Strona główna / Literatura polska / Przypadki pani Eustaszyny

Aktualności

14.09.2020

Prószyński Media kończy wydawanie WIEDZY I ŻYCIA

Wywiady

10.09.2020

W "Postscriptum” Małgorzata spotka nadawcę listu, ale nie zdradzę..."

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Anną Karpińską autorką książki "Postscriptum".

Posłuchaj i zobacz

07.09.2020

MOŻE PORA Z TYM SKOŃCZYĆ i posłuchać audiobooka?

Zapraszamy do wysłuchania fragmentu audiobooka "Może pora z tym skończyć" autorstwa Iaina Reida w znakomitej interpretacji Anny Szymańczyk.

Bestsellery

TOP 20

  1. Kobiety '44. Prawdziwe historie kobiet w powstańczej Warszawie Agnieszka Cubała
  2. Perska kobiecość Laila Shukri
  3. Pałac w Moczarowiskach Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Przypadki pani Eustaszyny

Maria Ulatowska

Rozdział 1.

Pani Eustaszyna z mozołem weszła po schodkach, otworzyła drzwi i ... zamarła. Przed nią kłębił się tłum ludzi różnej płci, którego średnia wieku wynosiła z pewnością około siedemdziesięciu pięciu lat. I to tylko dlatego, że ona, Eustaszyna Krzewicz-Zagórska, swoją liczbą lat tę średnią zaniżała. Tak wszystkim by mówiła, bo ile naprawdę miała tych lat, wiedziała tylko ona i uważała, że to wystarczy. Natomiast jej mąż Eustachy, niestety, miał lat trochę więcej niż ta średnia tutaj – i ostatnio czuł się nie najlepiej. Dlatego ona, dobra żona, przyszła tu, by ustalić postępowanie w tej kwestii.
Tu – to znaczy do ich „przydziałowej” przychodni lekarskiej. Ale się nie spodziewała, że razem z nią akurat o tej samej porze przyjdzie tyle osób. To, że tylu pacjentów jest tu o każdej porze, nawet by jej do głowy nie przyszło.
Pani Eustaszyna rozejrzała się na boki i raptem przeistoczyła się w bardzo niedołężną, utykającą i zgarbioną starowinkę. Podeszła do kłębiącego się – wokół jakiejś lady – tłumu ludzi.
– Posuń się troszkę, moje dziecko – powiedziała do pani mniej więcej sześćdziesięciopięcioletniej, którą tak to „dziecko” usatysfakcjonowało, że przesunęła się posłusznie, nie omieszkując jednak zapytać uprzejmie:
– A bo co?
– A bo ja chcę tylko o coś zapytać – odpowiedziała słabym głosikiem pani Eustaszyna, wślizgując się zręcznie między ludzi skupionych przy długiej ladzie, za którą siedziała umęczona kobiecina z obłędem w oku.
– Proszę panienki – zaszemrała w jej stronę pani Eustaszyna tak cichym i rwącym się głosem, że wszyscy odruchowo wyciszyli swoje kłótnie i protesty: „Pan tu nie stał, a pani w ogóle tu nikt nie widział itd., itp.”. – Proszę panienki, co ja mam zrobić, żeby dostać się do kardiologa? – zapytała pani Eustaszyna.
– A skierowanie pani ma? – warknęła „panienka”.
– Skierowanie? Jakie skierowanie? Od kogo?
– Znaczy, nie ma, tak?
– No, nie mam – szepnęła pani Krzewicz-Zagórska, nie wypadając z roli biednej, przemęczonej, schorowanej staruszki.
– No więc niech stanie w kolejce i zapisze się na wizytę do lekarza pierwszego kontaktu. Będzie trzeba, to skierowanie wypisze. A jak nie, to nie – odpowiedziała pani zza lady.
– A jak nie, to nie – powtórzyła pani Eustaszyna. – A w jakiej kolejce, moje dziecko?
– No, nie widzi pani? – zdenerwowała się już osoba, przed którą wcisnęła się nasza staruszka. – W tej kolejce, o tu! Wszyscy stoją, a koniec jest gdzieś tam. – Machnęła ręką do tyłu.
– W kolejce. Gdzieś tam – obejrzała się pani Eustaszyna. – O, niedoczekanie.
I wyprostowana na całą swoją imponującą stupięćdziesięciocentymetrową wysokość, pozbywszy się miny i postury zniedołężniałej staruszki, pani Krzewicz-Zagórska dziarskim krokiem wymaszerowała z przychodni, pozostawiając w osłupieniu posłusznie tłoczących się w kolejce pacjentów.
Na ulicy wyciągnęła z torebki telefon komórkowy i nacisnęła przycisk jednorazowego wybierania, na którym miała zakodowany numer swojej ulubionej korporacji taksówkowej.
– Jestem na ulicy Próżnej. Od strony placu Grzybowskiego. Proszę o taksówkę, natychmiast – zażądała. – Wiem, że tu jest zakaz wjazdu, ale chyba taksówki mają jakieś uprawnienia, żeby po chorych podjeżdżać, prawda? No więc ja właśnie stoję przed przychodnią lekarską i proszę szybko taksówkę przysłać, bo długo stać nie mogę.

