Strona główna / Kryminał/Sensacja/Thriller / Pójdę sama tą drogą

Aktualności

30.05.2022

PIKNIK NA SKRAJU DROGI I INNE UTWORY z Nagrodą Nowej Fantastyki

Z przyjemnością ogłaszamy, że książka "Piknik na skraju drogi i inne utwory" Arkadija i Borisa Strugackich otrzymała Nagrodę „Nowej Fantastyki” w kategorii Wznowienie Roku.

Wywiady

04.07.2022

"Gdy ją odnajdą". Wywiad z Lią Middleton

Zapraszamy do przeczytania wywiadu z Lią Middleton. Z autorką książki "Gdy ją odnajdą" rozmawiał Bartosz Soczówka.

Posłuchaj i zobacz

01.08.2022

Rozmowa z Błażejem Torańskim

Nowy odcinek naszego podcastu to rozmowa Marcina Cichońskiego z Błażejem Torańskim, autorem książki "Kat polskich dzieci. Opowieść o Eugenii Pol".

Bestsellery

TOP 20

  1. Ziobranoc, Europo Aleksander Daukszewicz, Krzysztof Daukszewicz
  2. Kłamstwa arabskich szejków Marcin Margielewski
  3. Osiedle Sielanka. Bomba Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Pójdę sama tą drogą

Mary Higgins Clark

Rozdział 2.

