Strona główna / Literatura światowa / Serce Tygrysicy

Aktualności

24.09.2021

Spotkanie online Pauliną Młynarską

W piątek 24 września o godz. 20:00 zapraszamy na wirtualne spotkanie z Pauliną Młynarską, autorką książki "Moja lewa joga".

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

18.09.2021

Rozmowa z Anną Karpińską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu z Anną Karpińską, autorką książki "Kiedy nadejdziesz".

Bestsellery

TOP 20

  1. Billy Summers Stephen King
  2. Martwiec Katarzyna Puzyńska
  3. Red, White & Royal Blue Casey McQuiston

Serce Tygrysicy

Aisling Juanjuan Shen

Prolog

Prezes Lin mówi mi o planach rozbudowy swojego przedsiębiorstwa, dzięki której ma się ono stać jedną z największych firm w Chinach. Siedzi przy owalnym dębowym stole, z brodą opartą na rękach i szczerym uśmiechem na ustach. Po obu stronach siedzą dwaj jego menedżerowie w garniturach i krawatach. Wszystkie oczy są zwrócone na mnie. Na przeciwległej ścianie wielki impresjonistyczny obraz olejny lśni w popołudniowym słońcu, wpadającym przez okno.
Po raz pierwszy przyjmuję menedżerów z Chin. Jestem podenerwowana. Kiedy patrzę na prezesa, powtarzam sobie, że powinnam być czujna.
– Chcemy zainwestować dwa miliardy dolarów w Suzhou i zbudować tam nowe fabryki. – Wskazuje kropkę na dokumencie.
– Tak? – odpowiadam i zaciekawiona wychylam się do przodu. – Pochodzę stamtąd.
Tutaj, w odległej Ameryce, na dźwięk znanej nazwy robi mi się ciepło koło serca.
– Naprawdę? Nic dziwnego, pani Shen. To miasto znane jest z wyrafinowanych i ładnych kobiet.
– Nie pochodzę z tego miasta, tylko z maleńkiej wioski, z rolniczego okręgu otaczającego Suzhou. Moi rodzice byli niepiśmiennymi wieśniakami. – Uśmiecham się nieśmiało. – Gdyby zobaczył mnie pan piętnaście lat temu na ulicy w Suzhou, miałabym ziemię za paznokciami – mówię chyba więcej, niż powinnam.
Pan Lin chichocze i zbywa to wyznanie machnięciem ręki.
– Ależ, pani Shen.
Widzę, że nie wierzy, że to może być prawda.
Dziewczyna, na której teraz tak bardzo się stara zrobić dobre wrażenie, nie mogła być jedną z tych brudnych wieśniaczek, na które w Chinach nawet nie zwróciłby uwagi. Pamiętam, jak przed piętnastoma laty stałam w deszczu przed dużą fabryką w Suzhou, desperacko pragnąc dostać pracę, kiedy szef, właśnie taki jak prezes Lin, zauważył mnie, idąc do swojej limuzyny, i polecił strażnikowi, by nie wpuszczać mnie za bramę. Stałam i patrzyłam, jak wsiada do samochodu z przyciemnionymi szybami, nie rzuciwszy mi nawet drugiego spojrzenia, i szybko odjeżdża w chmurze pyłu.
Przerzucając strony prezentacji, prezes Lin kontynuuje opowieść o swoim planie wielkiego rozwoju.
Od czasu do czasu przytakuję mu skinieniem głowy, ale już nie potrafię się skoncentrować. Mimowolnie moje myśli wracają do tamtych lat. Przypominam sobie, jak sadzę siewki ryżu w płytkiej wodzie, a moje bose stopy oblepione są błotem. Słyszę komary bzykające mi koło uszu i czuję, jak pijawki wysysają mi krew z łydek. Widzę siebie, jak później błąkam się po ulicach, nie mając grosza przy duszy. Moim ówczesnym marzeniem była grzana na parze bułka z nadzieniem. Było to wiele lat temu, ale wydaje się, jakby to było wczoraj.
Człowiek, który pojawił się kiedyś na okładce pisma „Forbes”, siedzi tu i schlebia mi, kiedy ja przez całe życie błagałam kolejnych wpływowych ludzi o danie mi choćby najmniejszej szansy. Siedzę teraz we wspaniałym biurze w finansowej dzielnicy Bostonu, mam na sobie czarny kostium, a jeszcze dziesięć lat temu byłam bezdomna i wędrowałam w Chinach od miasta do miasta.
Wiem, że nie ma szans, bym przekonała tego multi­milionera, iż to, co powiedziałam, jest prawdą. Nawet gdybym opowiedziała ludziom choćby cząstkę tego, co przeżyłam, niewielu by mi uwierzyło. Mam dopiero trzydzieści trzy lata, ale to, co przypadło mi w udziale, wystarczyłoby na sto ludzkich żywotów.
Oto moja historia.


