Strona główna / Literatura światowa / Czas przypływu

Aktualności

30.09.2019

Film o Grzesiuku na Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce

Z radością informujemy, że film dokumentalny o Stanisławie Grzesiuku "Grzesiuk. Ferajna wciąż gra” w reżyserii Jarosława Wiśniewskiego został zakwalifikowany do 31. Festiwalu Filmu Polskiego w Ameryce, który odbędzie się w dniach 9-24 listopada w Chicago.

Wywiady

11.07.2019

"Mówimy o trylogii, na którą należy patrzeć całościowo"

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Piotrem Borlikiem, autorem książek "Boska proporcja", "Materiał ludzki" i "Białe kłamstwa".

Posłuchaj i zobacz

10.10.2019

Kim jest kobieta ze spaloną twarzą?

Zapraszamy do obejrzenia nagrania zapowiadającego najnowszą książkę Katarzyny Puzyńskiej "Pokrzyk".

Bestsellery

TOP 20

  1. Była arabską stewardesą Marcin Margielewski
  2. Białe kłamstwa Piotr Borlik
  3. I tak nie przestanę Cię kochać Jacek Skowroński, Maria Ulatowska

Fotogaleria

więcej »

Czas przypływu

Nancy Thayer

Rozdział 2. MARINA

Nantucket. Nieduży wynajęty domek w samym środku zaczarowanej wyspy. Miała nadzieję, że zaczarowanej. Czekał ją bowiem kolejny dzień bez rodziny, miłości i planów na przyszłość.
Mimo wszystko czuła się odrobinę lepiej.
Leżąc w łóżku w pozycji embrionalnej, zmusiła się do wyliczenia pięciu rzeczy, za które jest wdzięczna losowi. Christie zaleciła jej wykonywanie tego ćwiczenia zaraz po przebudzeniu i tuż przed zaśnięciem. Podobno pomaga uporządkować myśli.
Niech będzie.
Marina była wdzięczna za przespanie całej nocy bez środków nasennych. Obawiała się uzależnienia od tabletek. Od kilku miesięcy przeżywała prawdziwe piekło, najgorzej czuła się wieczorami, rozwód sprawił, że utraciła poczucie sensu i wartości życia. Szarpały nią na przemian gniew i przeraźliwy strach. O co w tym wszystkim chodzi? Czyżby kompletnie nic nie znaczyła? Najwyraźniej morskie powietrze potrafiło zdziałać cuda; od trzech tygodni, czyli odkąd przeprowadziła się na wyspę, codziennie zapadała w głęboki regenerujący sen. Christie dobrze jej doradziła, żeby przyjechała tutaj na jakiś czas, aż zabliźnią się rany po rozstaniu.
Po drugie... Cóż, znalazła miejsce do zamieszkania. Przypominało domek dla lalek porośnięty pnączami dzikich róż, glicynii i powojników. Wielodzielne łukowe okna i niebieskie drzwi nadawały chatce bajkowy charakter. Jedno duże pomieszczenie służyło za część kuchenną, jadalną i mieszkalną. Wąskie schody prowadziły do sypialni na poddaszu. Okna wychodziły na trzy strony świata. Z prawej strony Marina widziała ptaki wijące gniazdo w koronie jabłonki, po lewej miała sosnę, a okno na wprost łóżka ukazywało krzew głogu.
Wystrój był raczej przeciętny. Meble nieco sfatygowane, ale za to funkcjonalne i wygodne. Okna pozbawione zasłon, żadnych obrazów na ścianach. Ani jednego dywanu – to akurat zrozumiałe, trzeba by było bardzo uważać, żeby nie nanosić piasku. Drewniane podłogi przyjemnie chłodziły bose stopy.
