Strona główna / Literatura polska / Modliszka

Aktualności

21.01.2020

Spotkanie z synem Seweryny Szmaglewskiej

W niedzielę 2 lutego o godz. 16.30 zapraszamy do Żydowskiego Instytutu Historycznego w Warszawie (ul.Tłomackie 3/5) na spotkanie z Jackiem Wiśniewskim, synem Seweryny Szmaglewskiej, autorki książki "Dymy nad Birkenau".

Wywiady

23.01.2020

Wszyscy mamy w sobie

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Craigem Russellem, autorem książki "Czynnik diabła"

Posłuchaj i zobacz

22.01.2020

Wstrząsająca prawda o życiu arabskich księżniczek.

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Marcina Margielewskiego "Zaginione arabskie księżniczki".

Bestsellery

TOP 20

  1. Jestem nieletnią żoną Laila Shukri
  2. Doktor Sen Stephen King
  3. Upadek Gondolinu. Pod redakcją Christophera Tolkiena J.R.R. Tolkien

Fotogaleria

więcej »

Modliszka

Irena Matuszkiewicz

Gdzieś tydzień przed świętami Milena powiedziała do męża, że ich życie wreszcie można nazwać normalnym. To był ten ranek, który przywiódł do pracowni Lodę Rojską.
Kiedyś, dawno temu, w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku, a nawet nieco wcześniej, Rojska uchodziła za atrakcyjną kobietę. Lata mijały, a ona nie umiała o tym zapomnieć. W kwiecie osiemdziesięciu dwu wiosen wciąż wyglądała jak dawna pani Loda. No, może niezupełnie, może tylko we własnym mniemaniu tak wyglądała, bo na przykład Milena nazwała ją w myślach babcią Barbie i tylko ostatkiem woli powstrzymała się, by nie wykrzyknąć tego głośno. Spod czarnego kapelusza spływały na piersi platynowe włosy ujęte w dwie kitki oplecione u nasady czarną aksamitką. Wielka grzywka zasłaniała fantazyjnie jedno oko. To drugie, odsłonięte, wyglądało jak granatowy kleks. Odważny makijaż sprawiał, że twarz przypominała bladoróżową maskę z krepiny lub czegoś równie pogniecionego. Ust nie było widać, bo zasłaniała je dłoń ozdobiona imponującym rubinem. Skórzana kurteczka opinała szczupłą talię, wełniana spódnica natomiast ledwie przykrywała kolana.
Pani Loda nosiła ubrania w dobrym gatunku, używała markowych kosmetyków oraz perfum Coco Chanel. Tak było zawsze, nawet w zgrzebnych czasach minionego ustroju. Modą interesowała się o tyle o ile. Niby wiedziała, co się nosi w danym sezonie i jakie dominują kolory, ale i tak ubierała się po swojemu. Z wyjątkiem kosmetyków od wielu lat niczego nie musiała kupować. Szafy miała zapchane ubraniami pochodzącymi z okresu świetności, dbała o nie i nigdy nie mówiła, że nie ma co na siebie włożyć. Takie mówienie ma sens tylko wówczas, gdy obok jest ktoś gotowy do uzupełnienia braków w szafie. Wdowy, zwłaszcza wiekowe, najczęściej mają się w co ubrać, a pani Loda żyła samotnie od wielu lat.
Milena ucieszyła się na widok kobiety, którą niegdyś uważała za zmorę dzieciństwa. Dawna niechęć brała się stąd, że pani Rojska, z braku własnych dzieci, przelała część macierzyńskich uczuć na córkę przyjaciółki, czyli Milenkę. Była bardziej surowa i wymagająca niż rodzona matka dziewczynki, poza tym nieskora do pochwał. Warto dodać, że, wyjąwszy samą panią Lodę, nikt więcej nie był z tego matkowania zadowolony. Minęły lata, mała Milenka urosła i odsunęła się od mentorki. Widywały się tak rzadko, że nie miały kiedy zaleźć sobie za skórę. Teraz pani Loda nie budziła już strachu, jedynie przypominała to, co dobre i bezpowrotnie stracone, czyli rodzinny dom. Ot, taka mała ironia czasu, który nawet zmorę potrafi zmienić w miłe wspomnienie.
Starsza dama nie była zbyt wylewna. Powitanie ograniczyła do przeciągłego „mmm”, wykonała kilka gestów świadczących, że pogadać to ona pogada z Mileną, ale dopiero wówczas, gdy odzyska zęby. Położyła na stole plastikowy woreczek z pękniętą protezą, sama zaś rozsiadła się wygodnie – na znak, że spokojnie poczeka na zakończenie pracy. Milena ze ściśniętym sercem odłożyła zaplanowaną robotę i zajęła się nieszczęsnymi zębami. Każdej innej klientce kazałaby przyjść za kilka godzin, ale pani Loda nie była każdą inną, jej nie wypadało odsyłać. Przez moment w pracowni panowała cisza. Tylko przez moment, bo starsza pani dosyć miała ciszy we własnym domu.
