Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Aż po ciemny las

Aktualności

24.01.2022

Barbara Krafftówna nie żyje

Z wielkim smutkiem przyjęliśmy wiadomość o śmierci Barbary Krafftówny, prawdziwej mistrzyni teatru, piosenki i kabaretu. Niezapomnianej aktorki legendarnego Kabaretu Starszych Panów.

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

24.01.2022

Rozmowa z Rachelą Berkowską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Rachelą Berkowską, autorką ksiązki "Życie za szczyt. Polacy w Himalajach i Karakorum".

Bestsellery

TOP 20

  1. Chąśba Katarzyna Puzyńska
  2. TOPR 2. Nie każdy wróci Beata Sabała-Zielińska
  3. Arabska kochanka Tanya Valko

Aż po ciemny las

Jacek Rębacz

Piątek

1.
Nie powinienem otwierać tych drzwi, pomyślał wtedy kontroler. Byłoby lepiej, aby nigdy nie zostały otwarte.
– Co robimy?
Kontroler jeszcze raz spojrzał na zegarek. Dziesiąta trzydzieści. Najwyższy czas. Trzeba otworzyć. Wpisał kod do elektronicznego zamku i przekręcił klucz. Wskazał gestem, aby to ochroniarz wszedł pierwszy. Kontroler za nim. Zapalił światło w sali operacyjnej.
– Halo – powiedział.
Odchrząknął i krzyknął głośniej:
– Halo!
W sali nie było nikogo. Wyglądała, jakby tego dnia nikt nie przyszedł do pracy.
– Na dół – zwrócił się do sprawdzającego łazienkę ochroniarza. Znowu odchrząknął, bo tamten nie usłyszał. – Do pomieszczenia socjalnego.
Zeszli po schodach. Pokój z szafkami pracowniczymi był pusty. Toaleta też. W małym aneksie kuchennym, oddzielonym od reszty pomieszczenia kotarą, kontroler dotknął ręką czajnika elektrycznego. Zimny.
– Nie przyszli do roboty? – zapytał ochroniarz, którego koledzy nazywali Wesołkiem. – Zmówili się?
Kontroler nie odpowiedział. Pracował już wiele lat w banku, ale o takiej sytuacji nie słyszał. Żeby cała załoga naraz? Bez uprzedzenia? Jest wprawdzie gorzej, niż było. Premie zamrożone. Wynagrodzenia obcięte. Redukcje. Tylko zarząd dostaje niezmiennie milionowe bonusy za niezłomną walkę z kryzysem. Ale żeby tak wszyscy razem? Bez słowa?
– Sprawdzamy sejf? – W głosie ochroniarza dało się wyczuć nutkę nadziei.
Kontroler rozglądał się po niewielkim, pustym pomieszczeniu socjalnym dla pracowników. Dwa krzesła, stolik, czajnik i blaszane szafki na ubrania. Bez okien. Piwnica. Pokój jakich widział dziesiątki, ale zarazem inny. Zupełnie inny. Przeszedł go dreszcz. Na pewno nie z chłodu, bo rozpiął kołnierz koszuli i poluzował krawat.
– Sprawdzamy ten sejf? – dopytywał się wyraźnie podekscytowany sytuacją ochroniarz.
– Nie ma kluczy.
– Proszę?
– Nie ma kluczy – wychrypiał kontroler.
– Co? Nie ma pan kluczy od sejfu? – Popatrzył na starszego mężczyznę z krzywym, kpiącym uśmieszkiem na ustach. – No to pięknie żeśmy się wybrali na kontrolę. Pięknie.
– Nie ma kluczy. W szafkach. – Kontroler wskazał na metalowe szafki pracownicze. – Nie ma kluczy. Przebrali się, zamknęli szafki i zabrali klucze.
– No to gdzie poszli? Na cappuccino?– Uśmieszek nie znikał z twarzy Wesołka. – Sprawdźmy wreszcie ten sejf.
– Tak. Sprawdźmy.
Ochroniarz ruszył na górę, kontroler za nim. Zatrzymał się jednak po kilku krokach. Zawrócił. Kucnął i popatrzył na podłogę, gdzie tuż przy szafce na terakocie powstała mała plama. Spadła następna kropla. Kontroler pochylił się jeszcze niżej.
– Ej. – Zamierzał krzyknąć głośniej, ale znowu musiał odchrząknąć. Wstał. – Ej!
– No? – Ochroniarz wrócił niepocieszony.
– Potrafisz otworzyć taką szafkę?
– Nie wolno. – Skarcił wzrokiem kontrolera. – Prawo pracy zakazuje. Nie wolno zaglądać do szafek pracowniczych.
– Wiem. Ale potrafisz? Zapasowe klucze są w centrali. Otwórz.
– Nie wolno. – Ochroniarz przez chwilę upajał się władzą, ale w końcu podał kontrolerowi mały kluczyk. – Sam pan otwórz. Pasuje do każdej szafki.
Kontroler wsunął klucz do zamka. Przekręcił i otworzył. W środku, obok wiszącego na wieszaku granatowego kostiumu przykucnęła młoda kobieta. Głowa opadła jej na kolana. Splotła palce i złożyła dłonie tuż pod brodą. Na jasnych włosach zakrzepła już krew.
Cofnął się nieporadnie, jakby nogi zamieniły się nagle w kawałki drewna. Spojrzał na ochroniarza. Grymas na twarzy tamtego był tym kretyńskim uśmieszkiem, z powodu którego nazywano go Wesołkiem.
Kontroler niepewnie wyciągnął rękę. Wyjął kluczyk z zamka szafki. Otworzył następną. Potem trzecią i czwartą. Gęste jak klej, tężejące już rubinowe strużki krwi wylewały się powoli na kremową terakotę.
Ochroniarz stał oparty o ścianę, przekrzywiając twarz, na której zastygł grymas, gdy kontroler kciukiem wybierał numer w telefonie. Drugą ręką szukał, czy nie został mu ostatni papieros, chociażby ten złamany, który powinien być w jednej z wewnętrznych kieszeni służbowego uniformu.