Była wdzięczna losowi, że udało jej się znaleźć mieszkanie w samym sercu miasteczka. Codziennie rano i wieczorem przypominała sobie, jakie ma szczęście. Jej nowy dom znajdował się w zacisznej alejce w pięknej historycznej dzielnicy. Marina wszędzie mogła dojść pieszo: do sklepu spożywczego, apteki, biblioteki, na pocztę. Nieduży budynek stał na skraju dużego ogrodu, niegdyś służył za miejsce zabaw dzieciom, które dorastały w rozległej starej willi. Właściciel i jedna z jego córek nadal tam mieszkali. Dzięki ich obecności w pobliżu Marina czuła się mniej osamotniona. Sam widok zapalonych świateł w oknach dużego domu na przeciwległym krańcu ogrodu dodawał jej otuchy. Córka gospodarza miała na imię Lily, była bardzo ładna i niezbyt przyjaźnie nastawiona. Cóż, myślała Marina, dwudziestodwuletniej dziewczynie muszę się wydawać stara i nudna.
Jim Fox był za to szalenie miły. Kilka razy przywiózł jej świeże ryby, a wieczorami po pracy często zaglądał, żeby porozmawiać, gdy wracał do domu. Pytał, czy wszystko w porządku, czy ona czegoś nie potrzebuje. Bo gdyby czegokolwiek potrzebowała, wystarczy słowo... Czy smakowały jej ryby? Jeśli tak, to przywiezie więcej z kolejnego połowu. Jego przesadna troskliwość sprawiła, że Marinie nasunęło się podejrzenie, iż ją podrywa. Odrzuciła je wszakże z powątpiewaniem. Nie wysyłała przecież żadnych sygnałów, jej kobiecość ukryła się jak wystraszony żółw w skorupie. Mimo to Marina nie mogła nie zauważyć, że Jim był wyjątkowo atrakcyjnym mężczyzną; wysokim, muskularnym, pewnym siebie, wesołym i przyjacielskim.
Po czwarte, Marina była wdzięczna losowi za to, że ma wierną i mądrą przyjaciółkę w osobie Christie.
Dziwnie potoczyło się życie...
Dawno, dawno temu, w siódmej klasie Marina miała dwie zupełnie różne najlepsze przyjaciółki. Christie była tą grzeczną dziewczynką – ładna, wiecznie roześmiana, popularna i zdolna. Dara uchodziła za buntowniczkę, spontaniczną, nieprzewidywalną, raczej seksowną niż klasycznie piękną. Wszystkie trzy zdały na tę samą uczelnię w Missouri, Uniwersytet Columbia. Latem pod koniec drugiego roku studiów ich drogi się rozeszły. Christie i Marina postanowiły poszukać pracy w Nantucket jako kelnerki. Atrakcyjne zarobki, piękne miejsce, szalone imprezy. Dara natomiast stwierdziła kategorycznie, że usługiwanie obcym ludziom jest stanowczo poniżej jej godności. W przeciwieństwie do przyjaciółek nie potrzebowała pieniędzy i wybrała wędrówkę z plecakiem po Europie z grupą innych znajomych.
Marina i Christie nie żałowały swojej decyzji i wróciły do Nantucket podczas kolejnych wakacji. A potem następnych. W ciągu roku akademickiego trzy przyjaciółki nadal spędzały ze sobą czas, lecz Dara zaczęła się obracać w innych, bardziej elitarnych kręgach, a ich wzajemne relacje nigdy już nie wróciły na poprzednie tory. Po zakończeniu studiów wybrały inne ścieżki. Darze zależało na pieniądzach, Marinie na karierze projektantki, a Christie chciała tylko Boba, swojego ukochanego od czasów liceum.
Marina była świadkiem na ślubie Christie i Boba. Kilka lat później, kiedy Marina brała ślub z Gerrym Warrenem, Christie – wówczas w zaawansowanej ciąży – była jej świadkiem. Po ślubie Mariny nie widywały się zbyt często. Każda z nich wiodła swoje życie pełne zajęć i obowiązków. Christie i Bob mieli dom pełen śmiechu, pogrążony w wiecznym chaosie wywoływanym przez piątkę rozbrykanych dzieci. Mieszkali nad jeziorem, niedaleko Kansas City.
Marina poznała Gerry’ego – przystojnego blondyna o szafirowych oczach – na studiach. Na początku wydawał jej się zbyt zarozumiały i powierzchowny, dlatego nie zainteresowała się nim, chociaż był także atrakcyjny, inteligentny i pełen uroku. Gerry jednak upatrzył sobie Marinę i nie dawał za wygraną, dopóki jej nie zdobył. Uwiodła ją siła jego pożądania.