– Do Ministerstwa Zdrowia – poleciła pani Eustaszyna, wsiadając do taksówki, która zmaterializowała się przed nią trzy minuty po telefonie.
Nasza bohaterka wmaszerowała do Ministerstwa Zdrowia pewnym krokiem i od razu skierowała się do umundurowanego osobnika, stojącego przy takiej dziwnej bramce.
– Prowadź mnie, młody człowieku, do pani minister – zażyczyła sobie zdecydowanym głosem.
– Przepraszam, a jak pani nazwisko? Była pani umówiona? Poproszę o przepustkę – uprzejmie aczkolwiek stanowczo poprosił wartownik.
– Przepustkę? Moje nazwisko Eustaszyna Krzewicz-Zagórska. Ja nie potrzebuję się umawiać i nie potrzebuję żadnych przepustek. Pani minister na pewno mnie przyjmie! – oznajmiła. – To pan nie wie, kto ja jestem? I proszę szybko, bo mam mało czasu.
Wartownik, nieco oszołomiony zdecydowaniem i postawą tej przedziwnej osoby, zadzwonił do sekretariatu.
– Pani Wandziu, jest pani minister? A zajęta? A bo przyszła taka dziwna starsza pani, która zdecydowanie domaga się wpuszczenia do pani minister, twierdząc, że na pewno ją przyjmie i denerwuje się bardzo, że ja nie wiem, kim ona jest.
– Dziwna starsza pani? – Pani Eustaszyna, stojąc tuż za nim, słyszała całą rozmowę. – Proszę mi dać tę słuchawkę. – I wyjęła telefon z ręki strażnika, kompletnie zaskoczonego i niespodziewającego się takiego działania. – Moje dziecko – powiedziała – kimkolwiek jesteś, radzę ci, żeby natychmiast ktoś mnie do pani minister zaprowadził. Czekam tu, na dole. – Odłożyła słu­chawkę.
Pani Wandzia zajrzała do gabinetu, w którym pani minister wyjątkowo była sama, aczkolwiek obłożona całą stertą teczek i materiałów – i zreferowała cały incydent.
– A wie pani co, pani Wandziu? Niech ją ktoś przyprowadzi, bo mnie zaciekawiła – zdecydowała pani minister.
– A jeśli to jakaś wariatka? – przestraszyła się pani Wandzia.
– No, trochę niezrównoważona jest z pewnością, w innym wypadku tak by się nie zachowała. Ale przecież nie powystrzela nas chyba. Niech ją przepuszczą przez bramkę i sprawdzą – i niech przyjdzie.
– Dzień dobry!
Do gabinetu pani minister wkroczyła drobna starsza pani, bynajmniej nie wyglądająca na niezrównoważoną. Przeciwnie – wyglądała bardzo elegancko, dystyngowanie i robiła wrażenie osoby całkiem bystrej.
– Dziękuję, że zgodziła się pani mnie przyjąć, chociaż nie byłam umówiona. Ale zapewniam, że nie miałam czasu na umawianie się, a dlaczego, to zaraz pani zobaczy. Proszę wezwać swojego kierowcę i wyjeżdżamy – zadysponowała ta starsza pani, która z początku wydała się osobą całkiem zrównoważoną, ale w tej jednej chwili pani minister musiała zmienić o niej zdanie.
– Jak to, wyjeżdżamy? Dokąd? – zapytała. – I kim w ogóle pani jest? Dlaczego wydaje się pani, że ma pani jakieś prawo do wydawania mi poleceń?
– Mogę usiąść? – spytała pani Eustaszyna, widząc, że jednak musi udzielić obszerniejszych wyjaśnień.
Rozsiadła się, nie czekając na stosowne zaproszenie i rozpoczęła swoją przemowę.
– Jakie mam prawo do wydawania poleceń? Otóż prawo pracodawcy, moja droga. Przecież to ja płacę pani pensję.
Pani Eustaszyna zdawała się nie zauważać takiej drobnostki, że nawet gdyby jej podatki, całoroczne – bo to właśnie miała na myśli, mówiąc o płaceniu pensji – rzeczywiście przeznaczone były w całości na uposażenie pani minister, pokrywałyby one zapewne jakąś jedną, no powiedzmy, setną część tegoż uposażenia. Miesięcznego.