– Co słychać u małego Radka? – wysepleniła.
– Mały, pani Lodo, to on był dawno temu – odpowiedziała Milena. – Teraz to poważny student politechniki, a za rok inżynier. Wielki chłop, metr dziewięćdziesiąt.
– Pewnie niedługo będziesz kupowała wódkę na weselisko?
– Nie tak prędko. Radek za często zmienia dziewczyny, żeby zdążył przyzwyczaić się do jednej. Udany chłopak, nie powiem.
– Musiał wrodzić się w ciebie, jeśli udany. – Pani Rojska zawiesiła głos i szybko zmieniła temat. – Marnie coś wyglądasz. Nie żal ci spędzać życia między zębami?
– Przecież nie siedzę w paszczy rekina – zaśmiała się Milena. – Te zęby są całkiem milutkie i nie gryzą. To prawda, że kiedyś chciałam zostać panną Marple, niestety, za wcześnie wyszłam za mąż. Jak się nie ma zagadek do rozwiązywania, trzeba polubić protetykę. Polubiłam i nie narzekam.
– Z twoją figurą i urodą powinnaś zostać modelką – stwierdziła z przekonaniem starsza dama.
– A co z moją nadwagą? – spytała Milena.
– Pupa ci urosła, bo za dużo siedzisz. Jako modelka nie miałabyś nadwagi.
– Ani pracy. Wykopaliby mnie z wybiegu już kilka lat temu. Nie, nie, pani Lodo, stanowczo wolę swój zawód.
– Nie lubisz, kiedy ścigają cię na ulicy zachwycone spojrzenia? – zdziwiła się Rojska. – Jestem starsza od ciebie, a jeszcze teraz oglądają się za mną faceci.
Słowo „faceci” zabrzmiało jak „fafeci” i Milena z trudem zachowała powagę. Była pewna, że nie tylko faceci oglądają się na ulicy za babcią Barbie, lecz nie wypadało mówić tego głośno. Starsza dama coraz bardziej się rozkręcała. Pogodziła się z brakiem zębów, odjęła dłoń od ust i sepleniła z dużym wdziękiem.
– A Lucjan jak się miewa? – zagadnęła nieoczekiwanie i znowu zawiesiła głos, jakby chciała jeszcze coś dopowiedzieć, ale po namyśle zrezygnowała.
– Otworzył hurtownię, pracuje i jeśli narzeka, to na brak czasu. Ja też jestem zapracowana i tyle naszego, co sobie czasem gdzieś wyskoczymy. Święta spędzimy w Karwi. Radek do nas dojedzie i będę miała z głowy świąteczny bałagan, łącznie z pitraszeniem.
– Tak przypuszczałam – mruknęła Rojska po chwili.
Milena z rozbawieniem spojrzała na zasępioną twarz rozmówczyni.
– Przypuszczała pani, że w te święta wywiozę rodzinę do Karwi, żeby wymigać się od gotowania?
– Nie, to nie to. Myślałam, że wciąż jesteście razem, chociaż słyszałam coś zupełnie innego. Wyszło na moje.
– Co pani słyszała?
– Oddasz zęby, to ci powiem. Proteza pękła mi w samą porę, ktoś musi cię ostrzec.
– Ostrzec?
– Ano ostrzec. Jak to inaczej nazwać, jeśli mąż wplątał się w kłopoty.
– Nie rozumiem – wybąkała Milena. Oderwała się od pracy i patrzyła na gościa oczami okrągłymi ze zdumienia.
– To przez te zęby – westchnęła Rojska. – Sama czuję, że mówię niewyraźnie.
– Słowa rozumiem, sensu nie chwytam.
– A co tu chwytać. Od jakiegoś roku twój Lucjan pęta się po mojej kamienicy. Rano dowozi bułeczki, po południu owoce i coś tam jeszcze. A ja z kolei podziwiam go z okna. Oczywiście nie do mnie przyjeżdża, tylko do sąsiadki z parteru. Na pożegnanie zawsze odgrywa taką ładną pantomimę, z pa, pa, całuskami i oczami wlepionymi w okno. Boję się, że kiedyś orła wywinie, bo drogi na osiedlu koszmarne. Uczucie go opętało jak nikogo przed nim. Zakochanym zawsze się tak wydaje.
– To nie może być prawda – zaprotestowała Milena. – Mówi pani: bułeczki, owoce? Lucjan nie cierpi zakupów i z daleka omija sklepy.
– Też mi argument! – prychnęła Rojska. – Jak jest z tobą, to omija, jak jedzie do niej, to obowiązkowo zahacza o sklep, zwłaszcza teraz, kiedy narzeczona już na ostatnich nogach, jak to się mówi. Tak, tak, zawojowała chłopa z kretesem. Wybrała sobie mężczyznę, lada moment urodzi mu dziecko i powoli stworzy swój dom na gruzach twojego. A ty zakopałaś się w robocie i co masz z tego? Naprawdę nie zauważyłaś, że twój ślubny jest jakiś inny? Mając taką tajemnicę, musi być inny.
Milena bezradnie wzruszyła ramionami.
