Strona główna / Literatura polska / Czary w małym miasteczku

Aktualności

13.01.2022

PSIE PAZURY nagrodzone Złotym Globem

Z przyjemnością ogłaszamy, że ekranizacja książki Thomasa Savage'a "Psie pazury" w reżyserii Jane Campion została nagrodzona Złotym Globem w kategorii najlepszy film dramatyczny!

Wywiady

25.08.2021

"Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów". Wywiad z Piotrem Borlikiem

Zapraszamy do przeczytania wyjątkowego wywiadu z Piotrem Borlikiem. Z autorem książki "Tajemnica Wzgórza Trzech Dębów" rozmawiał Marcin Waincetel z Lubimyczytac.pl.

Posłuchaj i zobacz

27.11.2021

Rozmowa z Katarzyną Puzyńską

Zapraszamy do wysłuchania podcastu Katarzyną Puzyńską, autorką ksiązki "Chąśba".

Bestsellery

TOP 20

  1. Chąśba Katarzyna Puzyńska
  2. TOPR 2. Nie każdy wróci Beata Sabała-Zielińska
  3. Arabska kochanka Tanya Valko

Czary w małym miasteczku

Marta Stefaniak

TROSKI

1. Miasto
Bywają miasta, które można minąć, nawet ich nie zauważywszy. Wyrastają na poboczu paroma domkami, potem ulica wbiega na kilka minut pomiędzy dwa rzędy szarych kamieniczek, gdzieś w połowie rozdyma się nieco, pojawiają się ludzie, klockowate budowle, miga jakiś sklep, jakiś kościół i miasto szczęśliwie znika, zanim znudzone dzieci uwieszone u okien zaczną marudzić, żeby tu stanąć, kupić im lody i pepsi. A w nocy nie ma nawet tego, ledwie parę żółtych, rozmazanych świateł przemknie za szybami.
Kiedy się jednak w takich miastach zatrzymać, okazują się dużo większe, niż widać z drogi. Pojawiają się kolejne ulice, szkoły, zakłady, dworce. Z zaskoczeniem się wtedy odkrywa, że mieszka tu całkiem sporo ludzi. I że miasto wcale nie jest małe, lecz ma wielkość odpowiednią, by ci z mieszkańców, którzy chcą pozostać niezauważeni, mogli się wtopić w strumyk codziennych przechodniów, a ci z kolei, którzy wolą błyszczeć i brylować, łatwo dawali radę umościć się na widoku publicznym.

Miasto, o którym mowa, było właśnie takie.
Przecinająca je na wskroś nierówna, dziurawa ulica biegła wzdłuż odrapanych przedwojennych kamienic, których rząd gdzieniegdzie przerywały klockowate budynki z czasów Peerelu i parkany pokryte grubą warstwą starych ogłoszeń, poszarpanych i poszarzałych. Po zachodniej stronie drogi ciągnęło się spore osiedle pięciopiętrowych burych bloków z wielkiej płyty. Po wschodniej stronie natomiast przeważały skromne dom­ki jedno­rodzinne, pomiędzy którymi krzyżowały się wąskie uliczki wysypane żwirem lub wylane betonem.
Niedaleko północnego krańca głównej ulicy znajdował się dworzec autobusowy, gdzie przy kasach ciągle wisiał za szybką pożółkły regulamin odwołujący się do prawodawstwa Polskiej Rzeczpospolitej Ludowej. W pobliżu dworca skupiały się wszystkie najważniejsze instytucje: urząd miasta, gimnazjum, liceum, wielki sklep odzieżowy i drugi spożywczy, miejska przychodnia i nieczynne od wielu lat kino, do którego dostęp blokowały zamknięte na głucho, zardzewiałe drzwi. Mieszkańcy mówili na to miejsce „rynek”, natomiast placyk, przy którym przed wojną urzędowali rajcy, a handlarze rozkładali swe kramy, teraz skurczony do asfaltowej zatoczki z dwiema ławkami stojącymi smętnie na środku, dla odróżnienia nazywano „małym rynkiem”.
Spory obszar na południu zajmował zdziczały i zarośnięty park, o wiele za duży jak na takie niepokaźne miasto. Po zmroku królowały w nim grupki nastolatków, urządzające tu krzykliwe balangi połączone z dewastowaniem do reszty pogruchotanych ławek i roztrzaskiwaniem na alejkach butelek po tanich winach. Za dnia przesiadywali tam stateczniejsi pijaczkowie, ojcowie rodzin, które pomarłyby z głodu, gdyby nie matki – grube, wiecznie złe, wiecznie zaharowane kobiety.
Jeszcze dalej na południe wznosił się kościół, wielkie, pomalowane na żółto gmaszysko, przeładowane kolumnami, fryzami i sztukateriami, wyglądające na tle otoczenia jak złoty ząb błyskający pomiędzy zapadniętymi wargami na starej i zniszczonej twarzy.
Na obrzeżach miasta działały niegdyś trzy duże zakłady, które dawały chleb większości jego mieszkańców. Teraz dwa z nich stały zamknięte na głucho, a trzeci ledwo ciągnął z załogą okrojoną do jednej piątej dawnego składu. Parę lat temu tuż pod miastem, przy szosie przedłużającej główną arterię, została otwarta hurtownia. Ale nie można powiedzieć, by wypełniła miejsce po upadłych przedsiębiorstwach. Od początku dziwnie funkcjonowała. Zatrudniała ledwie kilku pracowników i prowadziła interesy ze zjeżdżającymi do niej barczystymi, ogolonymi do łysa mężczyznami w skórzanych kurtkach.
Ludziom w tym mieście nie żyło się łatwo. Oczywiście niektórym wiodło się lepiej niż innym, nieliczni mogli sobie nawet pozwolić na wystawne posesje, kłujące w oczy sąsiadów gnieżdżących się w dwupokojowych klitkach w bloku lub zasiedlających niedogrzane, zalatujące grzybem mieszkania w starych kamienicach. Ale nawet ci bogatsi mieli swe zmartwienia, które uważali za bardziej gorzkie i cięższe niż problemy bliźnich. Choć bowiem ludzie znajdują pociechę w myśli, że innych również męczą troski i kłopoty, to jednak własne zgryzoty zawsze wydają się bardziej zawikłane, bardziej przytłaczające i trwające o wiele dłużej.