– Następnie – kontynuowała – prawem wyborcy. Głosowałam na pani partię i dlatego ma pani to stanowisko.
Cóż, jakaś część racji w tym rozumowaniu była, chociaż pani Eustaszyna nie pomyślała, że pani minister piastuje swoje stanowisko raczej dlatego, że zaproponował jej to premier, a nie dlatego, że ona, Krzewicz-Zagórska, głosowała na określoną partię.
– A gdyby nie wystarczyły te wyjaśnienia, dodam jeszcze, że z racji wieku. Otóż jestem dwa razy starsza od pani i choćby z tego tytułu należy mi się szacunek i posłuszeństwo. Nie zwlekaj więc, moje dziecko, tylko dzwoń po tego swojego kierowcę i jedziemy.
Pani minister, oszołomiona z początku w sposób paraliżujący, po złapaniu pierwszego oddechu wbrew samej sobie zaczęła się coraz lepiej bawić.
A, co mi tam, pomyślała. Do tej pory, gdy ktokolwiek wchodził do gabinetu, oznaczało to za każdym razem mniejsze lub większe kłopoty. Teraz natomiast odprężyła się i poczuła tak, jak gdyby miała iść na wagary. Kontakt z człowiekiem to kontakt z wyborcą, przypomniał jej się jeszcze jakiś slogan i postanowiła: zrobię to!
Nacisnęła przycisk telefonu.
– Niech pan Stefan podjedzie pod główne wejście – poprosiła sekretarkę.
– Jak długo pani nie będzie, pani minister? – zapytała tylko pani Wandzia.
– Jak długo nas nie będzie? – zapytała pani minister siedzącą przed nią starszą panią.
– Aż załatwimy sprawę – usłyszała i taką też odpowiedź przytłumionym głosem przekazała swojej sekretarce.
Podjechały pod przychodnię przy Próżnej i pani minister, usłyszawszy w samochodzie, czego oczekuje od niej dziwna nowa znajoma, aż się złapała za głowę. Okazało się bowiem, że pani Krzewicz-Zagórska musi, ale to bezwzględnie musi, dostać się do kardiologa, a w przychodni jakieś kłody pod nogi jej rzucają.
Tu gwoli wyjaśnienia – powiedzieć należy, że państwo Krzewicz-Zagórscy nie musieli dotychczas korzystać z państwowej służby zdrowia, ponieważ, po pierwsze, byli, jak na swój wiek, wyjątkowo zdrowi obydwoje, a po drugie, brat pana Eustachego, Marceli, kardiolog, opiekował się lekarsko całą swoją rodziną, przepisując środki zarówno na przeziębienie, jak i na lekką chorobę wieńcową, która niedawno zaczęła rozwijać się u pana Eustachego. Jeśli, jego zdaniem, potrzebne były jakieś badania lekarskie czy laboratoryjne, wystawiał po prostu wewnętrzne skierowanie i szpital, w którym pracował pan Marceli, mniej lub więcej legalnie wykonywał to wszystko. Kwestia ewentualnej nielegalności nigdy nie zakiełkowała w głowie pana Marcelego, a gdyby nawet tak się stało, to strach przed bratową byłby zawsze większy niż strach przed jakimiś konsekwencjami z tytułu badań zleconych niezgodnie z przepisami. Pani Eustaszyna miała respekt w całej rodzinie, ot co!
Niestety, brat pana Eustachego niedawno zmarł, o ironio, na bardzo gwałtowny i rozległy zawał serca. Pani Eustaszyna podejrzewała nawet, że zrobił to nieco złośliwie. I tak oto państwo Krzewicz-Zagórscy zostali bez swojej nadwornej opieki medycznej, a pani Eustaszyna właśnie dzisiaj zawierała znajomość z państwową służbą zdrowia.