– Po dwudziestu latach małżeństwa oboje jesteśmy trochę inni. Nie śledzę go, nie wypytuję… Jest pani pewna, że to mój mąż, a nie ktoś podobny? Spotkała go pani kiedyś w drzwiach albo na schodach, tak oko w oko?
Wciąż jeszcze nie dowierzała i była pewna, że lada chwila cała sytuacja się wyjaśni i okaże śmieszną pomyłką. Na razie nie było jej do śmiechu.
Pani Rojska z politowaniem pokiwała głową, po czym cierpliwie, choć z braku zębów dość mozolnie, jęła przytaczać niezbite argumenty, które miały przekonać naiwną Milenę, że nie jakiś tam mężczyzna, tylko Lucjan Płoszyński jest matrymonialnym oszustem, bez względu na to, czy ona, Loda Rojska, wpadła na niego w drzwiach, czy nie. Jak każda szanująca się dama w stanie spoczynku, rzadko kiedy wychodziła gdzieś przed dziesiątą. Tylko wielkie wydarzenia, takie jak badanie krwi lub awaria protezy, mogły wywabić ją z domu o bladym świcie.
Na co dzień żyła spokojnie własnym rytmem. Ranek zaczynała od filiżanki kawy. Punktualnie o ósmej zasiadała przy oknie, powolutku sączyła ulubiony napój i obserwowała ludzi kręcących się przed domem. To wprost niewiarygodne, ile wiadomości mogą dostarczyć takie niewinne obserwacje. Oczywiście pod warunkiem, że umie się patrzeć. Kiedy więc którejś niedzieli zobaczyła Lucjana Płoszyńskiego, jak wysiadał z samochodu z bukietem kwiatów, pomyślała: Ciekawe, kogo oni tu mają? Nie on, tylko oni, bo przecież z jednego bukietu nie można wyciągać zbyt pochopnych wniosków. To było rok wcześniej, może półtora. Wtedy widywała go o wiele rzadziej. Wpadał na godzinkę i znikał na kilka dni. Raz odwiózł Irminę, ze dwa razy gdzieś wywiózł, ale nigdy nie towarzyszyła mu żona.
Pani Loda dość szybko wyrobiła sobie zdanie co do charakteru owej znajomości. To nie „oni mieli”, tylko „on miał” tę małą z parteru, do której zaczął zaglądać coraz częściej, aż to „częściej” przeszło w codziennie. W dni powszednie podjeżdżał pod dom między piątą a szóstą po południu. W tym samym czasie pani Loda Rojska zasiadała przy oknie z filiżanką herbaty, która była jej drugim ulubionym napojem. Patrzyła z wyżyn swojego pierwszego piętra i nic jej nie umknęło: ani pośpiech mężczyzny, ani jego siwiejące skronie.
Tak się bowiem złożyło, że wprawdzie natura dała pani Lodzie słabe zęby, skażone dodatkowo paradentozą, ale za to pierwszorzędny wzrok, taki co to na kilkanaście metrów dojrzy źdźbło w oku bliźniego. Mając taki właśnie wzrok oraz rozum skłonny do dedukcji, staruszka wiedziała więcej, niż inni skłonni byli pojąć. Rozum radził, by zadzwoniła do dawnej pupilki. Nie żeby od razu burzyć jej spokój, ale uczulić, delikatnie zasugerować to i owo, a przede wszystkim posłużyć radą. Doradzanie było ulubionym hobby starszej damy i niechętnie z niego rezygnowała. Perspektywa rozmowy z kochaną Milenką tak ją poruszyła, że z wrażenia nie mogła znaleźć numeru telefonu. Powinien być w szufladce z papierami, lecz równie dobrze mógł się zawieruszyć wśród książek lub jeszcze gdzieś indziej. Płoszyńscy mieszkali daleko, na innym osiedlu i oczywiście mieli jakiś adres, tylko pani Loda nie pamiętała takich drobiazgów jak ulica czy numer domu. Trafić, trafiłaby z zawiązanymi oczami, pomyślała więc o taksówce, co trochę ostudziło jej zapał. Nie lubiła nieprzewidzianych wydatków i stanowczo ich unikała. W rozwikłaniu zagadki pomógł zwykły przypadek, lub prawie zwykły. Ot, taka mała sztuczka z rozsypanymi pomarańczami. Miały prawo się rozsypać, bo reklamówka była cienka, a że akurat przydarzyło się to pani Lodzie na parterze, w chwili kiedy Irmina wchodziła do mieszkania, to już zupełnie inna rzecz. Młoda kobieta pozbierała owoce, pomogła je zanieść na piętro i weszła na moment do mieszkania starszej damy. A jak już weszła, to zachwyciły ją stylowe meble, zwłaszcza kryształowe lustro w rzeźbionych ramach. Z mebli rozmowa przeszła na dom, z domu na mężczyzn i wystarczyło kilka minut, by Irmina, ujęta komplementami pani Lody, powiedziała o swoim partnerze to, co najistotniejsze. Że rozwodnik, że bezdzietny i zamożny… cud, miód i orzeszki… i że pobiorą się na Boże Narodzenie. Oczywiście chodziło o Lucjana, bo o kogóż innego. Irmina mówiła o nim Luk.