Część pierwsza

1.
Wioska Shen, gdzie się urodziłam, jest małą osadą rolników uprawiających ryż, leżącą w samym sercu delty Jangcy. Po jednej stronie rozciągają się poletka ryżowe i łany krzewów morwy, po drugiej ogranicza ją rzeczka. Wioska miała tylko około pięćdziesięciu mieszkańców. Moi rodzice mieszkali w jej środku. Byłam ich pierwszym dzieckiem. Stara ciotka Feng, bezzębna sąsiadka, która przyjęła mnie na świat w naszej pokrytej słomą chacie, zawsze mówiła, że rok i godzina moich narodzin, siódma wieczór we wrześniu 1974 roku, to zapowiedź, że jestem tygrysem wychodzącym ze swojej kryjówki – nic tylko same kłopoty.
Rzeczywiście, jak się wydawało, sprawiałam kłopoty od samego początku. Kiedy miałam tydzień, ojciec wziął książeczkę rejestru gospodarstwa domowego i poszedł do biura lokalnej administracji, by zgłosić moje
narodziny, dzięki czemu moglibyśmy dostać więcej ziemi i większy miesięczny przydział cukru. Urzędnik spytał o moje imię. Ojciec, niezadowolony z narodzin dziewczynki, nie wybrał jeszcze dla mnie imienia.
Powiedział więc w pośpiechu:
– Hm, nie wiem. Nazwij ją po prostu Mei Yun.
Kiedy wrócił, matka omal nie napluła mu w twarz i nazwała go świńskim łbem. Na wsi bardzo przestrzegano starszeństwa w rodzinie. Mei Yun nie tylko było niemodnym imieniem, używanym jedynie w Starych Chinach, lecz także moja matka miała na imię Lin Yun, więc ów drugi człon sugerował, że należymy do tego samego pokolenia. Ojciec nie odpowiadał na jej zarzuty. Siedział w milczeniu na swoim zwykłym miejscu przy piecyku. Matka upierała się, by nazwać mnie Juanjuan, co znaczy „śliczna”. Nigdy nie polubiłam tego imienia. Potem, kiedy przeniosłam się do Stanów Zjednoczonych, zmieniłam imię na Aisling.
Prawie cały okres niemowlęcy spędziłam na groblach pomiędzy poletkami ryżowymi; płakałam, zasypiałam ze zmęczenia i znów płakałam, podczas gdy rodzice pracowali, wytężając wszystkie swoje siły. W naszej
okolicy były bardzo żyzne ziemie i prawie wszyscy wieśniacy utrzymywali się z pracy na poletkach ryżowych.
Cała ziemia należała do gminy, która przyznawała określony obszar pola w zależności od wielkości rodziny oraz przydzielała nasiona i nawozy na początku każdego sezonu upraw. Ryż sadzono i zbierano dwa razy w roku, raz na początku lata, a drugi raz późną jesienią. W zimie siano krokosz barwierski, a owoce zbierano na wiosnę i tłoczono z nich olej roślinny. Po żniwach każda rodzina przekazywała gminie wymaganą ilość ryżu i oleju, a resztę zatrzymywała dla siebie. Z jakiegoś powodu to, co pozostało, nigdy nie wystarczało, by napełnić nam żołądki.
Na zebraniu pod koniec każdego roku sekretarz partii wręczał mężczyźnie, który reprezentował daną rodzinę, czerwoną kopertę z rocznym dochodem. Koperta była zawsze bardzo cienka po odjęciu kosztów nasion,
nawozu i długów zaciągniętych w gminie. Czasem znajdował się w niej jedynie pasek białego papieru z ujemną liczbą.
Moi rodzice pracowali zapamiętale, bo gdyby zaniedbali uprawę pól, głodowaliby przez cały rok, a nie tylko w niektóre dni. Jako pierwszy syn w rodzinie Shen ojciec był zobowiązany do pracy na polach swojej matki