Mieli podobne cele i ambicje, chyba właśnie to połączyło ich na dłużej. On był zdolnym biznesmenem; ona miała łatwość tworzenia i duszę artystki. Razem założyli agencję reklamowo-projektową w Kansas. Na początek zainwestowali własny czas, zdolności i pieniądze pożyczone od rodziców. Harowali dniami i nocami. Przez kilka kolejnych lat całym ich życiem była praca. Wyrobili sobie renomę w okolicy, odnieśli sukces i oddali rodzicom dług. Kupili mieszkanie i luksusowe samochody, które traktowali jako wizytówki firmy – jaguara dla Gerry’ego i kabriolet saaba dla Mariny. Mijały miesiące i lata, mogli sobie pozwolić na wszystko, a mimo to nie zdołali znaleźć czasu na relaks. Zachowywali się jak roboty zaprogramowane na bycie w ciągłym ruchu.
Agencja rosła w siłę, a biuro stanowiło pole codziennej bitwy. Oboje ćwiczyli po pięć dni w tygodniu, aby utrzymać ciała w dobrej formie. Marina nosiła szykowne dopasowane czarne garsonki i buty na wysokich obcasach. Jasne włosy obcinała modnie, krótko, aby tracić jak najmniej czasu na ich układanie. Coraz rzadziej skupiała się na kreatywnej stronie swojej pracy, biegając na spotkania z klientami, radą zarządu, prawnikami, projektantami, księgowymi. Wieczorami oboje pracowali do późna i często wychodzili na kolacje biznesowe. Czuła się kobietą sukcesu, prowadzącą życie godne zazdrości, pełne przygód, pieniędzy i pięknych ludzi.
Tymczasem seksowna Dara dwukrotnie wyszła za mąż. Marina była świadkiem na jej pierwszym ślubie. Za drugim razem Dara i jej zamożny narzeczony pojechali do Pago Pago, tam się pobrali i spędzili miesiąc miodowy. Drugi mąż Dary prowadził multimiliardową firmę budowlaną. Po podpisaniu z nim umowy dochody Warren Design & Advertising przekroczyły najśmielsze oczekiwania Gerry’ego i Mariny.
Nieco zaniedbana przyjaźń nabrała nowej energii. Marina i Dara chodziły na te same przyjęcia, razem robiły zakupy i plotkowały na popołudniowych spotkaniach w ekskluzywnych restauracjach. Dara miała obsesję na punkcie wyglądu, już po przekroczeniu trzydziestki zoperowała sobie piersi, a pierwszy lifting zrobiła, kiedy ukończyła trzydzieści dwa lata. Marina to rozumiała. W końcu sama pracowała w branży reklamowej i wiedziała, jak ważny jest wizerunek.
Dara z upływem lat zupełnie straciła zainteresowanie udomowioną przyjaciółką, ale Marina co kilka miesięcy nadal odwiedzała Christie. Matka pięciorga dzieci, właścicielka gromady psów i kotów, promieniowała spokojem i zadowoleniem. Donikąd jej się nie spieszyło, żyła powoli, nie pragnąc być nigdzie indziej. Marina podziwiała spokój, komfort i rytm życia przyjaciółki. Ona sama wiecznie się z czymś zmagała, do czegoś spieszyła, nigdy i nigdzie nie czując się na swoim miejscu.
Z upływem lat odkryła, że zaczyna zazdrościć Christie.
Jej pierwszej zwierzyła się tamtego pochmurnego sierpniowego popołudnia. Wyjawiła głęboko skrywany sekret. Zanim powiedziała cokolwiek Darze, a nawet Gerry’emu. Te słowa zabrzmiały dziwnie w jej ustach.
– Christie, chcę mieć dziecko. Popadłam w jakąś obsesję na tym punkcie. Nie chcę mieć pięciorga, tak jak ty. Nie dałabym sobie rady. Ale chciałabym mieć własne dziecko.
– Skarbie – roześmiała się Christie. – Nic prostszego. Do tego nie będzie ci potrzebny strój służbowy.
Ośmielona reakcją przyjaciółki, powiedziała o tym Gerry’emu. Był rozbawiony, ale chętny. Tak oto w wypełnionym po brzegi grafiku pojawiła się kolejna pozycja: począć dziecko.