2.
Kilka dni wcześniej Tomasz Burski spotkał się ze swoim starym kolegą. Zatelefonował do Karola Pomianowskiego zaraz po przyjeździe do Lublina. Tak jak się umawialiśmy, podkreślił Burski na wstępie. Rzadko zdarzało mu się dotrzymywać słowa w kwestiach spotkań ze starymi, dawno niewidzianymi znajomymi. Do zobaczenia. Zdzwonimy się. Koniecznie i na pewno. Na tym zwykle kończyło się odnawianie starych znajomości.
Tym razem jednak Tomasz Burski dotrzymał słowa.
Mężczyźni spotkali się w kawiarni Paryska przy ulicy Chopina, niedaleko sądu, dokąd sędzia Pomianowski dojeżdżał z Puław dwa razy w tygodniu, w dni rozpraw.
Niemal się nie zmienił, zauważył z zazdrością Burski. Przytył tylko nieznacznie. Ten sam ciepły, miły wyraz twarzy. Włosy nadal gęste, wdzięcznie przyprószone szronem. Przestał palić. Ja też, powiedział Burski, czując, jak do ich stolika dociera przyjemny zapach nikotyny. Pod oknem dwie młode kobiety energicznie dyskutowały nad pokalami z piwem, kreśląc figury z dymu trzymanymi w dłoniach cienkimi papierosami.
– Gratuluję książki. Podpisz mi, proszę. – Pomianowski położył na stoliku książkę o dzielnym policjancie walczącym z niegodziwcami.
Burski myślał nad dedykacją dłużej niż było konieczne i starannie ją wypisał. Zamaszysty podpis, mający podkreślać pewność siebie, zwieńczył autograf.
Zerknął, czy dwóch smakoszek vogue’ów nie zaciekawiło, co robi. Długowłose kobiety nie przejawiały jednak zainteresowania panami w średnim wieku.
– Jesteś pierwszym emerytem z naszego rocznika – stwierdził Karol.
– Dawniej byłby to powód do niezłej popijawy.
– Rzadko piję.
– Ja też.
– Chciałbym ci opowiedzieć o pewnej sprawie. Jeżeli będziesz miał czas i ochotę, to może się nią zainteresujesz. Byłbym ciekaw twojej opinii. Od piętnastu lat sądzę i nigdy jeszcze nie miałem tylu wątpliwości, jak przy tej sprawie. Zwłaszcza że popełniono trochę błędów.
– Chętnie posłucham.
Pomianowski opowiedział w skrócie historię nazywaną LSM. Potem dał Burskiemu kserokopie akt. Zmrużył oczy.
– Rozumiesz?
– Jasne. – Skinął głową kolega. – Zjem po użyciu.
Schował teczkę do reklamówki.
– Emeryci nie noszą aktówek – wyjaśnił Burski. W tym czasie tamte dwie wyszły z kawiarni, nie oglądając się nawet na nich, gdy odprowadzali je wzrokiem.
– Zgrabne bestie. Zauważyłeś, że teraz dziewczyny są ładniejsze niż dawniej?
– I jest ich więcej – dodał Pomianowski. – Są wszędzie.
– Przegapiliśmy coś?
– Też się czasem nad tym zastanawiam.
Kiedy wyszli z kawiarni, Karol Pomianowski potruchtał do sądu na Krakowskim Przedmieściu, a Tomasz Burski poszedł okrężną drogą przez Ogród Saski. Właśnie kwitły tulipany i zapachniało już bzem. Kolorowe bratki połyskiwały na klombach. Czeremcha odurzała zapachem. Przyszła wiosna.
Największa kłamczucha wśród pór roku, pomyślał Burski.
*
Nie wylał nikomu kawy na garnitur. Nie wygarnął, co myśli o przełożonym. Nawet nie przeniesiono go do archiwum albo do zbrojowni. Burski po prostu uznał, że wystarczy. I odszedł. To znaczy uciekł.