Czcigodnej Drugiej i najmłodszej siostry Siódemki, poza pracą na własnym. Naturalnie, matka też musiała pomagać, czego szczerze nie znosiła. Chociaż moi rodzice zajmowali się jej polami i karmili ją, Czcigodna Druga nigdy nie uczestniczyła w pracach domowych i nigdy się mną nie opiekowała jak zwykła wiejska babcia. Tylko kręciła się po wiosce, a czasem znikała na kilka dni.
Mojej matce nie podobało się, że w naszej zatłoczonej lepiance mieszkają też Czcigodna Druga i Siódemka. Czcigodna Druga była nieprzyjaciółką matki, odkąd ta ukończyła piętnaście lat. Wtedy Lianshen, jej owdowiały ojciec, wydał ją za mąż i została synową Czcigodnej Drugiej, która straciła męża kilka lat wcześniej. Przyszła teściowa przekonała Lianshena, by oddał moją matkę bez zwyczajowych prezentów zaręczynowych od narzeczonego. Matka prawie nie znała Yu Lin, czyli mojego ojca, ale słyszała, że rodzina Shen nie posiada niczego poza pokrytą słomą lepianką. Kiedy po pięciu latach weszła do rodziny Shen, jej nienawiść do Czcigodnej Drugiej jeszcze wzrosła. Codziennie się kłóciły i w naszej chacie nigdy nie było spokojnej chwili.
Kiedy miałam prawie cztery lata, na świat przyszła moja siostra Spring. Wkrótce potem w Chinach wprowadzono politykę „jednego dziecka”. Od tamtej pory małżeństwo mogło mieć tylko jedno dziecko, a drugie pod warunkiem że pierwsze zmarło albo jest upośledzone. W młodości często żałowałam, że tej polityki nie wprowadzono wcześniej, bo wtedy moja siostra nigdy by się nie urodziła i nie mogłaby zabrać mi wszystkiego.
Ojciec był głęboko rozczarowany, że już nie będzie miał syna, który zapewni ciągłość rodu. Nigdy nie był zbyt komunikatywny, ale teraz stał się jeszcze bardziej zamknięty w sobie. W ogóle nie było go słychać, większość czasu spędzał w domu, jedząc lub śpiąc, tak że czasem zapominało się, że tu w ogóle mieszka. Po narodzinach Spring musiałam się przenieść z tej strony łóżka, gdzie spała matka, na stronę ojca. Każdej nocy matka trzymała moją małą siostrzyczkę w ramionach i tak zasypiała, a ja leżałam obok ojca, który prawie nie oddychał. Odzwyczaiłam się od dotykania matki i kiedy przypadkiem musnęłam palcami jej skórę, tężały mi mięśnie.
Matka po pracy na poletkach ryżowych zawsze była wyczerpana, ubłocona i nigdy się nie uśmiechała. Jeśli pod koniec dnia miała jeszcze trochę energii, to wykorzystywała ją, by z wściekłością tupać nogami i wyklinać ojca.
Wiem, że matka była ładna, bo ludzie w wiosce mówili, że przypominała „kwiat w stercie krowiego łajna”.
Patrzyłam na ojca, który miał niewiele ponad sto siedemdziesiąt centymetrów wzrostu, małe oczy i małe usta w poszarzałej twarzy oraz zwisające brwi, i doszłam do wniosku, że to on musi być tą stertą krowiego łajna. Było mi smutno, ale w głębi serca cieszyłam się, bo mieszkańcy wioski mówili, że wcale nie jestem podobna do ojca. Miałam gęste brwi, podobnie jak matka. Była z nich dumna, nadawały jej twarzy zdecydowany wyraz.
Nie wiedziałam, dlaczego nigdy się do mnie nie odzywa i nigdy nie jest zadowolona. Nauczyłam się zachowywać się przy niej cicho, bo zawsze była w złym humorze, szczególnie wtedy, gdy leżała w łóżku i jęczała z powodu jątrzących się ran, jakie tworzyły się jej na ramionach od drąga nosidła, którego musiała używać przy noszeniu ryżu podczas zbiorów. Kiedy próbowałam się do niej odezwać, wrzeszczała, żebym się zamknęła albo poszła w diabły.

