym stoliku leżała komórka, która wciąż wydawała z siebie dźwięki Dla Elizy Beethovena.
Cathy sięgnęła po aparat.
– Halo?
– Hildy? – Mówiła jej przełożona, doktor Janet Polk, szefowa Wydziału historii sztuki i architektury na Uniwersytecie Browna – jedyna osoba w Providence, która ośmielała się zwracać do Catherine Hildebrant per „Hildy”.
– Cześć, Jan – ziewnęła Cathy. – Boże, która to godzina?
– Dochodzi jedenasta.
– Jedenasta? Chyba musieli dosypać czegoś do wina. Zasiedziałam się wczoraj trochę, świętowałam te końcowe…
– Przepraszam, że zawracam ci głowę w niedzielę, Hil. Dzwonił już do ciebie ten facet z FBI?
– Kto?
– Mówił, że nazywa się Markham albo Peckham, nie jestem pewna. Robił wrażenie zdenerwowanego całą tą historią.
– O czym ty mówisz?
– Wyszedł stąd przed chwilą, zastał nas z Danem przy przekopywaniu grządek za domem. Mówił, że szuka informacji związanych z zaginięciem tego futbolisty.
– Tommy’ego Campbella? – spytała Cathy, siadając prosto.
Cathy była atrakcyjną kobietą, zdawała sobie jednak sprawę, że pod pewnymi względami odbiega od normy – nigdy nie lubiła sportu. Na studiach wolała raczej posłuchać wykładu o Donatellim, niż oglądać mecze uniwersyteckiej drużyny. Jednak nawet ona uległa urokowi ukochanego syna Rhode Island – tego olśniewającego, niebieskookiego i szybkiego jak błyskawica blondyna, którego nie mógł dogonić żaden inny zawodnik NFL. W minionym sezonie coraz częściej robiła coś, o co wcześniej nigdy by się nie posądzała: w niedziele siadała przed telewizorem i oglądała mecze futbolu amerykańskiego.
– Tak – potwierdziła Janet. – Mówił o Tommym Campbellu, który przepadł bez wieści w styczniu.
– Dlaczego FBI chciało z tobą rozmawiać?
– Tak naprawdę ten facet chciał rozmawiać z tobą, Hildy. Mówił, że potrzebuje eksperta od sztuki renesansu, włoskiego renesansu, dokładnie rzecz biorąc.
– Niech zgadnę: znaleźli go gdzieś na plaży ze skradzionym obrazem Botticellego?
Odkąd przed niemal czterema miesiącami Tommy Campbell zniknął bez śladu i odkąd na początku lutego Boston Rebels przegrali w finale ligi z New York Giants, nieustannie mnożyły się teorie dotyczące zaginięcia słynnego skrzydłowego – było ich już zapewne tyle, ilu kibiców Boston Rebels. Najpopularniejsze mówiły o tym, że Tommy utopił się w zatoce, został porwany przez trenera przeciwnej drużyny lub po prostu zdecydował się na anonimowość, o co niektórzy podejrzewali niegdyś Elvisa Presleya. Cathy skłaniała się ku tej ostatniej wersji, gdyż do pewnego stopnia rozpoznawała siebie samą w tym spokojnym, skromnym „maminsynku”, który podobno przy każdej okazji odwiedzał swoich rodziców. Przypuszczała, że wcale nie zależało mu na sławie i pieniądzach, że chciał jedynie żyć z tymi, których kochał, i robić to, co naprawdę sprawiało mu przyjemność.
– Nie chciał mi zdradzić nic więcej – westchnęła Janet. – Kiedy mu powiedziałam, że to nie moja działka, i że powinien zgłosić się z tym do ciebie, odpowiedział, że wie o tym. Spytał, gdzie może cię znaleźć. Mówił, że był już u ciebie w pracy i w domu, ale nie zastał cię. Skojarzyłam wtedy, że chodziło pewnie o twój stary dom.
„Steve pewnie poszedł na noc do tej zdziry” – pomyślała Cathy. „Ciągle nie chce się z nią bzykać w naszym łóżku. Pieprzony kabotyn. Pieprzony tchórzliwy palant”.