Zakomunikował, że ma za sobą już szesnaście lat służby. Rok więcej niż jest niezbędne, aby nabyć prawo do emerytury, i chciałby odejść na wspomnianą emeryturę. Trzeba przyznać, że nikt go nie zatrzymywał. Nie było głosów: „Nie rób nam tego”, „Jak sobie bez ciebie poradzimy?”. Pozwolili mu. Dostał dyplom z podziękowaniami. Mosiężnej tablicy o treści: „Tu żył i pracował wybitny policjant, który zakończył sukcesem najbardziej spektakularne śledztwo w historii bielskiej policji” jednak nie zawieszono na ścianie.
Jak to mam w zwyczaju, uciekłem, podsumował Burski.
Sprzedał mieszkanie w Bielsku-Białej i kupił apartament w górach. Na granicy Kościeliska i Zakopanego. Dwa pokoje, kuchnia. Duży balkon z widokiem na góry, gdzie ustawił zestaw ratanowych mebli. Przez pierwszy rok nie było źle. Spacerował górskimi szlakami, kupił cyfrową lustrzankę. Fotografował. Zbaczał ze szlaków, aby w parku narodowym nazbierać grzybów. Napisał książkę i znalazł na nią wydawcę.
Syn czasem odpowiadał na maile Burskiego z Aust­ralii. Wyjechał tam, gdy w Irlandii zaczął się kryzys. Ojciec nie widział go od trzech lat. Na grobie żony też dawno nie był. Powiesiła się, zanim odszedł z policji.
Żył w górach całkiem higienicznie. Przestał palić. Żadnych mocnych alkoholi. Najwyżej kilka lampek wina wieczorem. Jak to twórca, dla pobudzenia wyobraźni. Odwiedzał lekarza i zjadał zalecane pigułki od nadciśnienia, cholesterolu, trójglicerydów i diabli wiedzą od czego jeszcze. Poznał kobietę, rozwódkę. Wyglądało na to, że ma wobec niego poważne zamiary. Wkrótce powiedział jej, że musi wyjechać. Lekarz zdradził mu, że góry to nie miejsce do życia dla nadciśnieniowca. Czasem słucham się lekarzy, wyjaśnił. Nie zaproponował jej, aby pojechała z nim do Lublina.
Uciekłem. Jak zawsze. Muszę przyznać, że to w życiu wychodzi mi najlepiej, myślał Tomasz Burski.
Nieźle zarobił na sprzedaży apartamentu, bo stał się jego właścicielem na kilka lat przed szczytem bańki spekulacyjnej, a sprzedał w dobrym momencie. Kupił za gotówkę nowe auto, wziął kredyt we frankach szwajcarskich, co wydawało mu się wtedy niebywałą okazją, i wprowadził się do kamienicy w centrum Lublina. Wybrał zbyt duże mieszkanie w pobliżu ulicy 3 Maja. Z okien miał widok na plac Litewski, gdzie w oddali stał pik pomnika Unii Lubelskiej, a znacznie bliżej niewielki orzeł na cokole, symbol Konstytucji 3 maja. Z powodu upływu blisko trzydziestu lat nie był pewien, czy brama w kamienicy, gdzie zamieszkał, jest tą samą brama, do której wskazał mu drogę życzliwy przechodzień, gdy wiele lat temu, pewnego zimowego wieczoru uciekał przed zomowcami. Wyglądała podobnie. To mogła być ta sama brama.
Spotkany wtedy życzliwy przechodzień okazał się ormowcem. Grupka milicjantów z długimi „blondynkami” czekała już w bramie na szukających kryjówki studentów. Z bramy takiej jak ta zabrano go wtedy do aresztu na Północną, gdzie trochę oberwał i przesiedział na dołku święta Bożego Narodzenia.
Niedługo po tym jak Burski kupił drogie mieszkanie w sentymentalnym miejscu, splajtował bank Lehman Brothers. Zbankrutowała Islandia, a na Łotwie, Litwie i w Estonii dochód narodowy spadł nagle o dwadzieś­cia procent. On, podobnie jak Islandia i Estonia, nie bardzo rozumiejąc, co się stało, obudził się nagle z długiem hipotecznym większym o jedną trzecią. Sprzedał samochód, bo kurs franka tak podskoczył, że wolał pozbyć się auta niż mieszkania.