Kiedy miałam sześć lat, matka włożyła mi na ramię torbę, którą uszyła ze starych ubrań, i zaprowadziła do miejscowej szkoły podstawowej dla dzieci z osiemnastu pobliskich wiosek. Rząd zachęcał rodziców, by posyłali dzieci do szkół przynajmniej na dziewięć lat, a wieśniacy zaczęli przychylać się do pomysłu, by dzieci uczyły się, nie tylko pracowały na poletkach.
Zanim weszłyśmy do szkoły, matka pouczyła mnie łagodnym głosem, jaki rzadko u niej słyszałam, żebym była grzeczna, słuchała nauczycieli i pilnie się uczyła, bo nie każda dziewczynka miała tyle szczęścia, by móc iść do szkoły. „Mama i tata nigdy nie chodzili do szkoły. Ze wszystkich dziewczynek w wiosce tylko ty i Peony możecie się uczyć”. Uklękła przede mną, by doprowadzić do porządku moje ubranie. Powiedziałam cicho „aha”, ale byłam zdenerwowana. Na czym polega szkoła i co się teraz wydarzy? Bardzo chciałam, żeby matka mi to wytłumaczyła albo żebym mogła zdobyć się na odwagę, by ją o to spytać.
Nauczycielka Pang, wychowawczyni pierwszej klasy, powitała nas w miło brzmiącym dialekcie, który, jak się później dowiedziałam, był naszym oficjalnym językiem mandaryńskim. Miała słodki, ciepły głos, przypominający smak polerowanego lepkiego ryżu, a skóra na jej twarzy i dłoniach była biała i delikatna. Natychmiast ją polubiłam. Skóra mieszkańców wioski przypominała wędzoną wieprzowinę, była gruba, ciemna i twarda, a kiedy dwie lub trzy osoby rozmawiały w naszym lokalnym dialekcie, wydawało się, że to stadko kaczek kwacze najgłośniej, jak potrafi. Poza tym nawet pięcioletnie dziewczynki używały języka typu „pieprzę cipę twojej matki”. Komitet wiejski zwrócił się do odpowiednich władz Zhenze, dużego miasta leżącego nieopodal, o wydelegowanie Nauczycielki Pang, a także Nauczycielki Shi dla piątej klasy . Ponieważ pochodziły z prawdziwego miasta, a nie z wioski, miały status „mieszkańca miasta”. Dane im było skończyć college dla nauczycieli i nie musiały przez całe życie pracować na poletkach ryżowych.
W ławce klasowej siedziałam wyprostowana, z rękoma założonymi za plecami, i patrzyłam przez otwarte okno, jak matka znika w oddali. Byłam oszołomiona, przeniosłam wzrok na wielką tablicę i przysadzistą
Nauczycielkę Pang. Nie miałam pojęcia, że mnie, małej dziewczynce, przed którą świat był zamknięty, dane będzie teraz wejść do najpiękniejszego świata w całym wszechświecie, świata książek, w którym nauczę się wszystkiego, czego tylko mogłabym potrzebować w życiu.
Jednak moje życie w domu nadal nie należało do przyjemnych. Matka nie mogła już znieść mieszkania pod jednym dachem z Czcigodną Drugą. Traciła panowanie nad sobą na jej widok lub głos. W październiku 1981 roku moi rodzice pożyczyli sto juanów od komitetu wiejskiego i dzięki tym pieniądzom oraz oszczędnościom, które w jakiś sposób udało im się przez całe lata zgromadzić, z pomocą innych wieśniaków zbudowali nowy dom z cegieł. Komitet wiejski załatwił dla Czcigodnej Drugiej i Siódemki mały ceglany pokoik, stanowiący własność wioski, naprzeciwko naszego nowego domu. Wreszcie matka i babka zamieszkały oddzielnie.