Cathy rozejrzała się po sypialni swojego nowego lokum – nowego dla niej, lecz zbudowanego na początku dwudziestego wieku. Architektura budynku zgrabnie łączyła w sobie wiktoriańską elegancję i nowoczesną praktyczność, podobnie jak wiele innych dwupiętrowych domów, stojących wzdłuż Upper East Side w Providence. Cathy mieszkała na parterze: wprowadziła się tam w tym samym dniu, w którym pojawiły się informacje o zaginięciu Tommy’ego Campbella – i niecały tydzień po tym, jak odkryła kompromitujące e-maile, a Steve przyznał się do romansu. Teraz, trzy miesiące później, pudła z okruchami jej minionego życia wciąż zagracały wszystkie pomieszczenia w dwupokojowym, horrendalnie drogim mieszkaniu. Musiała jednak jak najszybciej odciąć się od Stevena Rogersa i szczęśliwym trafem znalazła lokal do wynajęcia przy East George Street. Życie, które budowała ze swoim mężem, legło w gruzach, bo infantylny nauczyciel sztuki aktorskiej nie panował nad własnym fiutem, nie potrafił utrzymać rąk z dala od ledwie średnio ładnej studentki, by choć w ten skromny sposób uświetnić dziesięciolecie ich małżeństwa. To właśnie było najgorsze. Trzydziestoośmioletnia Catherine Hildebrant wiedziała, że jest bystrzejsza i ładniejsza od kochanki swojego męża, ale ta mała zdzira miała jedyną rzecz, której Cathy już brakowało: młodość.
– Hildy, jesteś tam?
– Przepraszam, Jan. Powiedziałaś facetowi z FBI, gdzie teraz mieszkam?
– Tak. Nie pamiętałam dokładnego adresu, ale podałam mu twój numer telefonu. Wybacz, Hildy, nie wiedziałam, co powinnam zrobić. Nie jesteś na mnie zła, co?
– Oczywiście, że nie. Wezmę tylko prysznic i zadzwonię do ciebie, kiedy on już się odezwie. Dzięki za wszystko, Jan. Kocham cię.
– Ja ciebie też – odparła Janet, kończąc w ten sposób rozmowę.
Cathy zamknęła komórkę i uśmiechnęła się do siebie. Naprawdę kochała Janet Polk, traktowała ją jak drugą matkę od chwili, gdy została jej asystentką na Harvardzie. To właśnie Janet zaledwie kilka dni po przejściu na Uniwersytet Browna dosłownie wykradła Cathy z jej Alma Mater. To Janet przedstawiła Cathy Stevenowi Rogersowi, choć oczywiście nie mogła wiedzieć, jak to się zakończy. To Janet pilnowała, by Cathy dawała z siebie wszystko i zdobyła stały etat na uczelni. A przede wszystkim to właśnie Janet była przy Cathy, kiedy pięć i pół roku temu zmarła jej prawdziwa matka.
– Nie wiem, co bym bez ciebie zrobiła, kochana – wyszeptała Cathy do pudełek w rogu pokoju.
To powiedziawszy, wskoczyła pod prysznic.

Rozdział 2.

Cathy Hildebrant ściągnęła wilgotne kruczoczarne włosy w kucyk i z niesmakiem spojrzała na swoje odbicie w lustrze. Wyglądała tego ranka wyjątkowo kiepsko, jej skóra wydawała się ziemista, brązowe, na wpół azjatyckie, na wpół niemieckie oczy były podpuchnięte, a kurze łapki w ich kącikach wyraźniejsze niż zwykle. „Wino?” – zastanawiała się Cathy – „Czy po prostu się starzeję?” Nie pamiętała całego snu o nieudanej prezentacji w szkole podstawowej, ale miała świadomość, że ktoś się z niej śmiał, co teraz budziło w niej dziwny, dręczący niepokój. Pomyślała o Stevenie, o ich pierwszej randce i głupim żarcie z jej oczu, na który sobie wtedy pozwolił: „Och, jesteś pół-Koreanką? A ja myślałem, że cię usypiam!”
„Powinnam była już wtedy dać sobie z nim spokój. Piękne dzięki, Janet”.
Drgnęła zaskoczona, gdy rozległ się dzwonek u drzwi, i odruchowo sięgnęła po komórkę leżącą na umywalce.
– Idiotka – mruknęła do siebie, po czym włożyła szybko ciemne okulary, spodnie od dresu i o dwa rozmiary za dużą koszulkę z Harvardu. Podeszła do drzwi, wyjrzała przez wizjer i zawołała:
– Kto tam?
Mężczyzna stojący za drzwiami wyglądał tak, jakby wyszedł prosto z katalogu sieci sklepów J. Crew – miał na sobie spodnie khaki, cienki sweter i wiatrówkę. „Miła odmiana od tych wszystkich niewydarzonych artystów z okolicy” – pomyślała Cathy. Wyglądał na trzydzieści kilka lat, był całkiem przystojny, miał krótko ostrzyżone ciemne włosy i wydatną szczękę. Cathy domyśliła się, że celowo odsunął się o krok od drzwi, by mogła mu się przyjrzeć. Gdy sięgał pod wiatrówkę, zrozumiała też, że facet z FBI, Markham, Peckham, czy jak mu tam było, postanowił wpaść do niej bez zapowiedzi.
(…)