Na szczęście książka, którą napisał, odniosła sukces. Recenzentom spodobała się bezpretensjonalna historia o policjantach z krwi i kości, napisana ze znajomością rzeczy i bez zbędnego zadęcia. Wydawca twierdził, że sprzedaje się dobrze, i co kwartał robił przelewy na konta Burskiego, chociaż autor nie mógł doprosić się zestawienia ile egzemplarzy sprzedano. Trzy zagraniczne wydawnictwa kupiły już prawa do wydania książki.
To w skrócie ja: Tomasz Burski, czterdziestosiedmioletni emeryt, pomyślał mężczyzna. Stoję teraz w oknie i patrzę na sześciokątną fontannę w oddali. Uruchomiono ją pierwszy raz w tym roku. Nareszcie nadeszły ciepłe, wiosenne dni.
Przeczytał akta, które dał mu sędzia Pomianowski. Sprawa niejednoznaczna, uznał. Ciekawa. Proces poszlakowy. W pierwszej instancji wydano wyrok skazujący, ale apelacja cofnęła sprawę do ponownego rozpatrzenia. Karol został wyznaczony na przewodniczącego składu orzekającego. Ma prawo do wątpliwości, lecz poradzi sobie. To mądry chłopak.
Dlaczego pyta o moją opinię?
To on orzeka, decyduje, rozstrzyga. Stanowi prawo. Z nas trzech, którzy trzymaliśmy się razem na studiach, właśnie Karol był najlepszy. Jest najlepszy nadal. Tylko że zostało nas dwóch. Powinienem pojechać na cmentarz, przypomniał sobie Burski.
Wybierał się tam, od kiedy wrócił. Obiecał to sobie.
Rozklejam się jak stara baba, zreflektował się. Dosyć. Rusz się, chłopie. Jedź na to osiedle LSM. Obejrzyj miejsce zdarzenia. Zajmij się czymś, zamiast gapić na bryzgającą wodę z fontanny.
Pomyślał, że zabierze ze sobą kilka kartek z akt i pojedzie na osiedle LSM.
Wezmę protokoły sporządzone przez policjantów, którzy weszli pierwsi do mieszkania, uznał. Wyjął je z teczki. Z przyzwyczajenia zerknął, kto je podpisał. Jako pierwszy był tam dzielnicowy. Potem jeszcze dwóch. Nie, dwoje funkcjonariuszy. Burski zamarł.
Nazwisko znane mu doskonale i imię, którego nie można pomylić z żadnym innym. Patrzył długo na te litery, aż rozpłynęły mu się przed oczami.
Dobiegły go słowa spikera z radia. W lokalnych wiadomościach mówiono o makabrycznym morderstwie w osiedlowym oddziale banku. Tomasz Burski ponownie usłyszał to samo nazwisko.
Czyżby dlatego Karol chciał, abym zajął się tą sprawą? – zadał sobie pytanie. Karol potrafił być niesłychanie taktowny. Teraz delikatnie zwraca mi uwagę na pewną młodą osobę, której rola w śledztwie nazwanym LSM była zauważalna.
*
Szedł i rozglądał się, przypominając sobie czasy, kiedy studiował w Lublinie. Przeszedł kilkaset metrów wzdłuż Krakowskiego Przedmieścia, reprezentacyjnej ulicy Lublina. Mijał kamienice o popielatych fasadach. Zwolnił przed gmachem dawnego Towarzystwa Kredytowego Ziemskiego, dziewiętnastowieczną budowlą uchodzącą wówczas za najpiękniejszy budynek w Lublinie. Grupę rzeźb na zwieńczeniu budowli z centralną postacią bogini Cerery symbolizującej płodność pozostawiono mimo zmiany przeznaczenia budynku. Obecnie w dawnym gmachu towarzystwa ziemskiego mieścił się sąd okręgowy, miejsce pracy Karola Pomianowskiego.
