Strona główna / Romans / Nie do opisania

Aktualności

24.09.2021

Spotkanie online Pauliną Młynarską

W piątek 24 września o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Moja lewa joga".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

28.08.2021

Rozmowa z Olgą Rudnicką

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Olgą Rydnicką, autorką książki "Na własną rękę".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Martwiec Katarzyna Puzyńska
  3. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston

Nie do opisania

Laura Griffin

Rozdział 1.

Wyspa Lito, Teksas
26°14,895’N 097°11,280’W
Dwadzieścia cztery godziny później

Komisariat policji był cichy.
Niepokojąco cichy.
Elaina McCord przejechała przez pusty parking i zaparkowała na miejscu najbliżej wejścia. Otworzyła drzwi i wysiadła. Odetchnęła głęboko, czując lekki powiew powietrza. Niezupełnie wiatr, ale prawie. Przez chwilę stała obok taurusa, rozglądając się po okolicy.
Zebrała włosy z karku i związała je w niedbały kok. Jej garnitur ze sztucznego włókna, kupiony w sieciówce, ukrywał kaburę, ale nie przepuszczał powietrza. Powinna była wybrać coś z jedwabiu, jednak kiedy kompletowała garderobę do pracy, myślała o Waszyngtonie lub Nowym Jorku. Nawet za milion lat nie przyszłoby jej do głowy, że skończy w Browns­ville w Teksasie – w biurze będącym satelitą satelity, tysiące kilometrów od każdego z miejsc, w których chciałaby się znaleźć.
Z wyjątkiem dzisiejszego dnia.
Dzisiaj szef policji wyspy Lito Matt Breck zadzwonił do Brownsville, by poprosić agentów federalnych o pomoc w rozwiązaniu serii zabójstw. Najprawdopodobniej oczekiwał dwóch doświadczonych funkcjonariuszy w ciemnych garniturach i z krótko ostrzyżonymi włosami.
Zamiast tego dostał żółtodzioba w podróbce Donny Karan.
Elaina wygładziła klapy marynarki i zebrała się w sobie. Zatrzasnęła drzwi, zamknęła samochód i pokonała sześć drewnianych stopni, żeby tekturowy znak powiedział jej to, co już wiedziała.
Nikogo tu nie było.
„Niedługo wracam”. Czarne wskazówki na zegarku wskazywały dziesiątą trzydzieści. Elaina spojrzała na palące słońce, wiszące dokładnie nad nią. Przysłoniła oczy ręką i zajrzała do środka przez przyciemnioną szybę. Wyglądało na to, że budynek jest zamknięty.
Kto zamyka komisariat?
Na jakiej planecie się znalazła?
Prychnęła z irytacją i odwróciła się. Za maleńkim parkingiem rząd wysokich palm wznosił się wzdłuż autostrady numer sto sześć, znanej również jako auto­strada Lito, ponieważ była to jedyna główna większa droga w mieście i biegła przez całe trzydzieś­ci pięć kilometrów długości wyspy. Jak stwierdziła Elaina, wzdłuż pierwszych trzech kilometrów tłoczyły się motele, restauracje i sklepy ze sprzętem surfingowym. Następne trzydzieści dwa były zajęte przez jeden Bóg wie co. Z mapy wynikało, że droga znika w Narodowym Rezerwacie Dzikiej Przyrody Wyspy Lito zaraz na południe za miastem. Elaina spojrzała teraz w tamtą stronę i zobaczyła trawę i wodę; wyglądało to jak niekończące się bagno.
Albo ujście rzeki. Wszystko jedno.
Uśpiony komisariat otaczał zniszczony drewniany podest. Ruszyła nim na tyły, uważając, by jej niskie szpilki nie utknęły w dziurach między nierównymi deskami. Biały budynek, zbudowany z suszonej cegły, odbijał słońce jak lustro. Stał tyłem do Laguna Madre, zatoki, która oddzielała wyspę od głównego lądu. Agentka odwróciła wzrok od ostrego blasku słońca, obchodząc komisariat. Jakiś ruch na powierzchni wody przyciągnął jej spojrzenie.
Łódź. Płynęła w jej kierunku, co oznaczało, że zmierzała albo do policyjnego doku, albo do znajdującej się tuż obok przystani o pompatycznej nazwie Marina Wyspy Lito.
Motorówka się zbliżała. Na burcie Elaina widziała zarys jakiegoś oficjalnego logo i naliczyła przynajmniej czterech pasażerów za osobą stojącą przy sterze. Ścisnęło ją w żołądku na myśl o piątej osobie, która, jak wiedziała, zapewne leży na pokładzie.
Łódź przemknęła obok policyjnego doku, po czym szerokim łukiem zakręciła do mariny. Fala wzbita przez silnik chlupnęła przez dziury w podeście, mocząc buty Elainy.
Czuła wodę chlupoczącą między palcami, kiedy szła przez gęstą trawę porastającą ziemię między komisariatem a przystanią. Żwirowy parking był zastawiony suvami i pikapami. Zauważyła dwa wozy policyjne i czerwonego suburbana z namalowanym na boku napisem „Straż Pożarna Wyspy Lito”.