2. Urzędniczka
Pani Maria Pochanek uważała, że największą bolączką dławiącą miasto jest bezrobocie.
Ona co prawda nigdy go nie doświadczyła. Od niemal dwudziestu lat pracowała nieprzerwanie w urzędzie miejskim w dziale ewidencji ludności. Nie była to może bardzo lukratywna posada, ale także nie gorsza niż przeciętna w mieście, a przede wszystkim stała i bezpieczna.
Pani Maria znała jednak wielu młodych, wykształconych ludzi, którzy nie mogli sobie znaleźć żadnego zajęcia. A na czele tego tłumu stali dwaj jej dorośli synowie. Starszy skończył dwa lata temu miejscową filię wyższej uczelni, młodszy rok temu zdał maturę i obaj ciągle byli na utrzymaniu pani Marii. Podobnie zresztą jak ich ojciec.
Mąż pani Marii stracił pracę piętnaście lat temu, kiedy upadł jeden z trzech zakładów funkcjonujących ówcześnie w mieście. Przez pierwsze lata bezrobocia szukał sobie zajęcia z niestrudzoną ufnością, wydeptał ścieżki do wielu drzwi, ale choć nie był pijakiem ani obibokiem, nigdzie nie chcieli go przyjąć. Z czasem rozglądał się za pracą coraz słabiej i z coraz mniejszym przekonaniem, aż w końcu jakoś przyzwyczaił się do braku posady, pogodził się z nim i chyba nawet polubił ten stan. Zajął się domem i dziećmi, w wolnych chwilach majsterkował albo coś reperował, zachowując nieustannie spokój i pogodę ducha.
W całej tej czteroosobowej rodzinie, której każdy członek potrzebował jedzenia, ubrania i dachu nad głową, regularne zarobki miała więc tylko pani Maria. Toteż nierzadko czuła się jak chuda, zagoniona szkapa, ciągnąca pod górę wyładowany kopiasto wóz. Siedziała wtedy przy zasłanym papierami biurku, z martwym wzrokiem utkwionym przed siebie, z umęczoną twarzą, opierając policzek na dłoni.
– Coś ty dzisiaj taka zamyślona, Marysiu? – pytały wścibsko koleżanki z pokoju.
Czasami ten ciężar stawał się szczególnie nieznośny. Panią Marię przepełniało wtedy dojmujące uczucie, że nie znosi tej pracy, tej nudy, monotonii, tych szpetnych, ciasnych pokoików, w których spędzała całe dnie, tych kwitków i papierków, tych przedpotopowych, rozklekotanych komputerów z malutkimi, migotającymi monitorami, które wywoływały ból głowy; że nie cierpi swojego kierownika, nadętego głupka, u którego w gabinecie kilkakrotnie usłyszała wypowiadane z udawanym namysłem zdanie: „Zrozum mnie, Maria, niby mamy wakat, ale potrzebujemy tu kogoś z doświadczeniem. A twój syn, sama rozumiesz…”.
W takich chwilach nosiło ją po całym urzędzie, ciskała z rozmachem na biurko pliki papierów i musiała się mocno powstrzymywać, żeby nie walnąć o ścianę tacką, na której stał zdezelowany elektryczny czajnik, przykurzona cukiernica i wiecznie brudne szklanki.
– Coś ty dzisiaj taka zirytowana, Marysiu? – dopytywały się koleżanki.
Bywały też momenty, kiedy panią Marię nachodziła ochota, żeby wierzgnąć i wywrócić ten przeładowany wóz, zrzucając w błoto jego pasażerów. Taka żądza napadała ją na przykład wtedy, kiedy słyszała od starszego syna: „Nie będę cieciem za takie ochłapy!” albo gdy dowiadywała się, że młodszy syn wydał na piwo z kolegami całą dniówkę zarobioną na zrywaniu jabłek u rolnika z pobliskiej wioski.
– Czy ty myślisz, że ja pracuję dla rozkoszy?! I że zarabiam kokosy?! – krzyczała do starszego tak głośno, że twarz jej czerwieniała, a na szyję występowały żyły.
– Ty pijaku! Skończysz w rynsztoku! Ani grosza już ode mnie nie dostaniesz, nigdy, ani grosza, słyszysz?! – darła się na młodszego.
– Uspokój się, Marylko – ułagadzał ją małżonek. – Pomyśl, czy on po to kończył studia? – mówił o starszym synu. – I co on tam zarobi? Lepiej niech się za czymś ambitniejszym rozejrzy…
– Nic się wielkiego nie stało. Jak sobie młody chłopak wypije od czasu do czasu malutkie piwko z kolegami, to się świat nie zawali – mówił o młodszym.
W głowie pani Marii, ku jej własnej zgrozie, rodziły się wtedy potworne, poniżające słowa o jej dobrym i łagodnym mężu. Bała się, że wyrwą się z jej ust, zanim zdoła im położyć tamę, toteż uciekała do kuchni, zamykała się od środka i oddawała się jedynemu zajęciu, które mogło ją uspokoić i przywrócić jej równowagę: pieczeniu ciastek. Obierała jabłka, drylowała wiśnie albo wycinała foremkami różne kształty z cienko rozwałkowanego surowego placka, i powoli z niej opadały złe emocje, a wrzaskliwe myśli w głowie stopniowo się wyciszały.
A gdy po godzinie lub dwóch wyjmowała z piekarnika swoje dzieło – wyrośnięte, zarumienione, absolutnie piękne – czuła satysfakcję, której nigdy nie zaznała w urzędzie. Satysfakcję i dumę, podsycane jeszcze przez widok niepohamowanego łakomstwa, jakie te wypieki wzbudzały w jej rodzinie lub pośród koleżanek w biurze.
Ale te słodkie uczucia nie pozostawały bez gorzkiej domieszki. Nawet najzwyklejsze składniki do ciasta: mąka, masło, jajka, cukier, kosztowały swoje parę groszy. Toteż patrząc, jak rodzina rzuca się zachłannie na świeżo upieczoną szarlotkę albo jak koleżanki z pracy walczą pośród podstępnych uśmiechów o dwie ostatnie babeczki z wiśniami, pani Maria wiedziała, że w tej właśnie chwili, w postaci owych słodkości, są zjadane jej letnie sandały albo nowa jesionka.