Pani minister bliska była wyskoczenia z samochodu, by rzucić się do panicznej ucieczki, jednak, przypomniawszy sobie, że znalazła się w tej sytuacji niejako na własne życzenie, opanowała się i energicznym krokiem, z drepczącą z tyłu panią Eustaszyną, wkroczyła do przychodni. Obraz, jaki ujrzała, istotnie wstrząsnął nią nieco. Dziki tłum, opisywany przez towarzyszącą jej starszą panią, kłębił się wokół rejestracji, czyniąc tumult nie do opisania.
Na szczęście w tym zamieszaniu nikt nie zwrócił uwagi na wchodzących, a pani minister, która miała wiele do czynienia z różnymi mediami, opanowała do perfekcji sztukę mimikry i przygarbiwszy się, jak mogła, starała się nie zwracać na siebie uwagi zgromadzonych pacjentów.
Wypatrzyło ją jednak bystre oko pracownicy służby zdrowia, czyli pani rejestratorki, która przecież nie mogła nie poznać swojej branżowej zwierzchniczki.
Skinąwszy na koleżankę ze stanowiska, przy którym wydawano wyniki badań laboratoryjnych, poprosiła o zastępstwo przy okienku rejestracji, a sama wyskoczyła zza lady, za którą siedziała, i podskoczyła do swojej najważniejszej szefowej.
– Dzień dobry, pani mi...
– Cicho! – syknęła pani minister. – Nie chcę, żeby ktokolwiek mnie rozpoznał.
– ...chalska – dokończyła inteligentnie pracownica recepcji, zasługując tym na błysk uznania w oku pani „mi...chalskiej”.
– Chodźmy tu gdzieś w kącik, wytłumaczę, o co chodzi – powiedziała pani minister do szalenie przejętej pracownicy rejestracji. – Otóż chodzi o to, że ta pani, pani Krzewicz-Zagórska, musi dostać się w trybie pilnym do lekarza rodzinnego, który natychmiast – powtarzam – natychmiast, wystawi jej skierowanie do kardiologa i sam, osobiście, natychmiast ją do tego kardiologa doprowadzi, przekazując mu moją prośbę o pilne i dokładne zajęcie się problemem tej pani. I chciałabym jeszcze dodać, że to nie jest żadne polecenie służbowe. Proszę pamiętać, że mnie tu w ogóle nie było. Rozumiemy się? Nie było! I pragnę zaznaczyć, że jest to tylko moja prośba. Osobista. W porządku? – zapytała panią Eustaszynę. – Czy już mogę wracać do pracy?
– Oczywiście, oczywiście, moje dziecko. – Wzruszona pani Eustaszyna wspięła się na palce i ucałowała zaskoczoną panią minister w policzek. – Dziękuję najmocniej i nie zapomnę tego nigdy.
– O, ja też nie zapomnę, jestem o tym całkowicie przekonana. – Pani minister, uśmiechając się pod nosem, raz jeszcze podziękowała pani rejestratorce, pożegnała się i w wielkim pośpiechu opuściła przychodnię. Z całą pewnością był to najniezwyklejszy dzień w jej życiu. W ogóle nie mogła uwierzyć, że coś takiego jej się przydarzyło.
W przychodni jednak nikt na nic nie zwrócił uwagi, oczy wszystkich pacjentów wpatrzone były w stanowisko rejestratorki i osobę wystawiającą numerki do poszczególnych lekarzy.
– Proszę tu na sekundkę usiąść – powiedziała do pani Eustaszyny rejestratorka. – Ja tylko na moment do pana doktora wejdę i zaraz pan doktor panią poprosi.
– Pani Krzewicz-Zagórska jest proszona o rozmowę w sprawie wyników badań. – Z gabinetu wychylił się lekarz w białym kitlu i popatrzył dookoła.
Pani Eustaszyna, usłyszawszy swoje nazwisko, podniosła się z krzesła, gotowa iść w stronę tego gabinetu, ale zawahała się nieco, gdy padły słowa „w sprawie wyników badań”. Przecież to nie może o nią chodzić, wszak nie robiła żadnych badań. Zakręciła się więc wokół własnej osi i chciała usiąść z powrotem na krześle. Pani rejestratorka podbiegła jednak do niej, ujęła ją pod ramię i skierowała w stronę gabinetu.