Elaina obeszła blaszany budynek, minęła ogorzałego mężczyznę, ciągnącego pustą pułapkę na kraby, a potem parę nastolatków z żółtymi kubłami z przynętą na ryby. Obok automatu z colą stał jakiś mężczyzna, palił papierosa i obserwował ją. Minęła drewniane koryto do patroszenia ryb i łysiejącego faceta z brodą, który przerwał odcinanie rybiego łba i zagapił się na nią. Ignorując wszystkie ciekawskie spojrzenia, agentka przeszła na koniec pirsu.
Kapitan łodzi – szef policji Breck – wykrzyczał rozkaz i mężczyzna w mundurze w kolorze khaki wyskoczył z łodzi i przycumował ją.
Dwóch mundurowych pochyliło się równocześnie i podniosło coś z pokładu. Elaina patrzyła zszokowana, jak przenoszą długi czarny pakunek na pomost, gdzie położyli go w pełnym słońcu. W końcu kapitan zszedł z pokładu.
Agentka pomaszerowała w jego stronę.
– Szef policji Breck?
Spojrzał na nią spod daszka bejsbolówki ze skrótem oznaczającym wydział policji wyspy Lito, a w jego wzroku natychmiast pojawiła się podejrzliwość.
– Tak?
Elaina zatrzymała się przed nim; miał minę pełną rezerwy.
– Na razie nie będzie żadnych komentarzy – oświadczył.
– Słucham?
– Jest pani z „Heralda”, prawda? – Zlustrował jej garnitur, zatrzymując wzrok na mokrych nogawkach, a potem przenosząc spojrzenie na jej twarz. – A może z telewizji? W każdym razie nie będę na razie udzielał żadnych komentarzy, więc…
– Jestem z FBI. – Wyciągnęła dłoń. – Agentka specjalna Elaina McCord.
Uniósł brwi, które zniknęły pod czapką.
– Dzwonił pan dziś do Brownsville – przypomniała mu, gdy ze zdziwieniem spojrzał na jej dłoń. – Prosił pan o pomoc, prawda?
Teraz zmarszczył brwi i Elaina opuściła rękę. Szef policji jeszcze raz jej się przyjrzał. Skierowała wzrok za jego plecy, na worek z ciałem leżący na pomoście. Obok stał siwy mężczyzna w cywilnym ubraniu. Lekarz sądowy?
– Może wróci pani tam? – Breck machnął w stronę blaszanego budynku. – Ktoś za chwilę do pani przyjdzie.
Agentka zacisnęła zęby, ale posłusznie cofnęła się o kilka kroków. Wkurzenie szefa policji w jej pierwszym dochodzeniu w sprawie zabójstwa nie byłoby mądrym posunięciem. Skrzyżowała ramiona i patrzyła, jak Breck odwraca się plecami, by porozmawiać z podwładnymi.
Doleciał do niej zapach dymu. Rzuciła okiem na automat z colą, gdzie wciąż stał mężczyzna z papierosem, oparty nonszalancko o framugę. Coś w jego natrętnym, przenikliwym spojrzeniu sprawiło, że dostała gęsiej skórki.
Odwróciła wzrok.
Nagle w powietrzu zaroiło się od skrzydeł, gdy gość przy drewnianym zlewie wyrzucił do wody rybie wnętrzności. To mewy rzuciły się w tamtą stronę. Wielki brązowy pelikan podfrunął i chwycił zdobycz, po czym przysiadł na pomoście i pożarł ją.
Elaina rozejrzała się, starając się wszystko zapamiętać. Para nastolatków zniknęła, ale poławiacz krabów wciąż był w pobliżu; postawił pułapkę na ziemi i skrzyżował ręce na piersi, skupiając uwagę na worku z ciałem. Agentka zapamiętała jego twarz, a potem przeczesała wzrokiem okolicę w poszukiwaniu podejrzanych. Niektórzy sprawcy lubią kręcić się w pobliżu miejsca zbrodni i obserwować następstwa swoich działań. Naliczyła dziewięciu widzów, w tym opalonego dwudziestokilkulatka bez koszulki i z blond dredami. Obejmował ramieniem młodą kobietę i oboje obserwowali pirs z chorobliwą fascynacją.
Elaina zerknęła na zegarek. Zaklęła pod nosem. Breck i jego ludzie stali blisko siebie na pomoście, osłaniając ciało przed i tak nieistniejącym wiatrem. Czuła coraz większą irytację; mijały kolejne minuty, a z nieba lał się żar.
Duży brązowy ptak wylądował na końcu pirsu, przyczłapał na patykowatych nogach do worka na zwłoki i zaczął dziobać plastik sierpowato zakrzywionym dziobem.
Agentka przeszła szybkim krokiem obok rozmawiających mężczyzn, machając rękami.
– Sio! Sio! – krzyknęła i ptak odleciał.
Odwróciła się na pięcie.
– Gdzie jest ekipa, która ma zabrać zwłoki?
Breck zmarszczył czoło.
– Kto?
– Ekipa, która ma zabrać zwłoki! Ciało piecze się na słońcu, a razem z nim wszystkie dowody, które moglibyśmy zebrać.
Szef policji oparł ręce na biodrach.
– Czekamy na naszą karetkę. Zatrzymał ich jakiś wypadek na plaży.
Elaina odetchnęła głęboko. Czuła na sobie dziesiątki par oczu, gdy prostując ramiona, usiłowała się uspokoić.
– Kiedy tu przyjadą? – zapytała.
– Wtedy, kiedy przyjadą. Maynard. – Breck skinął głową w stronę jednego z mundurowych.
– Tak jest, sir.
– Zaprowadź panią McCord na komisariat, żeby trochę ochłonęła.