Burski dotarł do przystanku trolejbusów na ulicy Lipowej, przed wejściem do Ogrodu Saskiego. Obok przystanku, w budynku przypominającym mały pałacyk o czterech strzelistych wieżach, nadal serwowano pizzę. Dziewiętnastowieczny budynek był pierwotnie domkiem odźwiernego, pilnującego bramy do zamykanego na noc Ogrodu Saskiego. W czasach komuny funkcjonowała w nim jedna z dwóch pizzerii w Lublinie, o nazwie Piccolo. Zawsze trzeba było odczekać w kolejce do lady, zanim udało się kupić pizzę na grubym cieście, przypominającym raczej lubelski cebularz niż włoską pizzę. Najczęściej dostępnymi rodzajami były pizza z masą jajeczną lub z kapustą kiszoną. Wersje z resztkami kurczaka albo z pieczarkami zdarzały się rzadko. Nie mówiąc już o kiełbasie. Ta z kapustą kiszoną była naprawdę dobra.
Przychodzili tutaj we trzech, Bury z Karolem Pomianowskim i z Suchym. Zapraszali dziewczyny. Wtedy, już w czasach kiedy studiowali, otworzono w jednej z pobliskich piwnic pierwszy prywatny fast food w Lublinie. Był to początek lat osiemdziesiątych. Bar nosił nazwę U Ewy i jednoosobowy personel (zapewne wspomniana Ewa) serwował tam zapiekanki z pieczarkami, żółtym serem i keczupem. Pyszności. Kolejka zaczynała się już na chodniku, aby po schodach zejść do lokalu w piwnicy.
Po takim jedzeniu student marzył o piwie. W tamtych czasach bywała w lubelskich sklepach jedynie niepasteryzowana Perła w małych butelkach. Ambrozja. Żeby ją kupić, musiałeś mieć własne butelki na wymianę. Butelki były formą lokaty kapitału. Dobrą. Jak fundusz rynku pieniężnego. Zapewniały stały, stabilny wzrost wartości i płynność, bo w każdej chwili byli chętni, aby je odkupić bez spreadu, maklerów i brokerów.
Dawniej świat był prostszy i wydawał się mieć przed sobą przyszłość, pomyślał Burski.
Wsiadł do trójkolorowego trolejbusu, cichym niczym ufo pojazdem dojechał na ulicę Zana i wysiadł obok Leclerca. Stamtąd ruszył piechotą wzdłuż ulicy Bohaterów Monte Cassino, gdzie po lewej stronie stały obok siebie płaskie, dziesięciopiętrowe pudełka z miniaturowymi balkonikami, wybudowane technologią wielkiej płyty w czasach Gierka dla ludności napływającej z wiosek do rozwijającego przemysł miasta. Wtedy, kiedy Lublin rozrastał się, pochłaniając pod blokowiska kolejne senne, kryte strzechami wioski, a mieszkańców szybko przybywało. Wieżowiec, którego Burski szukał, stał przy Bohaterów Monte Cassino w pobliżu skrzyżowania z ulicą Armii Krajowej. To tutaj, w mieszkaniu na drugim piętrze, ponad rok temu miało miejsce podwójne morderstwo nazywane sprawą LSM. Burski stanął po drugiej stronie ulicy, na skarpie przy budynkach pawilonów. Wtedy, w marcu widoczność była jeszcze lepsza. Na drzewach nie było liści. Ktoś, kto obserwował wejście do klatki schodowej wieżowca, zapewne też wybrał to miejsce. W pobliżu jest wprawdzie plac zabaw, lecz zimą na pewno był pusty. Dobre miejsce. Przy ślepej ścianie sklepu z wiatrakiem klimatyzatora wiszącym nad głową. Rozpytywanie osób pracujących w okolicy nie naprowadziło policji na żaden ślad. Naprawdę dobre miejsce.
Obserwował właśnie stąd. Sprawca (lub sprawcy) widział, kiedy młodsza z kobiet wracała do domu. Ruszył szybkim, pewnym krokiem. Jak zwykły przechodzień. Nie zwrócił niczyjej uwagi. Wejście do klatki schodowej to drobiazg. Zresztą znał ofiary lub przynajmniej jedną z nich. Został wpuszczony do mieszkania. Otworzyła mu młodsza, córka. Chwilę potem siedziała przy komputerze, przeglądając strony Wierszownika. Dobry znajomy? Ktoś z rodziny? Ktoś, przed kim się nie krępowała. A może znajomy matki, którego wpuś­ciła, ale ignorowała, zajmując się swoimi sprawami, aż matka wstanie z łóżka?