Jest dwudziesty drugi marca. Mój Matthew, jeśli żyje, kończy dziś pięć lat, myślała Zan Moreland. Właśnie otworzyła oczy i przez długie minuty leżała nieruchomo, ocierając łzy, które w nocy często moczyły jej twarz i poduszkę. Zegar na toaletce wskazywał siódmą piętnaście; przespała prawie osiem godzin, co oczywiście zawdzięczała pigułce wziętej przed snem. Tylko wyjątkowo pozwalała sobie na ten luksus, teraz jednak po prostu nie miała wyjścia: świadomość zbliżających się urodzin synka nie dawała jej spać przez cały ubiegły tydzień.
Wciąż dręczyły ją fragmenty powracającego snu, w którym szukała Matthew. Tym razem znów była w Central Parku, znów zaglądała w każdy kąt, wykrzykując jego imię, błagając, by się odezwał. Matthew najbardziej lubił bawić się w chowanego, toteż w swoim śnie Zan miała nadzieję, że wcale nie zaginął, tylko się schował.
Ale nie była to prawda.
Gdybym tylko odwołała tamto spotkanie, myślała po raz setny. Tiffany Shields, babysitterka, przyznała, że kiedy Matthew zasnął, ustawiła wózek tak, aby słońce nie padało mu na buzię, a sama rozłożyła koc na trawie i też się zdrzemnęła. Nie zdawała sobie sprawy, że dziecka nie ma w wózku, dopóki się nie obudziła.
Świadkiem wydarzenia była starsza pani, która zatelefonowała na policję, kiedy przeczytała w gazecie o zaginięciu małego dziecka. Razem z mężem spacerowała po parku z psem i zauważyła pusty wózek niemal pół godziny wcześniej niż opiekunka.
– Wtedy w ogóle się nad tym nie zastanawiałam – mówiła, wyraźnie zdenerwowana. – Myślałam, że ktoś, zapewne matka, zabrał dziecko na plac zabaw. Nie przyszło mi do głowy, że ta młoda kobieta kogoś pilnuje, po prostu spała jak kamień.
Tiffany w końcu przyznała się także do tego, że nie zapięła dziecku pasa w wózku, ponieważ kiedy wychodziła z mieszkania, Matthew spał.
Może wobec tego sam wydostał się z wózka, a potem ktoś zobaczył samotne dziecko i wziął je za rączkę? Także i to pytanie Zan powtarzała sobie do znudzenia. Mało to pedofilów kręci się w pobliżu? O Boże, nie, tylko nie to!
Zdjęcie Matthew ukazało się w całej krajowej prasie oraz w internecie. Tak się modliłam, aby okazało się, że zabrała go jakaś samotna osoba, która najpierw bała się przyznać, ale w końcu jednak ruszyło ją sumienie i zostawiła Matthew w jakimś bezpiecznym miejscu, gdzie łatwo go odnaleźć. Ale po blisko dwóch latach nie było najmniejszego śladu, gdzie mógłby przebywać. Teraz pewnie chłopczyk nie pamiętał już matki.
Usiadła powoli, odgarniając na plecy długie kasztanowe włosy. Mimo że regularnie ćwiczyła, jej szczupłe ciało było sztywne i obolałe. Wszystko przez napięcie, jak powiada lekarz. Nie opuszcza cię ani na chwilę przez siedem dni w tygodniu. Zsunęła stopy na podłogę, przeciągnęła się i podeszła do okna. Zamykając je, chłonęła przez chwilę widok Statui Wolności i nowojorskiego portu o poranku.
To właśnie ze względu na widok zdecydowała się na wynajęcie tego mieszkania pół roku po zaginięciu Matthew. Musiała uciec z budynku przy Osiemdziesiątej Szóstej Wschodniej, gdzie widok pustego pokoju z łóżeczkiem i zabawkami codziennie na nowo przeszywał jej serce jak strzała.
Wtedy też, uświadomiwszy sobie potrzebę czegoś, co choć trochę przypominałoby normalne życie, całą swoją energię skierowała na małą firmę wnętrzarską, którą otworzyła po rozwodzie z Tedem. Ich małżeństwo trwało tak krótko, że kiedy się rozstawali, nie wiedziała jeszcze o swojej ciąży.
Przed małżeństwem z Tedem Carpenterem Zan była główną asystentką i prawą ręką słynnego projektanta wnętrz Bartleya Longe’a. Już wtedy uważano ją za wschodzącą gwiazdę w tej branży.
Pewien krytyk, który wiedział, że Bartley, wyjeżdżając na długi urlop, zostawił cały projekt w jej rękach, wychwalał zdumiewające zdolności Zan do takiego łączenia tkanin, kolorów i wyposażenia domu, aby odpowiadały one ściśle upodobaniom i stylowi życia właściciela.