Kazali jej czekać ponad cztery godziny.
Elaina odmówiła przyjęcia do wiadomości faktu, że została zlekceważona. Zamiast tego przyniosła z samochodu swoją teczkę i komórkę. Rozłożyła akta na stole w sali konferencyjnej i pracowała w skupieniu, jakby wstała dziś rano z zamiarem spędzenia piątkowego popołudnia na jakimś prowincjonalnym komisariacie. Jednak do siedemnastej trzydzieści cała jej cierpliwość wyparowała. Była głodna i zmęczona. A także spocona, bo w pokoju nie było klimatyzacji, tylko przenośny wentylator, który wprawiał w ruch wciąż to samo ciepłe powietrze. Już miała się poddać i zacząć szukać automatu z napojami i przekąskami, kiedy ktoś otworzył drzwi do sali. Funkcjonariusz Maynard.
– Pani McCord? Szef prosi panią do siebie.
Nareszcie audiencja u jego wysokości. Elaina zebrała swoje akta i schowała je do teczki.
– Tędy, proszę pani.
Policjant był niższy od niej, miał jakieś metr siedemdziesiąt pięć wzrostu. Był wysportowany i trzymał się prosto, przypominając postawą żołnierzy piechoty morskiej, których widywała podczas dwudziestu dwóch tygodni w Quantico. Poprowadził ją przez wyłożony boazerią korytarz, obok sześćdziesięcioletniej mniej więcej kobiety, siedzącej za metalowym biurkiem przed jednym z biur. Kobieta rozmawiała przez telefon i robiła notatki, przy jej łokciu piętrzył się stos różowych karteczek z wiadomościami.
Maynard otworzył drzwi do sanktuarium Bre­cka i Elaina weszła do środka. W pokoju unosiła się słaba woń cygar, a szef policji siedział w skórzanym fotelu za biurkiem z plastiku imitującego drewno. Przed biurkiem stały półkolem również plastikowe krzesła, zajęte przez ludzi, których agentka widziała wcześ­niej na przystani, z wyjątkiem łysego mężczyzny z kowbojskim kapeluszem w ręku. Gwiazda przypięta do ubrania na jego piersi powiedziała Elaine, że to strażnik Teksasu.
– Doktor Frank Cisernos. – Siwy mężczyzna z pomostu wstał. – Lekarz medycyny sądowej hrabstwa.
Elaina uścisnęła jego dłoń i przedstawiła się. Spojrzała na twarze pozostałych. Młody latynoski funkcjonariusz uśmiechnął się do niej, ale nikt inny nie wstał, żeby się z nią przywitać.
Maynard zajął jedno z dwóch pustych krzeseł i gestem zaprosił agentkę, by usiadła na drugim. Położyła na nim swoją teczkę, a sama stała, splótłszy przed sobą ręce, żeby nikt nie zauważył, że drżą.
– Zatem jest pani tutaj, żeby nam pomóc. – Breck oparł łokcie o blat biurka. – Scarborough powiedział mi, że właśnie opuściła pani Akademię.
Agentka powstrzymała grymas niezadowolenia.
– Skończyłam szkolenie jesienią. – Zastanawiała się, co jeszcze powiedział Breckowi nadzorujący ją agent specjalny. Szef nie krył niechęci do niej, ale w końcu pozwolił jej spróbować swoich sił w profilowaniu. Może zaczynał zmieniać zdanie o podwładnej.