– Już idziemy, panie doktorze – powiedziała głośno, a szeptem wyjaśniła pani Eustaszynie, że musieli coś wymyślić, żeby czekający w kolejce pacjenci nie rozerwali jej na kawałki.
A tak, wszyscy pacjenci – usłyszawszy „w sprawie wyników badań” i ujrzawszy drobną starowinkę, prowadzoną pod ramię do lekarza, patrzyli na nią z wielkim współczuciem, domyślając się najstraszliwszej z chorób. I oczywiście nikt nawet nie pisnął, że ta pani wchodzi bez kolejki.
– Proszę usiąść, zaraz porozmawiamy o konkretach – powiedział lekarz – ale najpierw muszę kartę zdrowia wypełnić. Rozumie pani, ta przeklęta biurokracja. – Skrzywił się, a pani Eustaszyna pokiwała głową ze zrozumieniem. O biurokracji słyszała, oczywiście.
– Imię i nazwisko? – zapytał.
– Eustaszy..., e... Jadwiga Krzewicz-Zagórska – odpowiedziała pani Eustaszyna, która, jak się właśnie okazało, miała na imię Jadwiga. Nie znosiła jednak swego imienia od dnia narodzin. Jadźki, Kaśki, Maryśki – to takie gminne, nieprawdaż?
Nie mogła pojąć, jakim sposobem jej rodzice, przedwojenni „ahystokhaci” w końcu, takie właśnie imię dla niej wymyślili. Rzekomo po jakiejś bardzo majętnej cioci czy innej bezdzietnej kuzynce, która i tak zrobiła na złość całej rodzinie, wychodząc za mąż w wieku czterdziestu lat i rodząc dwoje własnych dzieci. Bliźniaki! W tym wieku!
Trudno jednak, zło już się stało i Jadwiga została Jadwigą, lubiąc to imię czy też nie.
W domu i w szkole mówili na nią Winia, z czym już łatwiej było jej się pogodzić.
Mąż też mówił do niej „Winia”, ale ona – od kiedy wyszła za mąż za Eustachego Krzewicz-Zagórskiego, nie przedstawiała się inaczej, niż „Eustaszyna”. Z początku nie była pewna, czy nie powinna występować raczej jako „Eustachowa”, ale „Eustaszyna” podobała jej się bardziej. Brzmiało to o wiele dostojniej.
– Wiek? – indagował dalej lekarz.
– Dwudziesty pierwszy – odparła pani Eustaszyna, zdziwiona, że o to pyta.
– Ile pani ma lat, chciałem zapytać – roześmiał się lekarz.
– A po co panu te wiadomości? – zezłościła się. – Przecież to w ogóle nie o mnie chodzi. Czy ja wyglądam na chorą? – W istocie nie wyglądała. – Chodzi o mojego męża, któremu umarł kardiolog. Muszę go teraz do kogoś zapisać, a przyszłam tu, bo powiedziano mi, że to nasza przydziałowa przychodnia. Proszę, tu jest dowód osobisty mojego męża, niech pan sobie spisze z niego, co tam panu potrzebne, i proszę mnie zaprowadzić do kardiologa. Z jakimś skierowaniem, bo to podobno niezbędne.
Poinformowany przez rejestratorkę o tym, kto przyprowadził ową niesamowitą starszą panią do przychodni (oraz o tym, że osoby, która ją przyprowadziła, w ogóle w przychodni nie było. Nie było!), i o tym, że ma wykonać wszystkie jej, nawet najdziwniejsze, polecenia, pan doktor pierwszego kontaktu wypełnił wszelkie wymagane papierki w tempie iście rekordowym i podniósł się z krzesła.
– Pozwoli pani ze mną. – Podał jej ramię i podprowadził pod drzwi innego gabinetu.
– Proszę tu usiąść, ja tylko sprawdzę, czy u doktora Antonowicza, naszego kardiologa, jest jakiś pacjent.
Za chwilę wyszedł z gabinetu i przekazawszy pani Eustaszynie, że u pana doktora ktoś jest, ale zaraz wychodzi i pan doktor osobiście zaprosi ją do swojego gabinetu, umknął chyżym galopkiem i po chwili padł na fotel w swoim gabinecie, wachlując się plikiem recept. Nie było, o jasna cholera!, pomyślał.