Okazało się, że to nie takie proste.
Był to dla nich obojga spory szok, nie przywykli do niepowodzeń.
Próbowali wszystkiego. Testy. Kalendarzyk. Różne pozycje. Suplementy ziołowe i hormonalne. Nic nie działało. Kilku niezależnych specjalistów orzekło, że zarówno Gerry, jak i Marina mogą mieć dzieci. Lecz ona nadal nie zachodziła w ciążę.
Zwierzyła się Darze, która orzekła:
– Potraktuj to jako błogosławieństwo. Dziecko zepsułoby ci figurę.
Marina nic z tego nie rozumiała. Próbowała zachować spokój, ale za każdym razem, gdy widziała kobietę z dzieckiem, ogarniała ją paląca zazdrość. Śniła o dzieciach nocami i marzyła o nich całe dnie. Co miesiąc czekała z nadzieją i z każdym miesiącem coraz bardziej sama siebie nienawidziła.
Minęło południe, Marina siedziała w swoim eleganckim, przeszklonym, nowoczesnym gabinecie, wpatrując się w ekran komputera. Co jest ze mną nie tak?, myślała. Dlaczego nie mogę zajść w ciążę? Coś ciepłego spłynęło jej po dłoni. Nie pozwalała sobie na płacz w miejscu pracy, więc nie mogły to być łzy. Spuściła wzrok i dopiero wtedy zdała sobie sprawę z tego, co zrobiła: raz po raz kaleczyła się srebrnym otwieraczem do listów. Po prostu wbijała go sobie w rękę. Odrzuciła z przerażeniem nożyk, przyłożyła do rany chusteczki higieniczne, chwyciła torebkę, po czym wybiegła z budynku, nie zatrzymując się nawet, żeby poinformować sekretarkę, dokąd idzie. Sama tego nie wiedziała, uciekała przed bólem.
Dopiero w samochodzie zdecydowała, dokąd pojedzie. Do Christie. Styczniowy śnieg przykrył dachy i pobocza białym połyskującym srebrnymi drobinkami płaszczem. Niebo było bezchmurne, powietrze rześkie, słońce świeciło jasno.
Dzieci nie wróciły jeszcze ze szkoły. Christie siedziała przy kominku, szydełkując i słuchając muzyki. W środku dnia! Marina nie mogła się nadziwić.
Przyjaciółka powiedziała jej, żeby zdjęła buty i wyciągnęła się wygodnie na kanapie, przyniosła gorącą czekoladę i ciasteczka. Jakby Marina była jednym z jej dzieci. Wysłuchała łzawych zwierzeń przyjaciółki, płacząc razem z nią. Marina poczuła, że ktoś ją rozumie.
– Jestem wściekła, Christie! – łkała. – To tak strasznie boli. Dlaczego ja? Czy jestem jakaś wybrakowana? Gerry myśli, że to moja wina, chociaż lekarze twierdzą, iż oboje jesteśmy zdrowi. Przechodzimy kryzys. Stałam się zgorzkniałą, sfrustrowaną, ogarniętą obsesją babą. Kobietą, której nie poznaję. Nie wiem, co robić!
Christie milczała przez chwilę, nie przerywając szydełkowania.
– Myślałaś o adopcji? – zapytała.
– Gerry się nie zgadza.
– Pogódź się z tym. – Christie przykryła jej dłoń swoją. – Masz tak wiele: pracę, którą lubisz, męża, którego kochasz, urodę, wolność. Ciesz się życiem.
– Chcę tego samego co ty. Rodziny. Chcę mieć twoje dzieci.
– Żartujesz? – Christie wybuchnęła śmiechem. – Zostawię cię z nimi na weekend, jeśli chcesz. Wyjedziemy sobie gdzieś z Bobem tylko we dwójkę. – Wyraz paniki na twarzy przyjaciółki rozbawił ją jeszcze bardziej.
Marina śmiała się razem z nią. Wracała do domu w pogodniejszym nastroju. Postanowiła powiedzieć Gerry’emu, że jeśli nie zajdzie w ciążę przed czterdziestką, przestanie próbować. Będą musieli pogodzić się z sytuacją. Zrobiła to, a mąż przyznał jej rację.
W głębi serca miała nadzieję, że stawiając własnemu ciału, losowi i naturze ultimatum, zmobilizuje je do bardziej wytężonej pracy.
Nadeszły czterdzieste urodziny i wszystko się zmieniło.