A może wysłał ją tu, żeby odniosła spektakularną porażkę.
Odchrząknęła.
– Jestem tutaj, żeby stworzyć profil sprawcy. Zostałam również upoważniona, by zaoferować wam pomoc w badaniach laboratoryjnych, jeśli zajdzie taka potrzeba. – Zerknęła na strażnika Teksasu, który prawdopodobnie także miał uprawnienia, by szybko załatwić sprawę badań, i wiedziała, że jej akcje spadają bardzo szybko.
– Profil, co? – Teraz Breck odchylił się w fotelu. – Opowie nam pani o naszym niezidentyfikowanym mordercy?
Uwaga wszystkich zebranych skupiła się na Elainie.
– To, co mam, to na razie tylko wstępne ustalenia – powiedziała. – Będę musiała obejrzeć zdjęcia z miejsca zbrodni i być przy sekcji zwłok. Rozumiem, że ktoś ze stanowego laboratorium kryminalistycznego przyjedzie, żeby przy niej asystować?
Spojrzała na Cisernosa, który lekko skinął głową.
– Czy wiadomo, kim jest ofiara?
– Jeszcze nie potwierdziliśmy tożsamości – odparł szef policji. – Ale przez ostatnie pół godziny wydzwaniają do mnie chyba wszyscy rodzice dzieciaków z koledżu. Słyszeli o znalezieniu zwłok w wiadomościach. Teraz, ponieważ ich córki nie odbierają komórek, rodzice chcą, żebyśmy im powiedzieli, czy to ich dziecko, czy nie. No, proszę się nie krępować. – Skinął głową. – Proszę przedstawić nam profil sprawcy.
– Powiedział pan „nie potwierdziliśmy” – odpowiedziała Elaina, unikając zastawionej pułapki. – To znaczy, że podejrzewacie, kim jest ofiara?
– Na pewno wiemy tylko tyle, że to kobieta rasy białej, o długich ciemnych włosach. – Mówiąc to, Breck obrzucił spojrzeniem długie ciemne włosy agentki. Potem opuścił wzrok na żółty notatnik, leżący na biurku. – Zwłoki były w złym stanie, nie wiemy nawet, ile miała lat. Ale odebraliśmy dziś telefon na temat osobowego audi, porzuconego w pobliżu doku dla łodzi po północnej stronie miasta. Samochód stoi tam od dwóch dni. Zarejestrowany na Valerie Monroe, dwudziestosiedmiolatkę z Houston. W wozie znaleziono torebkę. W niej prawo jazdy, legitymację szkoły medycznej, ubezpieczenie zdrowotne. Monroe była brunetką. Zabraliśmy auto, ale jeszcze wszystko sprawdzamy.
– Mój przełożony powiedział mi, że ofiara została znaleziona dziś rano na bagnach przez rybaków. – Agentka spojrzała na lekarza. – Była naga i została wypatroszona tak samo jak Gina Calvert, na której zwłoki natrafiono w marcu.
– Gina Calvert została odnaleziona piętnastego marca – uściślił Cisernos. – Moim zdaniem, leżała tam co najmniej dwa dni. Wygląda na to, że ta ofiara została zamordowana mniej więcej trzy dni temu.
(…)