Kontakt pani Eustaszyny z doktorem Cezarym Antonowiczem, kardiologiem, usatysfakcjonował ją całkowicie. Po pierwsze, pan doktor powiedział, że zna jej nazwisko, bo znał świętej pamięci doktora Marcelego Krzewicz-Zagórskiego, z którym pracował w tym samym szpitalu. Po drugie, oświadczył, że zaszczytem dla niego będzie przejąć pacjenta po swoim znamienitym, acz niestety już nieżyjącym koledze. Po trzecie, zgodził się z nią, że pacjenta z chorobą wieńcową nie można narażać na stresy związane z wizytami w przychodni, w związku z czym, on, Cezary Antonowicz, będzie przychodził do państwa Krzewicz-Zagórskich z wizytami domowymi. Oczywiście w ramach leczenia państwowego, bez żadnych opłat.
Mówiąc to wszystko, w myślach zgrzytał zębami i przeklinał chwilę, w której zamienił się na dyżur ze swoim kolegą, któremu dzisiaj wypadła jakaś uroczystość rodzinna. Gdyby się nie zgodził, wtedy to właśnie ów kolega miałby na głowie tę całą protegowaną pani minister (której w ogóle tu nie było!). Ale stało się, jak się stało i nic już nie mógł zrobić. Miał tylko nadzieję, że pan Eustachy jest nie tyle chory, ile zastraszony przez małżonkę, a opinię taką wyrobił sobie na podstawie papierów – to znaczy wyników różnych badań, które przytomnie przyniosła ze sobą żona nowego pacjenta.
Umówili się na pierwszą wizytę, która miała odbyć się w następny poniedziałek o osiemnastej, w mieszkaniu państwa Krzewicz-Zagórskich. Mieszkanie to znajdowało się na czwartym piętrze, przy Marszałkowskiej, róg Świętokrzyskiej.
(…)