Zan zamknęła okno i przeszła do garderoby. Lubiła sypiać w chłodnym pokoju, ale długi T-shirt nie chronił jej wystarczająco od przeciągów. Na dziś specjalnie przygotowała sobie bardzo napięty program. Sięgnęła po stary płaszcz kąpielowy, którego Ted szczerze nie znosił, kiedyś więc nazwała go żartem swoim kocem bezpieczeństwa. Dla niej ów szlafrok stał się swego rodzaju symbolem. Kiedy wstawała z łóżka w wyziębionym pokoju, wystarczyło, że się nim owinęła, by było jej ciepło jak w piecyku. Z zimna do ciepła, z pustki do nadmiaru, Matthew zaginiony, Matthew odnaleziony, bezpieczny w jej ramionach, z powrotem w domu. Bo Matthew uwielbiał owijać się tym szlafrokiem razem z nią.
Nie ma już zabaw w chowanego, myślała z oczami pełnymi łez, wiążąc na supeł pasek szlafroka i wsuwając stopy w japonki. Czy jeśli Matthew wydostał się sam z wózka, to właśnie w to chciał się bawić? Ale pozostawione bez opieki dziecko musiało zwrócić czyjąś uwagę. Ile czasu minęło, zanim ktoś wziął je za rączkę i ulotnił się z parku?
Tego dnia, wyjątkowo upalnego nawet jak na czerwiec, w parku było pełno dzieci...
Nie zagłębiaj się w to, ostrzegła się w duchu Zan. Przeszła korytarzem do kuchni, gdzie skierowała się prosto do ekspresu do kawy. Był nastawiony na siódmą i kawa w dzbanku już czekała. Nalała sobie filiżankę i sięgnęła do lodówki po chude mleko oraz pojemnik z sałatką owocową, kupioną w najbliższym sklepie. Po namyśle zrezygnowała jednak z owoców. Wystarczy sama kawa, na nic więcej nie mam ochoty. Wiem, że powinnam więcej jeść, ale raczej nie od dzisiaj.
Sącząc kawę, przebiegała w myślach swój dzisiejszy program. Po krótkim przystanku w biurze miała się spotkać z architektem nowego fantastycznego kompleksu mieszkalnego nad Hudsonem, aby przedyskutować wystrój trzech modelowych apartamentów. Takie zlecenie, gdyby zdołała je zdobyć, to dla niej ogromny sukces. Zasadniczą konkurencję na tej drodze stanowił jej dawny pracodawca Bartley, który nie mógł darować Zan, że zamiast nadal pracować w jego firmie, ośmieliła się założyć własną.
Może i nauczyłeś mnie sporo, ale zrozum, chłopie, ten twój charakter jest dla mnie absolutnie nie do przyjęcia, nie mówiąc już o sposobie, w jaki próbowałeś mnie poderwać. Potem odcięła się zupełnie od tamtego krępującego dnia, kiedy to w gabinecie Bartleya dostała załamania nerwowego.
Zaniosła filiżankę z kawą do łazienki, postawiła ją na toaletce i weszła pod prysznic. Gorąca woda rozluźniła nieco jej mięśnie, a energiczny masaż głowy czubkami palców, który zaaplikowała sobie przy okazji mycia włosów, także zrobił swoje. Kolejny sposób na łagodzenie stresu, pomyślała z autoironią. Tak naprawdę jednak jest tylko jeden...
Nie zagłębiaj się w to.
Wycierając się ręcznikiem, wpadła już w zwykły rytm. Szybko wysuszyła włosy i znowu w ulubionym szlafroku pociągnęła rzęsy tuszem, a usta błyszczykiem – swój jedyny makijaż. Matthew ma oczy Teda... w tym cudownym odcieniu ciemnego brązu. Lubiłam śpiewać mu piosenkę „Piękne brązowe oczy”. Za to jego włoski są takie jasne... chociaż ostatnio zaczęły się w nich pojawiać rudawe błyski. Ciekawe, czy zrudzieją mu zupełnie, tak jak mnie w dzieciństwie? Nie cierpiałam swoich włosów. Powiedziałam mamie, że wyglądam jak Ania z Zielonego Wzgórza: chuda jak patyk i włosy jak marchewka... Ale u niego wyglądałoby to uroczo...
Matka przypomniała jej wtedy, że kiedy Ania dorosła, figura jej się wypełniła, a włosy ściemniały i nabrały ciepłego kasztanowego odcienia.
Mama lubiła żartować i często nazywała mnie Anią... Jeszcze jedno wspomnienie, nad którym dziś nie będę się rozwodzić.
Ted uparł się, żeby zjedli dziś razem kolację – tylko we dwójkę. „Melissa na pewno zrozumie” – przekonywał ją przez telefon. „Chcę wspominać naszego synka z jedyną osobą, która wie, jak się czuję w dniu jego urodzin. Proszę cię, Zan...”.
Umówili się o wpół do ósmej w Four Seasons. Jedyny problem mieszkania w Battery Park City to korki uliczne w drodze do śródmieścia i z powrotem, myślała Zan. Nie chciało jej się wracać do domu, żeby się przebrać, ani taszczyć z sobą do biura stroju na wieczór. Włoży czarny kostium z futrzanym kołnierzem – jest wystarczająco elegancki.
Piętnaście minut później była już na ulicy – szczupła, wysoka trzydziestodwulatka, ubrana w czarny kostium z futrzanym kołnierzem i botki na wysokich obcasach, w ciemnych okularach i z dizajnerską torbą na ramię. Kiedy wychyliła się z krawężnika, żeby zatrzymać taksówkę, kasztanowe włosy rozsypały się na jej ramionach.