Przestań to rozgrzebywać! Weź się w garść!, upomniała się surowo. Postawiła stopy na chłodnej drewnianej podłodze i powiodła wzrokiem po małej sypialni.
Skup się.
Piąta rzecz, za którą jest wdzięczna? Wyspa. Piękno, które raniło i leczyło zarazem. Bywały dni, kiedy patrzyła na intensywny błękit nieposkromionych fal albo gąszcz różanych krzewów i czuła się, jakby jej serce przeszyła strzała, otwierając je na emocje, których siła sprawiała, że Marina musiała przysiąść, gdyż nie mogła utrzymać się na nogach ani powstrzymać od płaczu. Bywały też dni, kiedy piękno otoczenia uspokajało zmysły, a nawet ją rozweselało.
Wierzyła, że już niedługo z uśmiechem pójdzie na spacer wzdłuż brzegu morza.

Rozdział 3. ABBIE

Abbie!
Lily wybiegła z domu, by ją powitać, ledwie Abbie zdążyła postawić stopę na ziemi, wysiadając z furgonetki Jasona. Pewnie czekała przy oknie, rozczuliła się starsza siostra. Dwudziestodwuletnia dziewczyna ciągle była dla niej „małą Lily”, dużo od niej młodszą, niższą i drobniejszą.
– Abbie! Tak się cieszę, że już jesteś! – Lily niemal podskakiwała z radości.
– Ja też się cieszę, dziecinko – powiedziała Abbie, obejmując siostrę.
Rudowłosa zielonooka Lily uchodziła za najładniejszą w rodzinie. Była także seksowna i jak najbardziej świadoma swych wdzięków. Natychmiast zainteresowała się Jasonem, znajomym, który zaproponował Abbie podwiezienie do domu i właśnie wyjmował torby z bagażnika. O dwa lata starszy od Lily i o sześć młodszy od Abbie, dobrze zbudowany młody człowiek niedawno wyszedł z wojska. Miał ciemne włosy, czarne oczy i egzotyczną urodę odziedziczoną po przodkach wywodzących się z Zielonego Przylądka.
Abbie odebrała swoje torby.
– Dziękuję za podwiezienie, Jasonie.
– Nie ma sprawy. Cześć, Lily.
– Cześć, Jason. Dzięki za przywiezienie mojej siostry. – Lily zatrzepotała zalotnie rzęsami. – Wejdziesz na mrożoną herbatę?
– Innym razem. Abbie mówiła, że dawno się nie widziałyście. Na pewno macie mnóstwo do nadrobienia – odparł z uśmiechem, po czym wsiadł do samochodu i odjechał.
Lily chwyciła Abbie pod rękę i pociągnęła w stronę domu.
– Nie mogę uwierzyć, że naprawdę tu jesteś! Kupiłam rukolę...
W korytarzu jak zwykle panował chłód i półmrok, słońce padało od drugiej strony. Abbie zostawiła torby u podnóża schodów. Zauważyła kurz pokrywający meble.
– Spójrz! – Lily wskazała stojący na stoliku wazon z kwiatami. – Specjalnie dla ciebie!
– Jak miło! Dziękuję, Lily. – Jeszcze raz uściskała siostrę, ponad jej ramieniem rzucając ukradkowe spojrzenia na panujący wokół bałagan. Jak można do tego stopnia zagracić mieszkanie w tak krótkim czasie? Nie było jej zaledwie półtora roku.
– Gdzie Emma?
– W swoim pokoju. Prawdopodobnie śpi. Ostatnio dość dużo sypia. – Lily uważnie wpatrywała się w twarz Abbie. – Od dawna nie myliśmy okien. Jakoś zawsze wylatuje mi to z głowy.
Abbie była bliska ataku paniki, mając wrażenie, jakby panujący wokół chaos fizycznie ją przygniatał. A nie widziała jeszcze nawet kuchni.
Prowadziła ojcu dom od piętnastego roku życia, gotowała, sprzątała i opiekowała się młodszymi siostrami. Nie poszła na studia, zbyt obciążona obowiązkami, które przejęła po śmierci mamy. Czasami myślała, że nigdy nie założy własnej rodziny, nie będzie miała własnego życia. Kochała swoich najbliższych całym sercem, ale marzyła o podróżach.
Dwa lata temu, już jako dwudziestoośmiolatka, przyjęła pracę niani w rodzinie, która wybierała się do Londynu. Poleciała razem z nimi. Na miejscu miała mnóstwo czasu dla siebie. Dzieci – jedno miało dziesięć, drugie dwanaście lat – były bardzo grzeczne. Razem z nimi zwiedzała muzea, chodziła na koncerty, do teatru, przyglądała się zmianom warty pod pałacem Buckingham. Wieczorami przeglądała biblioteczkę pana Vanderdyne’a. Czytała Dickensa, Hardy’ego i T.S. Eliota. Oglądała płyty DVD z nagraniami sztuk Noela Cowarda i filmami Truffauta. Towarzyszyła podopiecznym podczas lekcji francuskiego i sama zaczęła się uczyć tego języka, gdyż tego lata Vanderdyne’owie wybierali się do Francji.