W nowym domu matka stała się spokojniejsza. Nie krzy-czała przez cały czas i częściej mówiła normalnym głosem, szczególnie wtedy, kiedy zwracała się do Spring, która miała już prawie cztery lata. Kiedy urosła, Spring stała się dla matki „perłą na dłoni”, tak cenną, że ta już sama nie wiedziała, co ma z nią robić. Wyrosła na taką dziewczynkę, jaką chciała widzieć w niej matka, była moim całkowitym przeciwieństwem. Należy za to dziękować Buddzie, jak mówiła matka. Głośna i towarzyska, była najodważniejszym dzieckiem w wiosce, całymi dniami biegała tam i z powrotem pomiędzy rozdwojonym pniem Wielkiej Topoli, która rosła u wjazdu do wioski, gdzie zbierali się wieśniacy na rozmowy i wymianę plotek. Natomiast ja byłam pospolita, powolna i bałam się ludzi. Rzadko się odzywałam i lubiłam chować się po kątach, żeby nie przyciągać niczyjej uwagi.
Dręczyło mnie pytanie, co jest ze mną nie w porządku, i zastanawiałam się, dlaczego nie mogę być tak szybka i odważna jak Spring. Wyślizgiwała się z ramion matki podczas jej południowej drzemki i szukała ropuch na zarośniętych krzewami morwy polach. Brała wielkie szczypce z paleniska i worek i zawsze przynosiła mnóstwo ropuch do domu. Potem obcinała im głowy, odzierała je ze skóry i stawiała to pyszne danie na stole, za co moi rodzice jeszcze bardziej ją kochali. Natomiast ja bałam się ropuch, a nawet małych owadów. Byłam tak nieśmiała i delikatna, że nie mogłam przesunąć nożem po szyi kurczaka, by go zabić. Nigdy nie potrafiłam doprać ubrań na tarze i matka musiała to robić jeszcze raz. Nie umiałam, by zrobić przyjemność matce, ukraść dyni i ukryć jej pod trawą w koszyku, jak to robiła Spring. To ona przynosiła do domu mnóstwo trudnych do zdobycia brzoskwiń z pól sąsiedniej wioski. Była szybka, więc zawsze zdążyła uciec, kiedy gonił ją właściciel. Potrafiła złapać za uszy królika, którego hodowaliśmy i wykarmili, i uderzać nim o topolę, dopóki go nie zabiła.
Ja nigdy nie zdołałam wywołać uśmiechu na twarzy matki. Mówiła wieśniakom, że nie tylko jestem brzydka, ale mam też fatalną osobowość. „Jej po prostu nie da się kochać”, tłumaczyła swojemu młodszemu bratu, którego nazywałam Młodszym Wujkiem.
Z upływem czasu stawałam się coraz bardziej wycofana. Czasem nie rozmawiałam z nikim przez wiele tygodni i unikałam innych wieśniaków, jak tylko mogłam.
Wkrótce zaczęli nazywać mnie „podstępnym diabłem”, a moją małą siostrę „drogocennym aniołem”. Nikt nie wiedział, że w nocy chowam głowę w poduszkę i cicho płaczę z powodu krzywdy, jaką wyrządziła mi matka i reszta świata. Śpiąca obok mnie Spring zawsze spokojnie oddychała. Miałyśmy teraz małe łóżko w drugim kącie pokoju, w którym spali rodzice. Sklecił je ojciec, kiedy Spring skończyła sześć lat i miała pójść do przedszkola.