Rozdział 3.

Przy obiedzie Alvira opowiedziała Willy’emu o tym, jak dziwnie przyglądał się tamten mężczyzna ojcu Aidenowi, kiedy duchowny wychodził z pokoju pojednania, a nazajutrz, podczas śniadania wróciła do tematu jeszcze raz:
– Śnił mi się dziś ten gość, wiesz? I to nie jest dobry znak. Kiedy śni mi się jakaś osoba, zwykle oznacza to kłopoty.
Siedzieli wygodnie przy okrągłym stole w kąciku jadalnym swojego mieszkania w Central Park South, oboje jeszcze w płaszczach kąpielowych. Na dworze było zimno i wietrznie, jak Alvira zdążyła poinformować męża – typowa marcówka. Wiatr tarmosił meble na balkonie, a Central Park po drugiej stronie ulicy wyglądał na prawie kompletnie wyludniony.
Willy obrzucił czułym spojrzeniem swoją – od czterdziestu pięciu lat – żonę. Często mówiono o nim, że jest żywym obrazem legendarnego spikera Izby Reprezentantów Tipa O’Neila: potężnej budowy, z gęstą czupryną śnieżnobiałych włosów i – zdaniem Alviry – najbłękitniejszymi oczami pod słońcem.
W tych kochających oczach Alvira była piękna. Willy nie zauważał, że bez względu na to, jak bardzo się starała, zawsze miała do zrzucenia kilka kilogramów. Ani tego, że zaledwie tydzień po kolejnym farbowaniu we włosach, które dzięki zabiegom Dale’a z Londynu miały kolor rdzawobrązowy, ukazywały się siwe odrosty. W dawnych czasach, zanim wygrali na loterii, Alvira farbowała je sama w łazience ich mieszkania w Queens na płomiennorudy odcień.
– Złotko, z tego, co mi mówiłaś, tego mężczyznę pewnie obleciał strach przed spowiedzią. A potem, kiedy zobaczył, że ojciec Aiden wychodzi, próbował go jednak zatrzymać.
Alvira potrząsnęła głową.
– Tam chodziło o coś więcej. – Sięgnęła po imbryk i nalała sobie drugą filiżankę herbaty. Nagle twarz jej stężała. – Wiesz, że dziś są urodziny małego Matthew? Skończyłby pięć lat...
– Albo właśnie je kończy – sprostował Willy. – Alviro, ja też mam intuicję. Mówię ci, że ten chłopaczek gdzieś tam żyje.
– Mówimy o Matthew tak, jakbyśmy go znali – westchnęła Alvira, sypiąc słodzik do filiżanki.
– Ja tak właśnie się czuję – odrzekł trzeźwo Willy.
Przez chwilę oboje wspominali w milczeniu, jak prawie dwa lata wcześniej, kiedy artykuł Alviry na temat zaginionego dziecka w „New York Globe” umieszczono w internecie, zadzwoniła do niej Alexandra Moreland:
– Pani Meehan, nie umiem wprost wyrazić, jak bardzo Ted i ja doceniamy to, co pani napisała. Jeśli Matthew zabrał ktoś rozpaczliwie pragnący dziecka, to z pani artykułu się dowie, jak bardzo zależy nam na odzyskaniu synka. Pani sugestie, żeby zostawił chłopca w bezpiecznym miejscu i w ten sposób uniknął rozpoznania przez kamery ochrony, mogą spowodować prawdziwy przełom.
Alvira razem z nią przeżywała męki.
– Willy, ta biedna dziewczyna jest jedynaczką, straciła oboje rodziców w wypadku samochodowym i to w momencie kiedy jechali odebrać ją z lotniska w Rzymie. Potem rozstała się z mężem, zanim się zorientowała, że jest w ciąży, a teraz jeszcze zaginął jej synek. Wiem, że doszła do punktu, kiedy nawet nie chce jej się rano wstawać z łóżka. Powiedziałam jej, że gdyby kiedykolwiek chciała z kimś pogadać, wystarczy, aby do mnie zadzwoniła, ale wcale na to nie liczę...
Krótko potem Alvira przeczytała na szóstej stronie w „Post”, że mimo tragedii Zan Moreland wróciła do pracy w pełnym wymiarze godzin w swojej firmie projektowania wnętrz Moreland Interiors przy Osiemdziesiątej Szóstej Wschodniej. Alvira natychmiast zawiadomiła męża, że ich mieszkanie wymaga zmiany wystroju.
– Nie sądzę, żeby teraz wyglądało źle – zaprotestował Willy.
– Może nie tak źle, ale urządzaliśmy je sześć lat temu i szczerze powiem, że przez tę wszechobecną biel zasłon, dywanów, mebli i tak dalej czuję się czasem, jakbym mieszkała w bezie. Wprawdzie marnowanie pieniędzy jest grzechem, w tym przypadku jednak to będzie słuszna decyzja.
Rezultatem było nie tylko całkowicie odmienione mieszkanie, lecz także bliska przyjaźń z Alexandrą Moreland. Teraz Zan uważała Meehanów za substytut rodziny i spotykali się we trójkę bardzo często.
– Czy zaprosiłaś dziś Zan na kolację? – zainteresował się Willy. – Bo to musi być dla niej koszmarny dzień.
– Owszem i nawet się zgodziła, ale później zadzwoniła z przeprosinami. Podobno jej były mąż chciał spędzić z nią ten wieczór i nie bardzo wypadało jej odmówić. Mają się spotkać w Four Seasons.
– Rozumiem, pewnie będą się nawzajem pocieszać...
– Z drugiej strony to bardzo ruchliwe miejsce, a Zan jest zbyt twarda, by pozwolić sobie na ujawnianie emocji. Kiedy mówi o Matthew, widzę, że czasem łzy jej się cisną do oczu, mimo to zawsze je opanowuje, nawet przy nas.
– Na pewno przez wiele nocy płakała w poduszkę. Ja też uważam, że dzisiejsze spotkanie z byłym mężem nie wyjdzie jej na dobre. Przecież mówiła, że Carpenter nigdy jej nie wybaczy powierzenia Matthew tej smarkatej babysitterce. Mam nadzieję, że przynajmniej dziś nie będzie tego wytykał.
– On jest... albo był ojcem chłopca – odrzekła Alvira, po czym bardziej do siebie niż do męża dodała: – Z tego, co czytałam, w takim przypadku jak ten, jedno z rodziców czuje się winne, nawet jeśli nie było go na miejscu; czy to z powodu bezmyślnej babysitterki, czy dlatego, że nie zostało tego dnia w domu. Willy, kiedy ginie dziecko, nigdy nie ma dość pretensji, a ja tylko się modlę, żeby Ted Carpenter nie wypił kilku drinków przed tą kolacją.
– Nie wymyślaj sobie kłopotów na zapas, kochanie.
– Wiem, co masz na myśli. – Alvira sięgnęła po drugą połówkę opieczonego bajgla. – Ale kiedy czuję w kościach nadciągające kłopoty, to zawsze się zjawiają. A ja po prostu wiem, że chociaż to wydaje się niemożliwe, Zan niedługo znów nieźle dostanie po uszach.
(…)