Nagle nadeszły rozpaczliwe wiadomości od Lily i Abbie musiała wrócić do domu.
W pewnym sensie miło czuć się potrzebną. Z drugiej strony, chyba zawiodła jako opiekunka siostry, skoro dwudziestodwuletnia dziewczyna nadal nie potrafiła się bez niej obejść.
Lily paplała jak najęta, wyczuwając minorowy nastrój Abbie.
– Zresztą byliśmy zbyt zapracowani, żeby zaprzątać sobie głowy ścieraniem kurzu. Sytuacja na rynku nieruchomości wygląda nieciekawie, buduje się coraz mniej nowych domów, więc tata stracił sporo klientów. Nadal dostaje zlecenia, ale większość pieniędzy pochłaniają pensje pracowników i ich ubezpieczenia. Ja pomagam, jak potrafię, dokładam się do zakupów spożywczych i tego typu rzeczy.
To akurat dobra wiadomość, pomyślała Abbie. Przed jej wyjazdem Lily nie miała zielonego pojęcia, ile kosztuje utrzymanie domu. Najwyraźniej dużo się nauczyła podczas nieobecności starszych sióstr.
– Chciałabym z tobą porozmawiać o finansach – ciągnęła Lily. – Zawsze się orientowałaś w takich sprawach.
– Dobrze. Ale to Emma jest ekspertem od finansów.
– Ona chyba nie czuje się ostatnio ekspertem w żadnej dziedzinie.
Abbie popatrzyła na fotografię na kominku. Zdjęcie zrobiła dziesięć lat temu ciocia Stella na ślubie swojej córki, przedstawiało wszystkie trzy siostry jako druhny w identycznych sukniach z lawendowego tiulu.
Kręcone brązowe włosy Abbie były gładko zaczesane do tyłu, fryzura podkreślała piękny kształt głowy oraz łabędzią szyję. Abbie odziedziczyła figurę po ojcu, była wysoka, chuda i miała szerokie ramiona pływaczki. Przybrała ironiczną pozę modelki. Zawsze obcinała włosy na krótko, często sama. Tak było najwygodniej, długie loki przeszkadzałyby jej w pływaniu. Miała wtedy tylko dwadzieścia lat, ale wyglądała bardzo dorośle i poważnie mimo szczerego, choć nieco sardonicznego uśmiechu.
Emma była o kilka centymetrów niższa od starszej siostry. Mniej więcej o tyle samo, co Lily od niej. Miała duże brązowe oczy jak Abbie. Odziedziczyła po mamie pełne kształty. Nie była pulchna, tylko po prostu kobieco zaokrąglona. Lawendowa suknia z gorsetem podkreślała pełny dekolt, wąską talię i szerokie biodra Emmy. Jej brązowe włosy były równie kręcone jak włosy Abbie, a twarz mniej pociągła, za to usiana piegami. Uchodziła za „milusią”, co wprawiało ją we wściekłość. Zawsze starannie układała włosy, a pozując do zdjęć, wysuwała podbródek, chcąc wyglądać bardziej wytwornie. W efekcie na większości fotografii sprawiała wrażenie poirytowanej.
Dwunastoletnia zaledwie Lily miała niesforne rude loki, upięte w kok, i zielone oczy, które obwiodła czarną kredką. Najdrobniejsza, najmłodsza i najbardziej czarująca z całej trójki, stała bokiem do obiektywu, rzucając zalotne spojrzenie sponad ramienia. Dziecko naśladujące dorosłą kobietę.
– Skąd to się tu wzięło? – zdziwiła się Abbie. – Wszystkie wyglądamy tak młodo...
– Tata je postawił. Nasze ostatnie oficjalne wspólne zdjęcie.
– Czuję się, jakbym wysiadła z wehikułu czasu – powiedziała Abbie, rozglądając się powoli wokół. – Niczego nie krytykuję! – zastrzegła, podnosząc rękę w obronnym geście. – Tak sobie mówię. – Przyjrzała się młodszej siostrze. – No, no, wyrosłaś na prawdziwą seksbombę, co?
– Tak myślisz? – zarumieniła się Lily.
– No pewnie. Przypominasz Ritę Hayworth.
– A ty... Audrey Hepburn – zrewanżowała się za komplement.
– Ha. Raczej Sigourney Weaver w „Obcym”.
– Tak! – zawołała z entuzjazmem Lily.
– A Emma? – Abbie przebiegła palcami po klawiszach fortepianu. Wymagał nastrojenia.
– Chodźmy do niej – zaproponowała Lily, ujmując ją pod rękę.
(…)