3. Sklepowa
Parę razy w tygodniu, zaraz po pracy, pani Maria zachodziła po zakupy do największego sklepu spożywczego w mieście. Za wielką przeszkloną chłodziarką, w której oddzielnie leżały różowe kawały surowego mięsa, wędliny pokrojone w plasterki oraz żółte sery, stały zwykle trzy ekspedientki. Jedna z nich, do której koleżanki zwracały się per Krysiu, miała piękne czarne oczy, bardzo łagodne – i bardzo smutne.
Gdyby obie, urzędniczka i sklepowa, były innymi osobami, bardziej towarzyskimi i chętnymi do zwierzeń, mogłyby się zaprzyjaźnić i podczas długiej, szczerej rozmowy odkryć, że dręczą je podobne zmartwienia. Ekspedientka także czuła się, jakby dźwigała ciężar ponad siły, i również doskwierało jej osamotnienie w tym wysiłku. Ale obie kobiety wolały chować swoje troski przed obcymi. Toteż pani Maria prosiła krótko o dwa pęta zwyczajnej, kawałek sera podlaskiego i trzydzieści deko polędwicy drobiowej, po czym bezzwłocznie ruszała własną drogą. Ekspedientka zostawała za ladą i zapadała się w swoje myśli tak głęboko, że kiedy ktoś ją zagadywał, drgała jak obudzona ze snu.