Uderzył ją w głowę tępokrawędzistym narzędziem, gdy siedziała przed komputerem. Plamy rozbryzgowe wskazują jednoznacznie na taki przebieg zdarzenia. Spadła z krzesła. Uderzył jeszcze kilkakrotnie w jej głowę. Potem, martwą już, podniósł z dywanu i położył na łóżku (po co? jakiś fetysz?). Mówiąc precyzyjnie, ułożył denatkę na łóżku, poprawił się Burski. Tak, ułożył.
Następnie sprawca poszedł do pokoju matki. Kobieta spała po nocnej zmianie w PepsiCo na Bursakach, gdzie była sprzątaczką. Miała na sobie tylko bieliznę. Zatłukł ją tym samym narzędziem. Nawet się nie obudziła. Wygląda na to, że ułożenie jej ciała też poprawił. Kto śpi w takiej pozycji jak ta kobieta na zdjęciu?
Podczas śledztwa nikt, nawet profilerka z Warszawy, nie zajął się analizą ułożenia zwłok. Nie zwrócili uwagi. Pominęli pracę, którą wykonał morderca. Zig­norowali go. To błąd, pomyślał Burski. Myślę, że to poważne niedopatrzenie.
Karol wspominał wyraźnie o popełnionych błędach. Oto jeden z nich. Nikt nie zwrócił uwagi na to, co sprawca chciał powiedzieć. No i te zadeptane ślady, gdy policjanci wpuścili do środka sąsiadów w celu identyfikacji zwłok, zanim przyjechała ekipa techniczna. Szkoda gadać. Patrol mundurowych schrzanił robotę.
A pies?
Niepokojąca zagadka.
Z pokoju matki sprawca poszedł do kuchni, gdzie za zamkniętymi drzwiami ujadał pies. Mały pudel. Morderca zatłukł psa tą samą pałką, którą wcześniej zabił dwie kobiety, a potem położył obok martwego zwierzęcia kość. Miał ją ze sobą czy znalazł w kuchni? Przyniósł kość specjalnie dla psa?
Mógł oczywiście przynieść kość, ponieważ wiedział, że pies wściekle jazgocze na gości. Małe, zaczepno-obronne psy tak mają. On zaczepia, ty go bronisz. Zamierzał dać psu kość, aby się uciszył i nie hałasował, gdy on zajmie się kobietami? Ale nie zrobił tego. Chociaż mógł. Był znajomym. Mam kostkę dla Czarusia, dam pieskowi. Jasne, że daj.
Dał psu kość, dopiero gdy go zatłukł. W tym celu przyniósł kość? To była część rytuału?
Zabił dwoje ludzi, a martwego psa obdarował koś­cią?
Starannie ułożył zamordowane kobiety, jakby wkładał je do trumien. Psa po zabiciu nie tknął, ale położył obok niego dar. O co chodzi? Co autor chciał nam przez to powiedzieć?
Nie dziwię się Karolowi, że ma wątpliwości, pomyślał Burski. Wybiorę się na rozprawę. Zaciekawiło mnie to.
W śledztwie popełniono błędy, jak wspomniał sędzia Pomianowski. Błędy popełnia się z trzech powodów. Najczęściej, po pierwsze, z braku umiejętności lub, po drugie, z niewystarczającego zaangażowania w pracę. Ta sprawa była głośna, spektakularna. Trudno przypuszczać, aby została zlekceważona. Prowadzili ją najlepsi gliniarze, najlepiej jak potrafili. Nasuwa się pytanie, czy w tej sytuacji nie mamy do czynienia z trzecim powodem popełniania błędów?
Tomasz Burski nie zatelefonował do kolegi i nie pochwalił się przemyśleniami ani nazwiskiem policjantki odkrytym w aktach, o którym Pomianowski mu nie wspomniał.
Nie lubię wychodzić na głupka przed kumplami, usprawiedliwił się Burski.
(…)