Każdego ranka, kiedy z głośników, które wisiały na ścianie u każdej rodziny, komitet wiejski zaczynał nadawać porady, jak osiągnąć zdrowe zbiory, ja zjadłszy już swoją miskę ryżu, byłam w drodze do szkoły. Wiedziałam, że późnym rankiem matka zaprowadzi Spring do przedszkola, a kiedy staną w drzwiach, nie będzie chciała puścić jej ręki i obie zaczną płakać. Spring nienawidziła przedszkola.
Czasem nawet z niego uciekała i wracała do domu.
Nie rozumiałam, jak można nie lubić szkoły, dlaczego ktokolwiek nie chciałby nauczyć się mówić tak jak Nauczycielka Pang czy też pisać chińskie znaki, czytać piękne poezje epoki Tang lub nawet bawić się liczbami. Dla mnie szkoła była niebem, jedyną rzeczą, jaka sprawiała mi przyjemność. Nic nie mogłoby mnie od niej odciągnąć.
Po lekcjach, zamiast z innymi dziećmi łapać cykady, żaby i węgorze, uczyłam się pilnie przez cały wieczór, dopóki ojciec nie zaczął wrzeszczeć, żebym przestała. „Zużyjesz całą naftę”, krzyczał. Ani ciężka praca, ani te wymówki zupełnie mi nie przeszkadzały, ponieważ szkoła była czymś najwspanialszym w moim świecie.
Warto było ciężko pracować. A przynajmniej tak mi się wydawało.
Po ukończeniu trzeciej klasy pobiegłam do domu przez pola, gdzie młócono ryż. Jak poleciła mi Nauczycielka Pang, podeszłam do ojca, który siedział w szortach przy stole, jedząc kiszone warzywa z ryżem, i podałam mu swoje wyniki.
– Tato – powiedziałam nieśmiało, lecz z dumą – dostałam dzisiaj świadectwo szkolne.
– Ach, świadectwo szkolne. – Wziął je i zaczął z trudem odczytywać.
Wskazałam na nie i dodałam:
– Dostałam sto punktów z chińskiego i sto z matematyki.
Skinął głową, położył świadectwo na stole i wrócił do jedzenia. Matka, która siedziała na stołku przed frontowymi drzwiami i przyszywała podeszwę do buta, rzuciła w naszą stronę ukradkowe spojrzenie, ale nie odezwała się ani słowem.
Nie obchodziło ich to. Nie mogłam uwierzyć. Obróciłam się i wybiegłam tylnymi drzwiami nad rzeczkę za domem. Stanęłam na półzatopionym, pokrytym mchem kamieniu i patrzyłam na szemrzącą wodę. Opadające gałęzie wierzby poruszały jej powierzchnię. Zaczęłam płakać. Rodzice nawet nie zauważyli, że dostałam świadectwo z wyróżnieniem, jedno z trzech w klasie składającej się z czterdziestu uczniów. Nigdy nie byli w szkole od dnia, kiedy matka zostawiła mnie tam po raz pierwszy, nigdy nie poznali moich nauczycieli, nigdy nie pytali o prace domowe. W przeciwieństwie do innych rodziców nie kupili mi parasolki, żebym nie mokła na deszczu. Nie rozumiałam, dlaczego dali mi życie, jeśli nie mieli zamiaru go cenić. Uczyłam się niezwykle pilnie, ale nie potrafiłam sprawić tym przyjemności ojcu i matce. Nie mogłam się domyślić, co ze mną jest nie w porządku. (…)