Mąż Krysi ekspedientki także stracił pracę kilka lat temu. Zamiast jednak szukać jej na miejscu, skrzyknął się z paroma kumplami i zaczął razem z nimi jeździć na budowy do Niemiec. Spędzał tam wiosnę, lato i jesień, a na zimę zjeżdżał do domu i zostawał aż do Wielkanocy. A potem znowu ruszał na saksy. Trzy córeczki, z których najmłodsza chodziła jeszcze do przedszkola, rosły, widując ojca po cztery miesiące w roku.
Sklepowa więc w gruncie rzeczy wychowywała dzieci zupełnie sama. Nie tylko sama dla nich prała, gotowała i wyprawiała je do szkoły, ale także sama jeździła z nimi po lekarzach, kiedy były chore, i sama musiała znaleźć właściwe słowa i metody, kiedy się złościły, rozrabiały albo biły między sobą.
Mąż słał pieniądze co miesiąc lub co dwa. Ale choć Krysia także zarabiała, wcale niełatwo jej przychodziło wiązać koniec z końcem. Za pieniądze przysłane przez męża kupowała dzieciom książki do szkoły i ubrania na zimę, wymieniała pęknięty zlew w kuchni lub nieszczelny piecyk w łazience, po czym zostawała jej na życie wyłącznie własna pensja. I znów trzeba było się martwić, skąd wziąć na szkolną wycieczkę i z czego popłacić bieżące rachunki.
Może te codzienne troski nie gnębiłyby jej tak bardzo, gdyby nie inne zmartwienie narastające od paru lat. To ono sprawiało, że życie nieraz smakowało jej jak popiół.

Mąż Krysi, Zbyszek, zjawiał się w domu zwykle na tydzień czy dwa przed Bożym Narodzeniem. Zawsze celował tak, żeby stanąć na progu wieczorem, kiedy wszystkie jego dziewczyny (jak nazywał żonę i córeczki) będą już w mieszkaniu. Dzieci na widok obładowanego torbami, zarośniętego ojca podrywały się z piskiem, zawieszały mu się na ramionach i wskakiwały na plecy. Krysia, całując na powitanie jego wargi, zimne od mrozu i kłujące zarostem, wyczuwała w jego oddechu zapach wódki wypitej z kolegami podczas długiej podróży przez Niemcy i prawie całą Polskę.
Pierwszego wieczora oglądali razem prezenty. Dziewczynki wśród chichotów przymierzały nowe bluzeczki ozdobione brokatowymi wzorkami, a Zbyszek instalował zakupiony w Niemczech sprzęt elektroniczny i z dumą demonstrował żonie jego działanie. Potem wspólnie jedli gigantyczną, odświętną kolację, a burzliwy, pełen śmiechu wieczór ciągnął się do północy i dłużej. Wreszcie, kiedy wyczerpane dzieci spały już jak kamień, bagaże zostały rozpakowane, a pralka szumiała cicho włączona na tryb nocny, Zbyszek przyciągał żonę do siebie, a ona z głębokim westchnieniem wtulała twarz w jego pierś pachnącą po niedawnym prysznicu mydłem i ostrą wodą kolońską.
Następnego dnia po pracy Krysia zastawała go rozwalonego na kanapie przed telewizorem. Potem całą rodziną jedli obiad, podczas którego dzieci ciągle zagadywały do ojca, żartowały z nim i wpychały się mu na kolana. Po obiedzie Zbyszek snuł się z kąta w kąt, zaglądał w ciemniejące okna, aż wreszcie rzucał:
– Wyskoczę się zobaczyć z chłopakami. Na godzinkę albo dwie.
Wkładał kurtkę, buty i wychodził. Wracał przed północą, wesoły i ożywiony, zalatujący wódką i papierosami. Chciał się bawić z dziewczynkami i zbywał śmiechem prośby żony, żeby ich nie budzić. Wchodził z hałasem do pokoju dzieci, zapalał górne światło, rozkładał na podłodze przywiezione z Niemiec zabawki dźwięczące i migające kolorowymi lampkami, a potem, kiedy już zupełnie wybił dziewczynki ze snu, w samym środku zabawy nagle wstawał, gasił światło i oznajmiał surowo, że pora wracać do łóżek.
Potem szedł za żoną do kuchni, obejmował ją i pytał natrętnie, czemu się na niego gniewa. Obsypywał ją woniejącymi wódką czułościami i obrażał się, jeżeli odsuwała jego rękę ze swojej piersi. Oddychała z ulgą, kiedy w końcu padał na łóżko i zasypiał.
Gdy następnego dnia wracała po pracy, męża nie było w mieszkaniu. Jego komórka nie odpowiadała. Dzieci pytały przy obiedzie, kiedy przyjdzie tata, i chichotały na wspomnienie wczorajszego wieczoru. Po wyprawieniu dziewczynek do łóżek Krysia długo czekała, aż wreszcie sama także kładła się spać. Budził ją hałas w przedpokoju, trzask strącanych na podłogę przedmiotów i ciężkie ciało, śmierdzące piwem i wódką, zwalające się obok niej na tapczan.
A potem było coraz gorzej.
(…)